HATE „Hate Kills” (1970)

Jak to możliwe, że tak fascynująca płyta pozostawała nieznana przez dziesięciolecia, kiedy podobne (choć mniej ważne) tytuły pojawiały się na CD kilka razy? Bez wątpienia Hate to jeden z tych najbardziej niedocenianych zespołów progresywnych w Wielkiej Brytanii  wczesnych lat 70-tych! Grana przez grupę mroczna, złowieszcza, czasem psychodeliczna muzyka przypominała połączenie Procol Harum i Atomic Rooster (organy Hammonda) ze Spooky Tooth (gitary i emocjonalny wokal). Jednak HATE nie brzmiał tak jak one. HATE miał swój własny styl, a każdy utwór był czymś w rodzaju małego świata tworząc spójną wypowiedź artystyczną. Longplay „Hate Kiss” to zagubiony, progresywny klejnot, który został przygotowany przez inżyniera dźwięku Toma Alloma; dziesięć lat później Tom Allom zyskał sławę produkując albumy dla Judas Priest i Def Leppard… Zanim natknąłem się na ten album wcześniej zadurzyłem się w płycie „Red Crystal Fantasies” kwartetu Ruby z 1974 roku. Oba zespoły i ich płyty łączył Rab Munro – świetny, aczkolwiek w epoce niedoceniony, wokalista z potężnym głosem i talentem co najmniej na milę.

Rab Munro rozpoczął karierę wokalisty w latach 60-tych w Glasgow, a jego głęboki i dźwięczny głos wyróżniał się na tamtejszej scenie muzycznej. Plotka głosi, że usilnie zabiegał o niego zespół The Gaylords, który w połowie lat 60-tych nagrał dla Columbii cztery single zanim ostatecznie udał się do Londynu, gdzie zmienił nazwę na Marmalade. Zresztą Szkocja była wówczas wylęgarnią talentów, by wspomnieć tu Alexa Harveya, Stone The Crows z rewelacyjną Maggie Bell na wokalu, Mike’a Patto, czy Tear Gas (nawiasem mówiąc ten ostatni uważam za jeden z ważniejszych szkockich zespołów) – wszyscy oni zyskali kultową sławę w całej Wielkiej Brytanii.

W 1969 roku Munro śpiewał w progresywno-psychodelicznej grupie House Of Lords, z którą nagrał znakomity singiel „In The Land Of Dreams”/”Ain’t Gonna Wait Forever” wydany w październiku tego samego roku przez B & C Records (wytwórnię, która wkrótce stała się częścią Charisma Records Tony Stratton Smitha). Strona „A” tej rzadkiej dziś małej płytki nie bez przyczyny znalazła się na kompilacji „The Rubble Collection” w 1995 roku, o której pisałem jakiś czas temu. Ta niesamowita piosenka oparta na brzmieniu bogatych, organowych partiach w stylu wczesnych The Moody Blues i Procol Harum uwodzi  melodyjnym, głębokim i ciepłym wokalem Munro, który głęboko zapada w pamięć. Niestety, singiel przeszedł bez echa, co spowodowało, że grupa została rozwiązana. Nie mniej Munro wraz z klawiszowcem, Neil’em Bruce’em wysiadając z pociągu House Of Lord przesiedli się do kolejki metra zajmując w nim tylne miejsce udając się na stację o nazwie HATE. Podpisany kontrakt z Famous Records zaowocował płytą „Hate Kills” wydaną w listopadzie 1970 roku z porażającą jak na owe czasy okładką. Okładką przedstawiającą wściekłego faceta uderzającego pięścią w ścianę pokrytą graffiti i tytułem albumu napisanym dużymi, białymi literami. Przygnębiający widok, który w jakiś proroczy sposób pokazuje oznaki zmian w nadchodzących latach w brytyjskim undergroundzie…

Front okładki płyty „Hate Kills” (1970)

Album, wypełniony po brzegi znakomitymi numerami i podparty wspaniałą dynamiką, powinien zainteresować fanów brytyjskiego prog-rocka i wczesnego hard rocka. Dzięki ciężkiemu brzmieniu organów Hammonda Neila Bruce’a, wysmakowanymi, ale i gorącymi zagrywkami gitarzysty Jima Lacey’a, oraz bardzo zwartej sekcji rytmicznej, którą tworzyli: basista Lenny Graham i perkusista Allan Pratt, każdy znajdzie tu coś dla siebie. Nawet znakomicie zagrany akompaniament na waltorni w kilku utworach… Acha! Powinienem jeszcze zaznaczyć, że utwory są krótkie i nie znajdziecie w nich długich solówek ani dziewczęcych harmonii wokalnych. I w zasadzie na tym kończą się wszelkie jego wady. Tutaj dostajemy głębokie, uduchowione i dynamiczne utwory będące absolutnymi klejnotami. Rab Munro to nie Cliff Bennett i daleko mu do maniery wokalnej wyciskającej łzy z oczu grzecznych panienek z dobrych domów. On dopasował do siebie wszystko to, co robił Paul Rodgers i inni bluesowi wokaliści – śpiewał z sercem i od serca.

Z dziesięciu utworów zarejestrowanych na płycie aż siedem to kompozycje Neila Bruce’a; pozostałe trzy stworzył Jim Lacey. Otwierający utwór „Come Along” nadaje mroczne tempo temu zachwycającemu albumowi, które dominuje także w kolejnym – „Corridors”. W obu wokalista błyszczy, gdy ciche zwrotki przechodzą w refren. Gdybym miał użyć porównania, to byłby to Genesis z Peterem Gabrielem z czasów, gdy pisali krótsze piosenki (i mniej się nakręcali) z… Free i Procol Harum! Tak, ci faceci byli wyjątkowi… W „My Life” pojawia się orkiestrowa aranżacja  podbijająca dynamikę utworu, a „Seems Like Any Fool” powinien być hymnem śpiewanym na rockowych stadionach. I pewnie byłby, gdyby tylko płyta w epoce się przebiła… Pierwszą stronę kończy hard rockowy „Time For A Change” z bardzo fajnym riffem i krótką solówką gitarową. Szkoda, że to tylko trzy minuty z sekundami, ale to i tak  świetna wizytówka zespołu pokazująca go od tej cięższej, surowszej strony.

Tył oryginalnej okładki. płyty „Hate Kills”

Stronę drugą oryginalnej płyty otwiera „It’s Alright To Run” z wiodącą gitarą i zapadającym w pamięć refrenem, po którym HATE wraca szturmem z „She Needs Me” – jednym z trzech utworów skomponowanych przez gitarzystę Jima Lacey’a. Powolne „Never Love Again” zagrane na akustycznej gitarze z perkusyjnym bitem przypomina najpiękniejsze hipisowskie ballady tworzone w San Francisco kilka lat wcześniej. Uwielbiam ją, choć po gwałtownym i dynamicznym „Realisation” z ponurym tekstem moje preferencje zostają mocno zachwiane (żart). Na szczęście ostatnia piosenka, „I’m Moving Down”, jest dużo bardziej optymistyczna i kończy się efektami przemijającej burzy odchodzącej do mrocznego świata zapomnianej ciemności.

Szkoda, że w epoce krążek nie został zauważony, bo przecież to nie brak umiejętności, czy talentu sprowadził ten album do królestwa „zaginionego klasyka”. Zarówno HATE, jak i Ruby z płytą „Red Crystal Fantasies” nie otrzymały odpowiedniego wsparcia od swoich wytwórni. Niestety, czasami dobre zespoły zasługujące na szerszą uwagę gubią się w talii kart podczas tasowania i są wypierane przez blotki z lepszymi koneksjami. Będąc w sojuszu z HATE, pomyślmy o całej wspaniałej muzyce, która wtedy wychodziła: Black Widow z Kipem Trevorem na wokalu, Stonehouse, Spirogyra, Indian Summer, Dog That Bit People…  Dziś wiemy, że wszystkie one są wspaniałe! Jednego czego mi naprawdę żal, to wokalisty HATE. Rab Munro, którego czas w annałach historii nagrań był o wiele za krótki, zasługuje na szacunek i uwagę miłośników brytyjskiego rocka.

MOUNTAIN I LESLIE WEST. Wspinając się na góry szczyt.

Wydana w 1970 roku na debiutanckim albumie „Climbing!” grupy  Mountain dwu i pół minutowa piosenkaMississippi Queen” ma wszystko czego potrzeba, żeby stać się nieśmiertelna: cholernie dobry gitarowy riff i mocny wokal Leslie Westa, ciężki bas Felixa Pappalardiego i… krowi dzwonek, w którego z wielkim zacięciem i ekspresją  wali perkusista Corky Laing. Taki hit z epoki klasycznego rocka pojawia się w niezliczonych płytowych składankach, ścieżkach dźwiękowych, programach telewizyjnych. Ale to nie jedyne z czym kojarzyć się nam będzie jej autor. Leslie West szanowany był za swoją wszechstronną grę nie tylko u współczesnych mu mistrzów: Claptona, Becka, Page’a, Hendrixa, ale przez kolejne pokolenia młodych gitarzystów.

West (prawdziwe nazwisko Wallenstein – zmienił je po rozwodzie rodziców) urodził się w Nowym Jorku w rodzinie żydowskiej dorastając na Manhattanie, Long Island i Forest Hills w Queens. Był członkiem i założycielem garażowej grupy The Vagrants działającej w połowie lat sześćdziesiątych, w skład której wchodził również jego brat Larry grający na basie. Mieli nawet dwa hity: „I Can’t Make A Friend” oraz cover Otisa Redinga „Respect” wydany tuż przed bombastyczną wersją Arethy Franklin. Leslie nigdy nie robił nic na pół gwizdka. Punktem zwrotnym w jego życiu artystycznym okazał się występ Cream w nowojorskim The Village Theatre (późniejsze Fillmore East), który obejrzał ze swym bratem. „Wcześniej wzięliśmy trochę LSD na rozjaśnienie umysłu. Czekaliśmy w napięciu na rozpoczęcie koncertu. Nagle kurtyna się otwiera. Widzę Claptona w kurtce z koziej skóry i słyszę jak grają  „Sunshine Of Your Love”. Powiedziałem: „O mój Boże, ja nic nie umiem. Jestem do niczego!” Wróciłem do domu z mocnym postanowieniem –  będę ćwiczyć, by dorównać najlepszym.” Wysiłek się opłacił: jego grupa Mountain odegrała kluczową rolę w hard rocku i miała swój wkład w narodzinach heavy metalu.

Leslie przez większość życia walczył z nadwagą. W erze rządzonej przez cienkie jak rurki gwiazdy rocka, sylwetka Westa wyróżniała się słuszną posturą, ale na scenie wykorzystywał ją na swoją korzyść dzięki czemu jego vibrato i gitarowe brzmienie trzęsło z mocą trzęsienia ziemi. „Chciałem brzmienia gitary, które brzmiałoby jak trzy gitary”, wyjaśnił kiedyś o technice, na której opiera się Mountain. Z grzmiącym, ale efektywnie prostym fuzzem, które Kyuss i Monster Magnet uruchomią 20 lat później. Styl śpiewania odzwierciedlał jego grę na gitarze potrafiącą przydusić słuchacza do ściany. „Cały czas pracowałem nad swoim brzmieniem.  Chciałem mieć najwspanialszy, największy dźwięk i chciałem vibrato jak ktoś, kto gra na skrzypcach w stuosobowej orkiestrze.”

Kiedy Mountain pojawił się po raz pierwszy na scenie, magazyn „Rolling Stone” nazwał go „głośniejszą wersją Cream”. Zostało to podkreślone rolą Felixa Pappalardiego jako producenta drugiej płyty Cream. Za kulisami sprawy były mniej proste. Najwcześniejszy skład Mountain nękany był wewnętrznymi napięciami, problemami z narkotykami, a nawet zastraszaniem. Perkusista Corky Laing stwierdził kiedyś, że początki zespołu były jak „życie w karnym obozie”.

Mountain. Od lewej: Felix Pappalardi, Corky Laing, Leslie West (1970)

Zanim narodził się zespół Mounatain, Leslie West wydał w 1969 roku płytę pod własnym nazwiskiem zatytułowaną… „Mountain”. Producentem i współautorem ośmiu z jedenastu nagrań był nie kto inny jak właśnie Pappalardi. Obaj znali się jeszcze z czasów The Vagrants. Wśród tych nagrań znalazło się „Long Red” znane później z koncertowego wykonania na Woodstock. Na perkusji zagrał ND Smart (wł. Norman D. Smart) były członek Remains i Kangaroo. Dodatkowo w trzech nagraniach na organach wspomagał ich Norman Landsberg. Płytę wydała wytwórnia Windfall Records w lipcu 1969 roku.

West zachęcony dobrymi recenzjami w prasie muzycznej przekonał Pappalardiego do stworzenia zespołu o takiej samej nazwie jak jego płyta. Z pewną dozą humoru argumentował: „Na scenie nigdy nie było grubego i chudego faceta. Nie możemy tego przegapić”. Przejście od solowego projektu do zespołu wymagało jednak zmian. Pappalardi, wrażliwy na muzyczne podobieństwa zespołu do Cream zwerbował, mimo sprzeciwu Westa, klawiszowca Steve’a Knighta, aby dopełnił brzmienie grupy. West, ogromny wielbiciel Claptona i The Jimi Hendrix Experience, lekceważył te porównania twierdząc, że teraz będą z kolei kojarzeni z Vanilla Fudge i Deep Purple.

Jeden z pierwszych koncertów Mountain miał miejsce na festiwalu Woodstock, który jednym nie wypalił, innym ugruntował reputację. Koncert Crosby, Stills & Nash był dopiero ich drugim publicznym występem. Inne zespoły, takie jak The Grateful Dead czuły niedosyt ze swojego, podczas gdy Alvin Lee i Ten Years After błysnęli jak Supernowa w ciemną listopadową noc. Stąpanie po deskach na polu Maxa Yasgura zmieniło również karierę Mountain. Potężny Leslie West ze swoim Les Paulem wyglądającym w jego rękach jak dziecinna zabawka opanował centralną część sceny, podczas gdy Felix Pappalardi stał w półcieniu po swojej prawej stronie grając wściekłe linie basowe. Wyrobiona publiczność nie słyszała jeszcze gitarzysty, który byłby w stanie połączyć dostępność, melodię, moc, płynne vibrato i mocny rytm w jednym pakiecie. Ogniste wykonanie „Beside The Sea” i „Southbound Train” zrobiły wielkie wrażenie i nie pozostały niezauważone przez dyrektorów wytwórni płytowych.

Debiutancki album grupy zatytułowany „Climbing!”  (znany również jako „Mountain Climbing!”) ukazał się dokładnie 7 marca 1970 roku i przyniósł jedną zmianę w zespole – Corky Laing zastąpił za bębnami ND Smarta. Oprócz wspomnianego już „Mississippi Queen” krążek zawierał osiem utworów, które ugruntowało ich artystyczną wizję.

Nagranie albumu zajęło zaledwie 10 dni i wiele z jego piosenek natychmiast weszło do koncertowego zestawu grupy pozostając tam do końca jej działalności. Muskularny i fascynujący riff dominujący w „Never In My Life” przyniósł Westowi szacunek rówieśników, w tym samego Hendrixa. Ciężki popowy akcent „Silver Paper” i senna, lekka psychodelia „The Laird” to słodycze napędzane przez Pappalardiego, które odciągnęły Mountain od niechcianych porównań. Jego gładki wokal pozbawiony był rytmu Westa oferując słuchaczom jaśniejszy odcień Mountain. „For Yasgur’s Farm” zawierał soulowy śpiew Westa w najlepszym młodzieńczym wydaniu. Jego wokal wydobywa z tekstu każdą kroplę dramatu i emocji, idealnie pasujący do dynamicznej aranżacji. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że numer ten grany był na Woodstock pod pierwotnym tytułem „Who Am I But You And The Sun”… Pewną niespodzianka w tym zestawie jest kompozycja „Theme For An Imaginary Western”, napisana przez basistę Cream, Jacka Bruce’a i nadwornego autora ich tekstów Pete’a Browna. Wiedząc jak ważne dla Pappalardiego było zdystansowanie się od porównań z Cream, wybór tej piosenki może zastanawiać. Podejrzewam, że nie obyło się tu od mocnej ingerencji Westa.

Pod koniec pierwszego roku działalności Mountain zagrał aż 132 potwierdzone występy dzieląc sceny z takimi wykonawcami, jak Sly And The Family Stone, Jethro Tull, Country Joe McDonald, Van Morrison, Bloodrock… Wystąpili na głównej scenie Atlanta Pop Festival w lipcu 1970 roku, a jednym z głównych punktów imprezy było urzekające wykonanie bluesowego standardu „Stormy Monday”.

Szczyt twórczej możliwości nadszedł wraz z nagraniem i wydaniem w styczniu 1971 roku drugiego albumu „Nantucket Sleighride”.

To była wspaniała kontynuacja „Climbing!”. Tytułowy utwór nawiązuje do prawdziwej historii Owena Coffina, młodego marynarza, którego statek wielorybniczy został staranowany przez kaszalota. Ciężko ranny chłopak został zjedzony przez swych towarzyszy, którzy na szczątkach łodzi, bez żywności i słodkiej wody przez wiele tygodni dryfowali po Oceanie. Pappalardi i jego przyszła żona, Gail Collins, którzy byli jego twórcami  odwołali się również do szkockiej melodii ludowej wyrażającej smutek odległej miłości i moc Przyrody. „Nantucket Sleighride” stał się centralnym punktem koncertów Mountain przeradzając się w długi jam…  Dwa inne, nie mniej ważne kawałki to „Travellin' In The Dark (To EMP)” i „The Animal Trainer And The Toad” – oba na wpół autobiograficzne. Pierwszy mówił o poczuciu zagubienia i samotności w drodze, drugi o pułapkach przemysłu muzycznego… Pomimo, że Mountain uważany był za jeden z pierwszych zespołów heavy metalowych, można tu znaleźć mnóstwo prog-rocka i psychodelicznego pop rocka. „Tired Angels” wcieliło się w fantasy i złożyło hołd Jimiemu Hendrixowi; „My Lady” bliżej było do klasyki ciężkiego bluesa, a „The Great Train Robbery” łączył południowy rock z wczesną formą glamu. Moim zdaniem cała czwórka na tej płycie zademonstrowała swoją genialną współpracę. Szkoda, że następny album, wydany dziesięć miesięcy później, był ostatnim w tym składzie…

Pierwsza strona „Flowers Of Evil” zawiera nowy materiał studyjny, natomiast druga to nagranie koncertowe zarejestrowane  27 czerwca 1971 roku w nowojorskim Filmore East. Znów narzuca się podobieństwo do Cream i ich studyjno-koncertowej płyty „Wheels Of Fire”.

Talent na pewno ich nie opuścił, ale nadmiar narkotyków, (szczególnie u Westa) osłabił dyscyplinę. Proces pisania piosenek do pewnego stopnia załamał się, ponieważ na albumie znalazły się tylko cztery nowe utwory. O tym, że zespół wciąż grał bardzo dobrze nie było wątpliwości, ale staczał się w twórczą „flądrę”.  Większość nowego materiału skupiała się na klasycznym rocku z gitarą Westa zdegradowaną do drugorzędnej roli i dominującym wokalem Felixa Pappalardiego. Po raz pierwszy równowaga między nimi została mocno zachwiana. Przyzwoicie wypada tu tytułowy, czadowy  kawałek w stylu boogie z podwójną gitarą Westa będący swoistym  komentarzem na temat żołnierzy powracających z Wietnamu, a także nieco wolniejszy „Crossroader” napisany przez państwo Pappalardich. Krótki „King’s Chorale” z fortepianem świetnie komponuje się jako intro do „One Last Cold Kiss” – bagnistego hard rocka. Nie przekonuje mnie niestety „Pride And Passion”, który brzmi jak skrzyżowanie ELO z Queen…

Mountain. Z tyłu od lewej F.Pappalardi, L. West, z przodu C. Laing, S. Knight

Druga strona płyty to zapierający dech w piersiach pokaz umiejętności całego zespołu. „Dream Sequence” to 25 minutowy jam składający się z pięciu sekwencji (bez nudnego, perkusyjnego sola na perkusji!) z pirotechniką gitar o wielkiej mocy, z wplecionym w połowie nieśmiertelnym numerem Chucka Berry’ego „Roll Over Beethoven”. Niezwykłe wykonanie „Mississippi Queen” zamyka ten nierówny, ale wciąż godny uwagi album.

Po występie w Anglii, na początku 1972 roku zespół ogłosił rozpad. Podawali różne przyczyny, ale głównym był Pappalardi twierdzący, że wyczerpująca praca poważnie uszkodziła mu słuch. Problem tkwił jednak gdzie indziej. To narkotykowe i osobiste problemy zespołu rozwaliły wszystko. Knight całkowicie porzucił muzykę rockową i wrócił do swojej prawdziwej miłości, jazzu. Pappalardi powrócił do pracy w studio, West i Laing  udali się na Wyspy tworząc z basistą Cream, Jackiem Bruce’em nową super grupę o nazwie West, Bruce and Laing. Chemia między duetem z Mountain a utalentowanym, ale ponurym Bruce’em niosła nadzieję na trwały związek. Połączenie takich osobowości nadało ich pierwszemu albumowi niesamowicie nieprzewidywalny charakter, a utwory takie jak „The Doctor”, „Love Is Worth The Blues” i potężne „Third Degree” Williego Dixona sugerowały, że ich gwiazda powinna świecić trochę dłużej. Okazało się, że był to początek niezwykłej, lecz niestety krótkiej współpracy pomiędzy muzykami. Uzależnienie Westa od narkotyków osłabiło potencjał zespołu i spowodowało kolejne rozczarowanie; niecałe dwa lata po powstaniu pozostawili po sobie „zaledwie” dwa albumy studyjne i jeden koncertowy…

West i Pappalardi w 1973 roku reanimowali Mountain w zmienionym składzie wydając rok później dwa albumy – studyjny „Avalanche” i koncertowy „Twin Peaks” po czym grupa ponownie się rozpadła tuż po koncercie w Felt Forum w Nowym Jorku, 31 grudnia 1974 roku. To były dwie ostatnie płyty Mountain na których zagrał Felix Pappalardi.

Małżeństwo Felixa i Gail Collins przetrwało zgiełk lat 60 i 70-tych, ale na przełomie nowej dekady lata napięć nadszarpnęły imponującą więź pary. Pappalardi podobno zakochał się w młodszej kobiecie i krążyły plotki o zbliżającym się rozwodzie. Gdy 17 kwietnia 1983 roku muzyk wrócił do domu od swojej kochanki, Collins wpadła w szał i zastrzeliła niewiernego męża z pistoletu, który wcześniej dostała od niego w prezencie. Podczas procesu twierdziła, że był to nieszczęśliwy przypadek – broń wypaliła podczas jej czyszczenia (o piątej nad ranem…?). W tę wersję nie wierzył ani West, ani nikt inny kto znał parę od lat. Sąd dał wiarę słowom Gail. Za nieumyślne spowodowanie śmierci wymierzył jej karę dwóch lat więzienia. Po jej odbyciu Gail Collins wyprowadziła się do Meksyku, gdzie zmarła 6 grudnia 2013 roku.

Felix Pappalardi, producent, muzyk i współzałożyciel grupy Mounatian.

Zdrowie Leslie Westa było problemem przez wiele lat. W połowie lat siedemdziesiątych przeniósł się do Milwaukee, aby zerwać z heroiną, morfiną, kokainą… W wywiadzie z 1990 roku powiedział, że minęło 10 lat, odkąd „przestał bratać się z narkotykami”. W połowie lat osiemdziesiątych zdiagnozowano u niego cukrzycę. Na początku nowego stulecia stwierdzono mu raka przewodu moczowego. Jakby tego było mało w 2011 roku, podczas lotu na koncert do Biloxi w stanie Mississippi prawa noga Westa stała się sina na skutek powikłań związanych z cukrzycą. Został przewieziony do szpitala, gdzie chirurdzy nie mieli innego wyjścia – aby uratować mu życie amputowali dolną jej część. Na szczęście West wyzdrowiał i jego kariera trwała dalej. Jego ostatnie trzy albumy: „Unusual Suspects” (2011), „Still Climbing” (2013) i „Soundcheck” (2015) zostały nagrane z zaproszonymi gośćmi wśród których znaleźli się m.in. Slash, Joe Bonamassa, Billy Gibonns, Johny Winter, Brian May, Zakk Wylde, Peter Frampton…

20 grudnia 2020 roku Leslie West doznał zatrzymania akcji serca. Przewieziony do szpitala trafił na oddział intensywnej terapii. Nie odzyskawszy przytomności zmarł trzy dni później. Miał 75 lat…

THE CORPORATION „The Corporation” (1969); PLUM NELLY „Deceptive Lines” (1971); VSOP „Vsop” (1973)

Chociaż Milwaukee nie należało do tej samej ligi co Nowy Jork, Chicago, Los Angeles, czy Nashville  była tam bogata i różnorodna scena muzyczna. W latach 60-tych kilku tamtejszych wykonawców takich jak Esquires, Playboys, The Messengers miało parę hitów na lokalnych listach przebojów. Sekstet THE CORPORATION poszedł krok dalej – przez cztery tygodnie jego debiutancki album wydany w 1969 roku utrzymywał się na krajowej liście Billboardu. Wcześniej nikt stamtąd nie mógł poszczycić się takim osiągnięciem.

THE CORPORATION powstał w 1968 roku, kiedy bracia Kondos: John (gitara, flet) i Nicholas (perkusja) dołączyli do członków zespołu Eastern Mean Time występujących w Galaxy Club w Cudahy, południowo-wschodniej dzielnicy Milwaukee. Kilka miesięcy później, grając w Bastille odkryli ich przedstawiciele wytwórni Capitol Records podpisując z nimi kontrakt. Oprócz braci w składzie zespołu znaleźli się: basista Kenneth Berdoll, klawiszowiec Patrick McCarthy, wokalista Daniel Pell i gitarzysta prowadzący Gerard Smith. Tuż po podpisaniu kontraktu zespół udał się do Detroit i w studio nagraniowym Tera Shirma z producentem Johnem Rhysem zrealizował debiutancki album „The Corporation” wydany w lutym 1969 roku.

Na płycie znalazło się sześć utworów, z czego pięć (napisane głównie przez braci Kondos) znajduje się na  stronie „A” winylowego krążka. Ostania, 20-minutowa kompozycja „India” Johna Coltrane’a, zajęła całą jego drugą stronę. Dominuje na niej psychodeliczny ciężki rock podszyty bluesem oparty na soczystym brzmieniu organów, agresywnej gitarze, mocnym wokalu i świetnej sekcji rytmicznej. Pojawia się też harmonijka, flet i (okazjonalnie) dęte. Płyta zaczyna się od „I Want To Get Out Of My Grave” z ostrą gitarą, mocnym basem i wściekłymi organami w stylu garage rocka, co tylko uatrakcyjnia zestaw nagrań. Flet i fortepian otwierają „Ring The Bell”; ten pierwszy nadaje mu progresywny sznyt świetnie komponując się z gitarową solówką. W „Smile” organy odgrywają wiodącą rolę (przynajmniej na początku), a oszczędny gitarowy fuzz podbija gorący klimat nagrania… Ciężki blues „Highway” z kapitalną harmonijką mógłby z powodzeniem znaleźć się wśród najlepszych kawałków Canned Heat, a powolny, czterominutowy „Drifting” to psychodeliczna ballada z ładnym solem organów i fletem (szkoda, że tak krótko zagranym) na samo zakończenie… Okrasą płyty jest jego druga strona. Dziewiętnastominutowa „India” to przykład zespołowego, improwizowanego grania na wysokim poziomie. Instrumentalne, psychodeliczne dzieło zagrane w klimacie „The End” The Doors i „In-A-Gadda-Da-Vida” Iron Butterfly najbardziej pokochali lokalni długowłosi hipisi i wszyscy fani Grateful Dead. I nic dziwnego, bo na utwór składają się same wspaniałe momenty, jak choćby kapitalne solo na gitarze basowej w jego środkowej części, mroczna gitara prowadząca wykorzystująca przystawkę fuzz, piękna partia fletu i klimatyczne, jak u Raya Manzarka, brzmienie organów  Hammonda. Cudo!

Nieporozumienia z wytwórnią spowodowały, że Capitol odwołał ich wyjazd do Europy i nie przedłużył kontraktu. Nagrali jeszcze dwie płyty („Get On Our Swing” i „Hassels In My Mind”) dla niezależnej wytwórni Age Of Aquarius, po czym, w 1970 roku, rozpadli się. Każdy z muzyków grał potem w różnych zespołach, ale żaden z nich kariery nie zrobił.

Kwintet Creemore State z Nowego Jorku rozpoczął działalność na początku 1970 roku. Za namową Nicka i Arniego Ungano, właścicieli klubu Big Aple, w którym występowali, zmienili nazwę na PLUM NELLY (nazwa pochodziła od piosenki zespołu Booker T And The M.G’s. „Plum Nellie” ). Mając szerokie kontakty w branży muzycznej panowie Ungano pomogli im zawrzeć kontrakt płytowy z Capitol Records. W listopadzie wraz z producentem Kenem Cooperem weszli do studia, gdzie nagrali materiał na debiutancki album. Krążek „Deceptive Lines” został wydany na początku 1971 roku.

Płytę nagrali w składzie: John Earl Waker (lead g), Peter Harris (bg), Christopher Lloyd (dr), Rick Prince (voc. org.) i Steve Ross (g). Gościnnie zagrał na niej amerykański flecista jazzowy Jeremy Steig, syn słynnego rysownika, Williama Steiga, twórcy m.in. postaci z kreskówek „Shrek!”; w nagraniu „Lonely Man’s Cry” wspierała ich żeńska grupa wokalna The Sweet Inspirations, w której śpiewała mama Whitney Houston, Emily „Cissy” Houston. Dziewczyny robiły w tym czasie chórki dla Elvisa Presleya,  Arethy Franklin, Niny Simone, Solomona Burke’a…

„Deceptive Lines” to undergroundowo progresywny, fantastyczny klasyk ciężkiego rocka z „brytyjskim” klimatem – bardzo podobny do Leaf Hound, „dwójki” Tamam Shud, wczesnych Uriah Heep, a nawet debiutanckiego albumu The Allman Brothers Band. Utwory (jest ich sześć, z czego tylko jeden trwa poniżej czterech minut) oparte są na intensywnych i ciężkich partiach gitarowych z mocnym wokalem. Biorąc pod uwagę, że muzycy byli jeszcze nastolatkami pod względem talentu zdecydowanie przewyższali większość swoich muzykujących rówieśników.

Na tylnej stronie okładki chłopcy wyglądali jak zwykły hard rockowy kwintet, więc flet w „Deception” jest pewnym zaskoczeniem. Pomimo lirycznego otwarcia utwór nabiera tempa, a zespół pokazuje ostry rockowy pazur –  połączenie Led Zeppelin (gitara i wokal) z Jethro Tull (flet)… „Carry On” ma fajny, funkowy nastrój, choć to czysty hard rock z licznymi zmianami tempa, fantastyczną, gitarową solówką Johna Walkera i latynoską perkusją w stylu Santany… Hard rockowy „Demon” z fletem Jeremy’ego Stiega jest wyróżniającym się nagraniem na płycie. Numer ze świetną melodią i bodaj najlepszym wokalem Ricka Prince’a zaczyna się bardzo mocno i w miarę upływu czasu staje się jeszcze cięższy! Blues rockowa ballada „Lonely Man’s Cry” z wokalnym wsparciem The Sweet Inspirations jest ukojeniem przed dziesięciominutowym „Sail Away”. To najdłuższe nagranie jest wizytówką zespołu pokazującą go od najlepszej strony. Mocny głos wokalisty, hard rockowe partie, znakomite solówki Walkera w stylu Allman Brothers, solidna sekcja rytmiczna i jeszcze więcej progresywnej gry Steiga na flecie. Czy trzeba czegoś więcej..?  Kończy tę świetną płytę „Never Done”, który jak dla mnie jest o tyle interesujący, że brzmi tak, jakby zespół próbował przyjąć brytyjskie brzmienie. Po raz kolejny napędza go fajna gitara Walkera z dość chwytliwą melodią, ale to perkusista Lloyd był tu tajną bronią. Bez wątpienia to najbardziej komercyjny kawałek, który z powodzeniem mógłby zostać wydany na singlu. Mógłby, gdyby tylko wytwórnia wykazała odrobinę zainteresowania zespołem i promocją albumu.

Do połowy lat 70-tych PLUM NELLY koncertowali po całych Stanach z takimi wykonawcami jak Bo Didley, BB King, Buddy Guy, The Kinks, Savoy Brown, John Mayall, Fleetwood Mac, The Faces, Joe Cocker, Dr. John, Muddy Waters, Terry Reid, The James Gang… W 1974 roku przenieśli się do Los Angeles, ale nie nagrali już żadnej płyty. Dwa lata później zespół przestał istnieć.

VSOP to japońska, kompletnie nieznana i zapomniana grupa z początku lat 70-tych grająca mieszankę ciężkiego blues rocka i hard rocka podlanego psychodelicznym sosem. Debiutancki album „Vsop” z całkiem fajną okładką wydany przez London Records ukazał się w 1973 rok. Niewiarygodne, że płyta nigdy wcześniej nie pojawiła się na CD (nawet w Japonii)! Szkoda, bo album jest naprawdę dobry i byłby znacznie lepiej znany, gdyby był bardziej dostępny.

O zespole wiadomo niewiele, prawie nic. Podejrzewam, że ich popularność nawet w rodzinnym kraju mogła mieć charakter lokalny (na youtube są tylko dwa utwory VSOP…). Prowadzeni przez gitarzystę i wokalistę Kazumi Mukai, udało im się odpalić niezłą petardę. Pierwsza strona (pięć nagrań) to utwory studyjne, w których mamy i ciężkiego rocka i psychodeliczną balladę, oraz standardowego blues rock. Moi faworyci to wolny, toczący się jak walec drogowy „Shizuka da kara” z krótkimi, ale jakże soczystymi solówkami Mukai; znakomity blues „Henji wa Irimasen” w duchu Led Zeppelin, oraz energetyczny rocker „Tengoku e Ikou”.

To co najlepsze grupa zaprezentowała jednak po drugiej stronie krążka, a są to nagrania z koncertu z 31 marca 1973 roku. Tu już na całego rządzi surowy, grunge’owo undergroundowy klimat, a mocarny rock z długimi improwizowanymi partiami wypełniony jest niesamowicie ciężkimi solówkami gitarowymi z użyciem wah wah, które zdzierają farbę ze ścian jeśli zostaną zagrane z odpowiednią głośnością. Dodajmy do tego ogniste riffy, rasowy (japoński) wokal, dudniący bas i piekielną perkusję, a od razu cisną mi się porównania z Flower Travellin' Band, Too Much i Blues Creation. Jak więc się okazuje, „Vsop” to bardzo dobry album, który powinien być dużo bardziej znany, a już na pewno warty posłuchania.

W 1975 roku ukazał się ich drugi album zatytułowany „Epilogue”. Radzę jednak omijać go szerokim łukiem. Chyba, że ktoś lubi trzyminutową pop rockową papkę z domieszką muzyki funk i soul. Osobiście wolę albumy, które zdzierają farbę ze ścian!

MELLOW CANDLE „Swaddling Songs” (1972)

Historia MELLOW CANDLE składa się z dwóch rozdziałów, z których pierwszy rozpoczyna się w 1963 roku, kiedy to  trzy irlandzkie panienki Clodagh Simonds, Alison Bools i Maria White uczące się się w klasztorze w Dublinie zaczęły wspólnie śpiewać  nazywając się The Gatecrashers. Zakochane w muzyce pop i folk tamtego okresu namiętnie słuchały piosenek Helen Shapiro, Boba Dylana i żeńskich grup. Szczególnie tych zza Oceanu. Miały też talent i dar śpiewania oparty na pięknych, anielskich harmoniach. Pięć lat później, już pod nazwą MELLOW CANDLE, wysłały taśmy demo z domowymi nagraniami do Radia Luxemburg. Kiedy kilka tygodni później listonosz wręczył im list polecony nie mogły uwierzyć w to, co się stało – zostały zaproszone do Londynu na nagrania do profesjonalnego studia! Tam, wspierane przez orkiestrę i chórek Cliffa Richarda, The Breakaways, nagrały piosenkę „Feeling High”. Niewiarygodne, że momencie nagrywania Clodagh miała lat piętnaście, a Alison i Maria po szesnaście.

Piosenka (napisana przez Simonds) brzmiała imponująco dojrzale jak na tak młode dziewczęta mieszkające setki mil od Londynu – muzycznej Mekki tamtych czasów. Oczywiście ściana dźwięku i produkcja Phila Spectora miała w tym swój udział. W wywiadzie udzielonym dla „The Quietus” panna Simonds wspominała: „Odkąd go poznałam byłam zachwycony jego techniką nagrywania. Gdy tylko wróciłam do domu, siadłam przy pianinie i odkryłam swoją muzyczną receptę na kilka następnych lat: cały czas mocno naciskaj pedał podtrzymania, graj szybko i niezwykle głośno; zbierz kilku przyjaciół z równie mocnymi głosami i niech wszyscy równo śpiewają.” Singiel został wydany w sierpniu 1968 roku w wytwórni Simona Napier-Bella SNB i podobnie jak większość krótkotrwałych zespołów bez promocji i wsparcia wytwórni, upadł. Dziewczyny wróciły do ​​Dublina i przez rok dryfowały w oddzielnych światach.

Koniec rozdziału pierwszego.

Dla większości zespołów, których pierwszy singiel prowadzi donikąd, rozdział pierwszy byłby ostatnim. Ale mówimy tutaj o dwóch upartych damach. Maria White co prawda zrezygnowała ze śpiewania, ale pozostałe członkinie utrzymywały płomień świecy przy życiu, choć jeszcze nie razem. Clodagh Simonds kontynuował pisanie piosenek, a Alison Bools dołączyła do zespołu Blue Trint grającego popularne covery.

Mellow Candle  jako żeńskie trio (1967)

Drugi rozdział zaczyna się od spotkania Alison z gitarzystą Dave’em Williamsem w tymże zespole. Williams, którego gusta muzyczne obejmowały Franka Zappę i Yes miał na nie duży wpływ. Clodagh Simonds: „Tak naprawdę to był jego pomysł, aby stworzyć kolejny etap Mellow Candle. Dave muzycznie był znacznie bardziej rozwinięty niż ja i Alison, więc jego wpływ na zespół był ogromny”. Dziewczyny zaczęły słuchać takich artystów jak The Incredible String Band, Joni Mitchell… Przyjęli hipisowski styl życia i przy pomocy chemicznych suplementów zaczęli tworzyć piosenki nowego rodzaju. Wkrótce Williams sprowadził basistę Pata Morrisa, wielkiego fana Jethro Tull i już w czwórkę pracowali nad piosenkami, z których wiele napisała Simonds. W 1970 roku kwartet godzinami ćwiczył w stajni, w posiadłości jej rodziców. Niektóre piosenki pochodzące z tego okresu znajdą się później na albumie „Swaddling Songs”. Słuchając taśm demo nagranych podczas tych sesji można przekonać się jak niewiele różnią się od ich ostatecznych wersji studyjnych. Jedną z nich jest moja ulubiona. To „Heaven Heath”.  Wersja demo, nagrana bez perkusji, może nie przewyższa tę oficjalną, albumową, ale jest równie fantastyczna. Dema z tego okresu znajdą się później na albumie „The Virgin Prophet” wydanym w 1994 na winylu (limitowana edycja500 szt.) i 1997 roku na CD przez wytwórnię Kissing Spell specjalizującą się w wydawaniu folkowych i psychodelicznych rarytasów.

Mellow Candle jako kwartet. Jeszcze bez perkusisty. (1970)

Kwartet, jeszcze bez perkusisty, zagrał kilka koncertów wspierając półprofesjonalny wówczas zespół The Chiftains; wystąpili też na Wexford Festival Of Living Music, którego gospodarzem był John Peel. Alison: „Cały ten festiwal był bardzo interesujący. Było tam kilka bardzo dobrych grup: Principal Edwards’ Magic Theatre, Continuum i oczywiście Fairport Convention, o których byliśmy zazdrośni, gdyż  mieli w umowie zapis, że na zapleczu muszą mieć skrzynkę piwa…” Od tego momentu sprawy dla zespołu zaczęły toczyć się szybko. Ted Carroll, menedżer Thin Lizzy, dodał ich do listy swoich artystów. Phil Lynott został ich fanem. Zaprosił nawet Simonds do zagrania na klawiszach na drugim albumie Thin Lizzy „Shades Of A Blue Orphanage”.  Elegancki akompaniament na melotronie w utworze tytułowym to jej dzieło. Ze spraw poza muzycznych odnotuję fakt, że panna Alison Bools poślubiła Dave’a Williamsa i zamieniła się w panią Alison Williams. Zbiegło się to mniej więcej w tym samym czasie, gdy niespodziewanie opuścił ich Patt Morris, na szczęście  szybko zastąpiony przez Franka Boylana. Z wypożyczonym na kilka dni perkusistą Caravan, Richardem Coughlanem, MELLOW CANDLE nagrał kilka piosenek i podpisał kontrakt z Deram, oddziałem wytwórni Decca. Zdając sobie sprawę z tego, że potrzebny im był perkusista, zwerbowali Williama Murraya. Jak się wkrótce okaże będzie on miał duży wpływ na materiał, który znajdzie się na albumie. Wszyscy przenieśli się do Londynu i zaczęli występować dla bardziej znanych zespołów, takich jak Lindisfarne i Steeleye Span. Ten szał aktywności sprawił, że zostali dostrzeżeni i doczekali się kilka wzmianek w prasie muzycznej. Szkoda, że nie poszły za tym większe pieniądze, których tak potrzebowali na nagranie płyty.

Mellow Candle w pełnym składzie (1971)

Na szczęście w grudniu 1971 roku muzycy weszli do londyńskiego Decca Tollington Park Studios i rozpoczęli nagrania. Album został wyprodukowany przez Davida Hitchcocka, który kilka miesięcy wcześniej zdecydował się na niezależność i opuścił wytwórnię Decca wraz z Neilem Slavenem, z którym współtworzył firmę producencką Gruggy Woof. Ta firma wydała wiele świetnych albumów na początku lat 70- tych i jak się domyślacie robiła to dla… Decca. Sprytne. Niektóre z tych albumów to „Waterloo Lily” Caravan, „Space Shanty” Khan, „Foxtrot” Genesis i „Mirage” Camel. Slaven, który bardziej pasował do bluesowej strony muzyki, wyprodukował płyty dla Chicken Shack i Savoy Brown. Po latach Simonds wciąż docenia rolę jaka wówczas odegrał producent: „David Hitchcock zasługuje na medal za stworzenie tak spójnego albumu od bandy roztrzepanych, nastoletnich hipisów. Pierwsze sesje były dość trudne, ale zamiast porzucić projekt, sugerował zmiany, więcej prób, pozostając cierpliwym, taktownym i spokojnym do samego końca. Jesteśmy mu winni drinka!” Głównym inżynierem dźwięku był Derek Varnals, który pracował nad wieloma albumami dla Deram, począwszy od przełomowej płyty „Days Of Future Passed” z 1967 roku The Moody Blues po innych klasyków z tego okresu, w tym Caravan („In The Land Of Grey And Pink” ) i Amaryllis („Bread, Love And Dreams”).

Płyta „Swaddling Songs” ukazała się w kwietniu 1972 roku. Autorem okładki był David Anstey, wzięty ilustrator i grafik na stałe pracujący dla Decca, najbardziej znany ze swoich okładek dla The Moody Blues (płyta „Days Of The Future Passed”) i grupy Camel, („Moonmadness”).

Front okładki „Swadding Songs” (1972)

Co można powiedzieć o tej okładce? To, że jakiś facet z bronią i kordelasem znajduje się na otwartej, zaśnieżonej przestrzeni, która wygląda jak zamarznięte jezioro? Że w ręku trzyma świecę na wysokiej iglicy wykonanej z niezidentyfikowanego materiału, prawdopodobnie lodu, topiąc ją? Że na szczycie siedzi gruby, głupkowaty ptak, który wkrótce z niego spadnie… chyba że odleci? Że byłbym niedbały, gdybym nie zwrócił uwagi na dość duże pióro w kapeluszu naszego bohatera..? Co ta okładka ma wspólnego z  muzyką zespołu? Nic. Kompletnie NIC! To znaczy, podoba mi się sam rysunek, ale wygląda na to, że powinien być np. na okładce powieści fantasy. Albo albumu Hawkwind. Gdybym miał zgadywać, co artysta miał na myśli powiedziałbym, że wokół niego konsumowało się trochę za dużo substancji zmieniających umysł co, jak sądzę, było w owym czasie czymś normalnym. Nie, nie narzekam na okładkę. Po prostu próbuję poskładać pewne rzeczy w całość. Oryginalne kopie płyty kosztują obecnie grubo ponad 1000 dolarów! Cena zawrotna, o której ci młodzi hipisi w 1972 roku w najsłodszych snach nie śnili.

Dużo ciekawsza była wewnętrzna strona okładki przedstawiająca zdjęcia członków zespołu, pod którymi zamieszczono krótkie, z humorem napisane, mini komentarze.

Wewnętrzna grafika z humorystycznymi komentarzami pod zdjęciami

Oto kilka ich fragmentów. FRANK BOYLAN. Baran. Gitara basowa. Obecnie jest na tropie wynalezienia okularów, których soczewki zawierają mapy Słońca… CLODAGH SIMONDS. Byk. Piosenkarka i pianistka. Nawiedzona przez Księżyc, który sprawia, że płacze za każdym razem, gdy go kroi, aby włożyć go do gotowania. Największe dotychczasowe osiągnięcie to hanowerski recital fortepianowy zagrany nuta w nutę w wełnianych rękawiczkach… ALISON WILLIAMS. Waga. Wokalistka. Największe roszczenie do sławy ze zdumiewającą zdolnością śpiewania trzyczęściowych harmonii. Mewy z Wicklow mrugają słysząc jej imię… WILIAM MURRAY. Baran. Perkusista. Większość swojego dzieciństwa spędził w towarzystwie pawi dzięki którym poznał tęczę i inne alternatywne wymiary…”. Tyle odnośnie okładki. Czas skupić się na muzyce.

Gdy igła gramofonu opada w rowek płyty, po upływie dwudziestu kilku sekund utworu „Heaven Heath” łapią za serce piękne harmonie wokalne. Od razu powiem, że ze wszystkich cudownych momentów na tym albumie, to właśnie owe harmonie powracające w różnych kształtach i odmianach sprawiają, że płyta jest naprawdę wyjątkowa. Każda zaśpiewana tutaj piosenka jest folkową rozkoszą; czasem z psychodelicznymi podtekstami, czasem z odrobiną szaleństwa, ale zawsze z anielskimi głosami Clodagh Simonds i Alison Williams, które są stworzone do śpiewania takiej muzyki. Obie panie mają bogate, ekspresyjne głosy niosąc każdą melodię na wyżyny jakich nie byłby w stanie zaśpiewać żaden męski trubadur. Obie też napisały, lub są współautorkami, prawie wszystkich utworów na albumie. Siłą płyty jest też dość prosta instrumentacja: bas, gitara, klawisze (głównie fortepian), perkusja… Kilka razy David Williams podkręca nieco swoją gitarę, łącząc psychodeliczny i łagodny rockowy styl jak w Lonely Man” i Buy Or Beware”, ale takich momentów jest niewiele. Kilka utworów, jak „Dan The Wing” i Break Your Token”, ma zdecydowanie irlandzki akcent, jednak w większości jest to po prostu dobra muzyka folkowa bez zbytniego nadęcia i  pompatyczności. Wracając na moment do mojego ukochanego „Heaven Heath” to w porównaniu z okrojoną wersją demo, o której wspominałem wcześniej, ten albumowy posiada wzbogaconą o klawesyn aranżację, na którym ślicznie zagrała Clodagh. Jego dźwięki wnoszą do muzyki lekko barokowy nastrój i nie jest to na szczęście purystyczna średniowieczna muzyka ludowa tak bardzo eksploatowana przez wielu folkowych artystów.

SImonds: „Byliśmy bandą rozwydrzonych, nastoletnich hipisów.”

Na płycie znalazło się dwanaście nagrań i proszę mi wierzyć, że o każdym mógłbym pisać dużo i długo. Nie chcę odbierać radości w odkrywaniu tych cudownych muzycznych dźwięków, ale nie mogę oprzeć się pokusie, by o niektórych napisać choć kilka krótkich zdań.

Długi fragment zaczynający się mniej więcej od drugiej minuty z sekundami w „Sheep Season” poprzedzony fortepianowym akompaniamentem jest świetnym przykładem przemyślanej aranżacji i zawiera rzadkie jak dla tego zespołu piękne gitarowe solo Davida Williamsa„Silver Song” to smutna ballada napisana przez Simonds i zagrana na fortepianie z przyjemnym akompaniamentem smyczkowym. Nawiasem mówiąc fortepianowe akompaniamenty na całym albumie to jedna z tych rzeczy, która odróżniała zespół od współczesnych mu folkowych grup, które zwykle opierały swoje brzmienie na gitarach, skrzypcach i fletach. Dwadzieścia lat później piosenka została ponownie nagrana przez rockowy zespół All About Eve z podobnym układem smyczków i całkiem fajnym wokalem Julianne Regan, ale moim zdaniem nie dorównuje oryginałowi… Delikatny fortepian w „Reverend Sisters” czaruje nawiedzoną melodią, która dosłownie hipnotyzuje. Z kolei w „Break Your Token” Alison i Clodagh pokazują jak można na luzie bawić się śpiewem. I tak sobie myślę, czy one czasem nie sprzedały duszy diabłu! Przecież dwudziestolatki nie śpiewają z taką dojrzałością, prawda? Najbardziej skomplikowana rytmicznie „Buy Or Beware” to optymistyczna, rockowa piosenka z pseudoreligijnym tekstem z przymrużeniem oka, pianinem i sekcją rytmiczną dudniącą w szybkim tempie. A pani Williams i pani  Simonds brzmią, jak nie przymierzając, Mama Cass Elliott i Michelle Phillips z The Mamas & The Papas. „Vile Excesses” to nieco podobny utwór, będący punktem kulminacyjnym gry na perkusji Williama Murraya. Oprócz harmonii wokalnych i akompaniamentu fortepianu, perkusja w „Swaddling Songs” to kolejny aspekt zespołu, który odróżnia go od brytyjskiej sceny folkowej. Skomplikowane schematy perkusyjne, które Murray gra na całym albumie zdecydowanie umieszcza zespół w kategorii progresywnego folku. Murray przed przybyciem do MELLOW CANDLE grał w zespole Kevina Ayersa, Whole World. Simonds o Murrayu: „Wpływ Willy’ego był ogromny. Przedstawił nam całe mnóstwo muzyki, której wcześniej nie znaliśmy. To on odkrył nam Soft Machine, Hatfield & The North, Henry Cow i Gong.” Oboje, Simonds i Murray, będą gośćmi na albumie „Ommadawn” Mike’a Oldfielda; dodatkowo William napisał tekst do cudownego „On A Horseback”… I na zakończenie, instrumentalne tour de force, czyli „Boulders On My Grave”. Jeden z najważniejszych utworów napisany przez Clodagh Simonds okazuje się najbardziej rockowym toczącym się kamieniem na całym albumie i jest jego prawdziwym hitem. W tym miejscu zespół naprawdę odpalił wszystko, co miał najlepszego uzyskując ogniste zakończenie, nie paląc  przy tym swej łagodnej świecy (ang. mellow candle).

Płyta „Swaddling Songs” zebrała kilka bardzo krótkich recenzji w gazetach muzycznych, przeszła właściwie niezauważona i zniknęła z powierzchni ziemi, tak jak sam zespół. Po kilku dekadach ponownie odkryta i doceniona przez krytyków uznawana jest dziś za świętego graala brytyjskiego folk rocka. Cóż, lepiej późno niż wcale…

DARRYL WAY’S WOLF „Saturation Point” (1973); „Night Music” (1974).

/Uwaga! Poniższy tekst jest kontynuacją wpisu pt. DARRYL WAY’S WOLF „Canis „Lupus” (1973) opublikowany 3 czerwca 2020 roku. Zainteresowanych odsyłam do rubryki „Archiwa. Czerwiec 2020”; znaleźć go też można wpisując tytuł w wyszukiwarce  na stronie głównej bloga/

Po wydaniu debiutanckiej płyty „Canis Lupus”, która zgromadziła niezłe recenzje czołowych brytyjskich krytyków, już miesiąc później, w lipcu 1973 roku, kwartet WOLF zanurzając się w żywy wir rocka progresywnego wszedł do studia Decca Records w Tollington Park w północnym Londynie, aby rozpocząć pracę nad kolejnym albumem. Nowym producentem nagrań został Sean Davies, znany m.in. ze współpracy z takimi wykonawcami jak King Crimson, Yes, Rick Wakeman, Status Quo… Zarejestrowali wówczas dwa nagrania: „A Bunch Of Fives” i „Five In The Morning”. Wytwórnia Deram uznała je za tak dobre, że miesiąc później trafiły na singiel. Krótka przerwa na koncerty odbywające się głównie wśród akademickiej publiczności nie wybiła ich z rytmu. W drugiej połowie sierpnia kontynuowali studyjną pracę, a jej uwieńczeniem był album „Saturation Point” wydany na początku listopada.

Front okładki „Saturation Point” (1973)

Niemal całkowicie instrumentalny „Saturation Point” w sposób może nawet bardziej efektowny niż debiutancki „Canis Lupus”, podkreśla dialogi pomiędzy gitarą i skrzypcami, wspierane przez sekcję rytmiczną, która gra z przekonaniem i która pozwala Wayowi wyrazić siebie z niezwykłą spontanicznością i swobodą. Klawisze (głównie fortepian elektryczny) pojawiają się zaskakująco rzadko, prosto i dyskretnie. Albumowi bliżej do płyt Jean-Luc Ponty’ego z połowy lat 70-tych, niż do czegokolwiek związanego z Curved Air. Setlista składająca się z siedmiu nagrań łączy rockową energię z progresywnymi ambicjami, okazjonalnymi skłonnościami do muzyki funk i fusion z brzmieniowymi wpływami jazzu i bluesa. Obsesja na punkcie doskonałości sprawiła, że całość jest bezbłędnie wykonana i doskonale zsynchronizowana.

Podróż zaczyna się od piekielnie ognistego „The Ache”. Ale ten ból (ang. ache) nie jest okrutny, lecz (wybaczcie mi ten paradoksalny epitet) wdzięczny. Siła sekcji rytmicznej w połączeniu z ognistymi skrzypcami elektrycznymi Darryla i wyrafinowanymi gitarowymi solówkami Etheridge’a daje atrakcyjny obraz rocka w eleganckim stylu. Tych dwoje łączy jakaś telepatyczna więź i łatwa (ale tylko z pozoru) zdolność do równoległego zapanowania nad emocjami. Jednym słowem genialny początek! „Two Sisters” wygląda na prostszą kompozycję. I nic w tym  dziwnego, bo tak naprawdę jest to zgrabna  piosenka zaśpiewana przez basistę Deka Messecara, na którą składają się żywsze fragmenty grane przez lidera… W „Slow Rag” elegancja barokowych monogramów  Waya łączy się z refleksami gitary elektroakustycznej Johna spokojnie tkającego swój gitarowy gobelin mający zdecydowanie śródziemnomorski klimat przechodzący w paroksyzm emocji. Prawdziwa uczta dla wielbicieli nastrojowych etiud w wielkim stylu… Najkrótszy w tym zestawie, „Market Overture” (3:40), jest dziwnie schizofrenicznym utworem, który zestawił ze sobą pozornie niezwiązane ze sobą części: skomplikowany funk, trochę żartobliwych rytmów i gwiezdne gitary. Dalej mamy „Game Of  X”, czyli dziką mieszankę mocnych  i energicznych ataków z palącymi skrzypcami, mocnym śpiewem i hałaśliwym gitarowym zawodzeniem. John Etheridge po raz kolejny udowodnił swoją wartość, a ten prawie punkowy numer pokazuje, że WILK ma duże kły… Tytułowy „Saturation Point” jest doskonałym przykładem połączenia jazzu i rocka. Powolna eksploracja cztero i sześciostrunowych instrumentów daje możliwość poszukiwania nowych dźwięków – pozornie bez wysiłku, jakby dla zabawy…  Kulminacyjny punkt albumu, finałowy Toy Symphony” to bogaty bulion energetycznych składników, z których lider potrafił  przyrządzić znakomitą potrawę. Co prawda Daryll Way powraca do intensywnych klasycyzmów skrzypcowych demonstrując swoje pełne mistrzostwo, ale szybko zostaje porwany przez potężny bas i bębny Mosleya przenosząc aranżację w bardziej rockowe rejony. Ostatnie minuty to szaleństwo ekscytującej gry, która zapiera dech w piersiach, jak bezbronną ofiarę ściganą przez głodnego wilka.

Tył okładki kompaktowej reedycji wytwórni Esoteric (2008)

Kompaktowa reedycja „Saturation Point” z 2008 roku wytwórni Esoteric Reissue zawiera trzy bonusy. Pierwsze dwa pochodzą z lipcowej sesji nagraniowej, o której wspominałem wyżej. „A Bunch Of Fives” to energetyczny funk. Sekcja rytmiczna Mosley/ Messecar wydaje się tłem dla popisów Etheridge’a i Waya oddających się finałowemu jamowi, w którym gitara i skrzypce wymieniają się płynnie robiąc taki mętlik w głowie, że w końcu pogubić się można kto i co gra, ale już w „Five In The Morning” chwytliwy dialog gitary i skrzypiec przeplata się z całkiem przyjemną melodyjnością. Ostatni z bonusów to singlowa wersja „Two Sisters”; na drugiej stronie małej płytki (ukazała się w ostatnim tygodniu października tuż przed albumem) znalazło się nagranie „Go Down” znane z debiutanckiego krążka.

Pomimo swej doskonałości obie płyt nie zwojowały brytyjskich list przebojów. Nie mniej ich niesamowite koncerty, dzięki wsparciu szefom z Decci, cieszyły się ogromną popularnością, szczególnie wśród uniwersyteckiej publiczności. Wielkim sukcesem okazały się spektakularne występy w manchesterskim Free Trade Hall i londyńskim Hammersmith Odeon, po których określono ich „jedną z najbardziej inteligentnych grup progresywnych grających na żywo”. Być może to zaważyło, że wytwórnia zaoferowała im przedłużenie kontraktu i sfinansowała nagranie trzeciego albumu. Przed jej realizacją, którą rozpoczęli w kwietniu 1974 roku Darryl Way  zaangażował do zespołu nowego członka – Johna Hodkinsona,  byłego wokalistę brytyjskiej, jazz rockowej grupy If. Chociaż Dek Messecar ze śpiewem dawał sobie radę, bez żalu pożegnał się z mikrofonem mogąc jeszcze bardziej skupić się na swoim instrumencie.

Wydany w listopadzie tego samego roku album „Night Music” kończy płytową trylogię będąc przykładem stylistycznej dojrzałości grupy.

Okładka płyty „Night Music” (1974)

Zatrudnienie Hodkinsona, który (trzeba to przyznać) ma bardzo dobry głos, dało Dekowi więcej swobody w jego oszałamiającej grze na basie, co słychać  już w fantastycznym The Envoy” otwierającym płytę. Ta przypominająca wczesny King Crimson opowieść o następstwach wojny przeplata się partiami skrzypiec z gitarą solową i basowym solem. W czułym „Black September” elektryczne pianino odgrywa wiodącą rolę i z nieco bardziej powściągliwą gitarą Etheridge’a idealnie trafia w ramy głosu Hodkinsona. Myślę, że tu wokaliście wyszło dużo lepiej, niż w zespole If…  Delikatne gitarowe arpeggia i talerze otworzyły znakomity instrumentalny „Flat 2/55” o dużo ciemniejszej barwie.  Prowokujące do myślenia „Anteros”, zainspirowane mitologiczną historią greckiego boga Anterosa i jego nieodwzajemnionej miłości, okazało się jednym z głównych punktów sesji nagraniowej. A skoro o niej mowa – istotną kwestią było większe wykorzystanie instrumentów klawiszowych.  Efekt ich szerszego zastosowania słychać choćby w „We’re Watching You”, w którym Way zamienił skrzypce na syntezator. W tym nagraniu uwidoczniła się też ewidentna miłość do jazzu Johna Etheridge’a. Z kolei „Steal The World” jest świetnym i potężnym numerem, który zawiera niesamowicie nawiedzone i energetyzujące solo na  skrzypcach plasujące się obok najlepszych jakie w tych latach Way nagrał wliczając te zagrane w Curved Air. Całość zamyka „Conrade Of The Nine”, chwytliwy rockowy numer z doskonałą perkusją Iana Mosleya.

Ten kolejny doskonały album z pewnością zasłużył wówczas na lepszy los, ale listy przebojów rządzą się swoimi prawami. Brak sukcesu komercyjnego spowodował, że zespół WOLF został rozwiązany. Lider po latach przyznał jednak, że do dzisiaj jest z niego bardzo dumny. Po rozpadzie zespołu Way przyjął propozycję byłych  kolegów z Curved Air i nagrał z nimi kolejne trzy albumy (w tym fantastyczny „Curved Air – Live”) zanim grupa rozwiązała się w 1977 roku. Następnie nagrał kilka solowych albumów; najbardziej znany to „Concerto For Electric Violin” z Royal Philharmonic Orchestra, który swą premierę miał w 1978 roku. W tym samym roku zagrał w dwóch utworach na płycie „Heavy Horses” Jethro Tull. Był też twórcą operowego dzieła „The Russian Opera”, która swą premierę miała w listopadzie 1996 roku… John Etheridge ogromny talent rozwijał nie tylko w Soft Machine. Jego natchniona gra czarowała wielu muzyków, którzy chętnie zapraszali go do współpracy. Wśród nich byli John Williams, Dizzy Gillespie, Nigel Kennedy, oraz legendarni skrzypkowie – Stephane Grappeli i Yehudi Menuhin. Występował też z jazz rockową grupą Zappatistas grającą covery Franka Zappy, z którą w 2001 roku wydał koncertowy album „The Music Of Frank Zappa Absolutely Live”…  Basista Dek Messecar w lutym 1977 roku  dołączył do Caravan zastępując w nim Mike’a Wedgwooda. Z kolei perkusista Ian Mosley w 1976 roku najpierw został członkiem Trace Birds, potem przez trzy lata bębnił w formacji Gordon Giltrap Band, a w latach 1980-1984 grał ze Steve’em Hackettem. Po wyrzuceniu Micka Pointera ze składu Marillion Mosley zajął jego miejsce, w którym gra do dzisiaj.

Chociaż DARRYL WAY’S WOLF przetrwał jedynie ulotny moment w historii rocka trzy albumy, które nagrali dla Deram, to rockowe klasyki spod znaku progresywnego grania i muzyczne dziedzictwo, które należy pielęgnować do dziś.