Teoria Wielkiego Wybuchu. BANG „Bullets. The First Four Albums Plus…” (1971-1973)

BANG, podobnie jak Sir Lord Baltimore, Captain Beyond, Dust, czy Armageddon należy do tych zespołów, o których przewrotnie mówi się, że są „mało znani, a wszyscy o nich słyszeli”. Nazwa zespołu została zainspirowana tytułem artykułu „The English Boom Is Over BANG!” jaki pojawił się w magazynie „Rolling Stone”  nawiązujący do inwazji brytyjskich zespołów na Amerykę. Tym samym początkową nazwę Magic Band zastąpiono krótkim i mocnym BANG.

Od lewej Tony Diorio, Frank Ferrara, Frankie Gilcken. (1971).

Zespół powstał w sierpniu 1969 roku w Filadelfii, dwa tygodnie po Woodstocku z inicjatywy dwóch 16-latków: gitarzysty Frankie Gilckena i basisty Franka Ferrary, do których dołączył perkusista Tony Diorio. Po miesiącach intensywnych prób zaczęło się pasmo koncertów w rodzinnym mieście, Kalifornii i innych stanach. Otwierali występy Deep Purple, Black Sabbath, Grand Funk… Na ich muzykę wpływ miały zespoły takie jak The Beatles, Cream, Hendrix i grupy z Zachodniego Wybrzeża: Mobby Grape, Grateful Dead… BANG, często nazywany odpowiedzią Ameryki na Black Sabbath działając do 1973 roku nagrał trzy duże płyty dla Capitol Records, które potem kryminalnie popadły w zapomnienie na długie lata. Czwarty, który według wszelkiej logiki powinien być ich płytowym debiutem został udostępniony dopiero w… 2004 roku! Sześć lat później Rise Above Relics udostępnił wszystkie te nagrania razem z bonusami w czteropłytowym, pięknie wydanym boxie „Bullets. The First Four Albums Plus…”, który przyjąłem (jak wielu innych fanów) z wielką i niekłamaną radością!

Bang „Bullets. The First Four Albums 1971-1973”

Przede wszystkim czapki z głów dla wytwórni Rise Above Relics za udostępnienie tych rockowych rarytasów z mrocznej i odległej przeszłości. Żółte, lakierowane pudełko zawiera kompaktowe płyty umieszczone w replikach rozkładanych jak w oryginale okładek plus 40-stronicową książeczkę z historią grupy, archiwalnymi zdjęciami i samoprzylepną naklejką.

Album „Death Of A Country” z okładką przedstawiającą zespół „wciągnięty” w lufę pistoletu został nagrany na początku 1971 roku w jednym podejściu w Criteria Studios w Miami na Florydzie jeszcze przed podpisaniem kontraktu z Capitol. Kierownictwo wytwórni uznało jednak, że zawarta na nim muzyka jest zbyt mroczna, surowa, za bardzo „konceptualna”, której nikt nie zrozumie i odłożyła go na półkę. Przeleżał na niej dokładnie 33 lata…

Dysk nr.1. Album „Death Of A Country” (1971)

Znakomicie nagrany i świetnie wyprodukowany według mnie to autentyczny  muzyczny klejnot. Co prawda jedną nogą jest jeszcze w post-psychodelicznej erze kończących się lat 60-tych, nie mniej był już doskonałym budulcem proto metalowego następcy. Otwiera go tytułowa, 10-minutowa heavy progresywna mini suita ze zmianami tempa, agresywnymi zagrywkami gitarowymi przeplatanymi gitarą akustyczną i ekologicznym przesłaniem w tekście. Już choćby dla tej kompozycji warto mieć tę płytę! Pozostałe nagrania nie odbiegają poziomem, mają swoje zalety i moc – szczególnie polecam „Certainly Meaningless” i „Future Song”. W końcówce tego ostatniego słychać wybuch bomby jądrowej zarejestrowany na wojskowym poligonie w Yucca Flats puszczony od tyłu.

Kiedy Capitol postanowił nie wydawać tego albumu dał muzykom dwa tygodnie na nagranie nowego materiału, który ukazał się jesienią tego samego 1971 roku. Przy okazji skorzystano z poprzedniego projektu graficznego tyle, że w lufie pistoletu zamiast muzyków pojawiła się nazwa zespołu będąca jednocześnie tytułem płyty. Oficjalnie to ten krążek uznaje się za płytowy debiut tria.

Dysk nr.2. Album „Bang” (1971)

Patrząc dziś z perspektywy czasu trzeba przyznać, że zespół miał olbrzymi potencjał. Jakkolwiek byśmy to nie nazwali: hard rock, proto-metal, czy heavy psychodelia, jedno jest pewne – ten album jest prawie tak dobry i ciężki jak „Master Of Reality” Black Sabbath wydany w tym samym roku. Różnica jest jedna: czas wyniósł Black Sabbath do statusu bogów, podczas gdy BANG pogrążył się w mroku. A szkoda, bo jest tu kilka prawdziwych metalowych kilerów i zaskakująco inteligentnych tematów. Choćby ten o chrześcijanach karmionych dzikimi zwierzętami na rzymskiej arenie w „Lions, Christians”, czy ten w piorunującym „The Queen” będący eposem o prostytutce specjalizującej się w perwersyjnych klientach… Na dodatek przy takich utworach jak bombastyczny „Future Shock”, „Come With Me”, „Redman”, czy „Questions” niemożliwe jest nie paść na kolana i nie walić głową w podłogę – nawet jeśli zrobi się to instynktownie. Jedną z rzeczy, które sprawiają, że album „Bang” jest tak świetny to wysoka, konsekwentna jakość wściekłego gitarowego riffu, gęstej perkusji, zapierającego dech w piersiach basu i głosu wokalisty brzmiący jak miks Ozzy’ego z Plantem, a w „Questions” jak sam Plant.

Tył okładki 4-płytowego boxu „Bullets…”

Niedługo po wydaniu „Bang” zespół opuścił perkusista Tony Dioro, który jednak nadal tworzył dla zespołu. Ponoć w jego odejściu maczali palce ludzie z Capitolu. W konsekwencji na kolejnym albumie „Mother/Bow To The King”, który ukazał się sześć miesięcy po płycie „Bang” (dokładnie 1 listopada 1972 roku) zagrało… dwóch perkusistów. Bruce Gary z Knack bębnił w „Keep On” i „Idealist Realist” zamykających stronę „A” oryginalnego winyla, w pozostałych słyszymy Durisa Maxwella z grupy Skylark…

Dysk 3. Album „Mother/Bow To The King” (1972)

Krytycy narzekali, że album nie był tak dobry jak poprzedni, z czym nie do końca się zgadzam. Co prawda druga strona jest odrobinę lżejsza i momentami zwraca się w stronę melodyjnego glam rocka w stylu Sweet („No Sugar Tonight”), ale co najmniej pięć/sześć z ośmiu zamieszczonych tu nagrań trzymają poziom poprzednika. „Mother” zaczyna się od łagodnego kołysania, ale potem nabiera rozpędu pokazując ostre pazurki; „Humble”przechodzi w gęstą jak ołów, hard rockową atmosferę plując i warcząc przez cały czas przypominając mi Grand Funk; „Kep On”, mocny hard rockowy klejnot, podtrzymuje wysoki poziom – w głosie Franka Ferrary znów słychać złość i pasję; z kolei „Idealist Realist” to wzorcowy przykład ciężkiego rocka ze szponiastą, „przybrudzoną” gitarą: przy „Feel The Hurt” wymiękam czując te letnie koncerty na świeżym powietrzu w środku gorącego lata, a „Tomorrow” jedynie potwierdza jak dobry to był zespół.

Brak sukcesu komercyjnego powoduje nerwowe ruchy w wytwórni Capitol, która zwalnia dotychczasowego producenta stawiając na człowieka, który nie ma pojęcia o ciężkim rocku. Tym samym muzyka na albumie „Music” (1973) stała się bardziej popowa.

Dysk 4. Album „Music” (1973).

Pop rock dla takiego zespołu jak BANG w oczach ortodoksyjnych fanów jest okropnym stylem. Rozumiem jednak muzyków, którzy postawieni pod ścianą musieli pójść na ugodę, by wypełnić warunki kontraktu. Można zżymać się nad tym albumem do upadłego, zmieszać z błotem, opluwać, skopać, tyle, że tak naprawdę do niczego to nie prowadzi. Długo szukałem w nim pozytywów i na dobrą sprawę stwierdziłem, że jeśli ktoś gustuje w pop rockowych klimatach ten album może mu się spodobać. Ba! Znam kilka osób, które uważają go za… genialny (sic!). Pewnie nie trudno poddali się  urokowi tak słodkim piosenkom jak „Must Be Love” z harmoniami wokalnymi The Raspberries, którzy przypadkiem pojawili się w studio, słodkiej kołysance „Love Sonet” śpiewanej dla małej córeczki do snu, czy balladzie „Little Boy” z fortepianem na pierwszym planie i akustykiem w tle. Płytę tę omijałbym z daleka, gdyby nie bonus. Trzy nagrania: „Slow Down”, „Feels Nice” i „Make Me Pretty” pochodzą z singla (ostatniego) jakie trio nagrało dla Capitol. Absolutna petarda i kontynuacja tego, co BANG zaproponował na swym debiucie dwa lat wcześniej! I co, można było..?!

Skandynawskie klejnoty: CHARLIES, MOSES, NEON ROSE…

Na przełomie lat 60/70 w Finlandii działało kilka fenomenalnych zespołów takich jak np. Wigwam, Tasavallan Presidentti, Kalevala, czy Elonkorjuu. Nota bene płytę „Harvest Time” z 1972 roku tego ostatniego przez długie lata uważałem za najcięższy rockowy album nagrany w tym kraju. Do czasu, gdy dość przypadkowo trafiłem na krążek „Buttocks” kwintetu  CHARLIES.

Ten pochodzący z Lahti zespół, który działał w latach 1966-1975 od początku prowadzony był przez gitarzystę Eero Ravi i basistę Pitkä Lehtinena. Początkowo grali rhythm’n' bluesa i popularne kawałki rock’n’rollowe, ale nowe postrzeganie muzyki przyszło jesienią 1967 roku po obejrzeniu koncertu Cream w Helsinkach. A potem przyszedł Led Zeppelin i to był już ten prawdziwy punkt zwrotny dla chłopaków z zespołu CHARLIES.

„Buttocks” wydany w 1970 roku przez małą wytwórnię Love Records był ich drugim albumem. Płytę nagrali na własny koszt w betonowej piwnicy dumnie nazywającej się Microvox-Studio w dwa dni! Mimo to efekt końcowy był oszałamiający. Mocne, dzikie gitary z wah wah, ryczący do bólu gardła wokal, mocarna sekcja rytmiczna określiły krążek „najbardziej odurzającym fińskim albumem lat 70-tych” bliski The Jimi Hendrix Experience, Ten Years After, Led Zeppelin… Ale jeśli ktoś myśli, że jest tu tylko „łupanka” to się zdziwi. Co prawda większość utworów wiruje wokół ciężkiego brzmienia, ale na płycie pojawiły się wyraźne elementy progresywne i blues rockowe. Są tu  partie na saksofonie, flecie i fortepianie brawurowo zagrane przez Igora Sidorowa. Mają one ten niepowtarzalny skandynawski klimat i charakter, który za każdym razem rozbraja mnie totalnie! Mnóstwo tu też rozmytych folkowych ekspansji, mocnych wokali, długich, bardzo swobodnych i elektryzujących gitarowych solówek z pełnym dynamiki doskonałym bębnieniem. Ten album uważany jest dziś za jedną z najrzadszych i najcenniejszych płyt winylowych z Finlandii osiągając niebotyczną cenę 2000 euro! I na koniec jeszcze jedna ciekawostka. Okładka płyty została skopiowana (bez zgody i wiedzy muzyków) z malowidła jakim przyozdobiony był van, którym zespół podróżował i przewoził sprzęt. Autorem rysunku był basista Pitkä Lehtinen; oryginalne wydanie longplaya nie zawierało informacji na ten temat, a Lehtinen nie otrzymał za nie wynagrodzenia…

W 1971 roku na skandynawskim rynku pojawiła się jedyna płyta tria MOSES zatytułowana „Changes”.

Trio powstało w 1969 roku w duńskim Esbjerg i od razu wypracowało własny styl – gryzący jak dym ciężki progresywny blues rock, który najlepiej doceniali słuchacze w ciasnej sali wypełnionej zapachem piwa i jointów z „fajnego tytoniu”. Nagrany w dwa dni album „Changes” został wydany przez niskobudżetową wytwórnię Spectator Music Production w ilości… 500 egzemplarzy! Chyba nie trzeba dodawać, że to kolejna ekstremalna rzadkość, nie do zobaczenia nawet na internetowych giełdach płytowych. Dzisiaj jego słuchanie to jak wchodzenie na przedmieścia tamtych czasów. Ma magię ciężkiego klasycznego tria z mocnymi kawałkami, długimi solówkami gitarowymi, dudniącym basem z wykorzystaniem… widelca(!) jak zrobił to Burke Shelley, świetnymi riffami w stylu Hendrixa i Cream i piekielnym bębnieniem. Tytułowa kompozycja jest ukłonem w stronę Black Sabbath, a w zasadzie rozszerzeniem tego, co Tony Iomi i spółka zrobili w takich utworach jak „The Wizard” i „Warning”. Z kolei „I’m Coming Home” to czysty Zeppelin; siedem minut słodkiej psychodelicznej melodii z godną uwagi rolą Sørena Højbjerga w gitarowych solówkach i basisty Jørgena Villadsena. Za to „Everything Is Changed” najbliższe jest temu, co Blue Cheer zrobił trzy lata wcześniej w „Summertime Blues”... W instrumentalnym „Beginning” popis na perkusji dał Henrik Laurvig, a jego gra (nie tylko w tym kawałku) kojarzy mi się z równie świetnym perkusistą Johnem Garnerem (Sir Lord Baltimore). Obu łączy coś jeszcze – byli głównymi wokalistami w swych zespołach. Następny, „Skæv”, to ciężki mocarny blues toczący się wolno jak walec drogowy z przytłaczającym brzmieniem gitary solowej i basu. Zaśpiewany w ojczystym języku dodało mu oryginalności; numer, który śmiało mógłby znaleźć się w repertuarze Cream… Zamykający płytę „Warning” jest ukłonem w stronę Grand Funk („Inside Looking Out”) i opowiada historię młodego człowieka, który wpadając w narkotyczny nałóg zmarnował sobie życie…

Album „Dream Of Glory And Pride” wydany przez Vertigo w 1974 roku był dziełem szwedzkiego zespołu NEON ROSE.

Grupa została założona w Sztokholmie w 1969 roku przez Rogera Holegårda (voc, g) i braci Mengarelli (g): Piero (g) i Benno (bg) pod nazwą Spider. Kiedy w 1973 roku do zespołu dołączył perkusista Stanley Larsson postanowiono zmienić nazwę, która miała być piękna jak ich muzyka, intrygująca i wpadająca w ucho – coś jak Iron Butterfly. Po naradach wybór padł na NEON ROSE. W październiku 1973 roku podpisali kontrakt z Vertigo, a już 30 listopada tego samego roku w sztokholmskim Decibel Studios rozpoczęli pracę nad debiutancką płytą. Bardzo ciekawą postacią w zespole był Stanley Larsson, najlepszy rockowy perkusista jakiego Szwecja kiedykolwiek miała. Jego idolem muzycznym był amerykański jazzowy perkusista Buddy Rich znany z doskonałej techniki  i niesamowitej prędkości. Na scenie Stanley Larsson przypominał szalonego Keitha Moona z The Who; w grę wkładał tyle energii, że opuszczał scenę podpierany przez technicznych. Po jednym z koncertów, w którym wymiotował odszedł z zespołu. Na szczęście absencja trwała ledwo kilka dni… Ten rewelacyjny moim zdaniem debiut zawiera siedem znakomicie wysmakowanych kompozycji nawiązujący do stylistyki Deep Purple, Wishbone Ash i Camel. Melodyjny hard rock oparty na świetnym instrumentalnym brzmieniu i soczystych gitarowych riffach ma liczne zmiany tempa i nawiązania do progresywnego rocka czyniąc z „Dream Of Glory And Pride” jedną z muzycznych pereł szwedzkiego rocka tamtych lat. I choć otwierającemu płytę nagraniu„Sensation” można zarzucić zbytnią komercję spod znaku glam rocka, to już taki „A Picture Of Me” z gitarowymi zagrywkami i solówkami a la  Budgie powoduje ciary, a siedem i pół minuty upływa jak mrugnięcie okiem. Po klasycznie ciężkim brzmieniowo „Love Rock” przychodzi czas na instrumentalne „Primo”. Fantastyczny kawałek zagrany na dwie gitary prowadzące, z ciągle zmieniającym się tempem i z czarującym, wysublimowanym nastrojem… „Let’s Go And That Boy” zaczyna się riffem podobnym z „Woman In Tokio” Deep Purple i na dobrą sprawę ten „purpurowy klimat” trwa do samego końca nagrania, co nie jest żadnym zarzutem… Początek „Julia’s Dream” z fletem, dźwiękami klawesynu i gitary akustycznej jako żywo kojarzy mi się z balladą Pink Floyd o podobnym tytule („Julia Dream”) z 1968 roku. Ale to tylko początek, bowiem uroczy, psychodeliczny klimat przechodzi w ciężkie progresywne granie z doskonałymi (po raz kolejny!) partiami gitar, świetnym wokalem i mocną sekcją rytmiczną. Cudo! Co ważne jeszcze jedno cudo dostajemy na samo zakończenie płyty. Mowa o tytułowej, 10-minutowej kompozycji „Dream Of Glory And Pride”, w której czuć ducha muzyki największych prog rockowych zespołów tamtej epoki… Do kompaktowej wersji dołączono sześć naprawdę świetnych bonusów z singli, sesji nagraniowej i koncertu. Doskonały dodatek do doskonałej płyty!

EPITAPH „Epitaph” (1971)

EPITAPH powstał w Dortmundzie pod koniec 1969 roku z zespołów Chicago Sect i The Red Rooster prowadzonych przez angielskiego gitarzystę i wokalistę Cliffa Jacksona. Nazwa pochodziła od słynnego utworu „Epitaph” King Crimson, ulubionego zespołu Cliffa i jego przyjaciół: szkockiego perkusisty Jamesa McGillivraya, oraz niemieckiego basisty Bernda Kolbe. To oni tworzyli kręgosłup grupy Fagina’s Epitaph, która ostatecznie skróciła nazwę na  EPITAPH.

Brytyjsko-niemiecki Epitaph (1971)

Na początku lat 70-tych Dortmund było enklawą niemieckiego rocka progresywnego. To tu działał też jeden z największych w kraju klubów muzycznych „Fantasio” mogący pomieścić około 900 osób. Przez kilka miesięcy w piwnicy klubu do perfekcji szlifowali swoje kawałki. Musieli być dobrzy skoro w przeciągu dwóch lat zaliczyli wspólne występy z takimi wykonawcami jak Yes, Black Sabbath, Rory Gallagher, If, Gracious,  Amon Düül II… Po serii koncertów jakie dali w niemal całych Niemczech przeprowadzili się do Hanoweru gdzie podpisali umowę z wytwórnią Polydor. Po zaangażowaniu drugiego gitarzysty Klausa Walza zespół udał się do Wessex Sound Studios w Londynie i rozpoczął nagrywanie debiutanckiego albumu. W trakcie studyjnych prac muzycy niespodziewanie opuścili Londyn i z niewiadomych do dziś przyczyn ukończyli sesje w hamburskim Windrose Studios. Ostatecznie album „Epitaph”, z piękną okładką Jutty Drewes ukazał się jesienią 1971 roku.

Front okładki płyty „Epitaph” (1971)

W wielu kręgach EPITAPH uważa się za zespół hard rockowy, ale płytowy debiut kwartetu to post psychodeliczny rock progresywny z krążącymi wokół niego elementami ciężkiego brzmienia. Te ostatnie odnajdziemy w zasadzie tylko w dwóch z pośród pięciu długich, nieco melancholijnych utworach zarejestrowanych na tej płycie. Na samo otwarcie dostajemy rockowe boogie „Moving To The Country”, kipiące gitarowymi solówkami podpartymi ciężką sekcją rytmiczną. To jedno z takich nagrań wciskających (dosłownie) w fotel. Po tak szaleńczym tempie „Vision” jest jak oczyszczająca kąpiel w górskim, krystalicznie czystym źródełku. Dźwięki gitary jak diamentowe kryształki rozsypują się pod bosymi stopami. Melotron grając prosto i łagodnie snuje przepiękny motyw muzyczny wolno przenosząc nas do krainy wróżek i elfów. Wraz z Ciffem Jacksonem, który swoje teksty śpiewa nostalgicznym, kojącym i pełnym ciepła głosem odbywamy magiczną podróż. Podróż, która mogłaby trwać i trwać… Harmoniczne melodie wokalne w „Hopelessly” zaczynają się bardzo łagodnie, ale potem dochodzimy do miejsca, w którym muzycy za pomocą zręcznych akcentów (choćby pamiętne arpeggio a-moll) podkręcają swą szaloną, progresywno-hard rockową opowieść (z naciskiem na prog) dzięki czemu całość przybiera naprawdę mocny wymiar. Zespół gra jak oszalały, jakby nie było jutra! Wyobrażam sobie ich występy na żywo. W owym czasie musiały być świetne.

Tył okładki.

Ponad 8-minutowa „Little Maggie” rozpoczyna się od wpadającej w ucho southern rockowej melodii spod znaku braci Allman. Nie dajcie się jednak zwieść kołyszącemu rytmowi amerykańskiego południa bowiem mniej więcej po dwóch i pół minutach dostajemy kopa w postaci potężnego riffu, najcięższego na tym albumie. Ustępując miejsca smakowitym partiom solowym zagranym na dwie gitary prowadzące numer przeradza się w fantastyczne, jamowe granie. Całość kopie i wyrywa cztery litery z fotela razem z kapciami! Płytę kończy 10-minutowa kompozycja„Early Morning”. Zagłębiając się w swe niewyczerpalne acid rockowe zapasy zespół wyczarował niezwykłą psychodeliczną (halucynogenną!) atmosferę proponując wycieczkę przez równiny, góry i kosmos… tony kosmosu. Meandruje jak diabli, ale konstrukcję formy trzyma precyzyjnie do samego końca. Tak jak ich idole z King Crimson. W połowie nagrania (ok. 4:33) słyszymy najbardziej proto-metalowy krzyk, a potem niesamowite, podnoszące na duchu solo gitarowe. Uwielbiam też tę szaloną część ćwiczeń na gitarze brzmiącą jak lżejsza odmiana hitu Iron Maiden, przy której bezwiednie unoszę brwi. Nie ze zdziwienia. Ze szczerego  uwielbienia dla zespołu i jego debiutanckiej płyty.

Do muzyki podchodzę bardzo emocjonalnie. Do debiutu EPITAPH także. Ten album jest czymś więcej niż tylko pęknięciem w rockowej skale. Tak właściwie jest szczeliną muzycznego stylu, przez którą  przechodzi wiązka światła rozświetlając ciemności. Mówiąc bardziej realistycznie, to portret przygnębionego ducha i umysłu; bezdenny rów depresji, który musi zostać wydarty przed odzyskaniem jaźni. „Beznadziejnie oddajesz swoje myśli w pustkę nicości, ale wczorajsza modlitwa może być wypełniona marzeniami…” („Hopelessly” ).

Kompaktowa reedycja albumu wytwórni  Repertoire Records zawiera cztery bonusy: strony „A” singli „London Town Girl” (1971) i „Autumn 71” (1973), stronę „B” singla „Are You Ready” (1973), oraz dwa świetne nagrania demo z 1970 roku „I’m Trying” i „Changing World” będące znakomitymi muzycznymi kąskami nie tylko dla wytrawnych słuchaczy.

GILA(1971)

Mieszkający w hipisowskiej komunie czterej muzycy: klawiszowiec Fritz Scheyhing, śpiewający gitarzysta Conny Veit, francuski perkusista David Alluno i szwajcarski basista Walter Wiederkehr w 1969 roku założyli w Stuttgarcie zespół Gila Füchs (na plakatach często pojawiała się też nazwa Gila Fuck). Dość szybko zdecydowali się na skrócenie nazwy ze względu na policyjnych tajniaków, którzy pojawiali się niemal na wszystkich ich koncertach. Początkowo ich sceniczne występy na studenckich imprezach i w lokalnych klubach miały charakter happeningu łącząc rockową alchemię z filmem, poezją, fotografią i pantomimą. Żal, że nie zachowały się nagrania z tamtego okresu. Dziś możemy się jedynie domyślać jak to wyglądało.

Zespół GILA. Od lewej: Conny Veit, David Alluno, Walter Wiederkehr, Fritz Scheryhing (1971)

Koncerty, na których odgrywali wyłącznie autorskie kompozycje zaczęły przyciągać coraz większą publiczność. Na scenie całą uwagę skupiał na sobie Conny Veit, lider zespołu i osoba o niebywałej wyobraźni muzycznej. Przyszła gwiazda grup Popol Vuh i Guru Guru pokazała, że ma świeże pomysły proponując brzmienie zbliżone do Pink Floyd i Ash Ra Tempel. Jednak w przeciwieństwie do tego ostatniego Veit zdecydował się na „brudne”, acid rockowe brzmienie swojej gitary w hendrixowskim stylu. Rosnąca popularność grupy w Stuttgarcie, który w tamtych latach wyróżniał się niezwykle bogatą sceną kulturalną przyciągnęła uwagę wytwórni B.A.S.F. nagrywając dla niej w czerwcu 1971 roku debiutancki album „Gila (Free Electric Sound)”.

Z charakterystyczną, abstrakcyjną okładką z geometryczną głową gada (wynik wyobraźni Fritza Mikescha i Marlies Schaffer) dzieło to nagrano w zaledwie osiem dni, dokładnie tak jak miało to miejsce w przypadku „More” Pink Floyd. Inżynierem dźwięku był sam Dieter Dierks mający na swym koncie współpracę z wieloma ówczesnymi zespołami z kręgu karutrocka: Orange Peel, Embryo, Frame, Epsilon, Ash Ra Tempel, Tangerine Dream… Producentami krążka, który dziś funkcjonuje pod tytułem „Gila”, byli sami muzycy.

Front okładki płyty „Gila” (1971).

Koncepcyjny album, którego przesłaniem było „przejście ludzkości od agresji do porozumienia” jest (w tym przypadku nie waham się użyć tego słowa) arcydziełem niemieckiego prog rocka. GILA robi na nas wrażenie dzięki dynamicznej i pomysłowej komunikacji pomiędzy space rockowymi improwizacjami i długimi psychodelicznymi solówkami gitar w towarzystwie świetlistych akordów organów… „Agression” rozpoczyna się od dźwięków fal morskich i krzyku osoby chcącej przebić się poprzez wyjący wiatr. Sama muzyka w funkowo-jazzowym rytmie wypływa po minucie. Gitarowy riff Conny Veita, wokół którego rozwija się temat główny kompozycji prowadzi do zespołowego grania opierającego się na mocnej perkusji i mrocznych liniach basu (nawiasem mówiąc bas robi wrażenie na całym albumie). Atmosferę zagęszcza (nomen omen) agresywna gitara z lekko łaskoczącym,  psychodelicznym Hammondem w tle. Nastrój zmienia się w następnym numerze z powolną, ale przestrzenną 13-minutową kompozycją „Kommunikation”. Na początku słyszymy wodę, odgłosy naturalnych choć niesprecyzowanych dźwięków. Po chwili wyłania się subtelna gitara, delikatna perkusja i dudniący bas, który poza funkcją rytmiczną przybiera różnorodne funkcje. Pojawiający się wokal nie burzy jamowej konstrukcji utworu pozwalając muzykom na swobodną improwizację. Przysłuchując się grze perkusisty z klawiszowcem czuć klimat Pink Floyd z koncertowej części albumu „Ummagumma”; ostatnie 90 sekund wypełnione są pięknym dźwiękiem melotronu i gitary, które tworzą urzekający epilog.

Tył okładki

Wyciszony i bardziej tajemniczy „Kollaps” z rozmytym Hammondem, snującym się basem, rzewną gitarą i instrumentami perkusyjnymi nawiązuje do  wczesnego, psychodelicznego okresu Pink Floyd i Kansas z… 1976(!) roku (suita „Magnum Opus” i jej otwarcie „Father Padilla Meets The Perfect Gnat” ). Płacz niemowlęcia na początku nagrania powoduje gęsią skórę na ciele… „Kontakt” to dźwiękowy kolaż o próbie nawiązania łączności z pozaziemskimi cywilizacjami. Ciemną, kosmiczną atmosferę rozjaśnia pojawiająca się akustyczna gitary i hinduska tabla zaplatając oryginalny, muzyczny warkocz w folkowo wschodnim smaku…  W 10-minutowym, dwuczęściowym finale przewija się muzyka elektroniczna z etnicznymi elementami. Znikają wcześniejsze gitary akustyczne, a na ich miejsce pojawiają się organy i gitara elektryczna z pedałem wha wah. Tak zaczyna się „Kollektivitat”. Refleksyjne, płynne solo na organach Hammonda, mruczący bas i gitarowe dźwięki w bluesowym odcieniu starannie budują klimat rytmicznej oazy marzeń i spokoju. Po sześciu i pół minutach muzyka z przeszłości zanika jak miraż na spalonej słońcem pustyni. Pojawiające się egzotyczne, plemienne bębny przenoszą nas w dziką, tajemniczą dżunglę pełną dziwnych odgłosów. Tak zaczyna się ostatnie nagranie zatytułowane „Individualitat”, które po trzech i pół minutach kończy tę wspaniałą płytę.

Dzięki doskonałej harmonii między muzykami powstała jedna z najlepszych płyt niemieckiego prog rocka lat 70-tych. Każdy z nich udowodnił, że ​​miał talent i dobry gust prowadząc nas przez całą gamę niezwykłych dźwięków: od psychodelii do progresywnych space rockowych podróży; od płaczu noworodka po tajemnicze wołania dorosłego człowieka. Ta płyta to uzupełnienie podróżnego bagażu, w którym znajdują się inne doskonałe albumy, by wspomnieć choćby „A Sacerful Of Secrets” Pink Floyd, „ At The Cliffs Of River Rhine” Agitation Free, „Flying ( One Hour Space Rock)” UFO, czy równie świetną, a tak mało znaną „Auf der bahn zum Uranus ” niemieckiej grupy Gäa…

Niedługo po wydaniu albumu zespół zawiesił działalność. W tym okresie Conny Veit dołączył do grupy Popol Vuh, z którą w 1973 roku nagrał album „Hosianna Mantra”. Tuż po tym, z nowymi muzykami reaktywował GILĘ nagrywając longplay zatytułowany „Bury My Heart At Wounded Knee” wydany w lipcu 1973 roku. Płyta, nagrana głównie na instrumentach akustycznych opowiadała o trudnej historii północnoamerykańskich Indian.  Wokalistką grupy została ówczesna dziewczyna Veita, atrakcyjna Sabine Merbach.  Niestety rok później GILA oficjalnie przestała istnieć. Conny Veit dołączył do Guru Guru, zaś piękna Sabine zasiliła na krótko Popol Vuh. Po odejściu z grupy wpadła w alkoholizm; zmarła niedługo potem z powodu niewydolności nerek…

Pomimo krótkiej działalności GILA jest do dziś jedną z legend rocka progresywnego, a jej debiutancki album polecam każdemu kto szuka dobrych muzycznych wrażeń!

Rock z podziemnego schronu. GERMAN OAK „Down In The Bunker” (1972)

Latem 1972 roku instrumentalna grupa GERMAN OAK z Düsseldorfu złożona z pięciu tamtejszych hippisów weszła do studia nagraniowego Luftschutzbunker (oficjalnie zwanego Air Raid Shelter), mieszczącego się w niemieckim podziemnym schronie przeciwlotniczym z czasów II wojny światowej, aby nagrać swój pierwszy longplay. Muzycy mieli wszelkie powody wierzyć, że płyta (zawierająca głównie spontaniczne, jamowe granie) wypływając na powierzchnię z ciemnego bunkra zostanie ciepło przyjęta przez miejscowych fanów. Niestety, mylili się.  Düsseldorf (zresztą tak jak i całe Niemcy) nie był gotowy na ambientową, momentami wręcz klaustrofobiczną propozycję zespołu. Jeszcze nie teraz. To przyjdzie za dwie dekady, Sklepy muzyczne, nawet te lokalne, odmówiły sprzedaży albumu. Ten okrutny brak zainteresowania ze strony dystrybutorów spowodował, że z 213 wytłoczonych wówczas egzemplarzy sprzedano zaledwie dziewięć! Pozostałe były przez całe lata (do połowy lat 80-tych) przechowywane w piwnicy organisty grupy! Na szczęście powtórne pragnienie ukazania światu wciąż nieodkrytego klejnotu starego krautrocka wskrzesiło z martwych NIEMIECKI DĄB.

Historia zespołu jest niejasna i nieco zawoalowana, a upływający czas w jej odkrywaniu raczej nie pomaga. Dość długo sami muzycy nie ujawniali swoich personaliów mówiąc o sobie, że są po prostu crew (ekipą, załogą). A jeśli już, to podawali albo swoje imiona (Ulli, Harry) albo pseudonimy („Cezar”, „Warlock”, „Nobbi”). To ukrywanie się pod imionami i pseudonimami sprawiły, że grupa wydawała się jeszcze bardziej tajemnicza i niedostępna. Dziś już wiemy, że jej trzon tworzyli bracia Kallweit: Urllich (dr) i Harry (bg), oraz Wolfgang Franz „Cezar” Czaika (g). Jako klasyczne power trio zaliczyli kilka spektakularnych koncertów, po których jeszcze w tym samym 1971 roku dołączyli do nich Manfred „Warlock” Uhr (org) i Norbert „Nobbi” Luckas (g). W takim też składzie rok później nagrali album „Down To The Bunker”.

Wolfgang Czaika (g) i Ulli Kallweit (dr).

Czarno-biała okładka przedstawiająca niemieckiego żołnierza symbolizującego armię Trzeciej Rzeszy nie gloryfikuje faszyzmu. Przeciwnie. To głos młodych Niemców sprzeciwiających się II wojnie światowej, refleksja nad ciemnością i jej chaosem. Tytuły utworów, takie jak: „Airalert”, „Down In The Bunker”, „Raid Over Düsseldorf”, czy „1945-Out Of The Ashes” nie brzmią zachęcająco, prawda? A jednak nierozsądnie byłoby nie wysłuchać tego legendarnego rarytasu – jednego z najbardziej tajemniczych, „podziemnych” (dosłownie i w przenośni) klejnotów niemieckiego krautrocka. Tym bardziej, że krążek swym poziomem dorównuje debiutowi Tangerine Dream „(„Electronic Meditation”)  i dwóm pierwszym płytom Cluster. Lepszej rekomendacji chyba nie potrzeba…

Front okładki płyty „German Oak” (1972)

„Down In The Bunker” to prawdziwa muzyczna bestia. Pełzający potwór rozwijający się powoli i brzmiący jak „Ambross” z pierwszej płyty Ash Ra Tempel tyle, że wykonany w dużo wolniejszym tempie. Instrumentalne, jamowe kompozycje krążą  wokół powtarzających się głównych tematów. W 1972 roku rzadko która płyta wydawała się tak mroczna i klaustrofobiczna. Ma niepowtarzalną atmosferę stworzoną przez hipnotyczny rytm, przesterowane gitary i rozmyte klawisze wykorzystując przy tym efekty dźwiękowe: spadające bomby, wyjące syreny alarmowe, fragment przemówienia Hitlera… Niby nic oryginalnego; od 1968 roku robiły to już inne zespoły rockowe, psychodeliczne. Tyle, że GERMAN OAK jak żaden inny zostawił ogromny margines wyobraźni dla słuchacza. A to już wiele!

Oryginalny album zawierał cztery nagrania z czego dwa środkowe trwające 18 i 16 minut są jego jądrem. Kiedy mroczny „Airalert” po minucie i pięćdziesięciu sekundach znika we mgle czasu pojawia się tytułowy Down In The Bunker”. Perkusja (kojarzy mi się z „Set The Controls…” Pink Floyd) i bas zagęszczają atmosferę. Wyczuwa się strach, powiewa grozą. Z tego zawirowania wyłaniają się szalone, zakręcone motywy i tematy przygotowując nas na nadchodzący atak. Nie bombowy, a dźwiękowy. Nagrany jakby w korycie rzeki wijącym się w głębokim kanionie. Ten proto-industrialny dźwięk z ciężką, płaczącą linią gitar sprawia, że skóra cierpnie. Muzycy przyznali później, że było to dla nich niezwykłe doświadczenie. Wolfgang Czaika: „Grając w tym starym schronie atmosfera stała się nagle dziwna. Tak jakby duchy przeszłości obudziły się, szeptały nam o strachu, rozpaczy a także o nadziei, która umiera ostatnia …”

„Raid Over Düsseldorf” otwierający drugą stronę oryginalnej płyty to kawał fantastycznego jamowego grania spod znaku wściekłej psychodelii z elementami kosmicznego rocka przypominający nieco amerykański Chocolate Watch Band. Dlaczego? Chyba przez fakt, że jest cięższy i bardziej rytmiczny od swego klimatycznego poprzednika. Rytm jest tym, co wyróżnia to nagranie. Ktoś kiedyś powiedział, że tętent konia w biegu został przeniesiony do hard rocka. I coś w tym stwierdzeniu jest ponieważ znajdziemy go wszędzie: od „Roadhouse Blues” The Doors po „The Width Of A Circle” Davida Bowie, że wymienię te dwa kawałki, które akurat przyszły mi na myśl. Do tej rytmiki idealnie wpasowali się obaj gitarzyści solowi. Prześcigając się w pomysłach inspirują i napędzają się przez co dźwięk grubych murów bunkra pokrytych mokrym mchem wydaje się mniej groźny, a nawet wręcz przyjazny… Album kończy króciutki, dwuminutowy „1945 – Out Of The Ashes” z organami w stylu Raya Manzarka na pierwszym planie. W rzeczywistości jest to kontynuacja pierwszego numeru płyty z zaskakującym jak na nią zakończeniem bijących dzwonów kościelnych i radosnym śpiewem ptaków.

W muzyce GERMAN OAK fascynujące jest poczucie przestrzeni, którą wytworzyć potrafili nieliczni.  Mogło wynikać to z bardzo prostego faktu: tu nikt nikomu nie przeszkadzał, nie wchodził w drogę. Muzycy bardzo uważnie słuchali się nawzajem, choć każdy z nich walczył o swoje nuty. Nawiasem mówiąc, kiedy po raz pierwszy słuchałem tego albumu nie do końca wierzyłem, że gra tu aż pięciu muzyków. Ten zespół brzmiał jak klasyczne power trio, a nie jak kwintet. Może pracowali w parach i nagrywali równolegle jak Can..? Być może, ale jakoś w to wątpię. To krzyżackie plemię stojąc w ruinach  jakiejś rzymskiej świątyni gra swe barbarzyńskie riffy zaplątane w strunach gitar podtrzymując za wszelką cenę swój muzyczny światopogląd. Pojedynczo nie liczyliby się wcale – razem byli wszystkim. Byli załogą.

Nie jest to łatwa muzyka i nie od razu powala. Kumulujący się groove buduje się powoli i stopniowo na niekończących się powtórzeniach ze standardową linią basu, lub rytmiczną sekwencję gitarową. I kiedy wydaje się, że nic nas nie zaskoczy dźwięk nagle skręca i uderza znakomitą zagrywką lub klimatem. W przypadku tego zespołu to, co po dwóch minutach wydaje się uproszczonym i banalnym riffem, po ośmiu staje się jedynym, naprawdę słusznym i ekscytującym graniem. Do tego muzycy dotykają „przyszłościowych” gatunków jak metal (ocierający się chwilami o doom metal), ambient, free rock… I nie przeszkadza mi nie najwyższa jakość dźwięku tej płyty. Tu liczą się emocje, a te są wielkie. Poza tym spotkałem się z dużo gorszymi brzmieniami zarejestrowanymi w o niebo lepszych studiach. Joe Perry z Aerosmith powiedział kiedyś: „Gdy jedyne co masz to młotek, wszystko wokół wygląda jak gwóźdź”. On musiał kiedyś słuchać NIEMIECKIEGO DĘBU. Na bank!

Na zakończenie słów kilka o reedycjach albumu „Down In The Bunker”, który doczekał się kilku reedycji i na CD i winylach. Najbardziej popularna jest ta kompaktowa wydana przez Witch & Warlock w 1990 roku z czterema bonusami. Nawiasem mówiąc ta wersja dostępna jest do odsłuchania na youtube. Osobiście polecam tę, która ukazała się w  2017 roku wydana przez Now-Again Records. Trzy płyty CD, 13 utworów, 161 minut muzyki! Dysk pierwszy to oryginalny materiał z 1972 roku. I tu mamy pierwszą niespodziankę. Niektórym nagraniom przywrócono oryginalne tytuły, które zostały zmienione przez Manfreda Uhra bez wiedzy pozostałych członków zespołu. I tak „Raid Over Düsseldorf” nazywa się teraz „Belle’s Song”, a „Down In The Bunker” (z którego usunięto fragment przemówienia Hitlera) „Missile Song”. Drugi CD to rozszerzone wersje „Belle’s Song” ( 35 minut) i „Missile Song” (ponad 25 minut)! Poza czasem trwania nie słyszę żadnej różnicy między nimi, co wydaje się sugerować, że tak brzmiały ich oryginalne wersje. Trzeci kompakt (7 utworów; 61 minut) zawiera m.in. cztery bonusy znane z reedycji Witch & Warlock teraz z oryginalnymi tytułami, stąd „Swastika Rising” pojawia się jako „Python vs. Tiger”, a The Third Reich” to „Bear Song”. Istnieje również kilka wcześniej niepublikowanych utworów, w tym pyszne „Happy Stripes (On Cats)”.