Progresywny diament z Nowej Zelandii. RAGNAROK (1975-1976) – akt drugi, ostatni.

Po wydaniu debiutanckiego krążka jeszcze w tym samym 1975 roku grupa RAGNAROK zaczęła intensywnie koncertować po kraju. Ich występy z najlepszą aparaturą nagłaśniającą firmy Perreaux PA nie miały sobie równych. Chętnych do obejrzenia zespołu było dużo więcej niż mogły pomieścić największe hale koncertowe w Nowej Zelandii. Muzycy planowali dłuższy wyjazd do Ameryki, Europy, Australii… Niestety, kupiony przez nich na raty sprzęt nie mógł opuścić kraju dopóki nie został spłacony. W pewnym sensie była to pętla, którą założyli sobie na szyję.

Ragnarok na scenie  (jeszcze z wokalistką Leą Maalfrid) z aparaturą nagłaśniającą Perreaux.

W jednym z późniejszych wywiadów klawiszowiec Andre Jayet tłumaczył: „Byliśmy dumni z tego sprzętu, mieliśmy wielką ciężarówkę Bedforda, żeby go przewozić. Wydawało się, że wszystko to było naszą własnością. Prawda była taka, że zarobione pieniądze szły na jego spłatę. Pod koniec tego wszystkiego byliśmy tym wszystkim zmęczeni…”

4 października 1976 roku zespół rozpoczął nagrywanie drugiej płyty, ale  bez swej wokalistki. Urocza blondynka, Lea Maalfrid, opuściła grupę pod koniec poprzedniego roku. Kilka lat później zyskała uznanie jako piosenkarka i ceniona autorka tekstów występując w salach Londynu, Los Angeles i Nashville… Studyjna sesja trwała do 14 października, po której muzycy kontynuowali występy przed publicznością. Jeden z nich, z listopada tego roku transmitowała rozgłośnia Radio1 ZM. Materiał ukazał się na płycie kilka miesięcy później pod tytułem „Live In New Zealand November 24th 1976”. Co prawda Andre odcina się od tego wydawnictwa, twierdząc (zresztą słusznie), że został on wydany bez wiedzy i zgody zespołu przez osobę, która nabyła od nich magnetofon TEAC z taśmami. Na jednej z nich prawdopodobnie znajdował się ów zapis. Jak do tej pory są to jedyne koncertowe nagrania udostępnione na płycie stąd moja decyzja, by powiedzieć o nich kilka słów.

Debiut i płyta „Live” na jednym CD.

Set lista składa się z sześciu nagrań. Pierwsze trzy: „Raga”, „Butterfly Sky” i „Rainbow Bridge” znamy z debiutanckiego krążka, z czego dwa pierwsze szczerze mówiąc niewiele różnią się od wersji studyjnej. Instrumentalny „Raga” oparty na brzmieniu klawiszy (melotron, syntezatory) ma przyjemny bit i śliczną, delikatną gitarę. Podobny (senny) klimat Andre Jayet maluje w  „Butterfly Sky”, do którego podłącza się Ramon York ze swoją gitarą, którą zachwycałem się omawiając debiut. Za to „Rainbow Bridge” trwający w wersji „live” ponad dziesięć minut z tej trójki wypada rewelacyjnie. Tym razem to gitara i perkusja budują brzmienie, do których jak burza włącza się melotron. W spokojniejszych momentach pojawiają się delikatne wokale, ale gdy dźwięk zaczyna narastać bas i perkusja podbijają tempo i znów robi się ostro. I to jest to, co tygryski lubią najbardziej.

Ragnarok jako kwartet na scenie w 1976 roku.

A potem, dla przeciwwagi, zaczyna się smutny i piękny „I Fall Apart”, cover mojego ukochanego Rory Gallaghera. Tu nie ma melotronu. Jest za to delikatna gitara, wokal, bas i lekko popylająca perkusja. Gdy York serwuje niebiańskie gitarowe solo odpływam… Po  dawce emocjonalnego wzruszenia przychodzi czas na absolutną klasykę, czyli „Pink Floyd Medley”, w której przerabiają ostatnie cztery nagrania z „Dark Side Of The Moon” zaczynając od „Us And Them”. Są wierni oryginałowi. Tak bardzo że nawet wokalista barwą głosu przypomina Rogera Watersa. Muzycy wykonali naprawdę świetną robotę. Wyszło naprawdę fajnie. Koncert zamknęli utworem „Whole Lotta Love” Led Zeppelin. Kiedy słyszę jak oni to grają zastanawiam się kim do cholery są ci faceci?! Co za metamorfoza! To nie brzmi jak ten sam zespół!  Ciężka gitara z nieziemskim solo rozwalającym system, agresywny, głośny wokal, znakomita sekcja rytmiczna – tu wszystko jest idealne. Nawet sekcję eksperymentalnych dźwięków wykonali perfekcyjnie. Niesamowity zespół potrafiący wymiatać z najlepszymi. Chciałbym być na tym koncercie z całą tą kosmiczną, dryfującą muzyką naładowaną melotronem, gdzie Ragnarok pokazał swe dwa, jakże różne oblicza. Szkoda, że nikt tego nie sfilmował…

Spiker zapowiadający koncert po przedstawieniu członków zespołu mówił też o „nadchodzącym albumie”, który ukazać się miał dwa tygodnie później wywołując aplauz publiczności. I faktycznie, w pierwszej połowie listopada w sklepach pojawiła się druga (oficjalna) płyta zespołu zatytułowana „Nooks”.

Front okładki płyty „Nooks” (1976).

Można z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że to prawdziwa perełka progresywnego rocka drugiej połowy lat 70-tych, choć siedem nowych utworów niewiele różniło się od poprzednich. Ta sama wszechstronna kaskada syntezatorów, niezrównane melodie. nastrój symfoniczno progowy i kompetentna koordynacja wokalna wciąż czarują. Paleta muzyczna stała się jednak bardziej zróżnicowana i bogatsza, acid rockowe wpływy prawie zniknęły, a „przyziemne” brzmienie przyniosło korzyść zespołowi. Otwierający płytę utwór Five New Years” udowodnił, że muzycy doskonale radzą sobie ze swoimi zdolnościami wokalnymi bez Lei Maalfrid, która na dobre zniknęła im z horyzontu. Znakomite układy zwielokrotnione wspaniałymi harmoniami wokalnymi (śpiewają wszyscy muzycy), melodyjna ściana dźwięku i transparentne przejścia ozdabiane wokalnymi chorałami są nie do podważenia! Muzycznie ” Five New Years” atakuje mnóstwem klawiszy (melotron, plus syntezatory) z ciężką perkusją i basem w tle. Marzycielska i wyluzowana melodia budują niezwykłą atmosferę. Atmosferę będącą prawdziwą siłą zespołu. Dalej jest oszałamiający „Waterfall – Capt. Fogg „. Można powiedzieć, że to dwa utwory w jednym. Gryzący, pewny siebie, piękny „Waterfall” to część pierwsza, gdzie nawet lekko piskliwa tonacja klawiszy i zsyntetyzowane gitarowe akordy wcale nie psują obrazu. Muzyczny krajobraz zaczyna unosić się w powietrze; zamykam oczy, dryfuję w morzu czystej błogości… I kiedy wydaje się,  że wiem, dokąd to zmierza zespół kompletnie zmienia styl grając gorące… boogie („Capt. Fagg”) na modłę brytyjskich, glam rockowych kapel. Skąd ten dysonans? Pasuje to tutaj jak kwiatek do kożucha. Jednak samo zakończenie jest bardzo dobre i tak sobie myślę, że aby dostrzec świat w kolorze zobaczyć z okna usunąć trochę sadzy. Na szczęście płyta kręci się dalej i wszystko wraca do normy wraz z kosmicznymi efektami, rytmem bębnów i basu budujących space rockowy pejzaż w niespełna pięciominutowym „Fourteenth Knock”, gdzie pierwszeństwo ma perkusista Mark Jayet, brat głównego guru syntezatorów – Andy’ego. To instrumentalne cacko kończy się dźwiękowymi efektami lecącego samolotu, potłuczonego szkła i odgłosem wody spłukiwanej w toalecie.

Tył okładki. Kompaktowa reedycja z 2005 roku.

Jedyne nagranie, w którym nie pojawia się wszędobylski melotron to „Paths Of Reminiscence”pierwsza oznaka mistycznej, folkowej afektacji ślicznie zagrana na gitarze akustycznej. Kolejna, jeszcze bardziej przywołująca druidów i inne leśne, mityczne stworki odnajdziemy w „The Volsung”. Nie będę ukrywał – to mój faworyt z niesamowicie melodyjnym klimatem przywołującym skojarzenia z niemieckim Eloy wkraczający w epickie terytorium symfoniczne. Początek jest jakby kontynuacją poprzedniego utworu, ale owocuje nowym brzmieniem, wspartym chorałem z efektem pogłosu, oraz tradycyjnym akordem klawiszowym i gitarowym. Senne z początku nagranie kojarzące mi się z „Grantchester Meadows” Pink Floyd z „Ummagummy” pod koniec staje się bardziej intensywne, a fajne gitarowe solo jest jego niekwestionowaną ozdobą. Z kolei „Semolina” z melotronem w tle i fortepianem, na którym gościnnie zagrał Paul Boyes, brzmi jak łagodna piosenka z lat 60-tych.  Wyłapałem w niej trochę humoru – tematem piosenki śpiewanej żałosnym tonem jest… kasza manna. W ostatnim, instrumentalnym i zarazem tytułowym nagraniu będącym małym arcydziełem, muzycy demonstrują wszystkie swoje umiejętności zawodowe. W wielowarstwowej strukturze przenikają się różne nastroje i brzmienia: od space rocka, przez intensywne ciężkie granie, po liryczno-symfoniczne klimaty. I jak się później okazało, ostatnia kompozycja była pożegnaniem nie tylko tej płyty. 

Jak się można domyśleć ich twórczość nie nadążała za ówczesnym duchem czasu. Ragnarok dał jeszcze kilka koncertów wspierających album, ale zdając sobie sprawę, że zaczynają znikać z publicznej świadomości rozwiązali się w 1978 roku.

Mistrzowie kosmicznego krautrocka. GURU GURU „Känguru” (1972)

Nieformalna mentalność jazzowa, unikanie muzycznej kalki i obchodzenie szerokim łukiem komercji to trzy podstawowe cechy, które od zawsze charakteryzowała filozofię niemieckiego zespołu GURU GURU mającego szczególną pozycję na muzycznym rynku. Od późnych latach 60-tych kiedy powstał, ponoć pod wpływem LSD(!), aż po dzień dzisiejszy (zespół wciąż jest aktywny) był/jest do bólu konsekwentny nie schodząc ani na moment z wcześniej obranej drogi. Wraz z grupami takimi jak Xhol Caravan, Amon Duul i Can należał do czołówki zespołów, które związały się w tym czasie z niemieckim ruchem krautrockowym. Różnica jaka polegała między nimi była taka, że traktowali to (przynajmniej na początku) z pewną dozą humoru i luzu. Jeden z filarów Guru Guru, człowiek o niezwykłym intelekcie i mistrzowskiej muzykalności, perkusista Mani Neumeier, w 1973 roku powiedział: „Nie jesteśmy kosmicznym rockiem, jesteśmy komiksowy rockiem.” Zresztą nazwa zespołu była żartobliwym nawiązaniem do The Beatles i ich hinduskiego guru, Maharishi Yogi, który odpowiadał za „duchowe oświecenie” słynnej czwórki z Liverpoolu.

Trio Guru Guru (1972).

Mówienie o sobie, że grają komiksowy rock było rzecz jasna oczkiem puszczonym w stronę krytyków muzycznych. My, fani doszukujemy się z kolei wpływów, inspiracji (jak zwał tak zwał) Hendrixa, Artura Browna, Zappy, wczesnych Pink Floyd, ale prawda jest taka, że wzory do naśladowania były im całkowicie obce. Muzycy garściami czerpali inspirację z nieograniczonego bogactwa własnych pomysłów i zdrowego podejścia do swych umiejętności. A te wcale nie były takie małe. Wystarczy podkreślić, że byli silnie związani ze sceną free jazzową współpracując ze szwajcarską pianistką Irène Schweizer, z którą wystąpili na jazzowym festiwalu w Monachium i Montreux. Wspomniany Neumeier, zdobywca wielu prestiżowych nagród, ze swym oryginalnym stylem gry na perkusji jest znany i bardzo ceniony na europejskiej scenie jazz rockowej. Od początku był niekwestionowaną, najważniejszą siłą stojącą za Guru Guru.  Nie tylko muzyka kręci się wokół niego; to on skonstruował tak zwany „manitom”, nadmuchiwany bęben, którego wysokość dźwięku można regulować poprzez zmianę zawartości powietrza. Jako grupa przyjaciół mieli do siebie zdrowy dystans. Postrzegali siebie jako aktywną część ruchu studenckiego, choć realizowali zupełnie inne cele niż współczesne im „polityczne” zespoły rockowe początku lat siedemdziesiątych. Jednocześnie ich przyzwyczajenia miały typowy klimat hipisowskiej sielanki: koledzy muzycy, dziewczyny, znajomi, znajomi znajomych… wszyscy mieszkali w hipisowskiej komunie w starym gospodarstwie w Odenwaldzie.

O ile debiutanckie „UFO” z czerwca 1970 roku było świetnym, acidowym albumem, który zgodnie z tekstem na okładce miał przygotować do zbliżającego się lądowania pozaziemskiej inteligencji, a wydany rok później „Hinten” genialnym krokiem naprzód, to trzecie wydawnictwo, „Känguru”, powaliło mocą ognistych gitarowych riffów z psychodelicznymi wariactwami jakiej do tej pory krautrockowa scena nie miała.

Pomiędzy 26 lutego, a 6 marca 1972 roku muzycy trafili do  studia Conny’ego Planka gdzie wzajemnie się inspirując zarejestrowali cztery długie nagrania, w których bohaterem okazał się gitarzysta Axe Genrich, inspirujący się Jimi Hendrixem. Inspirującym, a nie naśladującym, co zauważył nawet, krytykujący zazwyczaj niemiecką muzykę rockową, brytyjski magazyn „Sounds”. Jeśli porównanie do Hendrixa może wydawać się niektórym nieco przesadzone, trio dalekie było od wyrwania berła (czyt. gitary) z rąk absolutnego arcymistrza.

Oszałamiający „Oxymoron” otwierający płytę rozpoczyna się potężnym bluesowym klimatem wtopionym w główny riff. Podczas gdy jam rozwija się w najlepsze, esy-floresy gitary prowadzącej, ozdobniki basu i pomysłowe kadencje zestawu perkusyjnego wyrażają rodzaj umysłowego szaleństwa opartego na jazz-rocku, ciężkiej psychodelii i kosmicznych horyzontów znanych z longplaya „Ummagumma”.  Okazjonalne wokale Maniego dodają całości odrobinę humoru…  „Immer Lustig” jest najdłuższym utworem na albumie, przekraczającym 15 minut. Zaczyna się zapowiedzią konferansjera rodem z burleskowego teatrzyku i wojskowym marszem podążając w kierunku ostrego, dość chwytliwego blues rocka. Trzeba być jednak czujnym, bo przejście na nowy motyw potrafi nas zaskoczyć. Ten nowy motyw dodaje odrobinę funku do wciąż powracającej ciężkiej psychodelii. Na szczęście w tej tripowej architekturze zespołu, gitara Genricha jest ostatecznym kamieniem węgielnym, łącznie z tymi momentami, w których wypełnia bardziej subtelne przestrzenie. Na tym nie koniec niespodzianek, bo oto dostajemy kolejną mieszankę przestrzennych nastrojów z frazami rockabilly owiniętymi efektownymi warstwami lizergicznymi. Około dwunastej i pół minuty sekcja rytmiczna w stylu Led Zeppelin z potężną gitarą przenosi mocarną dynamikę do rozgrzanego do czerwoności punktu kulminacyjnego. Wow! Ależ się tu działo!

Tył okładki.

„Baby Cake Walk” otwiera drugą połowę albumu, podnosząc jeszcze bardziej wybuchowe fajerwerki. Rozpoczynający się ciężki jam rozwija się do momentu, gdy po pięciu minutach przynosi krótkie interludium zdominowane przez eteryczne nastroje. Po tym przerywniku trio oddaje się kolejnemu dzikiemu crescendo, utrzymanemu w sprytnie synkopowanym tempie: ostatecznie rytm staje się pełniejszy, a muzycy oddają się czystemu szaleństwu. Zarówno „Baby Cake Walk” jak i ostatnia kompozycja, „Ooga Booga”, są niezwykle genialnym podejściem do przestrzennego acid rockowego brzmienia zespołu. Muzycy wyciągają nowe tematy i pomysły jak z rękawa i wszystko brzmi niesamowicie: pejzaże dźwiękowe, rytmy, niezgrabne wokale, bombastyczne światełka… Tu wszystko jest oryginalne, a rozbudowany thrash w środku „Ooga Booga” to jeden z najradośniejszych krautrockowych power jamów, jakie kiedykolwiek uchwycono na winylu. A zaczyna się ten numer ekstrawertycznym nastrojem w tempie 5/4, torując drogę dla bardziej rockowej sekcji, której arabskie niuanse i egzotycznie napędzana perkusja dodają kolorytu. Potem wszystko zaczyna nabierać rozpędu na bazie wielowarstwowych solówek gitarowych, które brzmią równie groźnie i magicznie. Nawiasem mówiąc sekcja rytmiczna Mani Neumeier/ Uli Tripte też jest magiczna… Ostatni fragment jest bardziej tajemniczy – kakofoniczny portret szarawych królestw unicestwionych w niezgłębionym chaosie Kosmosu. Ta niepokojąca koda w piekielny sposób zamyka album. Album, którego trzeba słuchać albo głośno, albo na słuchawkach. Tyle tam się dzieje.

„Känguru”, absolutny klejnot, złote świadectwo szczególnego geniuszu muzyków Guru Guru, jest doskonałą syntezą wcześniejszych, improwizowanych utworów z kompozycjami, które zostaną stworzone później. Przy okazji, skrzętnie wykorzystali dużą ilość studyjnych sztuczek, więc żartobliwie można rzec, że Conny Plank, producent i inżynier dźwięku, był czwartym członkiem zespołu. Być może w tym momencie Uli Tripte poczuł się tu nie na miejscu, ale spokojnie – nic nie umniejsza wkładu jaki włożył w ten krążek. Szkoda, że utalentowany basista, nieco zagubiony między dwoma „wariatami”, odszedł z zespołu po jego wydaniu wiążąc się z kapelami Neu!, Faust, Kickbit Information. Jego miejsce zajął Bruno Schaab, były członek Night Sun. Co prawda długo tu sobie nie pograł, ale to już inna historia…

Progresywny diament z Nowej Zelandii. RAGNAROK (1975) – akt pierwszy.

W przeciwieństwie do Anglii niewiele undergroundowych grup rockowych w Nowej Zelandii przeszło ewolucję od psychodelii do progresji. Tamtejsze podziemne zespoły rockowe z początku lat 70-tych były raczej przyziemne i bardziej skłonne naśladować Hendrixa i Santanę niż ogłaszać koniec ludzkości w stylu crimsonowskiego „Schizofrenika…” Na pierwszych dwóch albumach zespołu Dragon i w jazz rockowej fuzji Living Force można znaleźć jedynie aluzje tego gatunku. Potem jest wciąż budzący podziw debiut Split Enz „Mental Notes”, który czerpie z wczesnego Genesis, choć miesza go z… glam rockiem. Inni, jak Schtung i Think też mieli swoje pięć minut. Tyle, że żaden z nich nie dorównał RAGNAROK.

Ragnarok:  Ramon York, Mark Jayet, A.ndre Jayet, Lea Maalfird i Ross Muir.

Wydaje się dziwne, że grupa z Aotearoa (jak Maorysi nazywają Nową Zelandię) w nazwie odniosła się do skandynawskiej mitologii, Nawiasem mówiąc w Szwecji od 1972 roku istniał zespół o tej samej nazwie, choć swoją pierwszą płytę wydał rok po debiucie „naszej” grupy. Mało prawdopodobne, aby oba zespoły wiedziały o swoim istnieniu… Pomimo, że dwa studyjne albumy Nowozelandczyków ukazały się w szczytowym okresie punk rockowej rewolucji do dziś zachwycają i wydają się być znakomitym przykładem fenomenu gatunku.

Geneza Ragnarok zaczęła się od zespołu Flying Wild z Christchurch założonego w 1965 roku przez basistę Rossa Muir’a i klawiszowca Andre Jayeta. W późnych latach 60-tych nagrywali dla wytwórni Robbins, po czym przenieśli się do Auckland. Po rozpadzie, Andre i Ross grali w grupie Sweet Feat, do której zwerbowali 16-letniego(!) perkusistę Marka Jayeta (brata Rossa) i gitarzystę Ramona Yorka. I choć wszyscy śpiewali dołączyła do nich uznana już w pewnych kręgach wokalistka i autorka tekstów Lea Maalfrid. Wtedy zmienili nazwę na Ragnarok. Piękna blondynka o skandynawskiej urodzie nie miała nic wspólnego z nową nazwą, a którą zaproponował jej mąż, Tony Weber, interesujący się wtedy mitologią nordycką. Późniejsze piosenki, choćby taka jak „Fenris” została napisana z myślą o takim temacie.

Lea Maalfrid, wokalistka i wszechstronna artystka.

Sceniczną działalność zaczęli od rezydencji w popularnym klubie „Granny’s” Tommy’ego Aderleya szybko eliminując z niego, mające już pewną renomę, zespoły Dragon i Split Enz. Na scenie wyglądali jak hipisi z długimi włosami na dragach tyle, że ubrani w… świecące kombinezony na modłę brytyjskich, glam rockowych kapel. Jak większość  rodzimych zespołów zaczynali od grania coverów. Wśród nich był zeppelinowy „Kashmir”, floydowskie „Have A Cigar”, „Wish You Were Here” i… uf, „Do You Feel Like I Do”, Petera Framptona… Mimo to, mocno ciągnęło ich w stronę progresywnego rocka w myśl zasady: „Przynieś ze sobą LSD i wyrusz z nami w kosmiczną podróż!” Tyle, że prowadzenie takiego zespołu nie było takie proste. I wcale nie chodziło o brak zainteresowania progresywnym rockiem. Wręcz przeciwnie – cieszył się tu ogromną popularnością, a wszystko sprowadzało się do czystej ekonomii. Zakup i utrzymanie wysokiej klasy sprzętu było bardzo drogie. Taki melotron, marzenie każdego progowego zespołu – nie dość, że kosztował fortunę, to dodatkowo obłożony był wysokim podatkiem celnym. Jest taki żart (być może apokryficzny) mówiący o tym, że w Nowej Zelandii był tylko jeden, którym dzielili się wszystkie zespoły. Żart nie żart, ale trafiał prosto w sedno problemu. Pomimo tych trudności grupie udało się zebrać odpowiedni sprzęt, także ten estradowy, który pomógł im stworzyć niesamowite show ze ścianą dźwięku i barwną oprawą świetlną. Reputacja najlepszego zespołu na żywo przyniosła efekt w postaci kontraktu płytowego z nową wytwórnią Revolution dystrybuowaną przez legendarną Pye Records, która w 1975 roku wydała album zatytułowany po prostu „Ragnarok”.

Ragnarök w mitologii skandynawskiej jest czymś w rodzaju końca świata, wielkiej bitwy Dobra i Zła.  Ale w tym przypadku nie ma patetycznego i pretensjonalnego bicia piany, okrutnych krzyków i muzycznego Armagedonu. Jest za to wiele pięknych tekstów na tle otulających dźwięków syntezatorów i towarzyszącej im gitary.  Osiem utworów na płycie to jeden z wariantów europejskiego symfonicznego progu z psychodelicznym wpływem uzupełniony melodyczną harmonią i „kosmicznymi” odgłosami.

Album zaczyna się kompozycją „Fenris”, w której energiczny głos Maalfrid wdziera się do delikatnych pasaży klawiszy. Po refrenie muzyczny szyk kruszy się i rozpada przechodząc w monumentalne syntezatorowe solo. Modulacja i echo wokalizy Lei w finale to już siódme niebo! Ona jest po prostu znakomita; bezsprzecznie była najlepszą wokalistką w Aotearoa w tamtym czasie, a także bardzo dobrą autorką piosenek piszącą fantastyczne teksty. Gdy jęczy i przymila swój lud ostrzeżeniem w  „Fire In The Sky” jest Boadicceą i Meduzą w jednym, zaś w „Caviar Queen” „jeździła po górach i mężczyznach przez wieki i wieki”, a „ziemia rzeczywiście drżała, gdy wzdychała…” Na „Butterfly Sky” pojawia się (nie po raz pierwszy) męski, całkiem fajny wokal, choć tu w pamięć zapada mi piękny, wznoszący się gitarowy riff. Ramon York choć nie epatuje swoją bajeczną techniką jest świetnym gitarzystą. Ba! Powiedziałbym, że gra bardzo oszczędnie, tyle ile trzeba, w punkt. I ani jednej  zbędnej nutki. Bardziej intensywniej zespół wykorzystuje za to klawisze, Pragnę zwrócić uwagę na świetne wykorzystanie melotronu w większości utworów. Ładnie wkomponowane w syntezatorowe tła w połączeniu z efektami gitarowymi Yorka są wizytówką zespołu, do której dopisuje się znakomita polifonia wszystkich uczestników. Ale cichym bohaterem jest dla mnie basista Ross Muir, który od czasu do czasu wkracza na terytorium Chrisa Squire’a zwłaszcza w bardziej rytmicznych kompozycjach, takich jak „Fenris” czy „Caviar Queen”. Do tradycji późnej psychodelii zespół nawiązuje we wspaniałym, mrocznym, depresyjnym „Rainbow Bridge”.  Co więcej, większość tej siedmiominutowej kompozycji brzmi instrumentalnie i dopiero w ostatnich minutach nad tym światem unosi się męski wokal stopniowo nabierający siły i pewnej dozy pozytywu. Upiorne miraże pojawiają się ponownie w całej pełni w niewiele dłuższym, instrumentalnym nagraniu „Raga”, będącym kolejną atrakcją tego albumu. Płyta kręci się dalej, ale zespół nie zmienia proporcji. Lea Maalfried ponownie błyszczy w przepełnionej synkopami piosence „Caviar Queen” zakończonej szumem oceanu. To nagranie przechodzi w „Dream”, instrumentalno-progresywny, epicki epos pozwalający lewitować i poddać się marzeniom. Cudo! Całość kończy wielotematyczny „Dawning Horn”, po którym przychodzi refleksja zakończona pytaniem: „Czy to już koniec..?!” 

Zdaję sobie sprawę, że nie jest to płyta, która miała jakiś znaczący wpływ na rozwój progresywnego rocka, który w tym czasie (nie oszukujmy się) zjadał swój własny ogon. Nie mniej Ragnarok urzekł mnie  nie tylko barwnie pokolorowaną instrumentacją, ale przede wszystkim przeniósł mnie w szczególne miejsce zwane przeze mnie „osobistą strefą dharmy”, gdzie jestem wolny od pragnień i strachu. Gdzie po prostu doświadczam czystej błogości.

A na pytanie: „Czy to już koniec..?” odpowiem krótko: zespół wydał jeszcze dwie płyty i obiecuję do nich wrócić!

Mocne i fantazyjne: HELLMET „Judgement Day” (1970); RAINBIRD „Maiden Flight” (1971).

Parafrazując znane powiedzenie Williama Szekspira powiem ku wielkiej uciesze licznych fanów „starego” grania, że są jeszcze na ziemi płyty, których muzycznym archeologom się nie śniło. Z moich ostatnich wykopalisk wybrałem dwa sensacyjne rarytasy. Pierwszy to krążek „Judgement Day” grupy HELLMET.

Chyba nie przesadzę mówiąc, że to może być proto-metalowe odkrycie stulecia! Hellmet, który w 1970 roku wyłonił się z płonących dołów Hadesu nagrał w należących do Vertigo Oak Studios pięć utworów wytłoczonych na acetacie. Ci, którzy wiedzieli o jego istnieniu dawno zwątpili uznając, że ten jedyny(!) egzemplarz został albo zniszczony, albo zgubiony. Inni uważali, że to mit, legenda nie mająca pokrycia w rzeczywistości. Na dobrą sprawę jedynie garstka optymistycznych i zatwardziałych poszukiwaczy wierzyła, że cudem uchował się on u jakiegoś „hardcorowego” kolekcjonera baaardzo rzadkich płyt. I nie mylili się. Dokładnie pięćdziesiąt lat później acetat pojawił się na płytowej giełdzie w Wielkiej Brytanii gdzie został sprzedany za10 tysięcy funtów! W 2021 roku to rzadkie arcydzieło progresywnej legendy w końcu wyłoniło się ze stygijskiej otchłani i zostało wydane na winylu i płycie kompaktowej przez angielską wytwórnię Seelie Court. Wytwórnię, specjalizującą się w wydawaniu archiwalnych nagrań z lat 1965-1978 brytyjskich, oraz irlandzkich artystów takich jak Bodkin, Anakonda, Grannie, Elegy, Soho Orange. Caliban… Niestety, obie wersje miały limitowany nakład. W przypadku płyty winylowej z okładką będącą oryginalnym szkicem zespołu dla przyszłego, lecz niedoszłego, albumu było to zaledwie 100 (słownie; sto) sztuk! Nakład  płyty CD był odrobinę większy – 300 egzemplarzy…

Okładka winylowej reedycji płyty „Judgement Day”

Hellmet był nie tyle spadkobiercą, co ostatecznym wcieleniem grup Mike Stuart Pan i Leviathan osiągając na „Judgement Day” szczyt swych możliwości porównywalny do wczesnego Led Zeppelin z elementami Cream. Brzmienie zespołu charakteryzuje wyjąca gitara prowadząca tonalnie podobna do High Tide, ale grana w cięższym, psychodeliczno bluesowym stylu. Momentami wydaje się, że Steve Day walcząc z opętaną przez demona mocą przebija się przez gęstą, ołowianą atmosferę, by nie polec na polu walki tak jak w „Hazy Shady Lady”, klasycznym ciężkim progresywnym rocku nieśmiało podążającym w stronę proto-metalu… „Trust”, brutalna historia o torturach pod rządami Inkwizycji i wyborze: śmierć lub wolność za wydanie współbraci, wkracza na terytorium „Dazed And Confused”, a epicki „Judgement Day” jest opowieścią o uzależnieniu od heroiny i w konsekwencji śmierci głównego bohatera. Okraszona quasi barokową gitarą z pięknymi, wykwintnymi pasażami utwór kroczy żałobną ścieżką z atmosferą podobną do „Nothing Else Matters” Metalliki… Pozostałe nagrania: „Sweet Bitch” „What Is The Point (Of It All?)” są ciężkie i podobnie jak wyżej omówione łączą gniew z melancholią. Płyta „Judgement Day” to absolutnie historyczne i znaczące znalezisko będące błogosławieństwem dla wszystkich, którzy tęsknią za autentycznie prawdziwym, ciężkim prog rockiem epoki wczesnych lat 70-tych. Rok później muzycy przeprowadzili się do Wiednia, gdzie zakotwiczyli w klubie Electronic i pod nową nazwą Elegy nagrali w sierpniu 1972 roku płytę…

Ta sama wytwórnia (zaczynam ją coraz bardziej lubić) w tym samym 2021 roku udostępniła kolejny, zaginiony rarytas – fantazyjny i zarazem mistyczny album „Maiden Flight” grupy RAINBIRD, tym razem w oryginalnej okładce jaką w 1971 roku zaplanowali sobie muzycy zespołu!

Reedycja płyty „Maiden Flight” w oryginalnej okładce z 1971 roku.

Ten kwintet z uroczego miasteczka Cirencester położonego około 150 kilometrów na północny zachód od Londynu powstał zupełnie przypadkiem. W kwietniu 1971 roku poproszono Nigela Prentera studenta tutejszej i zarazem najstarszej wyższej uczelni rolniczej w Wlk. Brytanii (Royal Agricultural College) o zebranie muzyków, którzy mieliby zagrać o świcie koncert w miejscowym kościele. Basista zebrał kolegów ze studiów chętnych do okazjonalnego występu. Pochodzili z całego kraju:  Nigel i Ian Lamont Muir (g) z okolic Gloucestershire, Clive Birch (voc) z Shropshire, Wiliam Johnson (org, flute) z Londynu, a John Dyson (dr) z Cirencester. Występ tak się spodobał, że zaproszono ich na kolejny, wieczorny koncert tym razem z profesjonalnymi muzykami. Po kilku miesiącach wspólnego grania organizatorzy zachęcili chłopaków do nagrania swoich piosenek. Sesja, zaaranżowana w TMC Studios w Tooting, w południowej dzielnicy Londynu, odbyła się w piątek i sobotę 11 i 12 września 1971 roku. Czas gonił, nie wszystko zdążyli nagrać. Na szczęście właściciel studia pozwolił im wrócić w niedzielę rano, aby dokończyli nagrania, a pracujący z nimi inżynier Steve Vaughan zaproponował, że zrobi im mastery w studiach Apple. Cały koszt (studio, miksy, tłoczenie, drukarnia) pokryła jedyna pracująca w tym czasie osoba blisko związana z zespołem – przyjaciel Nigela, Mike Shingler, zgadzając się na zwrot pieniędzy po wydaniu płyty. I tu zaczął się nie tyle pech zespołu co dramat. Wydrukowane okładki miały kompletnie inny projekt od tego, który zaaprobowali muzycy. Jakby tego było mało, większość z wytłoczonego nakładu (99 sztuk!) dość szybko w tajemniczy sposób ulotniła się z magazynu, z którego miano dystrybuować album. Nie dziwi zatem, że grupa po jego nagraniu już się nigdy nie spotkała. Wszyscy wrócili na uczelnię. Po jej ukończeniu zaczęli pracować nie tylko w różnych miejscach w kraju, ale też na drugim końcu świata…

Zamieniona w drukarni okładka płyty z 1971 roku.

Na płycie dominuje złożona i tajemnicza muzyka z fletami i mistycznymi tekstami. Nostalgiczne, folkowe dźwięki zgrabnie współgrają z art rockiem i psychodelią łącząc się tu z delikatnym, melancholijnym wokalem. Powiem szczerze – niewiele brytyjskich zespołów  potrafiło w tym czasie zrobić to w tak perfekcyjny sposób. Te meandrujące, momentami introwertyczne melodie kojarzyć się mogą z The Moody Blues z okresu „On The Threshold Of A Dream” i lirycznym dźwiękami King Crimson z pierwszych albumów. Czyż trzeba lepszej rekomendacji..?

Nie boję się nazwać „Maiden Flight” płytowym arcydziełem brytyjskiego rocka progresywnego. Według mnie takim właśnie jest. I jeśli dość macie klonów Genesis, Yes, Jethro Tull, czy Pink Floyd a szukacie czegoś bardziej oryginalnego, to idealna okazja by się z nim zapoznać!

METHUSELAH „Matthew, Mark, Luke And John” (1969)

W latach 60-tych niekwestionowaną gwiazdą amerykańskiej wytwórni płytowej Electra Records była folkowa piosenkarka Judy Collins, ale kiedy grupa The Doors przebiła ją przynosząc dużo większe zyski, szef wytwórni, Jack Holzman, postanowił zainwestować w zespoły rockowe. Jedną z nielicznych brytyjskich grup, z którą pod koniec dekady Holzman podpisał kontrakt była formacja METHUSELAH ze Scunthorpe, miasta położonego w środkowej Anglii (nawiasem mówiąc jest ono miastem partnerskim naszego Ostrowca Świętokrzyskiego).

Korzenie zespołu sięgają dwóch lokalnych kapel: Dimles i Gospel Garden, których członkami byli dwaj szkolni koledzy: wokalista John Gladwin, oraz gitarzysta Terry Wincott. Gdy do popowego Gospel Garden dołączyli perkusista Mick Bradley (ex-The Sorrow), grający na gitarze Leslie Nicol i basista Craig Austin, grupa przyjęła nazwę Methuselah zgrabnie łącząc muzykę folkową i gospel opakowaną w hard rockowe brzmienie. Kontrakt z Elektrą opiewał na trzy albumy. Do produkcji pierwszego Holzman zatrudnił Kenny’ego Younga, twórcę piosenek m.in. dla The Drifters, Herman’s Hermits, Quincy Jonesa… Z niewiadomych przyczyn krążek zawierający autorskie kompozycje Gladwina nigdy się nie ukazał. Do dziś nie wiadomo, czy zachowały się gdzieś oryginalne taśm, lub ich kopie…

Grupa mogłaby się stać drugim Incerdible String Band, lub Fairport Convention, gdyby kolejny album, „Matthew, Mark, Luke And John” (imiona czterech ewangelistów) ukazał się w Wielkiej Brytanii. Niestety Elektra wydała go tylko w Stanach, totalnie ignorując brytyjski rynek. Nie dziwi więc, że kompletnie nieznany na obcym terenie zespół przepadł na całe lata ze swoją płytą, którą ponownie odkryto ponad czterdzieści lat później.

Methuselah. Front okładki płyty  „Matthew, Mark, Luke And John” (1969)

Na płycie znalazło się dziesięć, bardzo zróżnicowanych nagrań. Jak na rok ’69 przystało jest tu późna, wciąż atrakcyjna psychodelia, jest sporo ciężkich brzmień przeplatanych akustycznymi wstawkami, nie mówiąc o całej masie zmiennych nastrojów. W tekstowym menu jest Ewangelia, bigoci i sprawy religijne. Aby ogarnąć jak najlepiej tę eklektyczną i na swój sposób oryginalną pozycję warto przesłuchać ją kilka razy. Tyle tam się dzieje! Płyta, pierwotnie pomyślana jako podwójna, jest na tak równym i wysokim poziomie, że ciężko jest mi wyróżnić jakikolwiek utwór, a opisywanie każdego odbierze przyjemność w jej odkrywaniu i przeżywaniu. Ograniczę się więc do kilku tytułów. Z pierwszych czterech nagrań moją uwagę przykuł „John” ze względu na zdumiewająco świetne solówki gitarowe Leslie Nicola. aczkolwiek wydawało mi się, że to wcześniejszy „Luke”, za sprawą chwytliwej melodii, będzie z tej czwórki faworytem. Hard rockową aranżację zagraną  w marszowym tempie ma folkowy „High In The Tower Of Coombe”, oraz inspirowane ewangelią „My Poor Mary” i „Fireball Woman”. Ten ostatni, z zabójczo emocjonalnym refrenem i rozbuchaną gitarą wydaje się punktem kulminacyjnym płyty. W całym zestawie ciekawie wypada też francuska piosenka dziecięca „Frere Jaques” (u nas znana pod tytułem „Panie Janie.”) z jazzową instrumentacją w środkowej części i wspomagającym wokalistę chórem kościelnym. Okazuje się, że przy odrobinie wyobraźni z tak banalnej pioseneczki można zrobić małe arcydzieło.

Tył okładki

Stres spowodowany zamieszaniem wokół płyty, a przede wszystkim muzyczna wrażliwość części muzyków, którzy czuli się zmęczeni ciężkim brzmieniem spowodowało, że tuż po jej nagraniu panowie postanowili rozejść się i pójść zupełnie innymi drogami. John Galdwin i Terry Wincott razem z Eddie Baird’em utworzyli folkowo progresywne trio Amazing Blondel wykonujące kameralną muzykę opartą na XIX-wiecznych madrygałach graną na średniowiecznych instrumentach z epoki elżbietańskiej takich jak lutnia i flety proste. Szacunek i popularność zyskali w ośrodkach uniwersyteckich, a ich płyty wydane przez Island w latach 1970-1973 do dziś są cenione w kręgach fanów folkowej muzyki… Mick Bradley został członkiem rockowego bandu Steamhammer, z którym nagrał dwie płyty, „Steamhammer” i „MkII”, obie z 1969 roku. Nagła śmierć w 1972 roku przerwała jego dalszą karierę… Z kolei Craig Austin i Les Nicol założyli psychodeliczny zespół Distant Jim nagrywając co prawda tylko jednego, ale za to kapitalnego singla „Just A Little Bit” wydanego przez holenderski Negram. Małą płytkę wyprodukował Geoff Gill  z brytyjskiej, freakbeatowej grupy The Smoke i zrobił to znakomicie. Zespół nie przetrwał długo, a Nicol zasilił wkrótce formację Pavlov’s Dog.

„Matthew, Mark, Luke And John” to rodzaj naparu przyrządzonego w różnych proporcjach z psychodelii, folku i hard rocka. Może nie odurza, ale smakuje wybornie nie mówiąc o tym, że zapada w pamięć.