Muzyka dla licealnych intelektualistów. SKIN ALLEY „Skin Alley” (1970).

Pod koniec lat 60-tych Londyn miał kwitnącą i rozwijającą się scenę podziemną z wieloma klubami i całą masę zespołów, które mogły grać przed otwartą na muzyczne eksperymenty publiczność. Jednym z nich był proto-progowy Skin Alley założony jesienią 1968 roku przez Thomasa Crimble’a (gitara basowa, śpiew) i Alvina Pope’a (perkusja). W pierwotnym składzie znaleźli się też Max Taylor (gitara), oraz Jeremy Sagar (śpiew), ale długo w nim nie pograli. Na początku 1969 roku ich miejsce zajęli: muzyk polskiego pochodzenia Krzysztof Henryk Juszkiewicz (instrumenty klawiszowe, akordeon), oraz Bob James (gitara, saksofon, flet, śpiew).

Skin Alley (1970)

Mniej więcej w tym samym czasie w zachodnim Londynie narodziła się agencja Clearwater Productions mająca pod swymi skrzydłami takie zespoły jak High Tide, Cochise, Trees i (nieco później) Hawkwind. Do tego grona doszedł też Skin Alley. Na rozwijającej się scenie konkurencja była trudna, zwłaszcza dla zespołów, które nie miały kontraktu płytowego. Aby przyciągnąć uwagę promotorów Clearwater organizował co weekend darmowe koncerty. Była to dobra strategia i wkrótce kwartet z zachodniego Londynu czerpiąc inspirację z jazzu i bluesa zyskał reputację „popularnego zespołu grającego prog rocka za free”. Charakterystyczne brzmienie, które wyróżniało go spośród wielu innych wykonawców zbudowano wokół klawiszy Juszkiewicza, oraz gitary, fletu i saksofonu Boba Jamesa. Na jednym z takich koncertów (sierpień’69), gdzie Skin Alley dzielił scenę razem z High Tide i nowym, debiutującym zespołem o nazwie Group X przemianowanym później na Hawkwind, pojawił się John Peel. Legendarny DJ radia BBC One zaproponował muzykom nagranie sesji do programu „Top Gear”, co zwróciło uwagę szefów angielskiego oddziału CBS Records, którzy podpisali z nimi kontrakt. W listopadzie zespół wszedł do londyńskiego  studia na Oxford Street i zarejestrował materiał na album. Krążek, wyprodukowany przez Dicka Taylora, byłego gitarzystę Pretty Things, ukazał się w marcu 1970 roku. Była to  iście wybuchowa mieszanka proto-prog rocka z elementami psychodelii, jazzu, bluesa i muzyki klasycznej wyważona w idealnych proporcjach. Jak na tamte czasy brzmiało to bardzo odważnie. Tak odważnie jak i jego prowokacyjna okładka z nazwą zespołu ociekającą krwią i stojącym pod nim amerykańskim policjantem pokazującym język.

Front okładki płyty „Skin Alley” (1970)

Płytę otwiera „Living In Sin”, energetyczny kawałek bluesowego i psychodelicznego jazz rocka i jeden z najpopularniejszych utworów zespołu. Szokujący jak na tamte czasy tekst opowiada o niezamężnej parze, w której mężczyzna pogrążając się w alkoholowym nałogu porzuca partnerkę i ich dzieci. Biorąc pod uwagę jak bardzo na przestrzeni ostatniego półwiecza zmienił się świat i jego obyczaje, w którym wolne związki kompletnie nie dziwią, a homoseksualne małżeństwa w wielu krajach są oficjalnie legalizowane tamte „życie w grzechu” dziś jedynie wywołuje uśmiech na twarzy. Kiedy nasz bohater uzmysłowił sobie, że popełnił błąd życia prosi ukochaną o wybaczenie i powrót na łono rodziny, Czy tak się stało? Tego nie wiemy, choć biorąc pod uwagę rozlewający się na całe nagranie entuzjazm muzyków i to jak Bob James dwoi się i troi grając na flecie i gitarze podnosi na duchu. Poza tym kocham wokal Thomasa Crimble’a – brzmi jak Angus Cullen z Cressidy. Kocham też gitarowe solo i to solo na saksofonie. Cudne to wszystko! Następująca po nim piosenka „Tell Me” to muzyka bogata w melodie i emocje z udziałem potężnych organów Hammonda i orkiestrowych skrzypiec. Zaczyna się, prawie jak w The Moody Blues, wspaniałym melotronem chociaż przebijająca się melancholia podkreślona miękką gitarą i smutnymi, poruszającymi serce wokalnymi harmoniami w stylu lat 60-tych bliższa jest moim zdaniem zespołowi Cressida… Rozpoczynający się dźwiękiem organów kościelnych utwór „Mother Help Your Child” z głosem wokalisty nabierającym dramatycznych tonów jest jednym z najważniejszych elementów albumu. Bardzo podniosły i religijny tekst ma znaczenie hymniczne, co podkreśla marszowy, powolny rytm grany na organach i mroczny flet. Oczywiście nie trzeba być osobą gorącej wiary, by cieszyć się tą inspirującą i duchową pieśnią sławiącą Boga, bohaterów, czy wielkie idee. Nie. Ona przywraca wiarę w regenerującą moc muzyki. Muzyki, która odmładza i rewitalizuje naszą duszę.

Zamykający pierwszą stronę instrumentalny ” Marsha” to kapitalnie zaaranżowany groove z maksymalną prędkością, który pozwala na zagranie kilku solówek na saksofonie przemiennie ze swobodnym i  dzikim Hammondem i bujnym dźwiękiem organów Farfisa – całość przypomina Traffic z drugiego okresu. Żywiołowe szybowanie przez jazz rockowe niebo z nieskrępowaną improwizacją rozpalającą ogień jest jedną wielką przyjemnością na zakończenie którego chciałoby się krzyknąć: „Panowie, błagam: nie kończcie tego. Grajcie dalej!”

Tył oryginalnej okładki.

Drugą stronę otwiera „Country Aire” będący jakby z innej bajki. Ta dwuminutowa miniaturka to czarujący rustykalny pastorał zagrany na klawesynie i flecie piccolo nawiązujący do średniowiecznych melodii ludowych kojarzący się ze spacerem po urokliwej angielskiej wsi w ciepły, letni dzień. Miły przerywnik przed bardziej poważnym i mrocznym „All Alone”, któremu ton nadają powolne i złowrogo brzmiące organy dzieląc światło reflektorów z saksofonem. Całość utrzymana jest w spokojnym tempie z niesamowitym finałem przechodzącym w imponujące crescendo wkraczające na terytorium Procol Harum („A Whiter Shade of Pale”). Ta pełna pasji muzyka jest odurzająca! Rozpoczynający się bardzo łagodnie „Night Time” to jeden z moich ulubionych numerów nie tylko z tej płyty. Totalnie wyluzowany kawałek improwizowanego, bluesowego jazz rocka został wypełniony fantastycznymi partiami fletu i dźwiękiem melotronu w pierwszej części, by w drugiej ewoluować w przyjemnie kołyszący się jazzowy swing zagrany na pianinie. Kawałek jest tak sympatyczny, że nie da się go nie lubić… Półminutowe „Concerto Grosso (Take Head)” utrzymane w klasycznym stylu zagrane przez Juszkiewicza na klawesynie delikatnie prowadzi nas do ostatniego numeru jakim jest „(Going Down The) Highway”. Tym razem zespół pokazał się od cięższej, rockowej strony, chociaż bez szaleństw. Utwór oparty na organach, chwytliwym rytmie, prostym śpiewie z całkiem zgrabnym saksofonowym solem idealnie nadaje się do słuchania w czasie jazdy samochodem.

W latach 1969-1970 wiele ambitnych zespołów ze swoimi ciekawymi albumami pozostawało w cieniu mistrzowskiego debiutu King Crimson. Skin Alley jest tego najlepszym przykładem. I choć ich krążek został bardzo dobrze przyjęty przez prasę i krytyków (John Peel zażartował mówiąc, że to „wymarzona muzyka dla studentów i licealnych intelektualistów”) w ogólnym rozrachunku nie sprzedał się najlepiej. Nie pomogła mu w tym też wiosenna promocyjna trasa po Francji, w której zespół wspomagał Kevin Ayers i Edgar Broughton Band. Szkoda. Na szczęście CBS miała do zespołu na tyle zaufania, że jeszcze tego samego roku (grudzień 1970) pozwoliła mu wydać drugi album, „To Pagham And Beyond”. Ale o tym opowiem innym razem.

Powrót do przeszłości. SONIC FLOWER „Me And My Bellbottom Blues” (2022)

Jeśli kult hard rocka z lat 70-tych kiedykolwiek potrzebowałby oficjalnego ambasadora, to japoński basista, Tatsu Mikami, byłby poważnym kandydatem na to stanowisko. Jego kariera rozciąga się na ponad dwie dekady, podczas których dał się poznać przede wszystkim jako założyciel i jedyny stały członek słynnej tokijskiej kapeli Church Of Misery powstałej w 1995 roku, z którą wydał osiem albumów. Zespół grał bardzo indywidualnego doom rocka inspirowanego wczesnym Black Sabbath i hard rockiem tamtych lat z tekstami poświęconymi słynnym seryjnym mordercom, takim jak Manson, Dahmer, Ramirez. Na scenie Mikami prezentował dość charakterystyczny styl gry opuszczając bas nisko do kolan grając bezpośrednio na jego gryfie.

Tatsu Mikami i jego indywidualny styl grania na basie.

Przez ponad trzydzieści lat bardzo aktywnej pracy na japońskiej scenie muzycznej udzielał się również w wielu innych projektach, z których warto wymienić heavy metalowy (w stylistyce Motörhead) Skull Pit, trash punkowy GATES (akronim od God Admires The Evil Soul) z motywami satanizmu i śmierci i najbardziej mu bliski (poza Church Of Misery) SONIC FLOWER, który wyłonił się z zamglonego horyzontu zachodzącego słońca w 2001 roku.

Trójka muzyków, których dobrał sobie Mikami była pod wpływem słynnych hard rockowych zespołów takich jak Cactus, Grand Funk Railroad, Groundhogs, Savoy Brown… Dwa lata później kwartet wydał debiutancki album „Sonic Flower”. Instrumentalny, ciężki blues rockowy krążek został entuzjastycznie przyjęty nie tylko w Japonii, ale także w Europie i Stanach Zjednoczonych. W 2005 roku panowie pracowali w studio nad drugim albumem, ale z różnych przyczyn płyta się nie ukazała. Taśmy z nagraniami przeleżały na półce aż do 2021 roku, po które sięgnęła włoska wytwórnia Heavy Psycho Sounds specjalizująca się głównie w stoner rocku i wydała je na płycie „Rides Again”. W czerwcu 2022 pojawiła się elektryzująca wiadomość: Tatsu Mikami pracuje w studio nad nowym, trzecim w dyskografii Sonic Flower, albumem! Tym razem do współpracy lider zaprosił byłego wokalistę Church Of Misery, Kazuhiro Asaedę, oraz dwójkę utalentowanych młodych muzyków: blues rockowego gitarzystę Fumiya Hattori’ego, oraz perkusistę Toshiaki Umemurę. Album „Me And My Bellbottom Blues” pojawił się w sprzedaży 30 września tego samego roku.

Rzut oka na płytę i wiedziałem, że nie wypuszczę jej z rąk. Grafika momentalnie skojarzyła mi się z debiutanckim albumem innego japońskiego zespołu, Flower Travellin’ Band i jego okładką – pędzącymi autostradą na Harleyach nagimi hipisami.

Front okładki płyty „Me And My Bellbottom Blues” (2022)

Mistrzowski miks płyty wykonał Yukito Okazaki, guru japońskiego doom metalu i założyciel zespołu Eternal Elysium. Wydobywając głębię i bogactwo dźwięku Okazaki nadał ciężkiemu blues rockowi psychodeliczne brzmienie, a zrównoważone proporcje ustawione w idealnym miejscu powodują, że wszystko słyszalne jest z niezwykłą wyrazistością. Gitary są na przemian ostre i drapieżne, ciepłe i intymne; pulsujący i przenikliwy bas odbija nerki, a potężna perkusja zdziera tynk ze ścian. Kiedy słuchałem tej płyty po raz pierwszy poczułem się jak pasażer audio-halucynacyjnej podróży do przeszłości, gdzieś pod koniec lat 60-tych. Znów mam długie proste włosy, przepaskę na czole i w towarzystwie hipisów poruszam się wymalowanym w psychodeliczne wzory busem marki Volkswagen T1. Ścieżka dźwiękowa w tej podróży napędzana muzyką Sir Lord Baltimore, Vanilla Fudge, Iron Butterfly, Blue Cheer i innych działa jak LSD i przenika przez wszystkie zmysły. Mimo, że nie zawsze było wtedy z górki, nie zawsze były stokrotki i kwiaty we włosach to wielu z nas tęskni za tym beztroskim czasem, za latem miłości, wolnością podszytą wiatrem. Myślę, że muzycy Sonic Flower też, gdyż płyta Me And My Bellbottom Blues” emanuje cudownie nostalgiczną atmosferą tamtych lat. Co ważne – muzyka, solidna jak australijski Ayers Rock, z masywną energią zbliżoną do Black Sabbath z jego początków, zawsze z dbałością o melodykę w aranżacjach powoduje, że jej słuchanie to bardzo dobre przeżycie.

Pierwsze nagranie i od razu hit! Swineherd” kopie w cztery litery swoim brzmieniem. Utwór odnoszący się do mrocznej natury mocy i brudnych myśli sączy się przez oszałamiające bluesowe riffy, które o dziwo nie obezwładniają. Są raczej narzędziem do stymulacji, które utrzymują nas w pełnym napięciu zaangażowaniu przez siedem minut. Jak na płytę psychodeliczną gitary są ostre. Jeśli zespół pozwala sobie na moment wyluzować ów ołowiany nastrój lubieżnym rytmem cicho schodzącym w tło, a wokal Asaedy zaczyna dryfować przez mgłę psychodelicznych solówek jestem w siódmym niebie!

Sonic Flower.

Z reguły psychodeliczne nagrania to coś, co wymaga od zespołu pewnej inwestycji emocjonalnej i czasowej wynagradzając to słuchaczowi bogactwem faktur, nastrojów, zmianami tempa. Czy to oznacza, że każdy utwór trwający ponad sześć minut  będzie pełen zniekształceń? Nie. Love Like Rubber” i Captain Frost” udowadniają, że subtelne dźwięki mogą być równie frapujące i ekscytujące. W tym pierwszym objawia się wokalny talent Asaedy, który podobnie jak Paul Rogers z Free stworzony jest do takiej muzyki; drugi emanuje metalowym stoner rockiem szczególnie za sprawą fantastycznej sekcji rytmicznej. Niesamowity „Black Sheep” sprawia wrażenie wykutego ze starych płyt z szaf grających mieszczących się w kątach zadymionych barów i mających własną duszę. Z kolei bagienny riff otwierający „Quicksand” to jeden z najsłodszych bluesowych riffów jakiego od lat nie słyszałem, a śmiałe eksperymentowanie z dźwiękiem gitary akustycznej dodatkowo pobudza zmysły. Toczące się bębny „skwierczą”, bas rozgrzewa duszę, ale serce kradną pięknie chodzące gitary. Na przykładzie tego nagrania słychać, że zespół  czerpie inspiracje z rockowej studni wiadrami stąd posmak legend lat 70-tych jak Grand Funk Railroad i Cactus przemykający między dźwiękami. Ich osobliwe podejście do tego stylu emanuje charyzmą i duszą, o czym zapomina wielu dzisiejszych retro-rockowych wykonawców. Na szczęście nie samą przeszłością zespół żyje. „Poor Girl” przypomina amerykański zespół Clutch i trochę Audioslave ze wskazaniem na utwór „Cochise”, czyli kolejny numer pełen ciężkiego groove’u z cudownymi psychodelicznymi momentami będący opowieścią o młodej kobiecie, której nie udało się zaaklimatyzować w wielkiej metropolii. Zamykający płytę mocny, dziesięciominutowy „Sonic Flower” to wspaniały, dudniący behemoth demonstrujący to, co najlepsze w doom metalu i rockowej psychodelii pełen soczystych masywnych riffów i namiętnego wokalu z ogromną ilością groove’u. Narkotyczna odyseja prowadzi nas spiralnie przez pustynie czasu i przestrzeni z elementami brudu rezydującego w gitarowych strunach. Niższe harmonie, te pod głównym wokalem, zaspokajają w nas cielesną potrzebę, a akustyczne interludium w środkowej części sprawia miłe uczucie żeglowania prowadząc do niesamowitego zakończenia. Zakończenia nie na chłodnym piasku pustyni, ale na szczycie góry zwanej Sonic Flower pod krystalicznie czystym rozgwieżdżonym niebem.

Nie pamiętam kiedy ostatni raz czułem się tak swobodnie słuchając płyty. Wyluzowana charyzma Me And My Bellbottom Blues” jest jak zaraźliwa psychodeliczna gitarowa solówką, która ustawia nas do pionu. Nie mówię, że jest perfekcyjna i doskonała, bo ma kilka wad. Nie mniej warto zagłębić się w nią wiele razy, aby odkryć wszelkie, choćby najprostsze, ukryte w niej niuanse.

STACKRIDGE „Stackridge” (1971), „Frendliness” (1972).

W 1969 roku kilku młodych muzyków z Bristolu i pobliskiego Bath, wśród których prym wiedli Andy Creswell-Davis (gitara, klawisze, bas) i  James Warren (wokal, gitara) znalazło wspólny język zakładając na gruzach Grytpype Thynne kapelę Stackridge Lemon. Na scenie zadebiutowali 6 lutego w londyńskim klubie The Temple na Wardour Street. Chwilę potem skrócili nazwę wyrzucając z niej słowo „Lemon”. Już jako STACKRIDGE otwierali i zamykali pierwszy festiwal w Glastonbury (wrzesień 1970). Pod koniec roku w końcu ustabilizował się wielokrotnie zmieniający się skład. Obok Andy’ego i Jamesa w zespole znaleźli się: Michael „Mutter” Slater (flet, wokal), Mike Evans (skrzypce, wiolonczela) i Billy „Sparkle” Brent (perkusja). Jak w hipisowskiej komunie cała piątka dzieliła wspólnie mieszkanie na 32 West Mall w Clifton, na przedmieściach Bristolu. Chyba dobrze im się tam mieszkało skoro adres ten Davis i Warren wykorzystali później jako tytuł piosenki na debiutanckim albumie.

Stackridge jeszcze jako kwintet (1971)

Nieco ekscentryczna mieszanka dowcipnych, często przejmujących tekstów, zapadających w pamięć melodii, rozbudowanych pasaży instrumentalnych i skromnej prezentacji scenicznej przyciągała uwagę fanów, prasy muzycznej i promotorów koncertów. W 1971 roku wyruszyli w trasę po Wielkiej Brytanii wspierając Wishbone Ash; na kolejną zabrali Renaissance, później Lindisfarne. Mieli niezłą intuicję – grupy te osiągnęły rozgłos i sławę większą niż Stackridge, która co prawda odniosła pewien sukces na listach przebojów w czasach swojej świetności, ale w dużej mierze dziś jest już nieco zapomniana. Pech? Raczej chichot losu… Nieco wcześniej (styczeń 1971) zespół podpisał kontrakt z MCA Records, a dwa miesiące później przystąpił do nagrywania dużej płyty. Nagrań dokonano w słynnym londyńskim De Lane Lee Studios. Tuż obok, za ścianą Deep Purple pracowali nad albumem „Fireball”… Longplay „Stackridge” ukazał się w sierpniu tego samego roku.

Byłem w Bristolu parę razy i muszę powiedzieć, że zrobił on na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Miasto ma charakter, humor i urok. I taki jest ten album: oryginalny, pełen dziwacznego, absurdalnego humoru, no i cholernie uroczy. Próżno szukać tu złowrogich satanistycznych przesłań i mesjanistycznych wokali, co dobitnie podkreśla urocza okładka przedstawiająca stado mew, w których odbijają się kolory nieba.

Front okładki albumu „Stackridge” (1971)

Album nie musi być ciężki, ani skomplikowany by był arcydziełem. Ten debiut z magią późnej pop-psychodelii i folk rocka okraszony szczyptą wczesno-progresywnego rocka  należy do tej kategorii, która tak łatwo nie daje się sklasyfikować. Piosenki, pełne szaleństwa i nieoczekiwanych zwrotów akcji, wypełnione są barwnymi postaciami z fantastycznymi narracjami, zaś klasyczne aranżacje to głównie zasługa skrzypiec Mike’a Evansa, partie fletów Michaela Slatera, oraz trzech wiolonczel i oboju rozsianych po całym albumie. Otwiera go optymistyczne „Grande Piano” inspirowane późnymi Beatlesami. Jak się przekonamy, to nie jedyny objaw ich miłości do Wielkiej Czwórki… „Percy The Penguin”, ballada w stylu Simona & Garfunkela z bardzo klasyczną instrumentacją (skrzypce, flet, wiolonczela) ma bardzo  absurdalny tekst maskowany przez ekspresyjną folkową pastoralność i przestrzenne, melancholijne chorały. Świetny kawałek, po którym dostajemy coś dla fanów progresywnego rocka – „The Three Legged Table”. Uduchowiona artystyczna elegia ozdobiona skrzypcowymi winietami w części pierwszej brzmi jak Genesis ery „Trespass”. Druga, naładowana potężną energią, przekształca się w zaskakująco dęty rockowy crossover Lennona (około „Let It Be”) i Chicago Transit Authority. .. Owocem zbiorowej myśli był „Dora The Female Explorer” – pierwszy singlowy przebój kojarzący się z piosenkami śpiewanymi w angielskich tawernach z akompaniamentem skrzypiec i harmonijki ustnej. Brzmi to jak Lindisfarne i na dobrą sprawę nie da się nie stukać butami do jego taktu. Genialne! Instrumentalny „Essence Of Porphyry” (punkt kulminacyjny pierwszej strony), w którym dźwiękowe pejzaże są rozległe i szeroko zakrojone to prezent dla osób o wyrafinowanych gustach. Stykamy się tu ze złożonym dziełem symfonicznym inspirowanym doświadczeniami Igora Strawińskiego i Franka Zappy. W kontekście poprzedniego nagrania trzy kolejne piosenki brzmią nieco inaczej. „Marigold Conjunction” uznać można za popową etiudę z odrobiną nostalgii za latami pięćdziesiątymi podczas gdy nastrojowy „32 West Mall” jest hołdem złożonym Beatlesom, zaś „Marzo Plod”, wyróżniający się sekcją smyczkową i dętymi, kolorystyką bardzo zbliżył się do solowego Paula McCartneya. Prawdziwym punktem kulminacyjnym albumu jest jego zakończenie, czyli czternastominutowy „Slark”. W warstwie lirycznej mamy tu opowieść (bajkę) o małym chłopcu porwanym we śnie przez tytułowego, średniowiecznego smoka, ale już pod względem muzycznym to prawdziwa epopeja pełna wspaniałych, rozmarzonych wokali, dzikiego fletu, folkowego klimatu, muzyki średniowiecza połączonego z rockiem symfonicznym. I wszystko to zostało podane w bardzo angielskiej, „mglistej” atmosferze. Cudo! Tak jak i cały album!

Niemal dokładnie rok później (listopad 1972) do sklepów trafiła druga płyta Stackridge, „Friendliness” z dobrze znanym motywem starca i motywem ptaków zdobiących okładkę.

Front okładki płyty „Friendliness” (1972)

Nagrań dokonano w londyńskim studio Sound Technique w sierpniu i muszę stwierdzić, że jakość nagrań w stosunku do debiutu (miałem pewne zastrzeżenia co do brzmienia perkusji) jest doskonała. Na płycie pojawił się dodatkowy basista, Jim „Crun” Walter, który grał z nimi wcześniej, gdy nazywali się Stackridge Lemon. Od razu rodzi się też pytanie: czy po tak znakomitym debiucie zespół utrzymał wysoki poziom? Utrzymał! Album może i jest odrobinę mniej progresywny od swego poprzednika, ale wciąż mamy tu wiele pięknych partii akustycznych, dużo skrzypiec, fletu. Największe wrażenie robi jednak wokal i wokalne harmonie. Są naprawdę piękne. Wszystkie utwory są doskonałe, nie ma tu ani jednego „wypełniacza”. Muzyka (w większości raczej subtelna) jest na tyle różnorodna, że ​​nigdy nie staje się trywialna – tu ciągle coś się dzieje. Trzeba wspomnieć też o bardzo silnych tekstach będących kontynuacją tych z debiutu, co oznacza dziwne historie przypominające kreskówki o zwierzętach zachowujących się jak ludzie i tym podobne rzeczy.

Instrumentalny „Lumy Days” otwierający album jest przedłużeniem ostatniego nagrania z debiutu i zapowiedzią folk rockowej muzyki na ich własnych warunkach. Po tym porywającym wstępie pojawia się delikatny kawałek – pierwsza część utworu tytułowego (druga pod koniec płyty) gdzie zharmonizowane wokale osadzone są na akustycznych gitarach. Numer pod silnym wpływem The Beatles (podobnie jak i dwa kolejne) jest wyrazem szacunku dla ludzi, którzy radzą sobie z przyjaźniami, a te jak wiadomo bywają różne i trudne. Optymistyczna melodia w „Anyone For Tennis” z kapryśną śpiewką (ukłon w stronę beatlesowskiego „Rocky Baccon”) ozdobiona została cudowną orkiestracją i wokalem słodkim jak u Sir Paula. Napisał go Jim Walter, który jest też autorem kolejnego kawałka,. „There Is Not Refuge” będącym  prostą balladą na fortepian i wokal z uwodzicielską grą na skrzypcach Mike’a Evansa. Jednak głównym utworem z pierwszej strony jest prawie dziewięciominutowy „Syracuse The Elephant” – rzecz o słoniu trzymanym w niewoli w  bristolskim zoo, który mimo sławy i popularności chce wrócić do domu. Piosenka, napisana wspólnie przez Waltera i klawiszowca Andy’ego Davisa, stanowi jasne potwierdzenie, że dodanie nowego członka było inspirującym posunięciem. Trzeba przyznać, że to bardzo przyzwoity utwór prog rockowy z folkową atmosferą i bogatą, niemal symfoniczną instrumentacją (fortepian, skrzypce, pyszny flet), zaś użyty sitar przywołał w nim Wschodni klimat. Czysta magia!

Otwierający drugą stronę skromny, rockowy „Amazing Agnese” ma rytm reggae i najbardziej osobliwy tekst – sonet muła do krowy. Zabawne, choć z drugiej strony specyficzny angielski humor nie dla każdego jest zrozumiały. Szczególnie jeśli nie jest się częścią tamtej kultury. Równie zabawny inaczej (co widać zresztą po tytule) „Father Frankenstein Is Behind Your Pillow” jest kolejnym uroczym utworem w duchu The Beatles zdominowanym przez klarnet ze skłonnością do niejasnych, niemal obłąkanych tekstów. Partię fortepianu w „Keep On Clucking” pokochałem za powściągliwy urok i cichą elegancję chociaż jako całość to bluesowy rocker z zacinającą się gitarą elektryczną opowiadający o kurczakach zmierzających na rzeź do fabrycznej linii produkcyjnej. Ciekawostką jest to, że Warren i Walter zamienili się między sobą gitarami. Zresztą w pierwotnym składzie ten drugi miał grać na gitarze prowadzącej, ale z uwagi na brak praktyki ostatecznie przydzielono mu rolę basisty. „Story Of My Heart” to krótki, melancholijny recital fortepianowy ustępujący na moment pola drugiej części „Friendliness”. Album mocną nutą zamyka „Teatime”. Delikatnie powtarzająca się melodia z pięknym fletem przechodzi w szaloną partię skrzypiec z melotronem nadając mu progresywnego charakteru. Wspaniały, mądry tekst tym razem opowiada o podróży i o tym jak wszystko było cudowne. Nie mniej jedyne czego tak naprawdę się pragnie to wrócić do domu i napić się herbaty. Święte słowa.

Zafiksowani na punkcie Beatlesów muzycy Stackridge skorzystali z usług Georga Martina, który został producentem ich trzeciej płyty „The Man In The Bowler Hat”  wydanej w 1974 roku. I chociaż pod względem komercyjnym odniosła ona większy sukces od swych poprzedników odbyło się to kosztem zespołu. Rozłam w jego szeregach spowodował, że jeszcze przed ukazaniem się albumu pozostało w nim tylko dwóch muzyków. W tym samym roku nowy skład nagrał album „Extravaganza”, który był miłym powrotem do szaleństwa z dwóch pierwszych płyt, po czym zespół rozpadł się, zreformował i wydał jeszcze jeden krążek „Mr. Mick” (1976), by ostatecznie zniknąć ze sceny na dwadzieścia lat. Ale to już inna historia…