PAN „Pan” (1970)

Duńska grupa PAN i jej jedyny, tak samo zatytułowany album wydany w maju 1970 roku, wpadł mi w ręce stosunkowo niedawno. Po raz pierwszy wznowienie tej płyty na CD podjęła się, pochodząca z tego samego kraju, wytwórnia Karma Music w 2004 r. ale ograniczony nakład stał się wówczas dla mnie nieosiągalny. Może to i dobrze, albowiem kolejne wznowienie tej płyty przez szwedzkie Flawed Gems – wytwórnię wydającą zapomniane kapitalne tytuły, z doskonałym, soczystym i niemalże analogowym brzmieniem – zostało profesjonalnie zremasterowane i wydane w oryginalnej okładce.

Wszystko zaczęło się w Kopenhadze późną jesienią 1969 roku, kiedy to francuski piosenkarz, kompozytor i gitarzysta Robert Lelievre przybywając do kraju księcia Hamleta na swej drodze spotkał braci Puggaard-Mullerów: perkusistę Michaela, oraz gitarzystę Thomasa. Bracia właśnie zakończyli współpracę z kwartetem Delta Blues Band. Nawiasem mówiąc ta świetna duńska grupa grała fantastycznego  psychodelicznego, gitarowego rocka w połączeniu z bluesem. Wkrótce do tej trójki doszedł basista Arne Wurgler, oraz grający na klawiszach Henning Verner mogący poszczycić się współpracą z legendarnym amerykańskim saksofonistą Dexterem Gordonem. Tak powstał zespół, który Lelievre nazwał PAN. Warto może jeszcze wspomnieć o śpiewającym poecie Nielsie Skousenie, który co prawda opuścił zespół zaraz na początku stycznia 1970 roku, nie mniej zdążył wziąć udział w pierwszej sesji nagraniowej i to jego wokal (wspólnie z Lelievre’m) można usłyszeć w czterech, spośród dziesięciu, umieszczonych na płycie kompozycji.

Pierwszym, oficjalnym wydawnictwem płytowym PAN jaki ukazał się jeszcze w tym samym miesiącu był singiel z utworami „In A Simply Way/Right Across My Bed”. Oba te nagrania, jako bonusy, znalazły się na wspomnianej już kompaktowej reedycji albumu. Dużą płytę  wytwórnia Sonet wypuściła cztery miesiące później.

Grupa Pan podczas próby (1970)
Grupa Pan podczas próby (1970)

Cała muzyka i wszystkie teksty (poza „If”) zostały stworzone przez jej lidera Roberta Lelievre’a. Co ciekawe, dwa utwory: „Il N’y Pas Si Longtemps De Sa” oraz „Tristesse”  Lelievre zaśpiewał w swoim ojczystym języku – pozostałe po angielsku. Album zawierał mieszankę ciężkiego rocka, bluesa, folku, jazzu i muzyki klasycznej. Można więc śmiało powiedzieć, że był albumem na wskroś progresywnym. Pełen zmiennych nastrojów, przestrzennych współbrzmień organów Hammonda i intensywnych, porywających  partii elektrycznej gitary Thomasa Puggaard – Mullera. Gitarzysta potrafił umiejętnie i z wielką klasą operować mocnym, potężnym brzmieniem, jak też zagrać bardzo delikatnie, subtelnie. W niektórych momentach przypomina mi Davida Gilmoura z tego samego okresu. Na dodatek emocjonalny wokal Roberta nadał kompozycjom nieco ciemny, nastrojowy klimat. Trudno jest tu wyróżnić jakikolwiek utwór, bowiem płyta jako całość jest bardzo równa i trzeba ją po prostu posłuchać. Rozbieranie ją na czynniki pierwsze i analizowanie każdej kompozycji w tym przypadku jest pomysłem chybionym.

PAN "Pan" (1970)
PAN „Pan” (1970)

W samej Danii album stał się niemałą sensacją. Recenzenci muzyczni padli przed nim na kolana, podkreślając wysoki kunszt wykonawczy muzyków, produkcję i oczywiście wychwalali samą muzykę. Podbudowani tak entuzjastycznymi recenzjami muzycy PAN ruszyli w trasę koncertową po Skandynawii i Niemczech zaliczając przy okazji wiele rockowych festiwali. Byli także gośćmi specjalnymi w rozgłośniach radiowych i stacjach telewizyjnych. Zapisy tych koncertów zostały w 2004 roku zebrane i wydane na płycie CD pod tytułem „Pan On The Air – Danish Radio Session 1970”. Zespół wystąpił także w szwedzkim filmie „Deadline” do którego skomponował i nagrał 20-minutową muzyczną sekwencję. Pomimo tak udanego startu i ogromnej popularności jesienią grupa PAN nieoczekiwanie dla wszystkich ogłosiła, że zawiesza działalność, a kilka tygodni później przestała istnieć. W muzycznych podsumowaniach album „Pan” uznano „najlepszym  duńskim albumem wydanym w 1970 roku”. Z czasem zyskał status kultowego albumu rockowego, zaś wielce ceniona  Politiken Dansk Rock (taka duńska „Encyklopedia muzyki rockowej”) umieściła go na czwartym miejscu w kategorii rodzimych „albumów wszech czasów„. I nie ma w tym ani odrobiny przesady, bo to autentycznie progresywny klasyk z bardzo wysokiej półki!

I w zasadzie, w tym miejscu mogłaby się zakończyć moja opowieść o zespole PAN. Mogłaby, gdyby nie osoba jej lidera Roberta Lelievre’a. Podczas zbierania informacji o grupie, wciąż zadawałem sobie pytanie, dlaczego tak młody człowiek porzuca swoje przepiękne miasteczko Le Bourg-d’Oisans położone w malowniczych Alpach francuskich i emigruje do zimnej, dalekiej Danii? Podążył za ukochaną dziewczyną? Chciał przeżyć przygodę życia? A może poczuł  w sobie smykałkę do zwiedzania odległych zakątków Europy..?

Robert Lelievre
Robert Lelievre

Żyjąc w  otoczeniu majestatycznych i surowych Alp, czuł się człowiekiem wolnym, niczym nie skrępowanym. Dość wcześnie zaczął pisać wiersze, a gdy nauczył się grać na gitarze tworzył do nich muzykę. Mając lat dziewiętnaście i głowę pełną pomysłów na dalsze życie nagle dostał powołanie do armii. Cały świat runął mu w gruzach. W styczniu 1962 roku, po trzech miesiącach służby wojskowej wyszedł na swą pierwszą przepustkę i już z niej nie powrócił. Zdezerterował z armii francuskiej! Żandarmeria wojskowa wysłała za nim list gończy, ale Robert zdążył uciec do Hiszpanii, gdzie wkrótce został członkiem jazzowego zespołu. Nabyte szlify muzyczne po kilku latach zaowocują w grupie PAN. Mając na uwadze swoje bezpieczeństwo, co jakiś czas przenosił się z miejsca na miejsce, w końcu po trzech latach tułaczki po Europie w 1965 roku wylądował ostatecznie w stolicy Danii. Szybko zasymilował się z kopenhaską bohemą artystyczną, a gdy poznał duńską piosenkarkę i akordeonistkę Maię Arskovą, oraz angielskiego gitarzystę i wokalistę Cy Nickilina utworzył z nimi folk-rockowe trio Cy,Maia & Robert. Rok później mieli już swój płytowy debiut (LP. „On The Scene”), który spotkał się z bardzo dobrym przyjęciem krytyki i publiczności. Sukces kolejnego krążka „Out Of Our Times” (1967) sprawił, że trio otrzymało propozycję nagrania kolejnej płyty w Londynie. Z niewiadomych do dziś powodów kontrakt nie doszedł do skutku i wkrótce muzycy rozstali się. Robert Lelievre pozostał jednak w Londynie, gdzie poznał Julie Driscoll i jej menadżera Giorgio Gomelsky’ego, a także samego Paula McCartneya. Wszyscy oni oferowali mu pomoc i załatwienie nagrań w studiach, ale na słowach i dobrych chęciach się skończyło. W czerwcu 1969 roku Lelievre powrócił do Kopenhagi, a cztery miesiące później powołał do życia zespół PAN.

Cy, Maia and Robert "On The Scene" (1966)
Cy, Maia and Robert „On The Scene” (1966)

Kilka miesięcy po rozwiązaniu zespołu, na początku 1971 roku muzyk wszedł do studia i nagrał materiał na swą solową płytę. Wszystkie utwory zaśpiewał po francusku, a w studiu towarzyszyło mu dwoje muzyków z rozwiązanej wcześniej kapeli. Gdy wszystko było już dopięte na ostatni guzik wytwórnia Sonet w ostatniej chwili wycofała się z tego pomysłu. Gotowy i nagrany materiał nigdy nie został wydany. Być może uznano go za mało komercyjny. Do dziś nie wiadomo, czy nagrania te ocalały, czy też bezpowrotnie przepadły.

Od czasu swej ucieczki z ojczystego kraju, tj. od 1962 roku, Lelievre wciąż figurujący jako poszukiwany dezerter nie odważył się wrócić do Francji. Nie mniej w licznych wywiadach wciąż wyrażał tęsknotę za swą ojczyzną. „Proszę mnie źle nie zrozumieć – to nie to, że Dania mi się nie podoba. Marzy mi się znów chodzić moimi uliczkami, żyć i rozmawiać z ludźmi w moim własnym języku. Być po prostu u siebie”. Kiedy więc rząd francuski ogłosił amnestię w 1972 roku wrócił do domu, by spełnić swe marzenie. Mimo amnestii Lelievre został aresztowany i wysłany do francuskiego więzienia. Rozgoryczony i załamany po odbyciu rocznej kary powrócił do Danii. Frustracja, przygnębienie i depresja stały się początkiem jego choroby psychicznej. Nie mogąc sobie z nią poradzić Robert Lelievre załamał się i w dniu 26 sierpnia 1973 roku odebrał sobie życie. Miał trzydzieści jeden lat…

Widok na Le Bourg-d'Oisans rodzinne miasteczko Roberta
Widok na Le Bourg-d’Oisans rodzinne miasteczko Roberta

Trzy dekady później norweski autor Dag Erik Asbjornsen w swojej książce-przewodniku po złotej erze rocka progresywnego („Scented Gardens Of Mind: A Comprehensive Guide To The Golden Era Of Progressive Rock 1968 -1980”) napisał: „Ignorancki świat stracił nie tylko poetę i muzyka, ale też jednego z najbardziej utalentowanych kompozytorów swojego pokolenia”. To jakże szczere i trafne zdanie boli do dziś.

FRUMPY „2” (1971)

Nie byłem zbyt szczęśliwy, gdy pewnego wiosennego popołudnia rozległ się nagle natarczywy i świdrujący dźwięk dzwonka do drzwi. Ten nieoczekiwanie wygospodarowany wolny czas (Jola wyszła z koleżankami na kawę, chłopcy zaś pobiegli z piłką na boisko, by trenować rzuty do kosza za trzy punkty) zarezerwowałem sobie na wysłuchanie płyty, w posiadaniu której byłem już od dobrych kilku tygodni. Mogłem więc bez żadnych przeszkód posłuchać muzyki w wyższych niż zazwyczaj rejestrach głośności i oddać się swobodnemu relaksowi. Nie zdążyłem nawet mrugnąć okiem, gdy równo z dzwonkiem, nie czekając na zaproszenie, wparował do mieszkania jeden z moich kolegów – wiecznie uśmiechnięty Mariuszek. Bez słowa powitania bezceremonialnie rozsiadł się w fotelu obok. Dziw, że mebel jeszcze to wytrzymywał. Mariuszek bowiem był postury i wagi niedźwiedzia grizzly. Swoją aparycją, czarnymi jak smoła kręconymi  włosami, gęstą brodą i ogromnym wyglądem wzbudzał powszechny szacunek połączony ze strachem. W rzeczywistości, jak to zazwyczaj u takich ludzi bywa, był on potulny jak baranek niezdolny nawet do zabicia muchy. Ale o tym wiedziały tylko osoby, które były blisko z nim związane. Wykorzystywaliśmy więc go często jako swoistą straż przyboczną, na przykład podczas wypadów do dyskotek, czym z góry zapewnialiśmy sobie absolutny komfort nietykalności cielesnej, gdyby do takowej miałoby dojść. Mariuszek kochał sport, a w szczególności żużel. No i doskonale pływał. Jak, nie przymierzając, delfin, a raczej orka. Tego mu wszyscy zazdrościliśmy. Woda to był jego drugi żywioł. Na muzyce znał się tyle o ile, choć starał się poznawać i słuchać różnych jej gatunków. Pamiętam, jak przed laty, będąc wówczas w klasie maturalnej poznał fajną (czyt. ładną) dziewczynę. Chcąc jej zaimponować, oraz zabłysnąć znajomością muzyki Pink Floyd, która w jej mniemaniu była „najbardziej inteligentną grupą świata” poprosił mnie o pożyczenie jakiegoś albumy tej grupy. Dałem mu do posłuchania „Ummagummę” – jakby nie patrzeć pozycja dość awangardowa, szczególnie ta część w wydaniu studyjnym. Kiedy po kilku dniach spytałem jak mu się udała randka, tylko pokiwał przecząco głową. A co do muzyki z tego podwójnego wydawnictwa podsumował krótko: „Stary, rewelacja! Tylko za chuja nie wiem o co w niej chodzi!” Nota bene była to jedyna osoba, której kuchenna łacina mnie nie raziła, a wręcz rozbrajała doszczętnie. Dodawała mu kolorytu i takiej swojskiej, łobuzersko – zawadiackiej (w dobrym tego słowa znaczeniu) otoczki. Mariuszek taki już po prostu był! Na dodatek –  szczery aż do bólu. Teraz też  popatrzył na mnie, na sprzęt, chwilę posłuchał i spytał krótko: „Co to?” Kiwnąłem mu głową w stronę okładki. Zerknął jakby od niechcenia. „Kurwa nie znam, ale zajebiste! Gość ma fajny głos”.  „To wokalistka. Nazywa się  Inga Rumpf” – szybko wyprowadziłem go z błędu. „No nie pierdol! Poważnie?! A śpiewa jak chłop z jajami!”

Ilekroć wyciągam z półki płyty niemieckiej  grupy FRUMPY za każdym razem mam przed oczami Mariuszka i tę krótką scenkę sprzed dwudziestu mniej więcej laty.

FRUMPY w zasadzie wzięło się z folkowej grupy The City Preachers założonej i kierowanej przez Irlandczyka Johna O’Brien-Dockera w 1965 roku. Swobodnie mieszali amerykański i brytyjski folk z domieszką bluesa, flamenco, ale także muzyki bałkańskiej, greckiej i izraelskiej. W wyniku tarć i spięć z jedną z wokalistek zespołu, Dagmar Krause, perkusista grupy Carsten Bohne opuścił Miejskich Kaznodziejów w 1969 roku, namawiając do opuszczenia The City Preachers drugą  wokalistkę Ingę Rumpf, klawiszowca francuskiego pochodzenia Jean-Jacques’a Kravetza, oraz basistę Karla-Heinza Schotta. Utworzyli oni zespół FRUMPY, który zmienił swój kierunek muzyczny podążając w stronę wykonawców z Wysp Brytyjskich, szukając inspiracji w nowatorskim podejściu do tzw. brytyjskiego białego bluesa. Może nie tego „korzennego”, raczej tego bardziej skłaniającego się w stronę psychodelii, jazzu, z elementami muzyki klasycznej (czyli prog-rocka) a więc w kierunku, w  którym podążały takie kapele jak  Blodwyn Pig, Traffic, Spooky Tooth, Chicken Shack, może też i Indian Summer. Co ważne, FRUMPY nie grali topornie, „kwadratowo” jak wiele kapel z Niemiec, tylko bardziej rasowo, z feelingiem. Do tego Inga Rumpf, śpiewa praktycznie bez akcentu i na dobrą sprawę można wziąć ich za kapelę z Wysp. Znawcy tematu wiedzą doskonale, że Inga Rumpf (której anagram jej nazwiska stał się nazwą grupy) należała do grona najbardziej uzdolnionych wokalnie artystek tamtych lat. Ze względu na swój niepowtarzalny głos porównywana była nader często do Janis Joplin. Dysponowała niesamowitą siłą głosu i niekobiecą barwą. Znam wielu wytrawnych słuchaczy (pomijam tu z oczywistych względów Mariuszka), którzy nie znając historii wokalistki, słuchając wyśpiewywanych przez nią fraz daliby się pokroić za przekonanie, że przed mikrofonem stoi… mężczyzna. Skala głosu, łatwość wyciągania góry, naturalność i ta fascynująca barwa spowodowała, że na wejściu w roku 1970 branża muzyczna okrzyknęła ją największym talentem wokalnym rockowej sceny muzycznej. Gdy stykam się z jej manierą wokalną nie potrafię oderwać uszu od głośników, bo ten głos działa na mnie jak narkotyczny specyfik, przyciąga jak magnes i wprawia mnie w szczery podziw!

Inga Rumpf
Inga Rumpf

Wiosną 1970 roku FRUMPY wyruszył w trasę koncertową po Francji, która okazała się wielkim sukcesem. Do końca roku zespół dał jeszcze ponad 50 koncertów w trakcie wspólnej trasy ze Spooky Tooth i zagrał obok takich gwiazd jak Yes, Humble Pie i Renaissance.  Jesienią ukazał się ich pierwszy doskonały album, oparty przede wszystkim na brzmieniu organów Hammonda, basu i perkusji (w składzie nie było gitarzysty solowego!) „All Will Be Change” to blues rockowe gęste, soczyste granie z licznymi odwołaniami do muzyki klasycznej. Okładka przedstawiała kameleona wykonanego z plastiku. Niestety dotyczyło to tylko wersji winylowej, kompakt wydano w tradycyjnym pudełku. Szkoda.

Przed wydaniem drugiej płyty do zespołu dołączył gitarzysta Rainer Baumann. Sama płyta zaś ukazała się w sierpniu 1972 pod bardzo prostym i nieskomplikowanym tytułem „Frumpy 2”.

"Frumpy 2" (1971)
„Frumpy 2” (1971)

Płyta zawiera tylko cztery, mocno rozbudowane utwory. Bluesa jest tu zdecydowanie mniej. Muzyka skierowana jest na rock progresywny zdobywający wówczas coraz większą popularność wśród bardziej wyrobionej muzycznie publiczności. Muzycy doskonale zdawali sobie sprawę, jaką zaletą jest głos Ingi Rumpf i już od pierwszego utworu wyeksponowali jego atrybut.  Do tego należy oczywiście wymienić niezwykle gęste i urozmaicone brzmienie instrumentów klawiszowych, wśród których brylują organy Hammonda. Miejscami odnieść możemy wrażenie, że siłą napędową formacji wyłącznie jest majestatyczny głos i szalejący na swych klawiszach Kravetz. Ale to tylko pozory, gdyż nie można zapominać o pozostałych muzykach: jest więc doskonały gitarzysta Rainer Baumann, którego rewelacyjna solówka w „Good Winds” zwyczajnie „rzuca na kolana”, jak też precyzyjna jak mechanizm szwajcarskiego zegarka sekcja, która dynamicznie punktuje skalę rytmiczną. Zresztą skomplikowane podziały rytmiczne należą do specyfiki każdej kompozycji, choć też każda z nich posiada wyrazistą linię melodyczną. „How The Gypsy Was Born” poraża pięknem, a organowe partie solowe,  na tle szalejącej pary bas-perkusja wywołują niekłamany podziw. Uczciwie przyznam, że  należy ona do moich ulubionych kompozycji z lat 70-tych! Zresztą wszystkie cztery kompozycje urzekają klimatem, wielorodnością stylistyczną (z odniesieniami do muzyki klasycznej), z bluesowymi akcentami, hard rockową intensywnością i progresywną złożonością. Każda przyciąga uwagę, każda została genialnie zaaranżowana, każda precyzyjnie wykonana.  Z całości bije namiętność, żar i pasja. Potwierdzeniem tych słów jest „Take Care Of Illusion” z napędzającym rytm wstępem, z wiodącą rolą organów, ewoluujący w stronę niesamowicie klimatycznego bluesa, by wkrótce nabrać tempa i żywiołowej dynamiki. Zamykający całą płytę utwór „Duty” emanuje wielowymiarowością i klasą wykonawczą. Całkowity odlot. Zarówno wyrafinowany instrumentalnie z mnóstwem partii solowych, które inaugurują Hammondy, a następnie oddają przewodnictwo pulsującemu basowi i popisowi bębnów, jak też i wokalny. Zwieńczeniem indywidualnych zapędów artystów jest fantastyczna partia solowa Rainera Baumanna. Zaczyna swój gitarowy monodram krótko przed czwartą minutą, by po ponad dalszych pięciu minutach(!) absolutnej wirtuozerii poddać się ponownie priorytetom instrumentalnej zespołowości. Należy docenić rolę trio bas-perkusja-organy tworzącego gęste, intensywne tło tych gitarowych improwizacji. Nie waham użyć się słowa genialne. Cały zaś finał – „podparty” fragmentami Toccaty i Fugi D-moll Jana Sebastiana Bacha – wyborny…

Frumpy w 5-cio osobowym składzie z roku1971.
Frumpy w 5-cio osobowym składzie z roku1971.

Oryginalna płyta winylowa została wydana w niezwykłej formie – okrągła, rozkładana na sześć części okładka zapakowana była w przeźroczystą plastikową torebkę. I tak jak w przypadku pierwszego albumu, tak i ta wersja kompaktowa została wydana w tradycyjnym pudełku.

Po wydaniu albumu „By The Way” (1972) grupa FRUMPY rozpadła się. Inga Rumpf, Jean Jacques Kravetz i Karl-Heinz Schott założyli grupę Atlantis, natomiast Carsten Bohne podjął współpracę z Tomorrow’s Gift i Dennis. Na osłodę, jeszcze tego samego roku, fani dostali  podwójny album „Live” zawierający 100 minut doskonałej , tym razem bardziej bluesowej muzyki, klimatem przypominający słynny Colosseum „Live”.

Płyta „Frumpy 2” tak jak i pozostałe tytuły tej niemieckiej formacji na szczęście nie są rynkowymi rarytasami. Łatwo dostępne, szczególnie w sklepach internetowych, będą ozdobą każdej kolekcji szanującego się fana muzyki rockowej. Zachęcam gorąco do spotkania się z tym wyjątkowym zespołem. Nie tylko po to, by oddać im należny hołd, ale zwyczajnie się zachwycić!

TWENTY SIXSTY SIX AND THEN „Reflections On The Future” (1972)

Nie pamiętam dokładnie kiedy płyta „Reflections On The Future” wpadła mi w ręce. Myślę, że było to gdzieś na samym początku lat 90-tych. Przegrałem szybko ten album na kasetę magnetofonową i sprezentowałem ją jednemu ze swoich przyjaciół, który ogólnie był (i jest do dziś) największym  fanem grupy Led Zeppelin jakiego znam. Tak się złożyło, że w tym czasie zafascynował go także niemiecki rock progresywny, czułem więc, że moja propozycja przypadnie mu do gustu. I kiedy po kilku dniach odezwał się, usłyszałem jedną z najpiękniejszych i zarazem najkrótszych recenzji jaka padła z jego ust. Powiedział wówczas: „Przez wiele lat byłem przekonany, że nie nagrano na świeci płyty rockowej, która w moim prywatnym rankingu najlepszych albumów wszech czasów wbiłaby się pomiędzy pierwsze cztery krążki Led Zeppelin. A jednak! Jestem w wielkim szoku!” Nie ma się co czarować – od pierwszych bowiem dźwięków jest to płyta wręcz FENOMENALNA! Prawdopodobnie to jedna z najlepszych płyt z kręgu ciężkiego, progresywnego niemieckiego rocka i jedna z najlepszych w tym gatunku na świecie. Ozdobiona piękną, fantazyjną psychodeliczną okładką z wizerunkiem starca w otoczeniu przedziwnych stworzeń i roślin.

Zanim opowiem o tej niezwykłej płycie, słów kilka o genezie nazwy zespołu, którą (o zgrozo) niektórzy dziennikarze skracają i piszą ją jako 2066 & Then. Otóż zespół nawiązał w niej do bitwy pod Hastings, w której normański książę Wilhelm Zdobywca pokonał króla Anglii Harolda Godwinsona, po czym zajął jego miejsce. Bitwa miał miejsce w 1066 roku, a muzycy dorzucili do tej daty jeszcze tysiąc lat i wyszło im owe 2066 (And Then). Taka ciekawostka, którą można wrzucić (i zabłysnąć) w towarzystwie opowiadając o tej płycie…

Terminu heavy progressive w 1972 roku w odniesieniu do takiego zespołu jak TWENTY SIXSTY SIX AND THEN nikt wówczas powszechnie  nie używał. Dziś wskazuje się w ten sposób na główne inspiracje muzyków: hard rock (szczególnie spod znaku Deep Purple i Black Sabbath), blues (okolice Cream, czy też Bluesbreakers Johna Mayalla), w końcu rock progresywny (zdefiniowany nieco wcześniej przez King Crimson, Yes, czy też Genesis), oraz psychodelię  (szczególnie w stylu wczesnych Pink Floyd). Co można ugotować w takim kotle? Okazuje się, że może wyjść z tego muzyka bogata w brzmienia, wyrafinowana i po dziś dzień, pomimo upływu kilku dekad, które minęły od jej powstania, niezwykle świeża i porywająca. Tej pochodzącej z Niemiec kapeli ( z Brytyjczykiem Geffem Harrisonem na wokalu) z powodzeniem udało się połączyć elementy, które na pozór zupełnie do siebie nie przystają. Muzyka TWENTY SIXSTY SIX AND THEN połączyła hardrockową melodykę z wirtuozerią i typowymi dla progrocka rozbudowanymi formami, oraz psychodelicznym brudem i chropowatością. Na tle innych zespołów tego okresu wyróżniało Niemców jeszcze jedno – obecność aż dwóch klawiszowców (sięgających także chętnie po wibrafon i mellotron)! Przed nimi praktykowali to jedynie muzycy angielskiej grupy Rare Bird. O dziwo, świetnie się to sprawdziło. Choć z drugiej strony miało to jednak też i swoją cenę, ponieważ w ten sposób na nieco dalszy plan zepchnięta została gitara solowa.  Zdecydowanie częściej możemy sycić zmysł słuchu solówkami granymi na organach Hammonda (Steve Robinson i Veit Marvos nie mogą narzekać na brak pracy), niż popisami gitarzysty (Gagey Mrozeck). Ale zdarzają się też ekscytujące dialogi gitarzysty z klawiszowcem, jak choćby w utworze „Autum” o którym kilka słów więcej poniżej.

Grupa TWENTY SIXSTY SIX AND THEN (1972)
Grupa TWENTY SIXSTY SIX AND THEN (1972)

Zespół, w skład którego wchodzili także: basista Dieter Bauer i perkusista Konstantin Bommarius, powstał wiosną 1971r. Wcześniej panowie niczym nie zasłynęli. Dla większości z nich nagrywanie debiutanckiej i jak się miało okazać jedynej płyty było pierwszym tego typu doświadczeniem. Mieli jednak ogromne szczęście ponieważ producentem albumu został Dieter Dierks. Wówczas jeszcze nikomu nieznany, rozpoczynający dopiero karierę w muzycznej branży. Za kilka lat będzie to człowiek-legenda znany z długoletniej współpracy z grupą Scorpions. Jak wspominają liczni artyści, z którymi Dieter pracował, był on nie tylko realizatorem dźwięku – będąc  bardzo uzdolnionym muzycznie, często stawał się dodatkowym członkiem zespołu grającym na różnych instrumentach.

LP. "Reflections On The Futures" (1972)
LP. „Reflections On The Futures” (1972)

Album „Reflections On The Future” powstał jesienią 1971 roku. W całości zrealizowany został w domowym studiu Dierksa, w jego rodzinnej miejscowości Stommeln niedaleko Kolonii. Otwiera go prawdziwie hardrockowy utwór zatytułowany „At My Home” z solówką na organach, rozpędzoną sekcją rytmiczną (Bommarius udowadnia, że pobierał lekcje od najlepszych: Billa Warda i Johna Bonhama) i cudownie kontrastującą partią fletu. „Autumn” to w zasadzie dziewięciominutowa suita. Dzieje się tu tyle, że muzycznymi pomysłami swobodnie można by obdarować kilka zespołów. Po gitarowo-organowym wstępie utwór nabiera rozpędu i dynamiki. Zostaje on jednak złamany po raz pierwszy przez skoczną jazz-rockową gitarę (z wokalizą Harrisona w tle), po raz drugi zaś przez balladowy charakter z ledwo słyszalnym w oddali fletem. Wszystko zakończone organowym pasażem i majestatycznym chórkiem. Kojarzy mi się to z najbardziej patetycznym fragmentem Niemenowskiego „Bema pamięci żałobnego rapsodu” z płyty wydanej przez Niemena rok wcześniej. Wątpię jednak by muzycy z Niemiec znali płytę „Enigmatic„.  Nie mniej skojarzenie jest dość przyjemne. „Butterking” zaczyna się jak rock and roll z lat 50-tych tyle tylko, że spowolniony do granic możliwości, po czym górę bierze typowa bluesowa rytmika. Z sekundy na sekundę utwór rozkręca się i co rusz zmienia się jego nastrój. Raz mamy psychodeliczną balladę, to znów odjechany walczyk, wreszcie Sabbathowski riff z wokalem w stylu Ozzy’ego Osbourne’a. Tyle, że głos Harrisona i to jego niepowtarzalne chrypiące wibrato ma tę głębię której Ozzy’emu zawsze brakowało. Jest do tego tak przejmujący, że ciarki przebiegają po plecach. Najlepiej słychać to jednak w piętnastominutowym „Reflections On The Future” stanowiącym opus magnum całej płyty. Utwór ten momentami dosłownie wgniata w ziemię. Mrozeck gra swoją najlepszą solówkę na gitarze, a Bommarius wali w bębny ze wściekłością równą Bonhamowi w Zeppelinowym „Black Dog”. Swoje pięć minut mieli także klawiszowcy, którzy prócz Hammondów i Mooga umiejętnie budują klimat dodatkowymi wstawkami mellotronu i klawesynu. Nie brakuje też końcówce narkotyczno-psychodelicznych wizji, od których roiło się na nagranym dwa lata wcześniej debiucie Tangerine Dream „Electronic Meditation„.  Za to całkowicie instrumentalny „Spring” ma tak gęstą fakturę, że trudno byłoby tu wcisnąć wokal. Pomijając czystą hardrockową dynamikę ten numer to kolejna okazja dla popisów Veita Marvosa Steve’a Robinsona (tak przy okazji to on naprawdę nazywał się Rainer Geyer) którzy krzeszą tyle ognia, że starczyłoby na hutniczy wytop surówki, choć tak na dobrą sprawę muzycy wcale nie wznoszą się tu na jakieś wyżyny wirtuozerii. Dwa ostatnie kawałki to singlowy duet, które zespół nagrał w marcu 1972 roku, tuż przed swoim rozwiązaniem. Przebojowe jak na ówczesne standardy, z których „Time Can’t Take It Away” dosłownie powala na kolana! To prawdziwy majstersztyk. Wokal Harrisona w refrenie dosłownie przyprawia o ciarki. Nieziemski wręcz smutek dodatkowo podkreśla natchniony, niebiański chórek. W końcówce natomiast, tuż po jazzującej solówce gitary i kolejnym refrenie, pojawia się żeński głos przywodzący na myśl stylistykę rhythm n’ bluesa. Jakby tego było mało, perkusista wybija w tle afrykańskie rytmy. I to wszystko mieści się w niespełna pięciominutowym, niezwykle melodyjnym kawałku zamykającym cały album. Prawdziwe mistrzostwo świata!

Niestety latem 1972 roku zespół przestał istnieć. Płyta, której nie miał już kto promować, przepadła w rankingach i na wiele lat świat o niej zapomniał. I kto wie, czy nie przepadłaby w mroku dziejów, gdyby nie „archeolodzy” z Second Battle. Którykolwiek z nich wpadł na pomysł odszukania w archiwach nagrań TWENTY SIXSTY SIX AND THEN i wydaniu ich na płycie CD –  należą mu się pokłony i dozgonna wdzięczność. Wdzięczność wszystkich miłośników dobrej  muzyki, w szczególności zaś fanów ciężkiego rocka progresywnego lat 70-tych!

Rockowa włoszczyzna

Mam wśród swoich licznych znajomych także takie osoby, które nie lubią włoszczyzny. I nie chodzi tu o „zieleninę” rzucaną do garnka z gotującą się zupą, lecz o muzykę rockową z jakże pięknego Półwyspu Apenińskiego, czyli z Włoch. Narzekają na język włoski, który ich zdaniem pasuje idealnie  do opery i operetki nie zaś do rocka. Kręcą nosem na wydumaną, ich zdaniem, ciągnącą się jak makaron muzykę widząc w niej nieudane odbicie tego, co w brytyjskim rocku było wówczas najlepsze. I tak dalej i tak dalej…

A tak naprawdę cóż się okazuje? Patrząc zupełnie obiektywnie,  z perspektywy dość długiego jakby nie było przedziału czasu, włoski rock był w latach 70-tych fenomenem na skalę światową. Szczególnie rock progresywny. I żadne argumenty oponentów „spagetti rocka” nie zburzą mi tego wizerunku, albowiem w zdecydowanej większości zespoły te prezentowały bardzo wysoki poziom i tworzyły oryginalną muzykę. Wówczas prawie nieznane w innych krajach (jeśli nie liczyć tych, które nagrały płyty dla brytyjskiej wytwórni Manticore, będącej własnością członków tria Emerson, Lake & Palmer) dziś zyskały status grup kultowych. Włoski rynek płytowy był na tyle duży, że zespoły takie jak Premiata Forneria Marconi (znana bardziej pod skróconą nazwą P.F.M.), Banco Del Mutuo Soccorso, Le Orme, New Trolls przyciągały tłumy, wydawały liczne płyty, stały się prawdziwymi gwiazdami. Inne, które wydały mniej płyt na przestrzeni kilku lat, miały pokaźną grupę swoich wiernych fanów, choć nie przebiły się do ścisłej czołówki. Do tej grupy zaliczyć można grupy takie jak Museo Rosenbach, Balletto Di Bronzo, Osanna, Goblin, Alphataurus, Rovescio Della Medaglia, Area. Jest jeszcze jedna grupa, których żywot był bardzo krótki. Przeważnie nagrali jeden, góra dwa albumy, po czym rozpadały się, a mimo to pozostawiły po sobie płyty arcydzieła, które muzyczni archeolodzy odkrywają na nowo. Myślę tu o takich grupach jak Biglietto Per L’Inferno, Celeste, Cervello, Metamorfosi, Murple, Jumbo, czy Semiramis. Zapewne lista ta, ku mojej wielkiej radości, będzie się z czasem wydłużać, bo muzyczni szperacze wciąż są aktywni.  A oto kilka przykładów płyt zespołów wyciągniętych z mojej domowej płytoteki, które potwierdzają tę tezę.

BANCO DEL MUTUO SOCCORSO „Banco Del Mutuo Soccorso” (1972)

BANCO DEL MUTUO SOCCORSO "Banco Del Mutuo Soccorso" (1972)
BANCO DEL MUTUO SOCCORSO „Banco Del Mutuo Soccorso” (1972)

W 1969 roku dwaj bracia Nocenzi, Vittorio i Gianni postanowili założyć zespół. Jako, że obaj grali na instrumentach klawiszowych (i to świetnie!) szybko doszli do wniosku, że należy poszukać jeszcze kogoś. Wędrówka po muzycznych klubikach i licznych knajpkach jakich w tym czasie we Włoszech było tysiące przyniosła efekt. Już po dwóch tygodniach poszukiwań i niewielkich roszad mieli pierwszy skład. W miarę szybko przygotowali materiał na debiut, doszlifowali go na koncertach i zarejestrowali w studio.  Jednak dla szefów wytwórni płytowej to był szok. Uznali ten materiał za zbyt awangardowy. Nie tego spodziewali się od zespołu, więc z płyty nic nie wyszło. Ukazała się ona dopiero dwadzieścia lat później, w 1989 roku pt. „Donna Plautilla” i tak na dobrą sprawę uznać ją dziś możemy za faktyczny debiut grupy. Muzycy byli bardzo rozczarowani i skład się posypał. Jednak bracia Nocenzi tak łatwo się nie poddali, wiedzieli co chcą w życiu robić i ponownie zaczęli wędrówkę po znajomych knajpkach i klubikach. Dość szybko skompletowali kolejny skład i już z nowymi muzykami opracowali całkowicie odmienny materiał. Zarejestrowali go na przełomie roku 1971/72 i zaraz potem wydali. I…  wywołali sensację. Fani oszaleli, krytycy klękli na kolana, a koncerty zostały wyprzedane na pół roku naprzód! Łatwiej było wówczas dostać bilet do mediolańskiej La Scali, niż na ich koncert. I całkowicie słusznie, gdyż stworzyli dzieło wybitne, jedną z najlepszych płyt gatunku. Absolutny kanon włoskiego rocka symfonicznego. To właśnie tu są genialne „Il Giardino del Mago” i „Metamorfosi” – utwory, które zapewniły im „wieczną chwałę” w panteonie światowego rocka symfonicznego. To właśnie o tej płycie Rick Wakeman (Yes) powiedział, że był to dla niego niedościgniony wzór gry na instrumentach klawiszowych!!! Keith Emerson na spotkaniu z szefami Manticore stwierdził, że w Italii jest grupa, która wkrótce będzie numerem1 w tym gatunku muzycznym na świecie. „Musimy koniecznie ich do siebie ściągnąć!” – perorował Emerson ( i dopiął swego, czego efektem była płyta „Banco” wydana dla tej brytyjskiej wytwórni w 1975r.). Zaś Patrick Moraz westchnął tylko: „A myślałem, że potrafię grać…”. Czyż potrzeba lepszej rekomendacji? Płyta bez słabych momentów, genialna od początku do końca i istotnie – to jedna z największych płyt światowego rocka symfonicznego! Uważa się, że wspólnie z dwoma następnymi albumami: „Darwin”(1972) i „Lo sono nato libero”(1973) tworzą tzw. WIELKĄ TRYLOGIĘ BANCO.

BALETTO DI BRONZO „Ys” (1972)

BALETTO DI BRONZO "Ys" (1972)

Z jednej strony muzyka zawarta na tym albumie jest bardzo mroczna, ciężka w odbiorze, dość mocno dołująca. Z drugiej strony jest to album niebywale ciekawy, intrygujący i aby w pełni docenić muzykę na nim zawartą trzeba jej wysłuchać kilkakrotnie. Najlepiej w ciemności i skupieniu. Płyta na pewno nie jest dla każdego, ale to jeden z najgenialniejszych albumów w historii rocka progresywnego! Dzieło skończone, bezbłędne i jak już wyżej napisałem – genialne. Ten kwartet z Neapolu (dwie gitary, bas i perkusja) już w 1969 roku wydał swój debiutancki album „Sirro 2222” zawierający typowe granie osadzone w latach sześćdziesiątych reprezentujące blues-rockowe granie z domieszką psychodelii. W 1971 r. z grupy odeszli basista i gitarzysta, a na ich miejsce wskoczyli nowi muzycy, z tym że drugą gitarę zastąpiono instrumentami klawiszowymi. Były to organy, fortepian, moog, melotron, szpinet (odmiana klawesynu) i czelesta (instrument wydający tajemnicze, wręcz  baśniowe brzmienie, a dźwięki czelesty zbliżone są do dzwoneczków). Wszystkie obsługiwał Gianni Leone, będący również  wokalistą grupy. Dzięki instrumentom klawiszowym zespół nabrał dynamiki i mocno zmienił swój repertuar. „Ys” to album koncepcyjny opowiadający o mężczyźnie, który podróżując spotyka na swej drodze różne rodzaje (stadia) śmierci. Można podejrzewać, że to opowieść niedoszłego samobójcy. Teksty z elementami grozy są tajemnicze i mroczne. Tak jak mrok i ciemność obecne są w głosie Leone i w samej muzyce. Dodatkowo sam tytuł płyty wskazuje na mityczną wyspę Ys, która za swoją dekadencję została potępiona przez bogów, przeklęta, spowita ciemnościami i w końcu zatopiona w odmętach oceanu. Trudno mi jest opisać tę muzykę słowami. Dzieje się tutaj tak dużo, tak szybko i tak płynnie, że tego nie da się ogarnąć słowami. Po prostu będą one zbyt banalne. Jestem pod wrażeniem kapitalnej gry Gianni Leone, który miesza dźwięki wymienionych wyżej instrumentów klawiszowych w sposób perfekcyjny. Każde wejście fortepianu, organów, czy szpinetu przyprawia o mrowienie na plecach. No i ten jego przejmujący aż do trzewi, pełen grozy głos! Do tego kapitalna, rozbuchana perkusja, ciekawe sola gitarowe, piękne partie basu i nieziemskie wręcz wokalizy, które na tym albumie gościnnie wykonała Daina Dini. Gdy przymykam oczy, pod powiekami wyświetlają mi się obrazy Delacroix „Dante i Wergiliusz w Piekle” i „Sąd Ostateczny” Memlinga… Wielka szkoda, że tuż po wydaniu tego niezwykłego albumu grupa BALETTO DI BRONZO rozpadła się. Myślę, że muzycy byliby w stanie stworzyć jeszcze niejedno fantastyczne dzieło.

MUSEO ROSENBACH „Zarathustra” (1973)

MUSEO ROSENBACH "Zarathustra" (1973)

To był mój pierwszy włoski album jakim się zachwyciłem będąc jeszcze nastolatkiem. Przez pewien czas byłem nawet święcie przekonany, że jest to… niemiecka grupa z włoskim wokalistą! Wówczas o rocku z Italii nie wiedziałem praktycznie nic. Zresztą nie ja jeden… Jedyny album tej grupy powszechnie uważa się za najlepszy jaki kiedykolwiek został nagrany na Półwyspie Apenińskim! I przyjąć to należy jako dogmat. „Zarathustra” jest dziełem wybitnym i już. Koniec, kropka. Krótko ujmując – muzyka Museo Rosenbach to połączenie stylistyki Jethro Tull, King Crimson, Deep Purple. Brzmieniowo bliżej było bowiem grupie do brytyjskich albo niemieckich zespołów progresywnych, niż do włoskich wykonawców. Muzyka, poprzez ciężkie, zawiesiste brzmienie organów, melotronu, fortepianu i gitary  stała się monumentalna, a zarazem mroczna i ponura. Opus magnum tej płyty to oczywiście tytułowa 20-minutowa suita zajmująca na winylu całą pierwszą stronę (na kompakcie podzielona na pięć indeksów). Choć próżno na niej szukać jakichś efektownie zakręconych popisów instrumentalnych to poraża ona bogatą melodyką, licznymi zmianami nastroju, pomysłową konstrukcją, oraz potężnym brzmieniem partii instrumentalnych. Momentami bliskich stylistyce soczystego, ciężkiego rocka. Pozostałe trzy nagrania w niczym jej nie ustępują, utrzymane w podobnym stylu i nastroju co „Zarathustra”. Mają jedynie pecha być po niej… Kultowy status tej płyty powoduje, że kolekcjonerzy winyli za oryginalne włoskie egzemplarze w idealnym stanie płacą nawet 1200 euro!

THE TRIP „Caronte” (1971)

TRIP "Caronte" (1971)

Album „Caronte” grupy THE TRIP z okładką z tytułowym Charonem, mitologicznym przewoźnikiem dusz przez Styks, był pierwszym rockowym albumem kompaktowym z Włoch w mojej płytotece. Dał on tym samym początek całej  serii innym znakomitym płytom z tego kraju. To ich druga w dyskografii pozycja wydana latem 1971 roku, która wywołała sensację muzyczną i z miejsca podbiła serca fanów nie tylko w rodzinnym kraju, ale także daleko poza jej granicami. Wytwórnia RCA Italiano już po trzech miesiącach tłukła dodruk! To dzięki tej płycie THE TRIP jest dziś stawiany w równym rzędzie z BANCO… i P.F.M. Pięć utworów i niespełna trzydzieści trzy minuty muzyki. Wielkiej Muzyki! Swego czasu oszalałem wręcz na punkcie pierwszego utworu z tej płyty! Absolutny szczyt włoskiego progresywnego grania! Kawał świetnej muzy z perfekcyjnymi, ryczącymi Hammondami w roli głównej, na których grał Joe Vescovi okrzyczany w owym czasie włoskim Keithem Emersonem. Świetne melodie, czadowa sekcja rytmiczna, doskonałe angielskie wokale. Konkretne i melodyjne partie gitar ze szczególnym uwzględnieniem utworu przedostatniego, w którym mógł sobie swobodnie pograć William Gray – znakomity gitarzysta, który zastąpił w kapeli Ritchiego Blackmore’a, (tak, tak, TEGO Blackomore’!) gdy ten odszedł by dołączyć do Deep Purple. Myślę, że ograniczenie jego roli na tej płycie, zepchnięcie na drugi plan, stało się przyczyną późniejszego odejścia Greya z grupy. Szkoda, bowiem  tak pierwsza jak i druga płyta pokazały, że grać potrafił znakomicie. No cóż, widocznie w tej kapeli nie było miejsca dla dwóch liderów. Nawiasem mówiąc wyczytałem gdzieś, że tak mogłoby brzmieć Deep Purple, gdyby Lord zdominował zespół. Następny, równie udany krążek,  „Atlantide” (’72), zespół THE TRIP nagrał już w trio. Tym razem to już było pójście na całego w klimaty brytyjskiego ELP. Ale o tym innym razem.


Te cztery wymienione wyżej płyty ze słonecznej Italii to tylko znikoma część większej całości czekająca na omówienie w Rockowym Zawrocie Głowy. Nie muszę dodawać, że z wielką przyjemnością będę przypominać zakurzone przez czas inne albumy z Półwyspu Apenińskiego. Fenomen włoskiego rocka z lat 70-tych wciąż jest wart poznania!