EDWARD BEAR „Bearings” (1969); McPHEE „Mcphee” (1971)

Tym razem proponuję podróż do dwóch odmiennych i daleko od siebie położonych miejsc na Ziemi, w których działały dwie, dziś już nieco zapomniane, ale znakomite kapele.

Kanadyjska grupa rockowa EDWARD BEAR  (początkowo zwana The Edward Bear Revue) została założona w Toronto w 1966 roku przez śpiewającego perkusistę Larry’ego Evona. klawiszowca Paula Weldona i basistę Craiga Hemminga.  Można by pomyśleć, że Edward Bear to pseudonim artystyczny któregoś z muzyków. Nic podobnego – tak naprawdę nazywał się… Kubuś Puchatek!

Będąc pod wpływem psychodelii, folku i bluesa szlifowali warsztat muzyczny w domowych piwnicach i garażach próbując przy tym różnych gitarzystów. Ostatecznie zdecydowali się na Danny Marksa pozyskanego z ogłoszenia prasowego. Regularne występy w klubach przyniosły im popularność w rodzinnym mieście. Zostali dostrzeżeni przez branżę muzyczną; w 1969 roku wystąpili wspólnie z Paulem Butterfieldem w The Rock Pail, oraz otwierali koncerty Led Zeppelin podczas kanadyjskiego tournee  Brytyjczyków. Tuż po tym basista Graig Hemming opuścił kolegów (jego rolę przejął klawiszowiec), zaś trójka muzyków podpisała kontrakt z wytwórnią Capitol Records. Nagrany w Easter Sound Studios w Yorkville Village album „Bearings” ukazał się dokładnie 17 listopada tego samego roku. Warto  dodać, że inżynierem dźwięku był Terry Brown, późniejszy producent najlepszych płyt Rush.

Kompaktowa reedycja płyty „Bearings” (1969/2012)

W epoce późnych lat 60-tych eteryczne połączenie późnej psychodelii, wczesnego prog rocka, bluesa i ambitnego urokliwego popu dało oryginalną muzyczną mieszankę. Kompozycja „You, Me And Mexico” to prawdopodobnie najbardziej znana piosenka z tego albumu, która stała się hitem nie tylko w Kanadzie (trzecie miejsce na liście przebojów), ale i w sąsiednich Stanach. Urokowi nie brakuje też psychodelicznej balladzie  „Cinder Dream” i zabarwionej muzyką baroku „Woodwind Song”. Na krążku znalazły się dwa świetne bluesowe standardy. Kompozycja Freddy’ego Kinga „Hideaway” w wykonaniu Erica Claptona i zespołu The Bluesbreakers (1966) wydawała się w tamtym czasie nie do przebicia. A jednak wersja Kanadyjczyków głównie za sprawą gitarzysty Danny’ego Marksa przenosi ją na absolutne wyżyny. Drugi z bluesowych standardów, „Everyday I Have The Blues” Johna Len Chatmana (bardziej znanego pod pseudonimem Memphis Slim) to obłędny, 7-minutowy kiler, któremu trudno się oprzeć. Dorzucić tu trzeba ciężki, zagrany z polotem „Mind Police” i doskonały, improwizowany kawałek „Toe Jam”;  w obu nagraniach wściekle ścierające się ze sobą organy z gitarą robią wrażenie walki na śmierć i życie. Jest potęga i moc!

Rok później trio wydało nie mniej świetny album „Eclips”. Dla Danny’ego Marksa, którego prawdziwą miłością było granie bluesa była to czerwona linia i utalentowany gitarzysta tuż po jego wydaniu opuścił grupę. W 1972 roku zespół zmienił skład, złagodniał, nagrał kolejną płytę („Close Your Eyes”) oddalając się coraz bardziej od rocka. Komercyjny sukces przyszedł za sprawą mega popularnego LP „Edward Bear” (1973) z sympatyczną i przebojową piosenką „Last Song” (nr. 3 w Stanach). I tak oto zespół, który do tej pory walczył o miano najlepszej kapeli rockowej z The Guess Who? stał się pop rockową gwiazdą (i ulubioną grupą Quentina Tarantino), przez co wyśmienity debiut został (niesłusznie) odsunięty w cień..,

Przenieśmy się w inne miejsce, konkretnie do Sydney w Australii. Jedyna płyta grupy McPHEE z 1971 roku po raz kolejny dobitnie uświadomiła mi, że doskonałej, „starej” muzyki z najwyższej półki jest jeszcze sporo do odkrycia.

W panteonie australijskiego rocka progresywnego z początku lat 70-tych McPHEE jest jednym z tych zespołów, o którym wiadomo niewiele, ale też i jego żywot był krótki. Zespół powstał w Sydney w 1970 roku. Blond włosa wokalistka Fay Lewis i gitarzysta Tony Joyce pochodzili z Australii, basista Benny Kaika i klawiszowiec Jim Deverell przybyli z Nowej Zelandii, zaś urodzony w Anglii perkusista Terry Popple był członkiem brytyjskiego kwartetu blues rockowego Tramline, z którym wydał dwie płyty dla wytwórni Island

Muzycy McPHEE byli pod silnym wpływem amerykańskiego acid rocka i progresywnej muzyki z Wielkiej Brytanii działając na tym samym obszarze, co ówczesne australijskie grupy, takie jak Melissa, czy Galadriel. Sęk w tym, że byli od nich lepsi i… bardziej ogniści! W 1971 roku weszli do studia Martina Eldmana World Of Sound w Sydney i zarejestrowali materiał na dużą płytę. Album sygnowany nazwą formacji wydała niezależna wytwórnia Violets Holiday pod koniec tego samego roku (niektóre źródła podają początek 1972; na moim CD widnieje data 1971 więc trzymam się tej wersji).

Front okładki  jedynego albumu grupy McPhee (1971).

Sesje przyniosły materiał pochodzący z repertuaru jaki zespół wykonywał w klubach i barach w okolicach Sydney. Nie dziwi więc, że na albumie spośród siedmiu kompozycji aż pięć to covery. Na pierwszy ogień idzie ciężka wersja „The Wrong Time” z repertuaru Spooky Tooth (z „The Last Puff”), która „ustawia” całą płytę. Joyce atakuje z pasją całą serią gitarowych riffów, podczas gdy Deverell trzyma to wszystko w ryzach swoim warczącymi organami. Zespół jeszcze raz zmierzy się ze Spooky Tooth, a w zasadzie z interpretacją utworu Lennona i McCartneya „I Am The Walrus”. Do tej pory sądziłem, że to co zrobili Spooky Tooth (ponownie na „The Last Puff”) to mistrzostwo świata, za które dałbym się pokroić. Tymczasem mroczne, by nie powiedzieć diaboliczne wykonanie Australijczyków zwaliło mnie z nóg! Osobom mającym stany lękowe, tudzież nocne koszmary odradzam słuchania tego numeru w samotności, a już na pewno nie w jesienne wieczory… „Southern Man” autorstwa młodego Neila Younga oparty jest na fantastycznych, długich solówkach gitarowych, których słuchać mogę bez końca. I pewnie gdyby nie następny kawałek zapętliłbym go sobie w odtwarzaczu i delektował się nim bez ograniczeń. Tymczasem tuż po tym mamy prawdziwą rockową demolkę! Siedmiominutowa wersja „Indian Rope Man” Richiego Havensa, to rzeź niewiniątek. Jeśli komuś w głowie brzmi oryginał, lub kocha to, co zrobiła z tym numerem formacja Julie Driscoll, Brian Auger And The Trinity na płycie „Streetnoise” to niech je szybko z tej głowy wyrzuci i koniecznie posłucha wersji McPHEE. Gwarantuję, że przez tydzień nie ruszy się spod swych kolumn! Tu nie ma miejsca na gitary. Tu wściekłe solówki Hammonda B3 do spółki z brawurową sekcją rytmiczną atakują uszy dźwiękowym napalmem niczym Forteca B52 z czasów wojny wietnamskiej przy okazji rozpruwając nam wnętrzności… Ok, żartuję. Ale według mnie tak właśnie wygląda istota męskiego grania… Pierwsza z dwóch oryginalnych kompozycji zespołu, „Sunday Shuffle” to rytmiczny numer nawiązujący brzmieniem do rockowych grup z San Francisco drugiej połowy lat 60-tych. Nie ukrywam, że kocham ów, tzw. San Francisco sound, stąd też „Sunday Shuffle” autentycznie działa na mnie kojąco wlewając miód do serca… Autorski utwór Tony Joyce’a pt.„Out To Lunch” kończy całą płytę. Ten dziesięciominutowy, instrumentalny kawałek zaczyna się dość niepozornie, ale nieco jazzowa aranżacja pozwala zespołowi rozwinąć skrzydła w dobrym stylu. Uwagę zwraca długie gitarowe solo Joyce’a, który ostatecznie oddaje pole Deverellowi  i jego organowej pirotechnice. Co za jazda! Wymarzone wręcz zakończenie fantastycznego albumu.

Niestety, jedyny album McPHEE wytłoczony zaledwie w ilości 500 sztuk(!) zatonął bez śladu. Niedługo po jego ukazaniu się muzycy poszli swoją drogą. Terry Popple wrócił do Wielkiej Brytanii, gdzie dołączył do grupy Snafu kierowanej przez Micky Moody’a. Wielki kreator organowych dźwięków, Jim Deverell przegrał walkę o życie z rakiem. Tony Joyce przeniósł się do Darwin, gdzie grał z wieloma zespołami złożonymi z Aborygenów; przez kilka lat kierował też Oddziałem wytwórni płytowej Aus Music na Okręg Północny. Losy wokalistki Faye Lewis i basisty Benny Kaika nie są mi znane…  Australijski historyk rocka, Chris Spencer, zespół McPHEE opisał jako „jeden z wielkich zaginionych skarbów epoki australijskiego proto prog rocka ze swoim  jedynym i najbardziej niezwykłym albumem swoich czasów”. I chyba nie ma sensu cokolwiek dodawać  więcej…

Marzyć poprzez muzykę: THE 4 LEVELS OF EXISTENCE (1976)

Połowa lat siedemdziesiątych XX wieku, Grecja. Po upadku junty wojskowej i rządów generała Georgiosa Papadopoulosa wróciła demokracja – Hellada stała się znowu wolną republiką. Tłumiona przez siedem lat działalność artystyczna (w tym muzyka rockowa) została wskrzeszona przez intelektualnie wygłodniałe, młode pokolenie. W 1974 roku, a więc tuż po politycznej zmianie, gdzieś na zachodnich przedmieściach Aten formował się zespół o adekwatnej nazwie TA 4 ΕΠΙΠΕΔΑ ΤΗΣ ΥΠΑΡΞΗΣ, czyli THE 4 LEVELS OF EXISTENCE.

Co prawda gitarzysta Athanasios Alatas i perkusista Christos Vlachakis formalnie wciąż jeszcze byli członkami kapeli Frog’s Eye, ale w momencie gdy porzucili Rodos przenosząc się do stolicy wiadomo było, że bez nich Frog’s Eye nie ma szans przetrwać. Obok wspomnianych muzyków w składzie zespołu znaleźli się śpiewający basista Marinos Yamalakis i gitarzysta prowadzący Nikos Dounavis rok później zastąpiony przez Nikosa Grapsasa z zespołu Paralos. Nazwę bandu wymyślił Vlachakis, któremu spodobało się jedno z haseł wziętych ze słownika filozoficznego. I tak już zostało…

Od lewej: N. Graspas, M.Yamalakis, Ch. Vlachakis, A. Alatas

Grupa rozpoczęła próby skupiając się na tworzeniu własnego materiału. Na żywo zadebiutowała na stadionie Panatenajskim w 1974 roku, a rozgłos w kraju uzyskali po charytatywnym koncercie dla Cypru, który odbił się szerokim echem także poza granicami Grecji. Ballada „O Αγώνας μας” (ang. „Our Fight”) Yamalakisa rozpaliła wówczas do czerwoności tysiące ludzi, Nie oglądając się na popowe zespoły wyrastające jak grzyby po deszczu konsekwentnie trzymali się obranego kierunku tworząc z wrodzoną wrażliwością podszyte dynamiką psychodeliczne dźwięki. Rok później w „Konkursie młodych talentów” zorganizowanym przez National Radio and Television Foundation (EIRT) zajęli trzecie (najwyższe z grup rockowych) miejsce. Tuż po tym otrzymali propozycję nagrania dużej płyty. Co prawda malutka firma Venus Records specjalizująca się w wydawaniu tamtejszej  muzyki ludowej nie była fonograficznym potentatem, ale jak tu nie skorzystać z takiej okazji?! I tej okazji zespół nie przegapił! Athanasios po latach wspominał: „Trzeba wiedzieć, że w tym czasie w Grecji nie było producentów, a firma Venus nie była zainteresowana ich szukaniem. Oznaczało to, że wszystko musieliśmy załatwiać sobie sami, w tym zorganizować studio, a nawet edytować okładkę…”

Nagrań dokonano w legendarnym Columbia Studios w Atenach 5 i 6 stycznia 1976 roku, a cała sesja trwała zaledwie dziesięć godzin! Nie było mowy o zrobieniu jakichkolwiek poprawek, kombinowania z dźwiękiem, czy brzmieniem. Surowy materiał nagrany na „setkę” ukazał się w nakładzie zaledwie 500 sztuk(!) na dużej płycie wiosną tego samego roku. Jego okładkę zdobi grafika Athanasiosa Alatasa, którą gitarzysta wykonał w 1973 roku z myślą o grupie Frog’s Eye gdy był jeszcze jej członkiem.

Front okładki zaprojektowany przez Athanasiosa. Alatasa .

Chociaż album narodził się w wielce niesprzyjających dla muzyków okolicznościach, bez producenta, bez inżyniera dźwięku, a do tego nagrywany w ogromnym pośpiechu, okazał się być niezwykłym osiągnięciem w tamtym czasie. Nie łudźmy się – nie znajdziemy tu ciężkich riffów i błyskotliwych solówek gitarowych, od których zakręci nam się w głowie. Bas nie wbije nas w fotel, a perkusja nie wypruje membran z naszych drogich głośników. A mimo to, po wysłuchaniu całości płyta do dziś robi wrażenie. Te w sumie dość proste kompozycje oparte na solidnej grze dwóch przesterowanych gitar, zgranej sekcji rytmicznej i przyjemnym wokalu są mieszanką psychodelii, folku i tradycyjnego hard rocka, a teksty zaśpiewane po grecku(!) dodają im egzotyki i smaku.

Label wytwórni Venus Records oryginalnej płyty

Ta oryginalna mieszanka różnorodnych elementów pozwoliła na przekazanie szerokiego spektrum, zarówno muzycznego, jak i emocjonalnego – od buntowniczej agresji i ciężkich gitarowych riffów „Metamorphic” po kontrolowane wybuchy w bardzo emocjonalnym „The Fool’s Trumpet” z gościnnym udziałem skrzypiec. Melodyczne fragmenty „Disappointment” i „Untitled” (z ponowną partią skrzypiec) emanują ciepłym, nostalgicznym uczuciem młodzieńczej melancholii i liryzmu. Nie znając greki nie wiemy o czym dokładnie śpiewają panowie Grapsas i Yamalakis, ale wątek walki i rozczarowania zdaje się być głównym ich tematem czego dowodem tytuły utworów „When The Snow Melts”, „Our Fight” i „Disappointment”.

Po wydaniu albumu grupa dała tylko jeden koncert po czym muzycy dostali… powołanie do wojska. THE 4 LEVELS OF EXISTENCE został rozwiązany i nigdy się już nie odrodził. Ich jedyna płyta do dziś ma statut pozycji kultowego albumu wśród greckich fanów. Przypomina im czasy rządów Papadopoulosa, biedę, brak perspektyw na lepszą przyszłość, ale też wściekłość, bunt przeciwko wojskowej władzy i walkę o przywrócenie demokracji. Dla nich teksty śpiewane przez zespół były głosem ludu, z którymi utożsamiali się nie tylko młodzi.  Nie muszę dodawać, że oryginalny winyl, wart obecnie ponad 1000$ jest jednym z najrzadszych greckich albumów rockowych i jednym z najbardziej poszukiwanych przez kolekcjonerów płyt na  świecie. Mało tego! Limitowana do 1000 sztuk kompaktowa reedycja firmy Lion Productions z 2005 roku rozeszła się jak ciepłe bułeczki. Do płyty dołączono 24-stronicową książeczkę zawierającą historyczne tło greckiej sceny muzycznej początku lat 70-tych, historię zespołu napisaną przez Alatasa, rzadkie zdjęcia grupy, a także teksty w języku greckim i angielskim. Co prawda znalazłem tu parę błędów wydawniczych: Marinos Yamalakis ma zmienione nazwisko na Giamalakis, a czwarty utwór na tylnej stronie okładki „The Insane’s Men Trumpet” w rzeczywistości nosi tytuł „The Fool’s Trumpet” (tak też jest we wkładce). Nie to, że się czepiam, ale… I jeszcze jedna ciekawostka związana z utworem „Someday In Athens” zamykającym płytę. Otóż amerykańscy raperzy Kanye West i Jay-Z wykorzystali z niej gitarowy riff Alatasa do piosenki „Run This Town”, która znalazła się na ich płycie „The Blueprint 3” w 2009 roku. Piosenka zaśpiewana do spółki z Rihanną rok później otrzymała dwie nagrody Grammy.

Historię zespołu można również postrzegać jako refleksję nad zmieniającymi się czasami i rzeczami, które liczą się w miarę upływu lat. Mam tu na myśli wspólne aspiracje i marzenia o młodości, o sile przyjaźni, poczuciu solidarności i godności. O spełnianiu się poprzez ekspresję artystyczną i wiarę, że nie wszystko było daremne lub zmarnowane…

Przyjacielskie spotkanie po latach gdzieś w Atenach.

Ostatnio trzech żyjących członków zespołu (Alatas, Vlachakis i Grapsas) znów widuje się razem! Dyskutują, spacerują po starych uliczkach Aten i po raz pierwszy od dłuższego czasu wspólnie, choć niezobowiązująco, muzykują. Nawiązując do płyty sprzed lat Alatas zadedykował ją zespołom jakie w tym czasie grały w West Attica, a którym nigdy nie udało się nic nagrać. „Wszyscy w tym czasie dawali z siebie wszystko tylko po to, by móc marzyć poprzez muzykę i czuć się  spełnionym w życiu. Ta płyta to nasz hołd dla Was.”

Demony przeszłości: SALEM MASS „Witch Burning” (1971); THE MAZE „Armageddon” (1968).

Prezentowane poniżej płyty absolutnie zapomnianych dwóch grup pochodzących ze Stanów potwierdzają moją tezę, jak wiele jest jeszcze do odkrycia w muzyce rockowej z lat 60 i 70-tych. Nie ukrywam – jestem dumny, że udało mi się wykopać je z niebytu zapomnienia, wydobyć na powierzchnię, „odkurzyć” i podzielić się nimi w tym miejscu. Nie muszę też chyba dodawać, że obie (w swych gatunkach muzycznych) należą do moich ulubionych z tamtego okresu. I tylko żal, że próżno szukać tych haseł we wszelkiego rodzaju encyklopediach muzycznych, zaś muzykę zna jedynie wąskie grono fanów starego rocka.

SALEM MASS „Witch Burning” (1971)

SALEM MASS to grupa rockowa z Idaho w Stanach Zjednoczonych, która wydała swój jedyny LP „Witch Burning” w 1971 roku. Co ciekawe, nagrań dokonano „na setkę” na zapleczu baru w Caldwell na szpulowym magnetofonie podłączonym do wzmacniacza!
Tytuł albumu i grafika mogą sugerować mroczne okultystyczne skłonności muzyków podążających w kierunku Coven lub Black Sabbath. W rzeczywistości zespół był nieco bardziej progresywny zanurzając palce w psychodelii i ciężkim rocku ocierającym się o proto-metal… Do nagrania albumu użyli jednego z pierwszych syntezatorów Mooga jaki pojawił się na rynku (nr. seryjny 23), który nadał ich muzyce muskularne, momentami gotyckie brzmienie.

Zaczyna się ambitnie, od 10-minutowego utworu tytułowego z mnóstwem solówek Mooga, świetnymi gitarowymi riffami i mocną sekcją rytmiczną skręcając w stronę granicy, gdzie spotyka się ciężki rock z rockiem progresywnym. Choćby tylko dla tego kapitalnego nagrania warto kupić tę płytę! A przecież są tu jeszcze inne perełki. Myślę tu o sączącym się jak gęsta mgła nad bagnami onirycznym „My Sweet Jane” z bardzo, ale to bardzo inteligentną grą perkusisty, czy „You’re  Just Dream” z zaskakująco jazzowym kolorytem i całkiem fajną partią organów w stylu Raya Manzarka. Siłą napędową są tu jednak te mocniejsze kawałki. I choć „Why?” ma więcej z Monkees niż z Black Widow to już „You Can’t Run My Life” ciężki jak Deep Purple z zabójczym riffem, wulkaniczną perkusją i „kosmicznymi” efektami uznać można za proto-metalowe granie. Z kolei „Bare Tree” zaczyna się upiornie przywracając niemal okultystyczne skłonności, które zespół tak dobrze zrobił na początku albumu; syntezator i organy stapiają się ze sobą tworząc dźwiękową ścianę nie do przebicia. Ależ to jest zajefajny numer! Płytę zamyka niesamowicie kołyszący „The Drifter” z szalonym solem syntezatorowym, groźnym riffem i świetną solówką gitarową w środku. Chciałoby się słuchać tego dłużej i dłużej. Jak dla mnie kończy się zbyt szybko. Tak jak i cała płyta, która trwa niewiele ponad pół godziny…

Ten album jest fascynującą migawką z czasów, gdy granice między ciężkim a progresywnym rockiem nie zostały jeszcze jasno określone. Zespół wykazał się fascynującą eklektyczną mieszanką różnych stylów. Myślę, że o krok wyprzedzał inne amerykańskie grupy z początku lat 70-tych takie jak Euclid, Warpig, Dust, Sir Lord Baltimore… Niestety jak wiele innych kapel z tego okresu, SALEM MASS popadł w zapomnienie. Jednak dla fanów proto-metalu i prog rocka jego krążek powinien być (jest) absolutną jazdą obowiązkową!

SALEM MASS : Mike Snead (g. voc), Matt Wilson (bg, voc), Steve Towery (dr, voc), Jim Klarh (org).

Pojawienie się w 1968 roku takich grup jak THE MAZE naprawdę oznaczało koniec lat sześćdziesiątych z kolorowymi hipisami w tle. W muzyce rockowej zaczynała się nowa era, której rozwoju nikt wówczas nie był w stanie przewidzieć. Co prawda THE MAZE stali jedną nogą na Zachodnim Wybrzeżu, ale druga kroczyła już w innym kierunku.

THE MAZE „Armageddon” (1968).

Kwartet powstał w Fairfield w Kalifornii pod koniec 1967 roku po rozpadzie grupy Stonehenge, która nawiasem mówiąc pozostawiała po sobie kilka nagranych utworów (dwa z nich, jako bonusy,  znalazły się na kompaktowej reedycji płyty „Armageddon” wydanej w 1995 r. przez Sundazed). Ich jedyny album został nagrany w legendarnym studio Golden State Recorders w San Francisco i wydany w 1968 roku przez mało znaną wytwórnię MTA. Niewiele wiadomo o samej grupie. Nawet wspomniany wyżej Sundazed specjalizujący się w wyszukiwaniu zaginionych pereł we kładce do CD umieścił dość lakoniczne informacje na jej temat. Skupmy się więc na muzyce.

Jedynym problemem tego albumu (tak jak w przypadku krążka SALEM MASS) jest to, że jest za krótki! Te siedem utworów zostało nagranych podczas różnych sesji studyjnych między wrześniem 1967 a marcem 1968 roku w Golden State Records w San Francisco. Ważną rolę odegrali tu producenci: Larry Goldberg (znany m.in. ze współpracy z The Crusaders) i Leo De Gar Kulka (alias „Baron”). Ten ostatni, właściciel studia, wielki wizjoner i rywal Joe Mekka, Phila Spectora i Mike’a Levona miał obsesję na punkcie brzmienia. Tworząc tzw. ścianę dźwięku zwykle koncentrował się na całości koncepcji, a nie na detalach. Z tego powodu nazywano go Mr. Sound Of San Francisco, a imponująca lista jego klientów brzmi jak historia amerykańskiego rocka:  Beau Brummels, Sons Of Chaplin, Big Brother And The Holding Company, The Warlock (później znany jako Grateful Dead) i wielu, wielu innych…

Porzucając Stonehenge wraz z jej pisklęciem (czyt. hipisowską wokalistkę) muzycy zwrócili się w stronę ciężkiego acid rocka spod znaku Iron Butterfly – mrocznego i groźnego, opartego na gitarowych fuzzach, złowrogim (choć niekoniecznie kluczowym) wokalu, narkotycznym brzmieniu organów i dobrym łojeniu na bębnach. Harmonie są złożone i dość innowacyjne obejmujące szeroką gamę stylów; krótko mówiąc naturalna ewolucja muzyków przechodzących od popu do męskiego grania, od singli po album koncepcyjny zapuszczający się w rejony progresywne.

Niemal każdy z utworów to małe arcydzieło. Nawet „Happiness” uważany przez wielu za najsłabszy punkt na tym albumie (z czym nie nie do końca się zgadzam) ma całkiem fajną solówkę gitarową, ale cała reszta jest więcej niż fantastyczna! Najbardziej wyróżniają się pierwsze dwie (najdłuższe), 7-minutowe kompozycje. Otwierający płytę, tytułowy „Armageddon” to ciężki acid rock z licznymi zmianami tempa, mocarną sekcją rytmiczną zaśpiewany przez basistę dramatycznym głosem. Jest pasja, jest moc!Z kolei „I’m So Sad” ma w sobie klimat doorsowego „The End”; powolny, ciężki i nieco tajemniczy, z pięknym organowym tłem. Jest tak magiczny i zarazem hipnotyczny, że trudno się mu oprzeć… Krótsze piosenki takie jak narkotyczny „Whispering Shadows”, oparty na gitarowym fuzzie „Dejected Soul”, balladowo psychodeliczny „As For Now”, czy niemal  rhythm’n’bluesowy „Kissy Face” równoważą całą koncepcję albumu.

Do oryginalnego materiału dodano sześć nagrań. Najstarsze z nich „Right Time” i „Rumors” zostały nagrane 21 kwietnia 1967 roku pod szyldem Stonehenge. Fajne, folk rockowe brzmienie epoki Bay Area z wokalistką i brzęczącym Rickenbackerem. Gdyby wówczas zostały wydane na singlu mogłyby stać się przebojami… Kolejne dwa numery to naprawdę znakomite, instrumentalne wersje „Decected Soul” i „Kissy Face” (dłuższy o minutę). Są też po raz pierwszy udostępnione, alternatywne miksy „As For Now” i „Whispering Shadows”

Tuż po wydaniu albumu basista grupy został powołany do Armii i wysłany do Wietnamu. Kilka miesięcy później THE MAZE został rozwiązany. Zgodnie jednak z „Teorią Noosfery” Teilharda de Chardlin’a Duch i Przesłanie tytułowej piosenki walczyły o Czas i Przestrzeń i – jakkolwiek niewiarygodnie to zabrzmi, wskrzesił ją dwadzieścia dwa lata później Joy Division w „Decades”...

THE MAZE: William Gardner (org. voc), Jeff Jensen (g. voc), Kit Boyd (bg), Rick Eittreim (dr).