Astronomy Domine, czyli Aria z Danielem

Na początku była astronomia. Na początku, czyli przed muzyką. Ciągnęło mnie do gwiazd, a w zasadzie do spoglądania w nocne niebo.  Do oglądania Księżyca, planet i innych obiektów astronomicznych amatorską lunetą. Pociągało mnie zaglądanie w czeluście Kosmosu z perspektywy mojego podwórka. I zgłębianie wiedzy o otaczającym Wszechświecie. Oczywiście jak każdy młody chłopak w tym czasie uganiałem się w dzień za piłką, byłem fanem Klossa i Czterech Pancernych, a filmową śmierć szlachetnego i bohaterskiego wodza Apaczów, Winnetou, przypłaciłem trzydniowym bólem głowy i wysoką  gorączką. Ale noce były moje. Nocami wymykałem się by popatrzeć w gwiazdy.  By zajrzeć  Panu Bogu w okna. Astronomia górą!

Muzyka przyszła niewiele później. Od razu zaznaczę, że muzycznie wychowałem się na audycjach radiowej „Trójki”. Chyba tak jak wszyscy z pokolenia ludzi dziś zaliczających się do przedziału wiekowego plus czterdzieści. Witold Pograniczny, Dariusz Michalski, Jerzy Janiszewski, Piotr Kaczkowski, Wojciech Mann i wielu, wielu innych odkrywali przede mną całą paletę gatunków muzycznych. Od bluesa i rock’n’rolla, po rock, jazz i muzykę klasyczną.

Wszystko zaczęło się w momencie, gdy za dobre świadectwo ukończenia szkoły podstawowej rodzice kupili mi i mojemu młodszemu bratu, magnetofon szpulowy ZK120T. Tę „wspólnotę” traktowałem mniej więcej przez miesiąc, przejmując potem całkowitą kontrolę nad tym urządzeniem (sorry braciszku!). O ile pamiętam, był to chyba pierwszy polski magnetofon na tranzystorach, wypierający modele lampowe. Mój prestiż w oczach podwórkowych kumpli podniósł się bardzo wysoko. Byłem pierwszy, który miał takie cudo na własność.

Początkowo nagrywaliśmy wszystko co się dało nagrywać, łącznie z naszymi i rodziców głosami. Na szpulowej taśmie był istny groch z kapustą. Traktowaliśmy to jako dobrą zabawę, a jednocześnie przetestowaliśmy ten sprzęt na wszelkie sposoby. Ktoś w końcu podpowiedział mi, że „… na UKF-ie grają fajne kawałki” i tak natrafiłem na „Trójkę”. Taśmy szpulowe wnet zapełniły się  muzyką z ulubionymi piosenkami, a wkrótce z całymi albumami. Opisane, ponumerowane, stały dumnie wyeksponowane  najpierw obok książek, a następnie na osobnej półce. Mogłem delektować się nagranymi z radia płytami Pink Floyd, Led Zeppelin, Deep Purple, Budgie, Jethro Tull, Hendixa, Cream… Muzyka zaczęła wciągać mnie coraz bardziej, a „Trójka” mnie uzależniła. Nagrań dokonywałem w kuchni, bo tylko tam był najsilniejszy sygnał radiowy. Problemem była jednak… lodówka. Kiedy włączał się jej agregat, robiło się  zakłócenie w postaci trzasków, które przenosiły się na taśmę. Strasznie mnie to wkurzało, więc na czas nagrania wyciągałem z gniazdka jej wtyczkę i dźwięk miałem czysty! Kiedyś w Wielkanoc Piotr Kaczkowski prezentował płytę Pink Floyd „Obscured By Clouds”. Byłem w siódmym niebie, bowiem tej płyty jeszcze w swej taśmotece nie miałem. Tak byłem uradowany, że po zakończeniu audycji zapomniałem o… włożeniu wtyczki z powrotem do gniazdka. No i lodówka cała zapełniona świątecznym jadłem rozmroziła się!

Zasłużony ZK120T po kilku latach został zastąpiony przez kupiony w „Pewexie” magnetofon „Aria”. Z wyglądu przypominał profesjonalny, wielośladowy magnetofon studyjny. Dziś z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że parametry techniczne „Aria” miała przeciętne, ale prezentowała się w tamtym czasie okazale (szczególnie, gdy miała założone duże  srebrne szpule) i była moją wielką dumą. Robiła wrażenie dosłownie na wszystkich bez wyjątku, którzy do mnie wówczas przychodzili.

Magnetofon "Aria"
Magnetofon „Aria”

W tym samym mniej więcej czasie mój tata był na kontrakcie w Jugosławii, skąd przywiózł mi kilkanaście płyt, wśród których były  albumy Yes, Genesis, Nazareth, Tangerine Dream. Dostałem także płytę jugosłowiańskiego Bijelo Dugme (Koncert Kod Hajduccke Ccesme”), którego liderem był… Goran Bregovic. Wówczas nikt z nas nie miał zielonego pojęcia, że za kilka dekad Bregovic będzie najpopularniejszym bałkańskim muzykiem w naszym kraju.

Koncertowa płyta Bijelo Dugme bardzo mi się podobała. Połączenie rocka z folklorem bałkańskim, to było coś, czego do tej pory nie słyszałem. No i ta okładka płyty, z kłaniającą się na scenie baletnicą z…  anatomicznym fragmentem jej uda!

Bijelo Dugme "Koncert Kod Hajduccke Ccesme" (1977)
Bijelo Dugme „Koncert Kod Hajduccke Ccesme” (1977)

Mając TAKIE płyty potrzebowałem dobrego gramofonu. Taki też był „Fonomaster” z wbudowanym wzmacniaczem i kolumnami 2×20 Wat (szał!). Miał on jedną fajną i bardzo praktyczną rzecz – małą „wajchę” do opuszczania ramienia na płytę, co pozwalało precyzyjnie i delikatnie ustawić nie tylko igłę na początek płyty, ale także na dowolnie wybrany jej fragment. Do tego posiadał regulowany nacisk igły na płytę, oraz zawieszony ciężarek siły odśrodkowej. No i lampę stroboskopową pozwalającą idealnie ustawić obroty talerza. Dokupiona specjalna miotełka z bardzo mięciutkim włosiem służąca do zbierania pyłków kurzu ustawiona przed igłą gramofonu pozwalała na bardzo dobry odbiór nagrań. Pod względem technicznym „Fonomaster” sprawował się znakomicie, ale ze względu na wbudowany wzmacniacz, wygląd miał trochę toporny. Kiedy więc na nasz rynek trafił płaski „Daniel” z czujnikami dotykowymi (tzw. „sensorami”) na fotokomórkę, z automatycznym opuszczaniem i podnoszeniem ramienia, to właśnie ten gramofon zajął poczesne miejsce na półce ze sprzętem. Automatyka, która w założeniach miała ułatwić jego obsługę, w pewnej kwestii… przeszkadzała. Automatyczne wyłączanie płyty i powrót ramienia na swoje miejsce startowe było zaprogramowane na mniej więcej 25-tą minutę odtwarzania. Standardowo obie strony analogowych płyt nie trwały dłużej. Ale zdarzały się wyjątki. Choćby płyta grupy UFO „Flying – One Hour Of Space” gdzie jedna strona albumu trwała 29, zaś druga 31 minut. Siłą rzeczy nie mogłem tej płyty nigdy wysłuchać do samego końca, bo automatycznie w 25-tej minucie gramofon mi się wyłączał. Cóż było robić? Trzeba było dostać się do środka gramofonu i odłączyć kabelek odpowiedzialny za tę funkcję. Trwało to trochę czasu, aż w końcu uporałem się z tym problemem.

Gramofon "Daniel"
Gramofon „Daniel”

Ten gramofon służył mi do końca. To znaczy do dnia, w którym wspólnie z Jolą, podjęliśmy decyzję, że sprzedajemy (w dobre ręce) całą kolekcję płyt analogowych wraz z gramofonem (szacunkowa wartość tego wszystkiego równa była cenie nowego Fiata 125p!) i inwestujemy w sprzęt i płyty CD, które powoli wchodziły na rynek. Decyzja nie była łatwa, ale cyfryzacja błyskawicznie wypierała analogowy zapis dźwięku, więc uznaliśmy ten moment za odpowiedni. Do dziś pamiętam nasze żałobne miny i łzy w oczach, gdy odprowadzaliśmy wzrokiem odjeżdżający samochód z uzbieraną takim trudem przez lata kolekcję czarnych krążków. Jakaś część naszego życia bezpowrotnie nam się oddalała. Czuliśmy się jak po stracie najbliższego członka rodziny.

Przez moje ręce przewinęło się później sporo sprzętu Hi-Fi wysokiej klasy, ale do dziś, ten tu opisany, wspominam z wielkim sentymentem. Bo to on przypomina mi te szalone czasy, gdy poznawałem muzykę. Bo dorastałem i dojrzewałem obok niej, kiedy ona się tworzyła. Mogę powiedzieć, że byłem jej rówieśnikiem, czasem starszym, czasem młodszym bratem. Obserwowałem wzloty i upadki grup i solistów, tworzenie się nowych stylów muzycznych, dramatyczne rozstania i powroty po latach na muzyczną scenę. I to wszystko do dziś jest dla mnie interesujące i pasjonuje mnie tak, jak na początku. Co zaś tyczy się płytoteki, to została ona w miarę szybko odbudowana na płytach CD, choć początki były koszmarne i trudne.  Dziś zbiór liczy sobie kilka tysięcy tytułów i wciąż się powiększa. A pamiętając koszmar rozstania się z czarnymi płytami, raz zakupiony CD nie opuszcza już półki na którą został postawiony. Bo muzyka jest jak wierny przyjaciel. Zostaje z nami na zawsze.

ARZACHEL „Arzachel” (1969)

Z tym zespołem to jest naprawdę ciekawa sprawa. Już to, że została ona utworzona dosłownie na JEDEN dzień(!) niektórym wydać się może nieprawdopodobne. Ten jeden dzień spędziła w studiu nagraniowym, by zarejestrować materiał muzyczny. Dodam FENOMENALNY materiał, który stał się sensacją brytyjskiego rocka progresywnego po wsze czasy! A gdy dodam jeszcze, że zrobili to muzycy, którzy mieli wówczas po osiemnaście lat, to ktoś z boku na to patrzący popuka się w czoło i powie, że to niemożliwe. A jednak!

Cofnijmy się w czasie o dwa lata, do roku 1967. Wtedy to właśnie w renomowanej City Of London School  wokalista i gitarzysta Steve Hillage, basista Mont Campbell, grający na klawiszach Dave Stewart, oraz pozyskany przez ogłoszenie w „Melody Maker” perkusista Clive Brooks pod koniec 1967 roku utworzyli grupę URIEL. Uriel to imię jednego z biblijnych archaniołów, a inspiracją do nazwania tak zespołu, jak twierdzi Dave Stewart, był poemat Johna Miltona „Raj utracony”. Zadebiutowali w młodzieżowym klubie w Sheen. Na początku ich repertuar opierał się na coverach – głównie były to przeróbki Jimiego Hendrixa, Cream i The Nice. Jednak z czasem zaczęli tworzyć własny repertuar, a nawet nagrali płytę „demo” zatytułowaną „Egoman„. Nagrania URIEL długi czas skrywane w prywatnych archiwach muzyków doczekały się publikacji dopiero w grudniu 2007r. na płycie „Arzachel Collectors Edition by Uriel” wydanej (pod nr CD69-7201) przez Egg Archive – wytwórnię należącą do członków grupy Egg/Arzachel. Znalazło się na niej sześć nagrań plus oczywiście cała płyta ARZACHEL.

CD "Arzachel Collectors Edition By Uriel"  (2007) - front okładki
CD „Arzachel Collectors Edition By Uriel” (2007) – front okładki
Płyta CD "Arzachel Collectors Edition By Uriel"
Płyta CD „Arzachel Collectors Edition By Uriel”

Latem 1968r. po raz ostatni w tym składzie URIEL wystąpił na wyspie Wight w Ryde Castle Hotel, po czym zespół opuścił Steve Hillage. Gitarzysta skończył bowiem edukację w szkole średniej i podjął naukę na Kent University w Cantenbury. Pozostała trójka postanowiła kontynuować karierę. Dzięki przypadkowej znajomości z Billem Jellettem, grupa rozpoczęła występy w słynnym klubie The Middle Earth, zmieniając nazwę na EGG (styczeń 1969). Chwilę później podpisują kontrakt z wytwórnią Decca i w maju wychodzi ich pierwsza (kapitalna!) płyta „Egg”.

W tym samym czasie muzycy często odwiedzali bar kawowy na Gerrard Street. Wpadali tam na dobrą kawę, ciasto i pyszne lody, a także by pogawędzić sobie z żoną Billa Jelletta, która pracowała tam jako kelnerka. Tam też poznali właściciela małego studia nagraniowego EVOLUTION, Petera Wickera, który widział ich koncerty jeszcze gdy grali pod starą nazwą. Pewnego dnia pijąc kawę do kawiarni wszedł… Steve Hillage, który właśnie przyjechał na wakacje po rocznym pobycie na uniwersytecie. Kiedy wspólnie dojadali kolejną porcję lodów, podekscytowana żona Billa Jelletta oznajmiła im, że dzwoni właśnie Peter Wicker z bardzo interesującą propozycją dla muzyków. Jeden z najbliższych dni ma cały wolny i jest do ich dyspozycji. Zasugerował im, by nagrali płytę w konwencji rocka psychodelicznego. Warunek był jeden: koszt nagrania wynosił 250 funtów i trzeba było całość zapłacić od ręki. Z tym sobie poradzono. Ale był jeszcze jeden  problem. Pod jakim szyldem powinny pojawić się na rynku te nagrania? Formalnie URIEL nie istniał, a na użycie nazwy EGG nie pozwalała Decca. Muzycy znaleźli więc trzecie rozwiązanie: projekt ochrzcili nazwą ARZACHEL. Jak wyjaśnił potem Dave Stewart  pochodzi ona od nazwy krateru na Księżycu, który z kolei był nadany na cześć hiszpańskiego astronoma pochodzenia arabskiego żyjącego w XI wieku (oryginalne nazwisko Al-Zarqali). Sami, by nie narazić się szefom Decci ukryli się pod wymyślnymi pseudonimami. I tak: D.Stewart to Sam Lee-Uff (nazwisko jego nauczyciela łaciny), C.Brooks to Basil Dawning (znienawidzony nauczyciel matematyki), S.Hillage przyjął nazwisko, które „dobrze nadawało się na próby mikrofonu” Simeon Sasparella, zaś M.Campbell tu nazywał się Njerogi Gategaka. Album nagrany w jedno sobotnie popołudnie na tzw. „setkę” ukazał się w czerwcu 1969 roku.

Arzachel "Arzachel" (1969)
Arzachel „Arzachel” (1969)

Płyta zawiera sześć dość zróżnicowanych utworów, Dominuje najprzedniejsza psychodelia; można w niej także dostrzec wpływy hard rocka, bluesa jak i garażowego brytyjskiego rocka z połowy lat 60-tych. Nasuwają się porównania do The Nice, Rare Bird, czy Procol Harum. Z tą jednak różnicą, że nagrania te … biją te wszystkie grupy razem wzięte na głowę intensywnością, polotem, wyobraźnią muzyczną, niezliczona ilością pomysłów, niesamowitym, nieziemskim wręcz klimatem. Kocham brzmienie organów Hammonda, więc dla mnie jest to absolutny szczyt psychodelicznego grania. Potężne, mocno przesterowane i niemal kościelne dźwięki tego instrumentu dominują na tej płycie niepodzielnie. Finezyjne partie gitary – ostre i bardzo przestrzenne, momentami bluesowe – nadają poszczególnym kompozycjom dodatkowego kolorytu. No i świetnie zapełniająca muzyczny plan bardzo ciężka sekcja rytmiczna. To wszystko razem MUSIAŁO dać autentycznie powalający efekt. Naprawdę trudno mi jest pisać o tej muzyce. Trzeba ją po prostu posłuchać. Inaczej się nie da! Jakiekolwiek słowa bym nie napisał, to i tak w najmniejszym stopniu nie przybliży to tego, czym ta muzyka jest.

Płytę otwiera najkrótszy ze wszystkich tu zamieszczonych, bo tylko prawie trzy minutowy „Garden Of Earthly Delights” będący wprowadzeniem do tego co czeka nas za chwilę. Bo ten następny, to hipnotyczny „Azathoth”. Awangardowo-psychodeliczny, z odjechanymi solówkami gitar i organów. Idealnie katedralne brzmienie niespotykane na innych płytach. Utwór ponury i przygnębiający. Jak nie przymierzając obrazy Hieronima Bosha ukazujące średniowieczne wyobrażenia piekła i czyśćca. Z pięknym, cudownie wplecionym, klasycyzującym bachowskim tematem na organach. Z krzykami i jękami potępionych dusz i z koszmarnym głosem recytującym łaciński tekst.

W podobnym klimacie utrzymany jest „Queen St. Gang” z tą różnicą, że tu na plan pierwszy wybija się pulsujący rytm basu przez co kompozycja nabiera bardzo transowego charakteru. Zamykający stronę „A” oryginalnego LP utwór „Leg” (w rzeczywistości będący genialną przeróbką kompozycji Roberta Johnsona  „Rollin’ And Tumblin'”) to jak The Nice z debiutanckiego albumu, tyle że na mocnym haju! Mosiężny kawał bardzo ciężkiego bluesa. Najdrapieżniejsza interpretacja tego bluesa jaką znam! Druga strona albumu zawierała tylko dwie kompozycje. Pierwsza to 10-cio minutowy ciężki, bluesujący „Clean Innocent Fun”, który gdzieś w połowie drogi przeistacza się w iście rozpędzony, „kosmiczny” jam. Takie połączenie Pink Floyd z Hawkwind, ale znowu… lepsze! Coś niewiarygodnego! Całość zaś kończy 17-to minutowy „Metempsychosis„. Utwór, który fascynuje do dziś. Połączenie wspomnianych The Nice, wczesnych Pink Floyd i Hendrixa. Iskrzy od mnogości pomysłów muzycznych, niestandardowych rozwiązań harmonicznych. A wyjątkowy  narkotyczny klimat sprawiają, że trudno się od niego uwolnić, a uzależnić można w mig.

To jest album marzenie. Padły tu już porównania do Procol Harum, The Nice i Pink Floyd, ale moim zdaniem ten album jest nieporównywalny do jakiejkolwiek płyty. Niewyobrażalne, że tak młodzi ludzie (przypomnę: średnia wieku osiemnaście lat)byli w stanie zarejestrować w kilka godzin muzykę tak dojrzałą. W zwykłym studiu nagraniowym. Z niewielkim budżetem. A powstał album tak WYBITNY! Jacek Leśniewski w swojej książce „Brytyjski Rock w latach 1961-1979. Przewodnik płytowy”  (wyd. Karga 2005) napisał jedno piękne zdanie, które pozwolę sobie zacytować: „Jesli ktoś nie słyszał tej płyty, to nie ma prawa wypowiadać się na temat psychodelicznego rocka”

Okładkę płyty zaprojektował sam Dave Stewart. Jeśli się dobrze jej przyjrzeć znajdziemy tam „magiczną” liczbę 250. Jest to oczywiści nawiązanie do budżetu płyty. Album wydany w czerwcu 1969r. przez EVOLUTION byl wielokrotnie legalnie i… nielegalnie wznawiany w różnych odcieniach okładek. Oryginalne wydanie charakteryzowało się „szarym” obrazkiem na okładce, bez napisu ARZACHEL, a trzeci utwór na płycie nosił tytuł „Soul Thing” (zamiast „Queen St. Gang”). Dziś ten  oryginalny LP na giełdach płytowych osiąga cenę ponad 900 euro!

Jedno z niewielu zachowanych zdjęć Arzachel (1969)
Jedno z niewielu zachowanych zdjęć Arzachel (1969)

Po nagraniu tej płyty, niemal tuż po wyjściu ze studia drogi tria i gitarzysty się rozeszły. Muzycy EGG wydali w sumie trzy wyśmienite albumy, a po rozwiązaniu zespołu w 1972r. Mont Campbell współpracował z Hatfield & The North i National Health. Clive Brooks przez dwa lata grał z Grounghogs, a później z Liar. Dave Stewart zaś był członkiem m.in  Ottawa Music Company, przyjął współpracę S.Hillige’a w jego grupie Khan, grał także w Hatfield & The North, kultowym Gong i w zespole Billa Bruforda. Nagrywał z powodzeniem swoje płyty solowe.

Steve Hillage założył efemeryczny choć bardzo udany zespół Khan, był również członkiem zespołu Gong, a od 1975r. realizował solowe projekty muzyczne. Był także producentem płyt takich wykonawców jak Kevin Ayers, Tony Banks, Blink, Can, czy Charlatans.

JANE „Together” (1972)

W czasach, gdy zafascynował mnie niemiecki rock progresywny z lat 70-tych ubiegłego wieku (zwany też jako „krautrock„) szybko do mojej płytoteki trafiały płyty Tangerine Dream, Eloy, wczesny Scorpions, potem Guru Guru, Amon Duul, czy Grobschnitt. Tak się dziwnie złożyło, że najpóźniej dotarłem do grupy JANE, którą już wtedy zaliczało się do największych gwiazd niemieckiego rocka. Sami muzycy nie kryli swych wysokich ambicji mówiąc, że chcieliby dorównać artystycznie grupie Pink Floyd i choć jak pokazała przyszłość nie zrobili poza granicami Niemiec aż tak wielkiej kariery, to do dziś uważa się debiutancki album „Together” za najlepszy jaki został wydany w 1972 roku! Oczywiście można się z tą tezą zgodzić, lub nie. Fakt jednak  jest taki, że mamy tu, bez najmniejszego cienia wątpliwości, do czynienia z dziełem niezwykłym i jak na debiut nad wyraz dojrzałym. Słuchając go pierwszy raz dostałem najnormalniej w świecie  „gęsiej skórki”, a po plecach przebiegało mi sto milionów mrówek elektryzując całe ciało. A działo się to pewnego jesiennego nocnego słuchania, gdy wszyscy wokół spali. W pokoju ciemno. Świeciły się jedynie diody podświetlające wskaźniki wzmacniacza i panelu odtwarzacza CD ( do tej płyty dotarłem bowiem dopiero w późnych latach 90-tych!). Za oknem deszcz bębnił w szyby, krople biły w parapet bawiąc się z wiatrem w szalonego berka, a wszystkie zmysły zaostrzyły mi się do granic percepcyjnej możliwości. To właśnie wtedy po raz pierwszy usłyszałem Bernda Pulsta. Ten bardzo charakterystyczny, pełen ekspresji wokalista o niecodziennej, złowieszczej  barwie głosu zaśpiewał tylko na tym jednym albumie grupy JANE, po czym… słuch o nim zaginął! Przepadł jak przysłowiowa kamfora w wodę. Długo mi zajęło by dowiedzieć się, co ostatecznie stało się z Berndem Pulstem po nagraniu płyty z kolegami. Ale po kolei…

JANE "Together" (1972)
JANE „Together” (1972)

Kiedy w 1970 roku hanowerska grupa Justice And Peace przestała istnieć trzej jej dwudziestoletni członkowie: gitarzysta Klaus Hess, klawiszowiec Werner Nadolny, oraz perkusista Peter Panka postanowiło założyć nowy zespół rockowy, który byłby w stanie dorównać w przyszłości popularnością grupie Pink Floyd. Wszyscy w tym czasie byli zafascynowani  twórczością Brytyjczyków. Wkrótce do składu dołączyli basista Charly Maucher, oraz wokalista Bernd Pulst. Tak oto ukonstytuował się pierwszy ( jak się później  okaże – wielokrotnie zmieniany) skład grupy JANE. Dość szybko wypatrzyli ich ludzie z wytwórni płytowej Brain i po podpisaniu długoletniego kontraktu, wiosną 1972 roku na rynku ukazał się ich debiutancki album zatytułowany „Together„.

Jane
Jane

Płyta od razu zyskała spory rozgłos szczególnie wśród niemieckich fanów i otrzymała bardzo ciepłe, wręcz entuzjastyczne recenzje prasy muzycznej. O dziwo,  także i tej  brytyjskiej! Ja w tej muzyce odnalazłem to, co lubię najbardziej, a więc przede wszystkim klasyczne rockowe granie, gdzie rock progresywny zazębia się z hard rockiem i z elementami bluesa. Tak jakby Pink Floyd na swej drodze spotkali Deep Purple lub Black Sabbath. Mamy tu ciężkie hard rockowe brzmienie oparte na soczystych organowych dźwiękach, ale zagrane z progresywnym rozmachem. Nie szybciej, nie dynamiczniej, ale właśnie ciężej, bardziej dostojnie, wręcz monumentalnie. I dużo bajkowego grania. Takiego poruszającego do bólu. Psychodeliczno – bluesowego. Podlanego hardrockowym sosem. Zespół nagrywający długie, rozbudowane kompozycje ma zwykle do zaoferowania coś znacznie ciekawszego niż tylko trzy zwrotki i refren. I tak w rzeczywistości jest.

Całość otwiera ośmiominutowy Daytime” gdzie wokal Bernda Pulsta to prawdziwa perła emocji. Ale to tę perłę swoim basem zaczyna szlifować Charly Maucher. Do gry dołącza się powoli Werner Nadolny ze swoim Hammondem, potem Klaus Hess na gitarze, a gdy Peter Panka przywala w bębny z tą nieco „toporną”, lecz tak charakterystyczną siłą słyszymy całą potęgę grupy JANE w pełnej okazałości! I tak oto od momentu wejścia wokalu Bernda jestem w Niebie! I słuchając tego wówczas w nocy doszło do mnie, że „Daytime is not my time” (dzień nie jest moją porą). Bo to muzyka dla muzycznych nocnych marków. Takich jak ja.

Po tak melancholijnym wstępie dostajemy mocny, czadowy „Wind„. Ale kiedy galopada riffów milknie i tempo zwalnia na tle wzorcowo brzmiących Hammondów ponownie odzywa się Bernd – chodząca melancholia. To niby banalna opowieść, ale w jego głosie czuję ten hulający po stepie wiatr i naraz  wszystko to nabiera jakichś surrealistycznych barw i dwuznacznych kolorów. Och jak dziś brakuje takich wokalistów!

W następnym utworze „Try To Find” słyszymy piękną solówkę Klausa Hessa . W moim odczuciu to właśnie gitarzysta JANE jest głównym bohaterem albumu „Together”. Jego partie gitary świadczą o dużych umiejętnościach i równie dużej wyobraźni. Wyróżnić w tym miejscu tę akurat   solówkę byłoby niesprawiedliwe, gdyż w każdym numerze co solówka, to dzieło. Gitarowo to dla mnie jedna z najlepszych płyt niemieckich tamtej epoki! Emocje głosu Pulsta równoważy właśnie ta gitara, a kiedy jednocześnie wybrzmiewa płacz obu tych instrumentów, te emocje dosłownie grają.

Najdłuższy na płycie „Spain” to małe arcydzieło, w którym jest wszystko to, co na albumie „Together”  najlepsze. Koronkowo utkany bluesowo, hard rockowo, psychodeliczny kawałek, w którym dochodzi do wspomnianego wcześniej spotkania Pink Floyd z Deep Purple. Z kolei tytułowy „Together” brzmi jak kontynuacja „Try To Find”. Cudownie wyważona melodia i akompaniament płyną sobie niczym tiul rzucony na wiatr. „Być razem”  (together) i w zespole i w muzyce. I grać tak cudownie, melancholijnie. Ze smakiem i gustem.

Jane
Jane

Ale prawdziwa perła tej płyty umieszczona została na samym jej końcu. To prawie 10-cio minutowy Hangman” gdzie wokalista zaczyna swoją frazę od słów „When I wake up in the morning it is the end of a day” (Kiedy budzę się rano jest to koniec dnia). Gitarowo, wokalnie, słowem –  całościowo – kompletne arcydzieło niemieckiego rocka, którego wstyd nie znać, niezależnie od tego czy słucha się krautrocka, czy nie. Jednym zdaniem: pokaz mistrzowskiej wirtuozerii!

Debiutancki album JANE okazał się bardzo dojrzałym dziełem wrażliwych, młodych muzyków i widać było, że styl grupy był już ostatecznie ukształtowany. A jednak kolejne płyty, mimo dość wysokiego poziomu artystycznego, nie przebiły debiutu. Być może dlatego, że zabrakło w nich tego szalonego, melancholijnego i charyzmatycznego wokalisty Bernda Pulsta, który po wydaniu płyty zniknął wszystkim z oczu. Bardzo długo zespół milczał na ten temat, co jeszcze bardziej podsycało ciekawość dziennikarzy i fanów zespołu. Zniknęły jego zdjęcia, pamiątki, listy i wiersze. Kiedy szukałem materiałów o tym wokaliście, natknąłem się na… domowy numer telefonu, a także  na Jego adres w Hanowerze.  Ale czy naprawdę to były JEGO dane? Czy też może istnieją inni ludzie o takim samym imieniu i nazwisku? Szukając dalej natrafiłem w końcu na notatkę, która informowała, że wokalista po nagraniu płyty „Together” przeżył załamanie nerwowe. Umieszczony w szpitalu psychiatrycznym popełnił samobójstwo. Stało się to 2 marca 1973 roku.

I jeśli tak było naprawdę, to nie ma już żadnych szans by  Bernd Pulst zaśpiewał ponownie z grupą JANE, która istnieje po dziś dzień. Ta płyta to więc Jego swoiste epitafium. I choćby tylko dla Niego warto  mieć ją na swej półce.