Tolkienowski świat baśni. PAR LINDH & BJORN JOHANSSON „Bilbo” (1996)

Dzieła J.R.R. Tolkiena były i są potężnym źródłem inspiracji i natchnienia dla artystów wszelkiej maści, w tym i dla muzyków. Najbardziej znaną i jednocześnie najbardziej inspirującą powieścią tego brytyjskiego pisarza fantasy jest oczywiście „Władca Pierścieni”, ale wcześniejsza książka Hobbit, czyli tam i z powrotem” nie pozostaje w tyle. Odpowiednie tło muzyczne czasami potrafi uczynić cuda i sprawić, że znana na pamięć powieść nabiera innego, nowego wymiaru. A lista wykonawców zafascynowanych tolkienowskimi opowieściami jest bardzo długa. Nie ukrywam, że w ścisłej czołówce gotów jestem umieścić Par Lindha, szwedzkiego muzyka grającego na instrumentach klawiszowych, lidera progresywnego  zespołu Par Lindh Project, którego w rodzinnym kraju porównuje się do Keitha Emersona, lub Ricka Wakemana.

Karierę muzyczną zaczynał jako… organista kościelny. Potem przyszła fascynacja jazzem. Wyjechał do Francji, gdzie grywał jako pianista jazzowy. Udzielał się także w formacjach Antenna Baroque (1977), Vincentus Eruptum(1979), a po powrocie do kraju dostał etat w Royal Swedish Chamber Orchestra. Ciągnęło go jednak do rocka.  „W 1993 roku wystąpiłem z legendarną grupą Anglagard (jako gość) na prestiżowym Progfest Festival w Los Angeles. Koncert był owacyjnie przyjęty przez tamtejszą publiczność. Wówczas pomyślałem, że czas na utworzenie własnego zespołu.”  Rok później ukazała się debiutancka płyta Par Lindh Project zatytułowana „Gothic Impressions”. W jej nagraniu udział wzięło w sumie jedenaście osób, w tym troje wokalistów, ale trzon zespołu opierał się  na liderze, oraz gitarzyście Bjornie Johanssonie.

Par Lindh (instr. klawiszowe), Bjorn Johansson (gitary)
Par Lindh kbd), Bjorn Johansson (g)

Bjorn Johansson to znakomity gitarzysta, do tego pasjonat starych instrumentów. Ci dwaj nierozłączni przyjaciele od lat młodzieńczych zakochani byli nie tylko w muzyce, ale także rozkochani w Tolkienie. Na „Gothic Impressions” ujawniła się jeszcze jedna perła – wokalistka o cudownym, anielskim głosie – Magdalena Hagberg. Kiedy więc panowie dwa lata później wpadli na pomysł stworzenia muzyki zainspirowanej baśniową trylogią zaproponowali pannie Hagberg  udział w tym (jak sami go nazwali)”projekcie ubocznym”. Do składu zaprosili także grającą na flecie i oboju  Annę Schmidtz po czym rozpoczęli pisanie materiału. Efektem tej współpracy była płyta „Bilbo” wydana w 1996 roku.

Par Lindh & Bjorn Johansson "Bilbo" (1996)
Par Lindh & Bjorn Johansson „Bilbo” (1996)

Płyta zawiera aż 15 utworów i przynosi 65 minut muzyki. Muzyki, która zabiera nas w baśniową krainę Hobbitów, gdzie żyją trolle, gobliny, elfy, a także olbrzymi, złocistoczerwony smok pochodzący ze Zwiędłych Wrzosowisk o imieniu Smoug. Przedstawiciel siły zła, który wypędził krasnoludów z Samotnej Góry i zagarnął ich bogactwa. To muzyka z nurtu rocka progresywnego, ale nie tylko. Cudownie wpleciono tu elementy neoklasyczne, klimaty muzyki renesansu, baroku i folku. Partie instrumentalne grane są z wykorzystaniem fletu, oboju, fagotu, harfy, cytry i mandoliny. Mamy tu klasyczny fortepian, ale też i klawesyn. Także organy: Hammonda i te „zwykłe” – kościelne. Do tego bębny, konga i gong. Imponujący zestaw. Spajają to wszystko obaj panowie w iście mistrzowski sposób. Klawisze przypominają mi najlepsze fragmenty z bogatej twórczości Keitha Emersona (jednak bez zbytniego epatowania nimi, co było grzechem głównym klawiszowca ELP) i Ricka Wakemana. Gitara, szczególnie w „Rivendell” i „Running Towards The Light”  brzmi jak stary dobry Mike Oldfield. Dominują tu głównie utwory instrumentalne, ale gdy pojawia się wokal Magdaleny Hagberg – skóra cierpnie. We wspomnianym już „Rivendall” z niebywałą lekkością przepięknie wyśpiewuje piosenkę elfów. Żal, że trwa to ledwie dwie minuty. Lirycznie jest w marszowym „Song Of The Dwarfs”.  Niesamowite wręcz połączenie bardzo wczesnego Clannad z głosem Jacqui McShee z grupy Pentagle. Podniośle robi się w końcówce 11-minutowej „Mirkwood Suite” – na tle kościelnych organów jej śpiew brzmi jak natchniona pieśń religijna. Przepiękny, niesamowity głos.„Mirkwood Suite” przypomina mi trochę brytyjski Mostly Autum, choć za sprawą klawiszy zaczyna się jak stary dobry krautrock. Kiedy jednak wchodzi gitara, a potem bas robi się typowo progresywnie. Groźnie i mroczno jest w „Dark Cave” z gitarową wstawką a la Steve Hackett, zaś najbardziej dramatycznie jest w utworze „Smoug”. Nie ma się zresztą czemu dziwić. Wszak to rzecz o okrutnym smoku. I mógłbym tak wymienić inne tytuły, robić analizy i porównania, ale żadne słowa nie są w stanie oddać piękna tej muzyki. Jest w niej bowiem tyle smaczków i ukrytych niuansów, że odkrywanie jej to wielka radość i przyjemność.

Płyta „Bilbo” od razu zajęła wysokie miejsce w sercach fanów. Była też jedną z tych, która dawała nadzieję na odrodzenie się rocka progresywnego (pamiętajmy, że był to rok 1996). Jej baśniowy klimat sprawia, że idealnie nadaje się do słuchania o zmroku, koniecznie przy blasku świec. Nasza wyobraźnia wyczaruje nam wówczas takie obrazy jakich nigdy nie zobaczymy na filmach w 3D! To jedna z tych płyt, która zawładnie duszą i pewnie uzależni na długi czas. Polecam wszystkim!

Par Lindh i Bjorn Johansson kontynuowali współpracę jeszcze przez kilka lat. W 2004 roku duet wydał kolejny album „Dreamsongs From The Middle Earth” nawiązujący do tolkienowskich opowieści. Jednocześnie prowadzona przez klawiszowca grupa Par Lindh Project wydawała wciąż nowe płyty, choć skład ciągle się zmieniał. W 2007 roku zespół odwiedził Polskę dając 19 listopada koncert w Teatrze Śląskim im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach. Entuzjastycznie przyjęty przez polskich fanów występ ten ukazał się wkrótce (10 marca 2008) na DVD i CD nakładem Metal Mind pod tytułem „In Concert – Live In Poland”.

Magdalena Hagberg  nagrywała płyty, koncertowała i udzielała się w różnych projektach muzycznych. Wyszła za mąż za Niklasa Berga (zbieżność imienia i nazwiska z gitarzystą Anekdoten przypadkowa). Szczęśliwa mama pewnie co wieczór śpiewała swemu 3-letniemu synkowi piosenki do snu o elfach, trolach i krasnoludach. Ich radość i szczęście została brutalnie przerwana w grudniu 2007 roku, gdy niespodziewanie dla wszystkich wokalistka umiera na zapalenie opon mózgowych. Miała 34 lata.

Wiking i Aztekowie z krainy kangurów. BILLY THORPE & THE AZTECS „Live! At Sunbury” (1972)

Któregoś zimowego wieczoru, gdy siarczysty mróz malował swe fantazyjne wzory na okiennych szybach, a telewizyjna pogodynka zapowiadała (ku uciesze maluchów) nadejście obfitych opadów białego puchu, gdy malinowa herbata szybko stygła w moich dłoniach nagle pomyślałem o… Australii. No tak! Tam jest teraz lato! Szczęściarze! Sezon w pełni, więc festiwale muzyczne i liczne koncerty pod błękitnym niebem  w blasku gorącego słońca odbywają się pewnie w każdy weekend przyciągając całą rzeszę fanów muzyki. Tak jak ten, który odbył się w ostatni długi weekend stycznia 1972 roku (w tzw. Australia Day) niedaleko Sunbury, małego miasteczka położonego 30 mil na północ od Melbourne. To był pierwszy na tak wielką skalę plenerowy festiwal rockowy, który dziś określany jest „australijskim Woodstockiem”. Naturalny amfiteatr w otoczeniu wzgórz pośród pól uprawnych nad brzegiem Jackson Creek ściągnął do siebie tysiące ludzi – szacuje się, że przez trzy dni przewinęło się tam od 35 do 45 tys. osób, co jak na tamtejszą małą populację było ogromną frekwencją. Kulminacyjnym punktem festiwalu okazał się  występ najlepszego i najgłośniej grającego wówczas australijskiego  zespołu blues rockowego BILLY THORPE & THE AZTECS. Tamtejsi dziennikarze zgodni są, że to właśnie występ tego kwartetu tak naprawdę uchylił nie drzwi, a wrota dla australijskiego rocka, o istnieniu którego świat do tej pory nie miał pojęcia. Lider zespołu, wokalista i gitarzysta wyglądający bardziej jak Wiking niż indiański wódz z plemienia Azteków, stał się idolem australijskich fanów rocka do czego przyznał się po latach nawet sam Angus Young.

Początki grupy THE AZTECS sięgają wczesnych lat 60-tych, kiedy to czwórka młodych chłopaków z Sydney w 1963 roku założyła instrumentalny zespół muzyczny wzorowany na brytyjskiej grupie The Shadows. Jej liderami byli dwaj gitarzyści: Valentine Jones i Vince Maloney. Ten ostatni trzy lata później przyjmie propozycję od braci Gibb i nagra z nimi cztery albumy, a następnie powoła do życia kapitalny hard rockowy Fanny Adams (pisałem  o nim w listopadzie 2016 r.). Kwartet dość szybko nagrał swego pierwszego singla „Board Boogie/Smoke & Stack” (styczeń’64), z którego o dziwo większą popularnością cieszyła się strona „B” małej płytki.

W tym samym czasie niejaki Richard William „Billy” Thorpe, który z rodzinnego Manchesteru przywędrował wraz z rodzicami w latach 50-tych do australijskiego Brisban brał udział w muzycznym konkursie młodych talentów. Zwycięzca miał dostać stały angaż do bardzo popularnego klubu muzycznego „Surf City” w Sydney.  Billy od dziecka uwielbiał występować przed publicznością, kochał scenę i śpiew. To był jego żywioł. Jako dziesięciolatek zadebiutował na scenie pod pseudonimem Little Rock Allen, a sześć miesięcy później stał się gwiazdą lokalnej telewizji występując w niej przez kilka lat. Tu, w Sydney, nikt go nie znał. Jeden z organizatorów widząc, że chłopakowi nie towarzyszy żaden zespół akompaniujący powiedział: „Idź do Azteków. Oni nie mają wokalisty. Może cię przyjmą?”. Przyjęli!

The Aztecs (1964). Od lewej John Watson(bg), Tony Barber( g, voc), Billy Thorpe(voc), Vince Maloney(lead g.), Col Baigent (dr). Foto Fairfax
The Aztecs (1964). Od lewej John Watson (bg), Tony Barber (rhythm g, voc), Billy Thorpe (voc), Vince Maloney(lead g.), Colin Baigent (dr). (foto Fairfax)

Jego głos i sceniczne obycie zachwyciły całą czwórkę, Wydany w kwietniu drugi singiel (a pierwszy z wokalistą) „Blue Day/You Don’t Love Me” co prawda jeszcze sukcesu grupie nie zapewnił, ale lokalne stacje radiowe grały go dość często. Podpinając się pod bardzo modny „liverpoolski” nurt muzyczny zwany Mersey beat idealnie wstrzelili się w gusta i zapotrzebowanie młodych słuchaczy. Kolejny singiell „Poison Ivy/Broken Things” (czerwiec’64) na punkcie którego cała Australia wręcz oszalała był już strzałem w dziesiątkę! To był hit! Tak wielkiego sukcesu THE AZTECS się nie spodziewali! Kolejne nagrania takie jak „Mashed Potato”„Sick And Tired” czy „Somewhere Over The Rainbow” potwierdziły rosnącą popularność kwartetu na całym kontynencie. I być może mogłoby dojść do Aztecomanii, gdyby na horyzoncie nie pojawili się konkurenci w postaci zespołów takich jak  The Easybeats i The Twilights, którzy wkrótce wygrali rywalizację o słuchaczy. Odejście Maloneya do Bee Gees, roszady personalne, spory finansowe spowodowały kryzys w zespole. Billy Thorpe dobrał sobie nowych muzyków z którymi, już jako BILLY THORPE & THE AZTECS, grał do 1967 roku, po czym zawiesił działalność  grupy na „czas nieokreślony”.

W 1969 roku Thorpe wyjechał do Anglii próbując zrobić karierę na tamtejszym rynku muzycznym. Tam spotkał australijskiego impresario, Roberta Stigwooda, menadżera Bee Gees i Cream. Stigwood gorąco namawiał go na zmianę stylu muzycznego, nagranie taśmy demo i zaproponował wszelką pomoc na starcie. Muzyk wrócił na Antypody przenosząc się do Melbourne, zebrał nowy skład w którym m.in. znalazł się Lobby Loyd. Ten legendarny dziś australijski gitarzysta odegrał ważną rolę w tworzeniu nowego stylu i brzmienia zespół kierując go w stronę mocnego blues rocka. Szkoda, że ta współpraca trwała zaledwie kilka miesięcy. Na odchodne zachęcił wokalistę, by ten zaczął grać na gitarze. Udzielił mu kilku lekcji i przekazał wiele ważnych wskazówek. Wokalista zmienił po raz kolejny nie tylko skład grupy. Zmienił także swój image na „generała Custera” występując w zamszowej kurtce z frędzlami, rosnącymi wciąż sumiastymi wąsami i długimi włosami zaplecionymi w warkocz.  Inni widzieli w nim groźnego Wikinga, któremu brakowało tylko hełmu z bawolimi rogami. Thorpe zrezygnował też z wyjazdu do Anglii. „W 1969 roku Melbourne było dużo ciekawsze niż Londyn. Pomyślałem sobie: Pieprzyć to. Niech dzieje się co ma się dziać właśnie tutaj! Z sześciu zaplanowanych tygodni zakotwiczyłem tu trochę dłużej. W sumie osiem lat…”Po popowym  zespole nie pozostał żaden ślad. Oto narodziła się grupa, która swym rockowym brzmieniem rzuci wkrótce na kolana cały Piąty Kontynent.

Billy Thorpe na scenie w Sunbury (1972)
Billy Thorpe na scenie w Sunbury (1972)

Album „Live! At Sunbury” doskonale pokazuje jaką niewyobrażalną transformację przeszli Aztekowie przez ten czas. Z beatowego zespoliku przekształcili się w rasowy band o ciężkim, rozdzierającym uszy blues rockowym brzmieniu. Oryginalny podwójny winyl wydany przez australijską wytwórnię Havoc  w sierpniu 1972 roku zawiera osiem długich naprawdę znakomitych kompozycji. W tym czasie zespół (oprócz lidera) tworzyli Paul Wheeler (bg), Gil „Rats” Matthews (dr) i Bruce Howard (org).

BILLY THORPE & THE AZTECS "Live At Sunbury" (1972)
BILLY THORPE & THE AZTECS „Live! At Sunbury” (1972)

Całość otwiera siedmiominutowy standard bluesowy „CC Rider” (znany też pod tytułem „See See Rider”) opowiadający historię niewiernego kochanka zwanego easy riders. Utwór grany i śpiewany był w przeszłości przez  grono znakomitych wykonawców: Raya Charlesa, Big Joe Wiliamsa, BB Kinga, Janis Joplin, John Lee Hookera, Elvisa Presleya… Ale takiej wersji nigdy nie słyszałem! Dawka energii jest tu tak duża, że gdyby przetworzyć ją na tę elektryczną pewnie rozświetliłaby całe Sunbury przez kilka dni. To wręcz wzorcowe, woodstockowe „I’m Going Home” Ten Years After! Dalej jest stary Gene Vincent, czyli klasyczny „Be Bop A Lula” z organowymi zagrywkami a la The Doors, z hard rockową świetną sekcją rytmiczną i mocnym gitarowym riffem. Thorpe udowadnia tu, że jego głos idealnie pasuje do tego rodzaju repertuaru. Po dawce żywiołowego rock’n’rolla przyszła kolej na dwunastominutowy blues rockowy killer „Momma”. Skomponowany przez lidera, oraz pianistę Warrena Morgana, który jeszcze nie był członkiem Azteków (zostanie nim rok później zastępując Bruce’a Howarda) utwór zwala z nóg. Dosłownie! Prawdziwy muzyczny gigant, przy którym Black Sabbath pewnie pochylili by z całym szacunkiem swe głowy. Nie wiedzieć czemu czasem utwór ten pisany jest przez niektórych wydawców jako „Mama”. Brzmi podobnie, ale… No dobra, nie czepiam się.  „Rock Me Baby” znają zapewne wszyscy wielbiciele Jimi Hendrixa, który brawurowo zagrał go w 1967 roku na słynnym Monterey Pop Festival. Ten trzyminutowy blues autorsko przypisywany BB Kingowi (co nie do końca jest prawdą) rozrósł się tutaj do minut dziewięciu. Myślę, że ta wersja spodobałaby się legendarnemu gitarzyście, a sam BB King pewnie nie ma pretensji do wokalisty, że ten pozwolił sobie co nieco „namieszać” w jego tekście. Po tym chwilowym uspokojeniu przyszedł czas na coś w rodzaju hymnu zespołu. „Most People I Know (Think That I’m Crazy)”.  Grany na  wielu wcześniejszych koncertach stał się żelazną pozycją każdego kolejnego występu. „Ludzie zbyt dosłownie wzięli sobie do serca tytuł tej piosenki („Większość ludzi których znam uważa mnie za szaleńca”). Przecież byłem i nadal jestem normalnym facetem. Więc o co chodzi?”. Publika kochała ten utwór. Słychać to już po pierwszych jego dźwiękach. Nic dziwnego, że miesiąc później ukaże się on na singlu, który dotrze na szczyty list przebojów. Następny „zaledwie” sześciominutowy  „Time To Live” jest jednym z najlepszych utworów post-hippiesowskich jakie powstały w hard rockowej erze. Gdyby nie głos wokalisty pomyślałbym, że to grupa Free tak wspaniale gra. Płytę zamykają dwa długie jamy pełne polotu, improwizacji i wielu muzycznych smaczków. Zaczyna się to wszystko od napędzanym przez harmonijkę nagraniem „Jump Back” które po dziesięciu minutach przechodzi w „Ooh Poo Pa Doo” (po naszemu pewnie „łubi dubi du”). Monstrualne, energetyczne, mocne blues rockowe granie (z dużym naciskiem na „mocne”) z podekscytowaną i aktywnie reagującą publicznością na każdą zaczepkę wokalisty. Ten dialog wypada tu o wiele bardziej atrakcyjnie, niż np. perkusyjne sola (często przydługie i nudne) tak nagminnie umieszczane na płytach „live” w tamtych czasach.

Płyta rozeszła się w nakładzie 80 tys. egzemplarzy (ogromna liczba w tamtych czasach), osiągając we wrześniu czwartą pozycję na listach.  Jak na podwójny album był to ewenement i jednocześnie pełen sukces.  Kompaktowa, pięknie wydana reedycja z bookletem zawierającym unikalne zdjęcia zespołu i repliką rysunków z życia hippiesów (sex, drugs and rock’n’roll) z oryginalnego wydania, ukazała się w lipcu 2005 roku nakładem Aztec Music . Długo przyszło mi czekać na ten album. Ale warto było, gdyż cenię go sobie na równi z płytami tak uznanych wykonawców jak Canned Heat, Jeff Beck Group, Ten Years After, The Allman Brothers Band…

Billy Thorpe w 1990 roku uznany został za „męża stanu australijskiej muzyki” zaś rok później  wprowadzono go do ARIA Hall Of  Fame . Piosenkę „Most People I Know (Think That I’m Crazy)”  w 1998  Australia Post uhonorowała okolicznościowym znaczkiem pocztowym, a w 2008 wpisano ją do rejestru National Film And Sound Archive’s Sounds Of Australia. Niestety muzyk tego już nie doczekał. Billy Thorpe, muzyczny Wiking przewodzący Aztekom zmarł 28 lutego 2007 roku na zawał serca. Miał 60 lat.

ARCADIUM „Breathe Awhile” (1969)

O grupie ARCADIUM i jej jedynej płycie usłyszałem po raz pierwszy gdzieś na początku lat 80-tych. Na Jarmarku Dominikańskim w Gdańsku przeglądałem winylowe płyty przywiezione przez kolekcjonerów, marynarzy i różnej maści sprzedawców szukając coś dla siebie. Czarne krążki przywożone z Zachodu były wówczas rarytasami i obcowaniem z nimi choć przez chwilę było dla mnie radością bezcenną. Na jednym ze stoisk dwóch dość poważnie wyglądających gości gawędziło o muzyce, swoich ulubionych płytach i w pewnej chwili jeden z nich powiedział: „Wróciłem wczoraj ze  Sztokholmu. Eynar kupił sobie „Breathe Awhile” ARCADIUM za 800 dolców. Chłopie, ależ ten album jest obłędny. Od przodu i od tyłu!” Zbladłem. Jeszcze raz  powtórzyłem sobie w myślach zasłyszaną informację, a potem w pamięci szybko przeliczyłem ile wynosi moja miesięczna pensja w „zielonych”. Wyszło coś około…  dwudziestu czterech dolarów. Tak się wtedy zarabiało. Szok! Wbiłem sobie w głowę wykonawcę i tytuł albumu wybijając z niej jednocześnie możliwość posiadania go na swej półce. Nie za takie pieniądze! Na szczęście kilka lat później przyszła era płyty kompaktowej, a wraz z nią reedycje unikalnych pereł muzycznych. W 2000 roku włoska Akarma wznowiła ją po raz pierwszy w bardzo niskim nakładzie. Nie załapałem się. Dwanaście lat później zrobił to raz jeszcze Repertoire wydając srebrny krążek w oczyszczonej wersji z dwoma bonusami. Najdłużej wyczekiwany klejnot zapomnianej muzyki w końcu został zdobyty.

Arcadium "Breathe Awhile" (1969)
Arcadium „Breathe Awhile” (1969)

Ta znakomita płyta, która ukazała się w listopadzie 1969 roku odważnie wyszła poza obowiązujące wówczas sztywne ramy psychodelii łącząc ją z rodzącym się dopiero rockiem progresywnym. Piątka młodych ludzi o wielkiej wrażliwości muzycznej wpisała się w kierunek, który wyznaczyła wespół z takimi zespołami jak The Crazy World Of Arthur Brown, Iron Butterffly i Vanilla Fudge. Pięćdziesiąt cztery minuty muzyki. Siedem znakomitych utworów i przysięgam – niemal każdy z nich to prawdziwa perła! Płyta pełna żaru, emocji, pasji, kontrastów i wysublimowanego piękna. Łącząca wspaniałe melodie z naturalnym, surowym brzmieniem, które (przyznaję szczerze) bardzo mi odpowiada. Instrumentem wiodącym (na równi z gitarą) były organy Hammonda rozdzierające serce i wyciskające sok z duszy. Taki poważniejszy The Doors w połączeniu z wczesnym Van Der Graaf Generator. Do tego ten zdesperowany głos wokalisty i autora wszystkich kompozycji – Miguela Sergidesa. Śpiewa tak, jakby miał nastąpić koniec świata, lub śmierć (w najlepszym na płycie, ostatnim utworze – w końcu nadchodzi). Ile w jego głosie bólu, smutku i zwątpienia, bezsilności i pesymizmu (teksty zbyt optymistyczne nie są, oj nie). Tak śpiewać można (jeśli w ogóle można – ja próbowałem – nie wychodzi) tylko raz w życiu. Szkoda, że ten ewidentnie utalentowany artysta po nagraniu płyty przepadł bez śladu.

Grupa Arcadium (1969)
Grupa Arcadium. Od lewej: Graham Best (bg), Robert Ellwood (g), odwrócony plecami Allan Ellwood (org), Miguel Sergides (voc,g), John Albert Parker (dr)

Album „Breathe Awhile” zaczyna się długą, 12-minutową rozbudowaną i zróżnicowaną kompozycją „I’m On My Way” wiodącą od progresywnych klimatów, piaskowych burz i wyciszeń, aż po ostre i zdecydowane riffy zagrane na końcu z ogromną werwą, pasją i przekonaniem, oraz świetnym solem gitarowym (dokładnie 4 minuta i 10 sekunda) Roberta Ellwooda. Potem jest zatrważająco psychodelicznie-hard rockowo. Rozbujany „Poor Lady” to już absolut – chwytliwy i na pozór pogodnie melodyjny z ultra przejmującym, rewelacyjnym wokalem. Jest w nim coś smutnego i wstrząsającego. Pierwszą część oryginalnej płyty kończy 8-minutowy „Walk On The Bad Side” pełen dynamicznych instrumentalnych pasaży o wyraźnie psychodelicznych korzeniach. Ze wspaniałymi Hammondami, brudnymi gitarami i przecudownym wokalem, które wyrywa serce z piersi.

Tył okładki albumu "Breathe Awhile" (1969)
Tył okładki LP „Breathe Awhile” (1969)

Drugą stronę płyty otwiera „Woman Of A Thousand Years” w którym ponownie rządzą wspaniałe organy, pełne pasji wokale i lekko  narkotyczny refren. „Change Me” rozpoczyna się cudowną, wysmakowaną gitarą. Bardzo urokliwy i melodyjny kawałek, w którym jest smutek i nostalgia. Jest też taka jakaś desperacja i depresyjna namiętność, którą dwadzieścia lat później próbowały wskrzesić kapele z Seattle. Zaraz po nim następuje świetny, bardzo intensywny „It Takes A Woman” utrzymany niemal w heavy rockowym klimacie. Ach te świetne riffy! Jednak moim ulubionym utworem, który powalił mnie na kolana jest zamykający całość ekspresyjny, a jednocześnie melancholijny do granic „Birth, Life And Death”. Kapitalny 10-minutowy numer pełen dynamicznych partii organów, intensywnych partii solowych gitary i chwytających za serce partii wokalnych. Siła, charakter, dostojeństwo i elegancja tego utworu jest niewiarygodna. To jeden z najważniejszych jak dla mnie „dziesięciominutowców” wszech czasów. Cudowne zakończenie płyty, która ma w sobie coś z wielkiej, ponurej tajemnicy i jest jedną z najsmutniejszych jaka ukazała się w tamtym czasie.

Oryginalny album wydała londyńska firma Middle Earth. W rzeczywistości był to dość popularny w tym czasie klub muzyczny skupiający wokół siebie kilka amatorskich zespołów rockowych. Tak na marginesie – to właśnie ludzie z Middle Earth wydali także  album „Power Of The Picts”  znakomitej, dziś już (niestety niesłusznie) zapomnianej szkockiej grupy Writing On The Wall. Okładkę do  „Breathe Awhile” zaprojektował Mike McInnerney, twórca  okładki „Tommy” grupy The Who, zaś nagrań dokonano (prawdopodobnie) za pierwszym podejściem w niewielkim studio na Chados Street należącym do Pye Records.

Jak już wcześniej wspomniałem wersja CD zawiera dodatkowe dwa utwory pochodzące z niezwykle rzadkiego singla wydanego w październiku 1969 roku. „Sing My Song”„Ride Alone” to dwie przepiękne ballady podlane psychodelicznym sosem i „…z wokalami przy których nie żal umierać” jak napisał wówczas jeden z brytyjskich recenzentów.

ARCADIUM… Kolejna legendarna, choć kompletnie zapomniana grupa z końca lat 60-tych, która zapoczątkowała rock progresywny. Jej jedyny album wyprzedził swój czas o kilka lat i moim skromnym zdaniem należy do bardzo ścisłej czołówki najlepszych heavy – psychodelicznych krążków w historii gatunku. Co do tego nie mam żadnych wątpliwości. Jeśli ktoś jej jeszcze nie zna powinien ją poznać. A potem koniecznie zdobyć!