I ponownie coś dla miłośników ciężkich brzmień w wykonaniu trzech mniej znanych, ale znakomitych zespołów. W zasadzie każdemu należy się osobny, bardziej szczegółowy opis i taki początkowo był mój zamiar. Doszedłem jednak do wniosku, że to nie słowa, a muzyka są tu najważniejsze. I chyba dobrze wybrałem.
DRAGONWYCK „Dragonwyck” (1970).
Ten pochodzący z przedmieścia Cleveland w stanie Ohio zespół wyewoluował się z lokalnej grupy Sunrise, w którym występował gitarzysta Tom Brehm (często pisany jako Brame) i wokalista Bill Pettijohn. Pod koniec lat 60-tych wydali singla „Fire Climbs” (dziś kolekcjonerski rarytas) dla małej wytwórni EJ. Po krótkim epizodzie z kapelą Speed obaj panowie założyli w 1968 roku Dragonwyck, do których dołączyli klawiszowiec Kenneth Staab, basista Michael Gerchak i perkusista Jack Boessneck. Nazwę wzięli od tytułu powieści napisanej przez amerykańską pisarkę Anyę Seton w 1944 roku. Ich debiutancki album składał się z siedmiu utworów nagranych w Cleveland i wydanych prywatnie w 1970 roku jako demo bez okładki w ilości 85 sztuk. Zespół pokazuje w nim nastrojową mieszankę psychodelicznego rocka spod znaku The Doors z cięższym brzmieniem nawiązującym do Atomic Rooster i wczesnego Deep Purple. Muzyka opiera się głównie na ponurym Hammondzie, przesterowanej gitarze z płynnie przeplatającymi się solówkami i znakomitym wokalem. Powolnie rozwijający się „My Future Waits” z Hammondem, gitarą z fuzz’em i wokalem w stylu Jima Morrisona na tle hipnotycznego rockowego pulsu od początku wysoko zawiesza poprzeczkę. Rzadko kiedy już przy pierwszym nagraniu mam ciarki i motyle w brzuchu, a tak jest właśnie w tym przypadku. Krótki, nieco liryczny instrumentalny „Idees (Within You)” w kontemplacyjnym folkowym stylu jest preludium do „Fire Climbs” – centralnego i najdłuższego nagrania. Organowe partie Hammonda łączą majestat z grozą zbudowane wokół cyklicznego gitarowego riffu. Gdy na tle żałobnego groove’u wokalista operuje metaforami nagranie przechodzi w swobodny psychodeliczny jam. To jeden z moich ulubionych kawałków na tej płycie, choć pozostałym nie mam nic do zarzucenia. No bo przecież choćby o połowę krótszemu „Run To The Devil” absolutnie nic nie można zarzucić. Ten porywający numer, w którym organy i gitary wymieniają się solówkami na tle wojennego rytmu z nutami doom i proto metalu to majstersztyk psycho-bluesa! Z kolei „God’s Dream” z emocjonalnym i powolnym refrenem to molowa ballada przywodząca na myśl wczesny Pink Floyd ery Barretta. Aranżacja w „Ancient Child” z dramatycznymi zmianami tempa i modalnymi solówkami przywołują teatralny proto progowy nastrój. Ktoś kiedyś napisał, że to „(…) złowieszcza progresja ze zmiennym rytmem i brzmieniem organów rodem z nawiedzonego domu.” I niewiele się pomylił. Płytę kończy krótkie (2:20) i ponure „The Vision” z upiornymi akordami organów, minimalistyczną perkusją i przesiąkniętą echem wokalną narracją. Mimo, że w epoce album nie został wydany zyskał status kultowego po wznowieniu na winylu w 1990 roku przez Rockadelic Records. W kolejnych latach ukazał się także na płytach kompaktowych. Mój CD wydało niemieckie World In Sound z nową okładką zamieszczoną powyżej. Wielu uznaje go za doskonały przykład mroczniejszej, bardziej dramatycznej strony ciężkiej psychodelii z Cleveland i okolic.
Pod koniec 1972 roku Dragonwyck nagrał materiał na drugą płytę, która nie doczekała się wydania krążąc jedynie jako anonimowy acetat (10 sztuk) bez etykiety, numeru matrycy i okładki. W porównaniu z cięższym debiutem, „Chapter 2″ pokazał zespół zwracający się w stronę proto symfonicznej psychodelii przesyconej melotronem stylistycznie nawiązując do The Moody Blues i Procol Harum. Dwa lata później nagrali kolejny acetat zatytułowany „Fun”. Świadomie lżejszy niż dwa poprzednie pokazuje, że Dragonwyck odchodząc od nastrojowego psycho prog rocka sięga po bardziej eklektyczną muzykę – mieszankę glamu, barokowego power popu i mainstreamowego rocka. W 2008 roku materiał ten ukazał się na płycie CD, do której dołączono kilka przerobionych na nowo utworów z „Chapter 2”.
POWER OF ZEUS „The Gospel According to Zeus” (1970)
Kiedy myśli się o wytwórni Motown Records, ciężkie riffy gitarowe i psychodeliczny rock nie są pierwszą rzeczą, która przychodzi na myśl. Być może dlatego Power Of Zeus i jego jedyny album „The Gospel According To Zeus” nie od razu osiągnął mitologiczny status jakim cieszy się dziś. Ten w sumie ciekawy zespół powstał w Detroit w 1968 roku z inicjatywy gitarzysty i wokalisty Joe Periano weterana Korpusu Piechoty Morskiej, do którego dołączyli basista Bill Jones, perkusista Bob Michalski i klawiszowiec Dennie Webber. Początkowo występowali pod nazwą Gangrene i rozwinęli brzmienie inspirowane wczesnym brytyjskim hard rockiem z amerykańską psychodelią. Menadżer załatwił im kontrakt z Rare Earth, filią Motown stworzoną do promowania białych zespołów. Warunkiem podpisania umowy była zmiana nazwy – zespół zdecydował się na Power Of Zeus. Album naznaczony wirtuozerską grą Periano na gitarze przez większą część miażdży potężnym brzmieniem. Utwory nie są tak ciężkie jak w przypadku Sabbath, ale mają więcej walącego między oczy proto-metalowego brzmienia, niż kiedykolwiek miał Zeppelin. Płyta rozpoczyna się od „It Couldn’t Be Me”. Ten absolutnie szalony numer to prawdziwe złoto. Zakochałem się tu w perkusji, w wirujących organach, oszczędnych i mocnych riffach, oraz w mistrzowskim wykorzystaniu przestrzeni. Znakomicie wykonany daje nadzieję, że dalej będzie równie ekscytująco. „In The Night” zapowiada się jako proto doom, ale potem jest bardziej rockowym bluesem z chwytliwą linią wokalną. Nie jest jednak źle – perkusista gra ostro i szybko, klimat staje się bardziej upiorny, jak mroczniejsze Budgie z jazdą konną przez las, naćpanym do nieprzytomności rycerzem po LSD w masce papugi i kapturem na głowie. Powolny „Green Grass And Clover” z akustyczną gitarą i klawesynem zapuszcza się w łagodne rejony psychodelicznego pasterskiego folku. Ciekawe połączenie onirycznej piosenki Pink Floyd z ciasną aranżacją Black Sabbath. Ale potem wpada dwuminutowy „I Lost My Love” z mocnymi klawiszami, tripowymi riffami i mocną perkusją (brawo Bob Michalski!), który przywraca zmarłych do życia. Może i jest to dziwny i pokręcony numer, ale… kurczę… jest zajefajny i daje mnóstwo frajdy. Niemal cztery razy dłuższy „The Death Trip” to po prostu super dopracowany i ciężki kawałek rocka. Nawet gdy brzmienie staje się nieco lżejsze, atmosfera wciąż jest tak gęsta, że można siekierę powiesić. Ten i pierwszy utwór to moje ulubione nagrania… Cover Smokey Robinsona i Williama Moore’a „No Time” został przerobiony na ostry psychodeliczny rock, a „Uncertain Destination” wraca do delikatnych faktur z „Grass Green…” bardzo fajnie wykorzystując średnie tempo dzięki czemu każda sekunda z prawie pięciu minut jest dobrze wykorzystana. Uwielbiam moment, gdy zespół w pewnym momencie oddaje hołd progresywnemu brzmieniu po czym ponownie wkracza w krainę ciężkiej psychodelii. „Realization” to zwięzły jam z godnymi podziwu energicznymi solówkami z odpowiednią dawką kontrolowanego. Sześciominutowy „The Sorcerer Of Isis (The Ritual Of The Mole)” łączy bliskowschodnie skale, ciężkie organy, porywający rytm i wielowarstwowe wokalne śpiewy. To jeden z najbardziej metalowych utworów na płycie.
Po jej wydaniu zespół rozpadł się z powodu wewnętrznych nieporozumień i problemów z narkotykami. Brak jakiejkolwiek promocji sprawił, że odbiór „Ewangelii według Zeusa” był minimalny. Dopiero po latach zyskał status kultowego wśród kolekcjonerów muzyki psychodelicznej i hard rockowej. Ale nie tylko. Breakbeatowe intro w „Sorcerer Of Isis” ponownie zyskało popularność w kręgach hiphopowych DJ-ów, a inne utwory były samplowane przez rapowych artystów takich jak Eminem, Jay-Z i Kanye West… Periano pracował jeszcze jakiś czas w studiu Motown i wyprodukował płytę Luthera Allisona. Później występował z byłym wokalistą Temptations, Davidem Ruffinem. Webber zmarł z powodu przedawkowania narkotyków w połowie lat 80-tych, Michalski dekadę później – miał raka mózgu.
DIRTY TRICKS „Dirty Tricks” (1975)
Jak dla mnie to przykład jednego z najlepszych i niestety kryminalnie niedocenionych, angielskich zespołów hard/blues rockowych działający na początku drugiej połowy lat 70-tych. Założony pod koniec 1974 roku Dirty Tricks nagrał trzy płyty wydane przez Polydor: „Dirty Tricks” (1975), „Night Man” (1976) i „Hit & Run” (1977). Koncertował nie tylko w Anglii i Szkocji, ale także w Australii i Ameryce. Był pierwszym hard/heavy metalowym zespołem z Wysp, który w 1976 roku zagrał w nowojorskim klubie „CBGB”. W skład kwartetu wchodzili: Terry Horbury (bg), Johnny Fraser-Binnie (g), Kenny Steward (voc) i John Lee (dr). Debiutowali w barze „Randy’s Rodeo” w Southside pod koniec 1974 roku, gdzie spotkali się z entuzjastycznym przyjęciem. To właśnie tam zaprezentowali utwory z przyszłego debiutanckiego albumu, a sam koncert zakończyli porywającą wersją coveru The Kinks, „You Really Got Me”. Nawiasem mówiąc Van Halen zamieścił go na swej pierwszej płycie tyle, że rok później… Jeden z lokalnych dziennikarzy nazajutrz napisał: „Gitarzysta przywołuje nastrój Jimiego Hendrixa i z rozkoszą podkręca swój instrument pędząc z prędkością karabinu maszynowego. Razem z fenomenalnym wokalistą tworzą zgrany duet silnie wspierany przez sekcję rytmiczną. Zespół, na którego warto zwrócić uwagę!” Wydany we wrześniu 1975 roku debiutancki album (mój ulubiony i według mnie najlepszy) zawiera osiem ciężkich kompozycji będących pomostem łączącym klasyczny hard rock z heavy metalem z domieszką elementów doom i prog rocka. Lekkość z jaką to zrobił – bez potu, łez i krwi – wbija w ziemię. Krążek wyprodukował Rodger Bain (Black Sabbath, Budgie, Judas Priest, Indian Summer) i zrobił to znakomicie. Nie ma sensu bawić się tu w analizy poszczególnych utworów. Jeśli ktoś go posiada w pełni mnie zrozumie. Posłużę się więc jedynie zapiskami jakie zazwyczaj robię słuchając płyty po raz pierwszy. I tak, duży plus postawiłem sobie już przy pierwszym kawałku, „Wait Till Saturday”, brzmiącym bardziej jak Free, niż Deep Purple, po którym pojawia się „Back Off Evil” zwalniając tempo do powolnego pełzania w stylu Black Sabbath. Uwiódł mnie uduchowiony wokal, znakomita ciągnąca się perkusja i potężny riff maksymalnie wykorzystujący całą przestrzeń. Warto poznać ten album choćby tylko dla tego utworu! „Sunshine Day” daje się ponieść rockowemu brzmieniu w stylu Bad Company i Led Zeppelin. Nie jest przesadnie ciężki, ale wystarczająco solidny, by zasłużyć na miano „klasyka hard rocka” tamtych lat… Za sprawą bardzo przyjemnie miażdżącej i rozmytej produkcji, „Call Me Up For Love” trafia w punkt, w którym Stonesi totalnie by go rozwalili. Trash rockowy riff, zapadająca w pamięć linia wokalna, dudniąca perkusja w tle… mam wrażenie jakbym słyszał ten utwór już milion razy, To najlepszy rock and roll jaki można sobie wyobrazić i przypomina mi coś, co Kiss umieściłby na „Rock And Roll Over”. Początek „High Life” sugeruje nudny (według metalowców) blues nie będący ich bajką, a tymczasem zamienia się on w porywający proto doomowy numer. Dla mniej to wciąż blues rock w czystej postaci, ale z drugiej strony słuchając tej gitary, ciężkiego riffu i intensywnej perkusji dużo bliżej mu do Neurosis, niż Johna Lee Hookera. I to jest niesamowite. „Lubię high life i ty też powinieneś” – wykrzykuje bardzo przekonująco Kenny Stewart dając powód, że piosenka jest o paleniu trawki. Mocny sposób na zakończenie albumu. Dwa kolejne krążki też są dobre, ale nie tak wybitne jak ten. Gorąco polecam!












































