Don Kichot z Walencji – Eduardo Bort (1975).

Można powiedzieć, że wszystko zaczęło się od Beatlesów, których młody Eduardo pokochał od pierwszego nagrania jakie usłyszał w samochodowym radio jadąc z ojcem do szkoły. I to był ten moment, który tak naprawdę zadecydował o dalszym życiu młodzieńca. Nie wiemy, czy to wówczas zakiełkowała w nim myśl o byciu muzykiem. Faktem jest, że już pod koniec lat 60-tych zaczął grywać na gitarze w rodzinnej Walencji w grupach Los Exciters , Los Boodgies i La Oveja Negra… Niestety w czasach dyktatury generała Franco muzyka rockowa w Hiszpanii była piętnowana przez ówczesnych dysydentów i praktycznie została zepchnięta do głębokiego „podziemia”. Bort zdając sobie sprawę, że nie spełni się w rodzinnym kraju zaczął podróżować po Europie szukając tam swego miejsca. Jako muzyk sesyjny udzielał się w licznych sesjach nagraniowych głównie w Szwajcarii, Niemczech i Anglii. Ocierając się o wspaniałych muzyków, grając w najbardziej złożonych produkcjach pod kierunkiem świetnych producentów gromadził doświadczenie, które jak mniemał zaprocentuje w przyszłości. Zaczął też tworzyć pierwsze autorskie kompozycje będące zalążkiem późniejszej dużej płyty.

W Paryżu związał się z francuską grupą Out, z którą nagrał cztery piosenki. Singiel miała wydać mała niezależna wytwórnia Out Music wiosną 1973 roku. Z niewiadomych do dziś powodów mała płytka nigdy się nie ukazała. Same nagrania przepadły bez wieści, tak jak i zespół Out… To przesądziło sprawę. Bort przejrzał na oczy. Nic go tu nie trzymało, nie miał żadnych zobowiązań. Naładowany pozytywną energią, z głową  pełną pomysłów wrócił do rodzinnej Walencji. Tam, w domowym zaciszu postanowił popracować nad nowym projektem. Źródłem jego inspiracji była literatura fantastyczna H.P. Lovercrafta i wspaniałe opowieści anglo-irlandzkiego powieściopisarza Lorda Dunsany’ego.  Jedno z nich, opowiadanie „Idle Days On The Yann” („Beztroskie dni na rzece Yann”) należące do kanonu literatury fantastycznej zrobiło wielkie wrażenie na Eduardo. Tak wielkie, że swe pierwsze nagranie gitarzysta zatytułował „Yann”.

Zespół Yann. Na pierwszym planie Eduardo Bort (1974)
Zespół Yann. Na pierwszym planie Eduardo Bort (1974)

Gdy praca nabrała kształtu, Eduardo zajął się szukaniem osób, które byłyby w stanie zrealizować jego pomysł. Wymagania miał spore, a muzyczna scena Walencji wyglądała ubogo. Czuł, że mogą być kłopoty, choć jednej osoby był pewien. Z Jose Soriano znał się od lat i wierzył, że tylko on zdolny jest wyczarować na syntezatorze dźwięki, które chodziły mu po głowie… Basista Marino Hernandez sąsiad mieszkający dwa domy dalej(!) pogrywał w jazzowej formacji, w której za bębnami siedział Vincente Alcaniz. Obaj ochoczo przyjęli propozycję Borta. Szczególnie Vincente oczarowała Borta. „Talerze obsługiwał bosko, czuło się dużą przestrzeń, a jego bębnienie momentami przypominał styl King Crimson.” Ostatnim nabytkiem grupy, którą Bort nazwał YANN (bo jakże by inaczej) był wokalista Miguel Font. Do projektu dołączył także kolejny pasjonat prozy Lovercrafta, Juan Beltran, który po wysłuchaniu próbnych nagrań „Cuadros de tristeza” zakochał się w projekcie i zaproponował napisanie wszystkich tekstów. Bort był tak skoncentrowany na muzyce, że przybycie Beltrana uznał za znak Opatrzności.

Na parterze domu w dzielnicy Campanar odbyli setki godzin prób polerując tematy, próbując różnych aranżacji, pieszcząc szczegóły. Nie mając kontraktu z wytwórnią płytową udali się w 1974 roku do Madrytu. Tam, w wynajętym studiu nagraniowym Audiofilm, które z własnej kieszeni opłacił Eduardo zarejestrowali materiał na album. Czuli, że to co stworzyli było kamieniem milowym w tym kraju. Z drugiej strony Bort zdawał sobie sprawę, że trudno będzie wydać  go w Hiszpanii. Zdecydował się pojechać z gotowym materiałem do Anglii i tam spróbować szczęścia. W podróży wspierała go Judith Wardle, dobra dusza zespołu, która załatwiła mu dojście do Joopa Vissera, jednego z najbardziej wpływowych menadżerów w przemyśle płytowym, szefa A&R oddziału EMI. Tego samego, który odkrył grupę Queen. Wchodząc do biura EMI w Londynie Eduardo nie mógł uwierzyć, że stąpa po tych samych schodach, na których Beatlesi kilka lat wcześniej zrobili swą słynna sesję zdjęciową. Serce miał w gardle… Judith uprzedziła go, że ma najwyżej 3-4 minuty by przekonać Joopa Vissera do swojego projektu. Eduardo Bort: „Zanim zostaliśmy wezwani czekaliśmy kilka minut, które trwały całą wieczność. Po przywitaniu i krótkiej prezentacji Joop rozsiadł się w fotelu, umieścił taśmę w magnetofonie i zaczął słuchać. Pierwsze nagranie, potem następne… Był mocno skupiony. Na moment zatrzymał taśmę a ja zamarłem. On zaś spytał tylko  „Kto to wyprodukował?” Judith oczami wskazała na mnie, po czym kontynuował słuchanie. Nie zatrzymał się dopóki nie wysłuchał całości. Zanotował coś w notesie, zapytał o skład grupy, kompozytora, producenta. W końcu wstał, wyciągnął rękę z gratulacjami i powiedział: „Musisz przyjechać do Anglii i zamieszkać tutaj przez trzy miesiące, bym mógł unormować twoją sytuację prawną. Jeśli spędzisz to lato w Anglii jesienią będziesz rezydentem, a pod koniec tego roku, lub na początku nowego EMI wypromuje was w wielkim stylu. Musisz tylko przekonać pozostałych, by zrobili to samo.” Nie wierzyłem w to co usłyszałem. To było jak sen!”

Plakat zapowiadający koncert Borta
Plakat zapowiadający solowe koncerty Borta (1974 )

Obietnica Vissera otwierała szerokie horyzonty przed grupą YANN. Kiedy po powrocie do Walencji z entuzjazmem opowiadał co się wydarzyło nie uwierzyli mu! O porzuceniu kraju dla mglistych obietnic EMI i iluzorycznej kariery nie chcieli słyszeć. Każdy z nich miał swoje życie – ktoś właśnie się ożenił, ktoś inny kupił dom, ten miał chorą matkę… Bort wściekł się nie na żarty. Oto otwierała się przed nimi wszystkimi szansa, być może szansa życia, a oni mu tu jakieś pitu pitu i dyrdymały opowiadają. Jedynie perkusista skłonny był podążyć za swym liderem. Rozgoryczony całą sytuacją gitarzysta podjął nieodwracalną decyzję o  rozwiązaniu grupy ogłaszając, że będzie pracował na własny rachunek. W akcie desperacji chciał zniszczyć kopie albumu i taśmę matkę. Powstrzymała go Judith. Wierna niczym giermek Sancho Pansa wytrwale stojąca u boku rockowego Don Kichota przekonała go, że musi doprowadzić  dzieło do końca. Eduardo Bort przemyślał sprawę, a że rysa w sercu była głęboka zdecydował wydać płytę pod własnym nazwiskiem. Album, ozdobiony okładką lewitującego wśród gwiazd gitarzysty, ukazał się dokładnie rok później, tuż po upadku reżimu generała Franco nakładem hiszpańsko-portugalskiej wytwórni Movieplay

Album "Eduardo Bort" (1975)
Okładkę albumu „Eduardo Bort”  zaprojektował Fernando Bucho.

Płyta „Eduardo Bort” to sześć utworów trwających niewiele ponad trzydzieści sześć minut muzyki. Mało! Czuję niedosyt!!! Takie rockowe progresywne granie o symfonicznym brzmieniu połączone z szalejącą gitarą przeplataną romantycznymi wstawkami ozdobione elementami hiszpańskiego folku są balsamem na moje uszy. I chyba nie tylko moje…

Ten piękny album rozpoczyna się od podzielonej na dwie części kompozycji „Thougts”(w oryginale „Pensamientos”). Pierwsza część zaczyna się od użycia gitary akustycznej, by później przekształcić się w potężny motyw progresywnego rocka z częstą zmianą rytmu, intensywnym solem perkusyjnym i partią klawiszy na moogu. W drugiej ostra gitara współgra z przenikliwym, wysokim wokalem; w połowie numeru piękna akustyczna wstawka nadała mu głębię i przestrzeń a kończące gitarowe solo chwyta za serce… „Walking On The Grass” („Paseando sobre la hierba”) podąża w tym samym progresywnym kierunku. Delikatny początek z wykorzystaniem fletu, instrumentalne pasaże pełne dźwięcznego bogactwa,  partie wokalne rozpisane na głosy i kończąca ten dziewięciominutowy utwór frenetyczna gitarowa solówka to istne (nie jedyne na tej płycie) arcydzieło progresywnego rocka! Jeśli już mówić o solówkach gitarowych Eduardo, to z całym szacunkiem chylę czoło przed tą zagraną w „Pictures Of Sadness” („Cuadros de tristeza”) przypominająca średniowieczne i romantyczne czasy. Zaryzykuję stwierdzeniem, że to najlepsza solówka gitarowa nagrana do tej pory w Hiszpanii! Użycie melotronu przybliża klimat utworu do lirycznych momentów pierwszych płyt King Crimson i Pink Floyd z okresu płyty „Meddle”. Czyż trzeba lepszej rekomendacji..? Z kolei instrumentalny „Yann” mógłby być częścią arcydzieła Steve’a Hillage’a  Fish Rising. Wspaniały pojedynek pomiędzy klawiszami (mini-moog, melotron) a gitarą prowadzi do finałowego, niemal duszpasterskiego „En las riberas del Yann”. Ta ośmiominutowa kompozycja zaczyna się dźwiękami melotronu, któremu wtóruje akustyczna gitara i balladowy śpiew wokalisty. W okolicach trzeciej minuty zmiana tempa – z rozmachem, w stylu Yes, eksploduje ciężkie progresywne granie. Świetnie wykorzystany elektryczny bas Hernandeza podbija dynamikę utworu, zaś sam Eduardo ze swą niezawodną techniką gry jak zwykle jest doskonały i perfekcyjny w każdym calu…

Promocja albumu była słabiutka, można wręcz powiedzieć – żadna. Nic dziwnego, że przepadł on w epoce niezauważony. Dziś jego cena na giełdach płytowych sięga 1500 $… Co ciekawe –  utwór „Pictures Of Sadness” był grany w europejskich stacjach radiowych takich jak BBC, RNE, RTF, oraz przez legendarną piracką rozgłośnię Radio Caroline. Jak głosi plotka (niepotwierdzona) płytę do tych rozgłośni ponoć wysyłał sam Bort – współczesny, rockowy Don Kichot z Wenecji, który nie miał szczęścia przebić się ze swoją muzyką poza swój kraj…

Diament owinięty drutem. DIES IRAE – „First” (1971)

Saarbrucken – przemiłe miasto położone nad rzeką Saarą w południowo-zachodnich Niemczech graniczące z Francją i Luksemburgiem ze swą uroczą barokową architekturą i francuską atmosferą – było rodzinną kolebką zespołu DIES IRAE. To tu w 1968 roku zespół zadebiutował w jednym z lokalnych klubów i tu zakończył swą krótką działalność.  Pozostawił po sobie singla i duży album zatytułowany „First”. Ironiczny tytuł biorąc pod uwagę, że nie doczekaliśmy się  kontynuacji w postaci albumów „Second”, „Third”… Uczciwie trzeba jednak powiedzieć, że nie było w tym za grosz winy samych muzyków.

Wszystko zaczęło się nad wyraz banalnie. Licealista Rainer Wahlmann podczas nudnych (jego zdaniem) lekcji pisał teksty do swych wyimaginowanych rock’n’rollowych piosenek. Będąc w podstawówce pokochał Elvisa, Eddiego Cochrana, Buddy Holly’ego, Billa Haleya. W szkole średniej był na etapie fascynacji brytyjskiej inwazji muzycznej: The Searchers, Animals, The Who, Kinks i całej reszty im podobnych. Tyle, że tej fascynacji nie podzielał ojciec Rainera. Silny nacjonalizm utrwalił w nim miłość do tradycyjnych niemieckich piosenek, którymi „karmił” syna od kołyski. Nienawidził „muzyki wroga”, tych wszystkich zepsutych zespołów i ich piosenek. Z pogardą mówił, że rock’n’roll to „muzyka brudnych amerykańskich Czarnuchów…”  Któregoś dnia wpadł do pokoju syna i w napadzie szału wyrzucił przez okno gramofon i płyty Stonesów. To przechyliło szalę goryczy; młodzieniec podjął jedną z ważniejszych decyzji w swym życiu: „Zdecydowałem, że będę walczył o wolność myśli i tolerancję nie siłą a muzyką. Zebrałem kilku kumpli z klasy i zaczęliśmy ćwiczyć. Nie umiałem grać, ale miałem coś do powiedzenia. I tak zostałem wokalistą. A w zasadzie udawałem, że nim jestem. Przynajmniej na początku…” To, co zaczęło się jako bunt i akt oporu nastolatka tak naprawdę uruchomiło muzyczną karierę Rainera i jego zespołu.

Dies Irae
DIES IRAE (1971). Od lewej: R. Wahlmann (voc), J. Schiff (gb), H. Thoma (g), A. Cornelius (dr)

Joachim Schiff grający na gitarze siedział razem z Rainerem w jednej szkolnej ławce. Nieco później dołączył do nich świetny gitarzysta Harald Thoma, co zmusiło Schiffa do grania na basie. Kłopot był z perkusistą. W ciągu roku przewinęło się ich kilku, ale żaden nie zagrzał miejsca na dłużej… Pod nazwą The Flash (1966/67) grali piosenki Beatlesów, Stonesów, The Kinks… Gdy odkryli fantastyczne zespoły bluesowe takie jak Bluesbreakers Johna Mayalla, The Yardbirds, Fleetwood Mac, Cream, Taste, oraz amerykańskie legendy gatunku – Muddy Watersa, BB Kinga, Willi Dixona, Howlin’ Wolfa wiedzieli, że pójdą w progresywną muzykę.

Zmienili nazwę na DIES IRAE wraz z przyjściem młodziutkiego Manni von Bohra. Niestety przyszły niemiecki papież perkusji (jak się dziś o nim mówi) z uwagi na to, że nie zdał szkolnych egzaminów i musiał powtarzać klasę dostał od rodziców szlaban na granie w kapeli (później zastał członkiem grupy Birth Control). Szczęśliwie tuż po nim do zespołu trafił wysokiej klasy perkusista jazzowy Andreas Cornelius. Postawił jednakże jeden warunek: „Dołączę do waszego zespołu, ale tylko wtedy, gdy zaczniecie pisać swój własny materiał.”

W 1968 roku całe Niemcy Zachodnie zalała nowa fala zespołów muzycznych. Wiele z nich inspirowało się psychodelią tak bardzo popularną po obu stronach Atlantyku. Inni, jak Amon Dull, Can, czy Guru Guru ze swoimi mistrzowskimi improwizacjami „zaciemniali” brzmienie oscylując pomiędzy elektronicznym, psychodelicznym i eksperymentalnym rockiem. Muzyka DIES IRAE miała podobną ciemność. Jednak w przeciwieństwie do zespołów, które były pionierami rodzącej się sceny krautrocka DIES IRAE nie odrzucił amerykańskich wpływów muzycznych. Szczególny wpływ na ich muzykę miał blues. Dla wielu była to muzyka przeszłości, dla DIES IRAE wrotami otwierającymi nowe opcje, które zaprezentowali na albumie „First” wydanym wiosną 1971 roku przez hamburski Pilz – sublabel największej wówczas niemieckiej wytwórni płytowej BASF.

Dies Irae "First" (1971)
Album „First” wydany przez Pilz Records (1971)

Inżynierem dźwięku był wschodzący geniusz konsolety Conny Plank. Sesja w hamburskim Star Records trwała łącznie 25 godzin z czego około trzy poświęcono na nagranie dwóch dodatkowych kompozycji. I tak naprawdę „Silent Night” i „Shepherd’s Song” (ten drugi trwający zaledwie 30 sek.), które zostały włączone do świątecznej składanki „Heavy Christmas”, a którą wytwórnia Pilz wydała tuż przed Bożym Narodzeniem 1970 roku były pierwszymi nagraniami wydanymi na dużej płycie. Padłem z wrażenia słuchając „Cichą noc” w wykonaniu muzyków z Saarbrucken. I przyrzekłem sobie w duchu, że będę do niej wracał w każdą Wigilię Białych Świąt!

Pośpiech przy nagrywaniu debiutu był więc ogromny. Na dodatek w połowie sesji Conny Plank opuścił studio zostawiając konsoletę pod opieką producenta płyty Jurgena Schmeissera. Kilka przecznic dalej, w innym studio nagrywał płytę z grupą Kraftwerk. Wrócił grubo po północy, po pięciu godzinach nieobecności w towarzystwie kolesi z The Rattles, którym obiecał zwolnić wczesnym rankiem studio…

Mimo owych niezamierzonych perturbacji „First” pod każdym względem okazał się dziełem wyjątkowym. Dostaliśmy tutaj ciężką, mroczną muzykę ze sfuzzowaną, tnącą jak piła łańcuchowa gitarą, która jednakże pozostawia sporo miejsca na zabawę, a nawet na eksperymenty z dźwiękiem, a psychodelia miesza się z miażdżącym ciężkim bluesem. Wyobraźmy sobie wspólne jam session Black Sabbath z Amon Duul II, a zbliżymy się do czegoś co powinno zabrzmieć jak DIES IRAE!

Całość otwiera „Lucifer” – dynamiczny blues rockowy numer z szaloną, by nie powiedzieć obłędną partią harmonijki ustnej (Rainer Wahlmann), namiętnym wokalem, kapitalną sekcją rytmiczną i rasową solówką gitarową. Wow! Ekstra! Ktoś nawet porównał ten kawałek do sabbathowskiego „The Wizard”, choć ja skłaniałbym się iść w kierunku grupy Zior… 30 sekundowe „Salve Oime” z łacińską sekwencją Arystotelesa „Salve oime omne animal triste post coitum” („Każde stworzenie jest smutne po obcowaniu”) wypowiedziane przez basistę, „ozdobione” dość dwuznacznymi pomrukami Haralda mogło być uznane za żart. Tyle, że nie wszyscy go zrozumieli, czego konsekwencje zespół odczuje już wkrótce.  Ale o tym za chwilę… Początek „Another Room” wydaje się być ukłonem w stronę Led Zeppelin (sekcja rytmiczna plus gitara), który potem przechodzi w rejony progresywnego rocka z elementami psychodelii. Wokal Rainera to mieszanka siły, pasji i emocji. Te cztery minuty pokazują jak znakomicie zespół porusza się po różnych rejonach muzycznych! Instrumentalny „Trip” jak już sama nazwa sugeruje przenosi nas w niezwykłą narkotyczną podróż do podświadomości i ciemnych zakamarków ludzkiej duszy. Szeptowi Rainera towarzyszy dziwne tło: płacząca gitara, schowany w oddali bas, delikatnie pieszczona perkusja. Awangardowy acid rock i free jazz łączą się potem w tej jakże magicznej, hipnotyzującej podróży z udziałem niezwykłych efektów dźwiękowych, obsesyjnej psychodelii, zagubionych głosów. Siedem absolutnie niesamowitych minut, które przypominają mi najlepsze momenty z płyty „Meddle” Pink Floyd wydanej tego samego roku tyle, że kilka miesięcy później. Nota bene nakręcony na 8 mm taśmie pięciominutowy klip niemiecka telewizja WDR pokazała tylko raz(!) po czym zniknął on z anteny na kilka dekad. Serio!To jedyny zachowany filmowy dokument pokazujący grupę DIES IRAE „na żywo”…

W „Harmagedon Dragonlove” zespół brzmi jak (nie)Święta Trójca brytyjskiego hard rocka! Ognista gitara, potężny rytm stanowią idealne tło dla oszałamiającego wokalu Rainera. A ten w swym tekście miesza biblijne symbole apokaliptyczne (siedmiogłowy czerwony smok, trzy szóstki, Armagedon) z kulturowo odmiennym światem (dzieci kwiaty, LSD, lato miłości), który wybuchł wcześniej po drugiej stronie Atlantyku.

Label wytwórni Pilz Records albumu "First"
Oryginalny label wytwórni Pilz Records albumu „First”

Dużo więcej kontrowersji wzbudził tekst utworu „Tired” jawnie zachęcający do korzystania z  „leków” ułatwiających „wspólne podróżowanie ku słońcu na jaskółczym ogonie” (czyżby aluzja do lennonowskiego „Glass Onion”?). Mimo to trzeba przyznać, że to kolejny świetny blues rockowy jam z solową partią harmonijki, mocnym basem i gitarą wspomaganymi ciężkimi bębnami… Dziewięciominutowa epopeja „Witche’s Meeting” łączy jazz z elementami bluesa, klasycznego rocka i rocka progresywnego. Naładowana efektami psychodelicznymi gitara łączy się z dudniącą perkusją przechodząc w kapitalne zespołowe improwizowanie. Jeszcze jeden oszałamiający jam pokazujący, że DIES IRAE należeli wówczas do muzycznej Bundesligi… „Red Lebanese” to kolejna piosenka, która wzbudziła kontrowersje w 1971 roku. Odnosząca się do palenia haszu była powodem, dla którego władze zakazały grania w radiu nie tylko tej jednej piosenki, ale i całego albumu! Szkoda, bo to kapitalny numer nawiązujący do blues rocka w stylu Ten Years After i Groundhogs, z gulgoczącą gitarą wędrującą po kanałach, chodzącym basem i płynnie przemieszczającymi się gatunkami muzycznymi. Całość kończy 36-sekundowy „Run Off” – żartobliwy ukłon Haralda i Rainera w stronę Elmore’a Jamesa wywołujący uśmiech na twarzy słuchaczy… aż do następnego razu. Niestety, następnego razu nie było już nigdy…

Moralni opiekunowie Niemiec Zachodnich pozbawili zapoznania się z płytą szerokiej publiczności. Kontrowersyjne teksty podważające „niemiecki porządek” w tym brak tolerancji i wolności słowa, nawoływanie do legalizacji miękkich narkotyków i „hipisowska”  muzyka zagrażały (według nich) młodym Niemcom. Wszystkie publiczne stacje zbojkotowały płytę, a bez radiowej promocji nie było szans zaistnienia na tamtejszym rynku muzycznym. Niewiele też w tej kwestii zrobili ludzie z Pilz tłumacząc się zmianą profilu BASF-u ukierunkowaną na popowe szlagiery. Tak przepadł nie tylko DIES IRAE, ale i inne znakomicie zapowiadające się grupy, by wspomnieć McChurch Soundroom, Broselmachine, Rufus Zuphall, Ardo Dombec… Jakże więc prorocza okazała się okładka albumu „First” cała „owinięta” drutem. Takim jakim zazwyczaj oddziela się pastwiska, ale też więzienia i wszelkie obozy odosobnienia. Drut kolczasty – symbol społecznej izolacji…

Jedno jest pewne – ta płyta jest bardzo oryginalna i na swój sposób niepowtarzalna. W mojej ocenie to jeden z najlepszych albumów kontynentalnej Europy i absolutna czołówka topowych albumów krautrocka wszech czasów.

Flower Travellin’ Band – rockowi samuraje.

Punktem zwrotnym w życiu Yuya Uchidy była znajomość i przyjaźń z Johnem Lennonem. Przynajmniej on tak twierdzi. To dzięki niemu ten japoński piosenkarz (grał także na perkusji i gitarze) poznał w połowie lat 60-tych niemal całą ówczesną czołówkę znakomitych brytyjskich artystów: Keitha Richardsa, Jaggera, Burdona, Bakera, Claptona… Wstrząśnięty i oszołomiony londyńskim koncertem Jimi Hendrixa w 1967 roku Uchida szybko wrócił do domu i niemal z marszu założył zespół The Flowers starając się przeszczepić na japoński grunt nową muzyczną fascynację. 25 lipca 1969 roku na tamtejszym rynku ukazała się płyta firmowana nazwą Yuya Uchida & The Flowers pt. „Challenge!” Japońskich fanów zaszokowała ona nie tylko muzyką, ale też intrygującą okładką przedstawiającą cały zespół… nago. Jej producentem (a także menadżerem zespołu) był sam Uchida, który – trzeba to uczciwie przyznać – spisał się z tego zadania znakomicie.

Yuya Uchida & The Flowers "Challenge!" (1969)
Yuya Uchida & The Flowers „Challenge!” (1969)

Album, poza jednym autorskim nagraniem, zawierał wyłącznie covery zachodnich zespołów takich jak Cream („White Room”), Big Brother & Holding Company („Summertime”) The Jimi Hendrix Experience („Stone Free”), Jefferson Airplane („Greasy Heart”) – w sumie było ich dziewięć. Sprawnie zagrane, często cięższe niż oryginał zostały zaśpiewane przez bardzo fajną wokalistkę Remi Aso określana jako japońską Janis Joplin (uważam, że Carmen Maki było znacznie bliżej do Janis) i wokalistę Kento Nakamurę. Za bębnami zasiadł Joji Wada, gitarę solową z fajnymi efektami dźwiękowymi obsługiwał Katsuhiko Kobayashi, na basie zaś zagrał Ken Hashimoto. Jednak jak dla mnie najlepszy utwór na tej płycie to instrumentalny „Hidariashi no Otoko” – kawał świetnego, ciężkiego psychodelicznego rocka z najwyższej półki… Album wywołał zachwyt i szaleństwo wśród japońskich fanów. Tymczasem Yuya Uchida… rozpędził wszystkich członków na cztery strony świata (zatrzymał przy sobie jedynie Joji Wadę) angażując na ich miejsce gitarzystę Hideki Ishimę, wokalistę Joe Yamanakę (obaj z bluesowej grupy Mystic Morning) i basistę Jun Kozuki‚ego. Zmienił też nazwę na FLOWER TRAVELLIN’ BAND.

Flower Travellin Band
Flower Travellin’ Band – „eksportowa” wizytówka japońskiej sceny rockowej..

Uchida wymarzył sobie, by nowa grupa stała się „eksportowym zespołem, który mógłby spodobać się poza Japonią”. Pierwszym wydawnictwem jako FLOWER TRAVELLIN’ BAND była mała płytka „Crash/Dhoop” nagrana wspólnie z kwartetem jazzowym słynnego trębacza Terumassa Himo. To była rozgrzewka, bowiem wkrótce po tym weszli do Nippon Victor Studios i nagrali materiał na debiutancki album. Płyta zatytułowana „Anywhere” ukazała się dokładnie 21 października 1970 roku i posiada jedną z najlepszych (o ile nie najlepszą), rockową okładkę wszech czasów!!!

FLOWER TRAVELLIN' BAND " Anywhere" (1970)
FLOWER TRAVELLIN’ BAND „Anywhere” (1970)

Zdjęcie nagich muzyków pędzących na motocyklach ewidentnie nawiązujące do filmu „Easy Rider” (reż. Dennis Hopper) zostało wykonane wcześnie rano na dawnym wysypisku śmieci w nadmorskim rejonie Zatoki Tokijskiej… Podobnie jak w przypadku płyty „Challenge” album „Anywhere” składał się  z samych coverów. I to jakich! Mamy tu więc słynne „House Of The Rising Sun” The Animals,  13-minutową wersję „21st Century Schizoid Man” King Crimson, rozciągnięty do 16 minut soczyście zagrany „Louisiana Blues” Muddy Watersa (w oryginale trwający niecałe trzy) i najbardziej przyciągający moją uwagę „Black Sabbath” grupy Black Sabbath dłuższy o ponad dwie minuty. Tony Iomi i spółka w życiu nie spodziewali się, że osiem miesięcy po debiucie w odległej Japonii ktoś inny nagra ich numer. I zrobi to absolutnie rewelacyjnie! Tamtejsi dziennikarze napisali o płycie, że to „…unikalna mieszanka progresywnego, odważnego psychodelicznego ekscentryzmu i ciężkiej rockowej surowości”… Fakt – „Anywhere” pokazał wiele muzycznych cech, które miały pojawić się na następnym albumie.

Jeszcze w tym samym roku zagrali koncert na Światowej Wystawie EXPO w Osace. Ich występ obejrzało kilka tysięcy fanów wśród których znalazł się popularny kanadyjski zespół jazz rockowy Lighthouse. Kanadyjczycy byli tak zachwyceni występem, że zaprosili zespół na tournee do siebie. Sen o eksportowej grupie muzycznej Yuya Uchidy stawał się rzeczywistością…

Wyczuwając szansę na międzynarodową popularność muzycy zabrali się do nagrywania kolejnej płyty, tym razem z własnym materiałem. Hideki Ishima wymyślał gitarowe riffy, a ponieważ fascynowała go muzyka indyjska aspekt orientalny stał się częścią brzmienia zespołu. Ze względu na zamiłowanie do zespołowej improwizacji mało było tekstu do zaśpiewania. Joe Yamanaka: „Nie możemy teraz zmienić  kierunku i przestawić się na granie piosenek bo otworzyła nam się szansa na sukces w Ameryce i Europie.” Nowy album został nagrany w ciągu dwóch dni. Iście ekspresowe tempo. Płyta „Satori” ukazała się 5 kwietnia 1971 roku. Wcześniej jej materiał testowali w Toronto występując na scenie m.in. obok Dr. Johna i tria Emerson Lake & Palmer.  Wszystkim opadły szczęki. Sukces!

Album "Satori" (1971)
Album „Satori” (1971)

„Satori” to album koncepcyjny składający się tak naprawdę z jednej, tytułowej, kompozycji podzielonej na pięć części. Psychodeliczny, hard rockowy monster napędzany przez wściekłe gitarowe zagrywki Hideki Ishimy, które wybuchają i eksplodują z wielką mocą. To jest muzyczna Godzilla! Sercem brzmienia jest kapitalna gra sekcji rytmicznej – niesamowity Joji Wada na perkusji wyczynia istne cuda, a Jun Kozuki swym basem podgrzewa całość do czerwoności. No i ten niesamowity wokal Joe Yamanaki, momentami nieziemski, łączący krainę zaświatów ze światem żywych, od którego dostaję dreszczy. Umiejscowiony pomiędzy Iggy Popem, a Robertem Plantem z dużą skalą rozpiętości robi wrażenie… Wyjątkowe, hipnotyzujące brzmienie ma bardzo charakterystyczny wschodni układ odniesienia, któremu odpowiada nawet styl okładki w hinduistycznym stylu. Mnie „Satori” zabiera w podróż do centrum jakiegoś miejsca, które wydaje się znajome, ale nigdy wcześniej nie było mi dane go odwiedzić…

Szacowny „Rolling Stone” umieścił tę płytę na 71 miejscu japońskich płyt wszech czasów pisząc m.in : „Zespół uchwycił tu eklektyzm rockowej sceny lat 70-tych, i wszystkie filozofie, które stopniowo ewoluowały w pełni rozpoznawalne gatunki. „Satori” ze swym groźnym i złowieszczym brzmieniem stał się esencją doom metalu.”

Pod koniec roku odbyli kolejne tournee po Kanadzie wraz z grupą Lighthouse. Korzystając z okazji nagrali tam swój trzeci studyjny album ironicznie zatytułowany „Made In Japan”. W nagraniu  udział wziął klawiszowiec Lighthouse, Paul Hoffert, który podjął się także (do spółki z Uchidą) produkcji krążka. Chorego na gruźlicę Wadę w kilku nagraniach zastąpił kanadyjski perkusista Paul Devon. Płyta ukazała się 10 lutego 1972 roku kilka tygodni przed ich powrotem z Kanady.

"Made In Japan" (1972)
„Made In Japan” (1972)

Po tak wysoko zawieszonej poprzeczce jakim był album „Satori” zespołowi trudno było przebić swego poprzednika. „Made In Japan” skazany był na wszelkie porównania. Choć wizja Hofferta nie zawsze odzwierciedlała styl zespołu to Uchida i muzycy byli zadowoleni z całego wyniku. Płyta broni się znakomicie, a takie utwory jak „Kamikaze”, „Spasm”, czy „Hiroshima” (będąca nową interpretacją „Satori Part III”) trzymały wysoki poziom.

Niemal dokładnie rok później ukazał się ostatni, tym razem podwójny album zatytułowany „Make Up” będący zbiorem utworów wykonywanych przez FLOWER TRAVELLIN’ BAND na żywo jak i w studio.

"Make Up" (1973)
„Make Up” (1973)

Jeden z ówczesnych recenzentów określił go jako „zdezorientowany i co najmniej niekonsekwentny”. I coś w tym stwierdzeniu jest. Obok znakomitych rockowych nagrań takich jak  „Slowly But Surely”, „All The Days”, „Satori II” czy 24-minutowa wersja „Hiroshimy” zespół pokazuje tu, raczej dość nieoczekiwanie, bardziej łagodną, popową stronę. Mam tu na myśli „Blue Suede Shoes”delikatny „Look At My Window”czy „Broken Strings” będący niczym innym jak bluesową rzewną balladą, przy której zapalniczki w rękach fanów wędrują do góry.

Wspólne koncert z The Rolling Stones podczas planowanego tournee Brytjczyków po Japonii niestety nie doszły do skutku. Problemy Micka Jaggera oskarżonego o posiadanie narkotyków spowodowały, że wokaliście cofnięto wizę… Latem 1973 roku FLOWER TRAVELLIN’ BAND dali swój ostatni koncert w Maruyama Park w Kioto po czym drogi muzyków rozeszły się. Każdy z nich poszedł swoją drogą angażując się we własne projekty muzyczne. Pozostawili po sobie fantastyczne płyty, które do dziś zadziwiają swoją świeżością. Tacy bywają rockowi samuraje..

Teksański rock: IOTA, TITUS OATES, HOMER.

Na przełomie lat 60-tych i 70-tych wybić się w Teksasie grając muzykę rockową nie było łatwo. Dominacja country i bluesa była tak silna, że inne gatunki traktowane były po macoszemu. Na szerszą skalę udało się to jedynie brodaczom z ZZ Top, choć i oni dochodzili do swego sukcesu poprzez bluesa. Tyle, że słuchając ZZ Top już po trzech, czterech utworach wiesz, że ich muzyka jest przewidywalna do granicy bólu. W przypadku poniższych płyt na szczęście tak nie jest…

Biografia IOTY jest krótka, a jej dyskografia jeszcze krótsza. Ten kwartet pochodzący z El Paso nad rzeką Rio Grande w Teksasie (tuż przy granicy z Meksykiem) aktywnie działał pod koniec lat 60-tych i na początku lat 70-tych. Agresywne, hard rockowe granie z domieszką prog rocka i psychodelii wyróżniały ich na lokalnej scenie. Byli tak dobrzy, że śmiało mogli konkurować z czołówką brytyjskich zespołów rockowych. W 1971 roku grupa IOTA związała się z lokalną wytwórnią płytową Suemi, a gdy jej właściciel Kenny Smith przeniósł się do Memphis zabrał chłopaków ze sobą. W wynajętym The Royal Recording Studios podczas 12-godzinnej sesji nagrano osiem utworów; spośród nich cztery wydano na dwóch singlach przez tamtejszy Hi Records.

Iota "Iota" (1969)
IOTA „Iota” (1972) – kompilacyjny CD wytw. Shadoks Music z 2003 r.

Jak na ironię te dwa wspaniałe single okazały się za mroczne i za ciężkie dla czterdziestu komercyjnych stacji radiowych nadających w obrębie Memphis! Ogniste solówki gitarowe wzmocnione nastrojowym brzmieniem klawiszy, potężne bębnienie, dramatyczny śpiew i pulsujący bas w wykonaniu IOTY byłyby standardem i znakiem rozpoznawczym dla hard rocka w Londynie, czy w San Francisco – dla Memphis było to zbyt ekstremalne. Tak więc sukces i projektowany longplay nigdy się nie zmaterializował. Szkoda. Grupa występowała na scenie jeszcze do 1974 roku po czym rozwiązała się. Na szczęście Kenny Smith zatrzymał taśmy z ich nagraniami. Dotarli do nich ludzie z niemieckiej wytwórni Shadoks Music. Płyta CD opatrzona piękną progresywną okładką wydana w 2003 roku zawiera w sumie dziesięć utworów: osiem z Memphis (w tym oba single) i dwa nagrania zrealizowane w El Paso… Sfuzzowane gitary wspomagane efektami wah wah, ciężkie brzmienie organów, gęsta sekcja rytmiczna – wszystko to przywodzi mi na myśl wczesny Deep  Purple, Blue Cheer, debiut Iron Butterfly. Słychać to szczególnie w  „Sing For You”… Z kolei „Love Come Wicked”, „Bottle Baby” i „Better Place” to fantastyczne połączenie blues rocka z psychodelią. Największe wrażenie robi na mnie jednak „Precincts” (wydany na singlu pod tytułem Within These Precincts”). Ciemna, nastrojowa piosenka z wciągającą melodią i pełną dramatyzmu melodeklamacją wokalisty przeradza się w psychodeliczno rockowy doorsowski numer z mnóstwem przepastnego basu i liryczną gitarową solówką. Cudo! Myślę, że jeśli ktoś tę płytę zdobędzie nie odda jej w żadne inne ręce. Coś o tym wiem…

Pięcioosobowy TITUS OATES pochodził z Dallas. Swą nazwę zaczerpnął od imienia i nazwiska angielskiego duchownego żyjącego w drugiej połowie XVII wieku, który przyczynił się do obalenie króla Jakuba II Stuarta. To taka mała analogia do osoby angielskiego agronoma, niejakiego Jethro Tull’a żyjącego w tym samym czasie… Zespół grał gitarowego hard rocka (nieco w stylu Wishbone Ash i UFO) z elementami rocka progresywnego (saksofon, organy, syntezator) łącząc go z psychodelią i amerykańskim folkiem. Swą jedyną płytę „Jungle Lady” nagrał w 1974 roku. Krążek wydała lokalna mała, niezależna wytwórnia Lips. Jak się łatwo domyślić – w bardzo niskim nakładzie. Tak małym, że oryginalny winyl uważany jest za Świętego Graala amerykańskiego ciężkiego rocka. Fani zespołu twierdzą do dziś, że Dallas zabiło nie tylko prezydenta Kennedy’ego. Zabiło też rock progresywny…

TITUS OATS "Jungle Lady" (1974)
TITUS OATS „Jungle Lady” (1974)

Autorem wszystkich kompozycji był basista Rick Jackson. Zwracam uwagę na nagranie tytułowe kapitalnie zagrane na dwie gitary prowadzące z delikatnym podkładem organów Hammonda w tle i saksofonowymi ozdobnikami… Podobnie, choć dużo ostrzej jest w „Blanket” – zadziorne klawisze toczą bój z pięknym duetem gitar z efektem wah wah… Oniryczny początek „Friend Of Life” jest małą zmyłką – muzyka szybko nabiera ostrego tempa, a całość kończy  świetny hard rockowy riff… Słodka jak miód soft rockowa ballada „Dream On A Train” z pięknymi harmoniami wokalnymi wlewa się w uszy na długo, więc chorzy na cukrzycę powinni trzymać się od niej z daleka. Zresztą wszelkie harmonie wokalne śpiewane na płycie są niesamowite, a duet z gościnnym udziałem Pam Jackson w „Time Is Only To Fear” jest bardziej imponujący niż niejedno znane arcydzieło spod znaku Jefferson Airplane… Klimatyczny funk „Don’t Get Your Honey Where You Make Youre Money” przypominający mi Climax Blues Band z płyty „Stamp” jest jednym z najciekawszych nagrań na tym krążku. Chociaż jak słucham „Mr. Lips”, czy ostatniego nagrania „The Cage” już nie jestem tego taki pewien…

HOMER wywodził się z dwóch legendarnych grup garażowych z lat 60-tych działających w San Antonio: The Outcasts i The Stoics. Blisko związani z ZZ Top (wspólne występy i trasy koncertowe) byli bez wątpienia jednym z najlepszych psychodelicznych/hard rockowych zespołów pochodzących się z Teksasu. Ich jedyny album „Grown In U.S.A” wydała maleńka prywatna wytwórnia płytowa Sunkist w 1970 roku. Niewielki, by nie powiedzieć zerowy budżet pozwolił wytwórni na wytłoczenie około 1000 egzemplarzy. Muzycy nie dostali za nią ani centa…

HOMER "Grown In U.S.A." (1970)
HOMER „Grown In U.S.A.” (1970)

Ich brzmienie porównać mogę do grupy Fever Tree (na Boga, czy ktoś jeszcze kojarzy tę psychodeliczną kapelę z Huston śpiewającą kapitalne „San Francisco Girls (Returne To The Native)”..?!). Album „Grown In U.S.A.” zawierał mieszankę hard rocka na dwie gitary prowadzące, psychodelię z niewielkimi wpływami folku, muzyki country i – co mnie szczególnie cieszy – prog rocka z pojawiającym się okazjonalnie melotronem.  A do tego pełne emocji nośne melodie, fajne improwizacje, nagłe zmiany rytmu, cudne harmonie wokalne… W hard rockowym „Circles In The North” pojawia się elektryczna gitara hawajska (steel guitar) – w brytyjskim rocku wtedy jeszcze niewykorzystywana. Granica między folkiem a country zaciera się w świetnym „Talking Me Home” zaś porażająca ballada „Dawson Creek” przypomina Neila Younga skrzyżowanego z The Moody Blues. Bogato zaaranżowana, wyrafinowana kompozycja „Four Days And Nights Without You” zaśpiewana unisono i podlana psychodelią to już czysty rock progresywny z najwyższej półki. Cytat z „Bolero” Maurice’a Ravela pojawia się we wspaniałym „Cyrano In The Park”; całość kończy zaśpiewany żarliwym głosem rockowy „Lonely Woman”.

Aby odnieść sukces w show biznesie nie zawsze wystarczy mieć talent i szczęście. Czasem trzeba znaleźć się też w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie. Poza tym myślę sobie, że w świecie muzyki rockowej nie było sprawiedliwości – inaczej IOTA, TITUS OATES i HOMER śmiało powinni byli dołączyć w tamtym czasie do czołówki brytyjskich (i nie tylko brytyjskich) wykonawców…

SECOND HAND – Między fantazją a rzeczywistością (cz.II)

Z powodu całkowitego braku wsparcia przez Polydor debiutancki album SECOND HAND niestety przepadł. Wytwórnia nie wydała singla promocyjnego, nie było choćby jednej reklamy prasowej, żadna stacja radiowa nie grała ich muzyki. „Tak jakbyśmy w ogóle nie istnieli” – żalił się Ken Elliott. Nie mniej rozgoryczony był też Vic Keary, producent płyty i dobry duch zespołu. Kilkanaście miesięcy później założy niezależną wytwórnię fonograficzną Mushroom kradnąc chłopaków Polydorowi.

Ich muzykę docenił Frankie Dymon Jr. Ten  Afro-Brytyjczyk, działacz na rzecz praw Czarnych, muzyk, aktor i filmowiec w latach 60-tych należał do brytyjskiego skrzydła ruchu Czarnych Panter. Film z przewrotnym tytułem „Death May Be Your Santa Claus” (Śmierć może być twoim Świętym Mikołajem), w którym tematyka tożsamości seksualnej i politycznej zamknięta jest w kontekście hipisowskiego Londynu lat 60-tych, opatrzona była muzyką zespołu SECOND HAND. Tytuł filmu pochodził zresztą od nowo powstałej kompozycji zespołu, która miała wejść na następny album. Ale to jeszcze pikuś! Ten krótki obraz (obejrzałem kilka razy, trwa niecałe 40 minut!) zawiera SENSACYJNĄ, dwuipółminutową sekwencję ukazującą grupę grającą na żywo! Biorąc pod uwagę fakt, że nikt nigdy nie sfilmował ich występów jest to unikat i prawdziwy RARYTAS!

W tym czasie morale zespołu było, delikatnie mówiąc, niskie. Dla jego podratowania kapela ruszyła w trasę po Europie z nadzieją, że coś się zmieni. Zmieniło się. Na gorsze. Grupa całkowicie popadła w totalną demoralizację sięgającą dna. Narkotyki zaczęły wyniszczać zdrowie gitarzysty Boba Gibbonsa, który zażywał je w dużych ilościach. Ponoć zagłuszał nimi ból po śmierci swego ojca. Prawda była jednak bardziej brutalna – muzyk pogrążał się w śmiertelnym nałogu niszcząc mu umysł.

SECOND HAND z nowym basistą Georgem Hartem (1969)
SECOND HAND z nowym basistą Georgem Hartem (1969)

Europejska trasa przyniosła im sporą popularność. Największą we Francji, gdzie sale wypełniały się po brzegi, a chętnych by posłuchać i zobaczyć zespół w akcji znacznie przekraczały ich pojemność. Jak na band, którego płyta na Wyspach praktycznie nie zaistniała można powiedzieć, że odnieśli duży sukces. Tyle, że sukces okupiony był też kolejnymi zmianami personalnymi. Z grupą pożegnał się basista Nick South (nie wytrzymał rock’n’rollowego trybu życia), którego zastąpił George Hart. Tuż po odejściu Nicka na usilne prośby matki z grania w zespole zrezygnował Bob Gibbons, którego stan psychiczny wcale się nie poprawiał. Ba! Było coraz gorzej. Pobyt na odwyku i leczenie w szpitalu psychiatrycznym niewiele zmienił. Zmagając się z nałogiem i depresją w 1977 roku gitarzysta popełnił samobójstwo… Na jego miejsce Ken Elliott nikogo nie zaangażował. „Bob jest niezastąpiony” – uciął krótko dyskusję w tym temacie. Za to do zespołu trafił jego brat Rob przejmując rolę wiodącego wokalisty. W takim składzie jesienią 1970 roku zespół wszedł do Chalk Farm Studio, by pod okiem Vica Keary’ego zrealizować swój nowy album. Płyta „Death May Be Your Santa Claus” ukazała się 1 kwietnia 1972 roku (i wcale nie był to żart prima aprilisowy!) nakładem nowo powstałej, niezależnej  wytwórni Mushroom. Tej, której właścicielem był Vic Keary…

Second Hand "Death May Be Your Santa Claus" (1971)
Second Hand „Death May Be Your Santa Claus” (1971)

Od razu uprzedzam – nie jest to płyta łatwa w odbiorze. Wymaga  skupienia, uwagi, może nawet kilku przesłuchań.  Co by jednak o niej nie mówić i nie wiem jak oceniać jedno jest pewne –  „Death May Be Your…” to autentyczny, progresywny majstersztyk zespołu, który wyprzedził swój czas! Jest tu brawura i szaleństwo Zappy, jazzowa stylistyka Canterbury, progresywne klimaty The Nice, awangarda King Crimson. Dominują klawisze – melotron, organy Hammonda, fortepian,.. Z ich pomocą Ken tworzy obłędne muzyczne pejzaże nie popadając przy tym w banał. Gitara pojawia się raz, w „Cyclops”, ale z uwagi na gęstą muzyczną fakturę jej brak na płycie jest całkowicie niezauważalny.

Label oryginalnego LP wytwórni Mashroom
Label oryginalnego, drugiego LP Second Hand wytwórni Mashroom.

Tan album nagrali  muzycy o obłędnej wyobraźni muzycznej żyjący tak naprawdę między fantazją a rzeczywistością. Trudno wyróżnić mi tu jakikolwiek utwór. Tytułowa kompozycja w stylu Franka Zappy zbudowana na powtarzającym się riffie przytłacza wokalem i szalonymi klawiszami. Prawdziwie eksperymentalny charakter albumu pokazuje „Hangin’ On An Eyelid” – setki pomysłów klawiszowca zderzają się niczym cząsteczki atomu w reaktorze jądrowym… Ośmiominutowy „Lucifer And The Egg” to rockowy potwór z maniakalnym, heavy psychodelicznym  bębnieniem i piskliwym wokalem. Czad! Instrumentalny i odrobinę krótszy „Cyclops” wstrząsa tajemniczym klimatem, powolnie budowanym nastrojem grozy i cudowną partia kościelnych organów na samo zakończenie. Po odsłuchaniu płyty często wracam do tego fragmentu… Awangardowy „Revelations Ch. 16 Vs 9 – 21” ma ciężką, ołowianą atmosferę, a króciutki „Take To The Skies” zachwyca syntezatorowym brzmienie wczesnego Tangerine Dream.

Album odniósł dużo większy sukces niż jego poprzednik. Singiel „Funeral/Hangin’ On An Eyelid” wydany w czerwcu grały stacje radiowe nie tylko na Wyspach, co dobrze rokowało na przyszłość. Mimo to zespół wycofał się z tras koncertowych, zrezygnował z występów na żywo. Wszystko to wyglądało jak początek końca…

Przerwa na szczęście nie trwała długo, a zaangażowanie młodego gitarzysty Tony McGilla (a jednak!) dało pomysł na nagranie kolejnej płyty wstępnie zatytułowanej „Chillum” (chillum to rodzaj fajki do palenia marihuany). Możliwe, że jasne konotacje narkotykowe były prowokacją, celową próbą wkurzenia kogoś z dużych wytwórni płytowych, lub zagranie na nosie konserwatywnej elicie społecznej tak niechętnej muzykom…

Front okładki "Chillum" (1971)
Front okładki albumu „Chillum” (1971)

Przed rozpoczęciem pracy grupę opuścił wokalista Rob Elliott. Jego odejście postawiło cały projekt pod znakiem zapytania. Muzycy skłonni byli odłożyć go na czas nieokreślony, ale Vic przekonał wszystkich, aby nagrać ten album tak jak pierwotnie planowano.  Płyta została nagrana w jeden dzień(!) i wydana pod koniec 1971 roku. Ze względu na brak w składzie Boba Gibbonsa i Roba Elliotta zespół postanowił wydać ją pod szyldem CHILLUM.

Tył okładki "Chillum".
Tył okładki płyty „Chillum” potwierdza doskonałe poczucie humoru grupy!

Muzyka na tej płycie to już zupełnie inna bajka. Wypełniają ją w całości improwizowane i brawurowo wykonane kompozycje, z których najdłuższa, „Brain Strain” trwa ponad 21 minut! Vic Keary nie ingerował w poczynania zespołu w studio. Włączył magnetofon i pozwolił, by taśma biegła. Nic dziwnego, że w kilku momentach mamy dość dziwne i  niespodziewane efekty dźwiękowe jak chrapanie zmęczonego całonocną sesją Kierana O’Connora, chrząkanie Vica, niezbyt delikatny budzik, śmiech technicznych. Nieskrępowany format pozwolił im na pełną swobody grę z mnóstwem różnych nastrojów. Wspomniany już „Brain Strain” wypełniony jest milionem muzycznych pomysłów z rozmytymi, organami, przenikliwą i całkiem pomysłową gitarą w stylu lekko obłąkanego Syda Barretta z debiutu Pink Floyd. Gra na basie George’a Harta jest hipnotyczna i nieco senna, ale całe show w tym utworze i tak skradł perkusista – szalony, ognisty, żywiołowy… Minutowa kołysanka „Land Of A Thousand Dreams” ze spokojnym melotronem i ładnym fortepianem łączy się z „Too Many Bananas” będący solowym popisem O’Connora na bębnach… Wyluzowany, idealnie wyważony, dziesięciominutowy „Yes! We Have No Pajamas” z melodyjnym basem, ostro walącą perkusją i niemal bluesową gitarą ma mnóstwo nokautującego Hammonda. Kapitalny kawałek trochę przypominający zwariowaną wersję holenderskiej grupy Focus… „Promenade Des Anglaise”– akustyczny kawałek, który Ken napisał jeszcze we Francji w interpretacji młodego gitarzysty brzmi niemal jak bossa nova. Zbyt piękny i delikatny wtedy nie pasował do ich drugiej płyty…

SECOND HAND jako CHILLUM (1971)
SECOND HAND jako CHILLUM . GitarzystaTony McGill pierwszy z prawej.

Kompaktowa reedycja niemieckiego Universum Records z 2007 roku zawiera dodatkowo pięć nagrań nigdy wcześniej nie publikowanych. „Fairy Tale” i „Celebration” zespół nagrał tuż po europejskim tournee; „This Is Not Romance” Elliott zaśpiewał i zagrał na fortepianie Steinwaya tuż przed sesją nagraniową albumu na rozruszanie; dwuczęściowy „Incubator” to eksperymentalny utwór stworzony przez inżyniera Mike’a Craiga – nigdy tego pomysłu nie wykorzystali.

Album „Chillum” został (niestety) niezauważony, co ostatecznie skłoniło Kena Elliotta do rozwiązania SECOND HAND na początku 1972 roku. Dwa lata później wspólnie z Kierranem powołali do życia progresywną formację Seventh Wave wydając dwie bardzo dobre i naprawdę ciekawe płyty z udziałem angielskiego jazzmana Petera Lemera i Hugh Bantona z Van Der Graaf Generator. Ale to już inna opowieść…

KONIEC CZĘŚCI DRUGIEJ, OSTATNIEJ.

SECOND HAND – między fantazją a rzeczywistością (cz.I)

SECOND HAND to jeden z pierwszych brytyjskich progresywnych zespołów rockowych i – o ironio –  najbardziej niedoceniony zespół progresywnego rocka w historii! Serio..! Przepraszam, że zaczynam od tak dołującego stwierdzenia, ale ilekroć słucham ich płyt (wydali trzy) świadomość tego absurdu sprawia, że chce mi się po prostu wyć! Paradoksalne jest też i to, że liczni kolekcjonerzy tworzący listy płytowych rarytasów rzadko je tam umieszczają. Szkoda, bo moim zdaniem są one lepsze i ciekawsze od niejednego klasyka…

W 1965 roku Ken Elliott miał 15 lat, gdy podczas nudnej lekcji historii kolega ze szkolnej ławy Kieran O’Connor szepnął mu do ucha: „Załóżmy zespół muzyczny”. Od tego momentu wypadki potoczyły się w iście piorunującym tempie. Ken szybko nauczył się grać na harmonijce ustnej i pianinie, zaś Kieran tłukąc z pasją po matczynych garnkach i miskach imitujących perkusję szkolił swe umiejętności niczym zawodowy bębniarz. On też wciągnął do zespołu swych kumpli z podwórka: Boba Gibbonsa grającego na gitarze i Granta Ramsaya na basie. Jako Next Collection bazowali w Streatham, w południowym Londynie. Byli pod silnym wpływem muzyki The Who, Small Faces i Creation, a wszystko kręciło się wokół gitarowych szaleństw Gibbonsa chętnie wykorzystującego sprzężenia zwrotne. Luz i sceniczna spontaniczność szybko zjednały im lokalną publiczność. Szczególnie jej żeńską część. Balangi zaczęły więc przenosić się także poza scenę… Pani Ramsay, matka Granta, dbając o morale syna wyciągnęła go dosłownie za uszy z jednej z takich imprez. Do zespołu już nie wrócił… Wkrótce zastąpił go Arthur Kitchener. To wraz z nim grupie udało się wygrać turniej młodych talentów, którego nagrodą była możliwość nagrania demo w Maximum Sound Studios. Podczas tej sesji The Next Collection zarejestrowali dwa nagrania: „A Fairy Tale” i „Steam Tugs”. Oba, w nieco zmienionej wersji, znajdą się później na ich debiutanckim albumie „Reality”, zaś właściciel studia, Vic Keary, tak bardzo polubił niesforne dzieciaki, że postanowił zostać ich producentem.

Na początku był The Next Collecttion
Na początku był The Next Collection (1967)

Dzięki jego wsparciu zespół podpisał kontrakt z wytwórnią Polydor przy okazji zmieniając nazwę na The Moving Finger. Osią grupy stali się ostatecznie Kenny Elliott i Kieran O’Connor kierując muzykę w stronę rodzącego się prog rocka i modnej wówczas psychodelii. Prace nad płytą posuwały się dość sprawnie. Większość materiału została napisana i nagrana już na początku 1967 roku, Niestety podczas sesji grupę niespodziewanie opuścił Arthur Kitchener. Przymusową przerwę muzycy wykorzystali na… huczne imprezki z udziałem tabunu chętnych do zabaw dziewczyn, suto zakrapianych alkoholem, LSD i innymi używkami. Dopiero kiedy szefowie wytwórni zagrozili zerwaniem kontraktu zespół zamieścił ogłoszenie w NME, na które dość szybko odpowiedział Nick South. W rezultacie połowa piosenek na płycie została nagrana z Kitchenerem, druga z Southem

Ukończony w końcu album miał ukazać się we wrześniu 1968 roku. Tuż przed jego wydaniem wytwórnia Polydor  odkryła, że Mercury Records wydał singiel zespołu, który nazywał się… The Moving Finger. Grupa po raz kolejny zmieniła nazwę, tym razem na SECOND HAND, upamiętniając miejsce (sklep), w którym muzycy za grosze kupowali pierwsze instrumenty muzyczne. Ostatecznie debiutancka płyta „Reality” ukazała się dopiero pod sam koniec 1968 roku…

SECOND HAND "Reality" (1968)
SECOND HAND „Reality” (1968)

„Reality” to album koncepcyjny. Opowiada historię Denisa Jamesa, który ma nieszczęśliwe dzieciństwo i ojca potwora („A Fairy Tale”). Nocą nawiedzają go lęki i  koszmary, a leki depresyjne powodują halucynacje („Steam Tugs”). Przyjaciele widzą w nim  żartownisia i pajaca („Denis James The Clown”) nie dostrzegając jego wrażliwości i inteligencji. Wkrótce staje się celebrytą wchodząc na drogę ciemnej strony życia, w świat pijackich orgii, narkotyków i totalnej autodestrukcji („Mainliner”). Gdy rzuca go ukochana dziewczyna przedawkowuje narkotyk umierając w wannie podczas kąpieli. Jego śmierć radiowy DJ ogłasza tonem, w którym nie ma żalu i smutku („Bath Song”) Tak w skrócie wygląda warstwa tekstowa płyty.

„Reality” to jeden z tych niezwykłych albumów, gdzie klasyczna psychodelia a la wczesny Pink Floyd miesza się z rockiem garażowym i prog rockiem. Jest to najbardziej słyszalne w genialnym utworze „Mainliner” i nagraniu tytułowym, które połączone razem tworzą 15-minutową suitę. Ten pierwszy (wart każdych pieniędzy!!!) opowiada o uzależnieniu od heroiny i ma niesamowicie mroczny, atmosferyczny, niemal samobójczy klimat z przeszywającymi na wskroś kościelnymi organami na pierwszym planie. Przestrzegam słuchania go w samotności ciemną, głęboką nocą… W drugim pojawiają się elementy muzyki klasycznej. Jest też kwartet smyczkowy i wiolonczela, która w połowie nagrania wraz z organami przez ponad minutę czaruje niesamowitym nastrojem. Mocny rockowy finisz z tnącą jak brzytwa gitarą, masywną wiolonczelą i potężnym basem grającym w dolnych rejestrach zapiera dech w piersiach. No i wokal, który kojarzy mi się z Demisem Roussosem śpiewającym „The Four Horsemen”  (płyta „666” Aphrodite’s Child) rozwala mnie totalnie… „Good Old ’59” i „A Fairy Tale” to z kolei piękne i urocze piosenki, chociaż fragment tekstu z „A Fairy Tale” mrozi krew w żyłach: „Father comes home late at night, hard as niles; his stony footsteps on the stairs end our fairy tales…” O ile smutny „The Bath Song” uderza w liryczny i łagodny nastrój, to już taki np. „Rhuharb!” jest typowo gitarowym hendrixowskim wymiataczem! To samo mogę powiedzieć o nagraniu „The World Will End Yesterday” – psychodeliczne arcydzieło z różnymi sztuczkami i efektami studyjnymi, bardzo ciężkim basem i mocarną perkusją. Takiego brzmienia nie miało wówczas nawet słynne trio Cream!

Trudno uwierzyć, że tak dojrzały album nagrali tak bardzo młodzi ludzie. Na pewno mieli naturalny talent do pisania piosenek. Tych typowo popowych jest tu jednak jak na lekarstwo. Efekty wokalne i dźwiękowe, które zostały wykorzystane wskazują, że „Reality” pochodzi z tej krótkiej epoki, kiedy zespoły zaczęły coraz śmielej eksperymentować w studio przełamując normy trzyminutowej piosenki. Zostawili za sobą garażową muzykę w stylu The Who i Small Faces ruszając w innowacyjne i bardziej awangardowe terytoria wyprzedzając swój czas. Na szczęście nie była to sztuka dla sztuki bowiem SECOND HAND dostarczyli swoją muzykę z iście żarliwą młodzieńczą energią. Energią będącą czymś więcej niż odrobiną punkowej orientacji generacji Modsów.

Wynik niefortunnych zbiegów okoliczności sprawił, że album wówczas przepadł. Jestem pewien, że gdyby ukazał się pod nazwą The Beatles, lub Pink Floyd prawdopodobnie do dziś oglądalibyśmy w telewizji filmy dokumentalne na jego temat.

Kocham ten album! Za Boba Gibbonsa i jego sposób gry na gitarze ocierający się o Hendrixa; wspaniały, głośny, tnący a jednocześnie bardzo zwiewny i subtelny. Za wokal Kena Elliotta z uduchowionymi zwrotami akcji, a przede wszystkim za wspaniałą grę na klawiszach ukazującą jego maestrię.  Za świetnych basistów, oraz doskonałego, bardzo utalentowanego Kierana O’Connora – gość na perkusji wyczynia cuda. Za treść – bajkę o złym królu głoszącym, że świat się skończy, a pokój i miłość są (jak w okropnym horrorze) zamknięte wewnątrz naszych umysłów. Kocham ten album za to, że jest. Po prostu…

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ

 

THE SHIVER „Walpurgis” (1969)

THE SHIVER pochodzili z St. Gallen – szwajcarskiego miasta położonego nieopodal Jeziora Bodeńskiego. Ciekawostką jest to, że językiem urzędowym jest tu język niemiecki, choć miejscowi mówią szwajcarsko-niemieckim dialektem zwanym Alemannic… W 1965 roku powstała tu beatowa grupa The Shivers, w której na gitarze grał Dany Ruhle zaś na perkusji jego przyjaciel ze szkolnej ławki Roger Maurer. Działali niecały rok, po czym zespół poszedł w rozsypkę nie zostawiając po sobie żadnych nagrań. W maju 1967 roku Ruhle i Maurer postanowili wskrzesić nieistniejącą kapelę pod lekko zmodyfikowaną nazwą THE SHIVER namawiając do współpracy, pochodzącego z sielankowego miasteczka Rovio, basistę Mario Conzę. Początkowo grali  rhythm’n’bluesowe kawałki w stylu The Yardbirds i The Spancer Davis Group, a także covery zespołów takich jak Procol Harum i The Moody Blues. Zaczęli też tworzyć własne kompozycje.

W listopadzie 1967 roku trio zdobyło pierwszą nagrodę w „bitwie zespołów” na Schweiz („Swiss”) Rhythm & Blues Festival, który odbył się w Hazyland w Zurychu. Dwa utwory wykonane na żywo podczas festiwalu: „You Don’t Love Me” i „Hear My Plea” znalazły się wkrótce na kompilacyjnym albumie „1. Schweiz Rhythm And Blues Festival” wydanym przez Jecklin Pop Disco w 1968 roku.

Kompilacyjny LP z dwoma nagraniami Shiver
Okładka kompilacyjnego LP z dwoma nagraniami Shiver z festiwalu (1968)

Tuż po festiwalowym sukcesie zespół zasilił kompozytor i klawiszowiec Marco „Jelly” Pastorini były członek beatowej grupy The Sevens z Zurych. Jego obecność spowodowała, że odwrócili się od R & B kierując się w psychodeliczne i bardziej „postępowe” rejony muzyczne… Rok później na tym samym festiwalu wystąpili przed gwiazdą imprezy, grupą Pink Floyd i po raz drugi zgarnęli główną nagrodę –  tyle, że w kategorii… muzyka pop(!). Nagrodą było nagranie małej płytki wspólnie z zespołem The Etc – laureatem w kategorii rhythm and blues. Co prawda singiel okazał się płytą acetatową przeznaczoną głównie dla radiowych DJ’ów, ale muzycy podeszli do jego nagrania z wielką powagą. Nagrali cover Procol Harum „Repent Walpurgis”, zaś The Etc własną kompozycję „I’ve Done You Wrong”. O ile singiel pomógł w dalszej karierze chłopakom z THE SHIVER to The Etc zniknął z muzycznej sceny na zawsze…

Grupa The Shiver (1969)
The Shiver (jeszcze)  jako kwartet (1968).

Pod koniec 1968 roku kiedy niemiecka wytwórnia Maris Musik zaproponowała im kontrakt przygarnęli do siebie brytyjskiego wokalistę Petera Robinsona, który w tym czasie podróżował po Szwajcarii. W takim składzie w grudniu weszli do Soundcraft Studio w Bienne nagrywając swą debiutancką płytę. Dwie kompozycje z tej sesji: „Hey Mr. Holy Man/The Peddle” wydano na singlu bardzo szybko, bo już w styczniu 1969 roku. Okładkę singla zaprojektował znany szwajcarski grafik H. R. Giger, który kontynuując pomysł zmodyfikował ją na dużym albumie. Ten ukazał się kilka tygodni później po tytułem „Walpurgis”.

Okładka płyty "Walpurgis" zaprojektowana przez H.R. Gigera
Okładka płyty „Walpurgis” (1969) zaprojektowana przez H.R. Gigera

Zanim o muzyce, kilka słów o Hansie Rudolfie Gigerze. Ten ceniony szwajcarski grafik najbardziej znany jest w światku filmowym wspierając swoją twórczością przemysł filmowy. To on stworzył pierwsze szkice do filmu „Diuna” (reż. D. Lynch), wziął udział w realizacji filmu „Obcy – ósmy pasażer Nostromo” (reż. Ridley Scott) będąc twórcą nie tylko postaci tytułowego kosmity, ale też wnętrza statku. Giger wspierał także przemysł muzyczny; okładka płyty „Walpurgis” była pierwszą, którą zaprojektował dla rockowego zespołu. Był twórcą logo tria Emerson Lake & Palmer i najbardziej znanego (wówczas ocenzurowanego!) projektu okładki albumu ELP „Brain Salad Surgery”. Współpracował też z takimi grupami jak Island (płyta „Pictures”), Magma („Attahk”), Celtic Frost („To Mega Therion”), Dead Kennedys („Frankenchrist”), Triptycon („Melana Chasmata”) i wieloma innymi…

Album „Walpurgis” otwiera ambitny i fantastyczny „Repent Walpurgis” – siedmiominutowy cover Procol Harum oparty na Preludium No 1 C-dur Jana Sebastiana Bacha. Długi instrumentalny utwór na rozpoczęcie płyty jest zawsze odważnym i ryzykownym posunięciem – SHIVER zrobili to perfekcyjnie i genialnie. To jeden z moich najbardziej ukochanych utworów muzycznych tamtych lat! Zespół wkracza tu na wąską ścieżkę łączącą psychodelię z jeszcze wczesnym, dopiero rodzącym się rockiem progresywnym zabierając przy okazji słuchacza w podróż w przedziwne, mroczne miejsce. Dramatyczny, melancholijny i jednocześnie zabójczy numer kapitalnie poprowadził klawiszowiec Jelly  Pastroini. Dynamiczna sekcja rytmiczna, cudownie zagrane solo gitarowe powodują, że nagranie baaardzo dłuuugo zostaje w głowie. I o ile oryginalna wersja Procol Harum sięgała Nieba, ta w wykonaniu Szwajcarów już tam była…

Po króciutkim „Ode To The Salvation Army” (będącym raczej 40-sekundowym żartem muzycznym zagranym w ragtime’owym stylu niż „poważnym” utworem) mamy kolejny, zresztą nie ostatni, cover „Leavy This Man Alone” grupy The Moody Blues. Świetnie wypada w nim wokalista Peter Robinson. Zwracam uwagę na fajne harmonie wokalne (moim zdaniem lepsze od oryginału), oraz ostrą gitarę Dany’ego Ruhle z ciekawym nieco dysonansowym solem. Tego mi w The Moody Blues brakowało… W „What’s Wrong About The Blues” słychać  szorstką harmonijkę ustną i pozornie „pijany” fortepian – kapitalny kawałek bardzo solidnego blues rocka, który śmiało mógł znaleźć się w repertuarze The Yardbirds, czy u Johna Mayalla w jego Bluesbreakers… Ciężkie brzmienie powraca w „Hey Mr. Holy Man”. Dramatyczna narracja z gregoriańską pieśnią „Dies Irae” tworzą mglistą aurę dla posępnych klawiszy i snującej się w tle gitary. Jest w tym coś z klimatu doorsowskiego „The End” tyle, że „wciśniętego” w trzyminutową ramę… Piosenka „Don’t Let Me Be Misunderstood” kojarzy się głównie z zespołem The Animals (wydana na singlu w styczniu 1965 roku stała się hitem po obu stronach Atlantyku), choć oryginalnie została napisana dla Niny Simone rok wcześniej. Chętnie sięgało po nią wielu innych wykonawców. Wersja Joe Cockera, czy francusko-amerykańskiej grupy dyskotekowej Santa Esmeralda do dziś grana jest przez liczne stacje radiowe na całym świecie. W wykonaniu THE SHIVER sukcesu komercyjnego co prawda nie odniosła (gdyby ukazała się na małej płycie to kto wie..?), ale trzyma poziom pokazując rockowy pazur. I niewiele ustępuje tej nagranej przez Erica Burdona i spółkę… Najkrótsza i na swój sposób urocza piosenka „No Time” to zagubiona w czasie kompozycja oddająca ducha bezpowrotnie minionego czasu – czasu Lata Miłości, Ery Wodnika, hipisów. Cóż, w roku 1969 takie rzeczy jeszcze się pamiętało… Album kończy instrumentalny „The Peddle” – powolny, przeciągnięty blues brzmiący lekko i  delikatnie, z pewną nutką nostalgii i odrobiną psychodelicznych dźwięków. Ech, można się zasłuchać…

Label niemieckiej wytwórni Maris Music
Oryginalny label niemieckiej wytwórni Maris Musik.

Kompaktowa reedycja płyty „Walpurgis” wydana przez niemiecką wytwórnię Garden Of Delights w 2004 roku zawiera trzy bonusy, które (nie ukrywam) sprawiły mi wielką radość. Pierwsze dwa to koncertowe nagrania z festiwalu z Zurychu, o których pisałem wyżej. Trzeci bonus to absolutna sensacja –  pierwotna wersja „Repent Walpurgis” wydana na acetacie, różniąca się od tej znanej z dużej płyty! Do kompletu dołączono booklet zawierający wiele unikalnych zdjęć zespołu, reprodukcje okładek i labeli, także tych pirackich. Jak się bowiem okazuje przez lata krążek był najchętniej bootlegowaną płytą CD na świecie…

Muzyczne różnice doprowadziły do rozwiązania THE SHIVER pod koniec 1969 roku. Dany Rhule i Jelly Pastorini założyli zespół Deaf, z którego później wykluła się kolejna legenda szwajcarskiego rocka progresywnego – grupa Island. Ale to już inna historia …

Artysta niepokorny. Roger Waters w Hyde Parku (Londyn 6 lipca 2018).

Od zawsze marzyłem by zobaczyć Pink Floyd na scenie. Wierzyłem, że kiedyś mi się to uda. Nawet po odejściu Rogera Watersa z zespołu miałem taką nadzieję. A wiadomo, że ta umiera ostatnia… Nomen omen śmierć Ricka Wrighta rozwiała ją niczym mgła o poranku. Nick Mason zawiesił swą artystyczną działalność pozostawiając scenę dla Rogera Watersa i Davida Gilmoura. Ci dwaj, niczym Pink i Floyd, niezależni od siebie, osobno a jakby razem, jeszcze się jej trzymają. Wciąż wymykającego mi się gitarzystę nie udało się dogonić (na razie!) choć parę razy było blisko. Udało się z basistą…

Bilet, a w zasadzie małą replikę plakatu trasy Us +Them Watersa znalazłem pod bożonarodzeniową choinką. Poryczałem się. Ze szczęścia. Oto sen i marzenie spełnią się za moment. No, za pół roku…

Prawdziwy bilet miał przyjść 3 tygodnie przed koncertem.
Mini plakat reklamujący koncert Watersa w Hyde Parku spod choinki.

Na koncert wybieramy się w czteroosobowym składzie. Ubrani w koszulki z logiem Pink Floyd (każda z innym nadrukiem) pakujemy się do autobusu. Przejazd z Oxfordu do Londynu to zaledwie godzina z małym hakiem. W drodze mamy małą obsuwkę. Jest piątek, popołudniowy szczyt komunikacyjny, początek weekendu. Autobus zatrzymuje się co chwila w drogowym korku. Podróż trwa blisko dwie i pół godziny! Z nerwów zjadamy cały przydział kanapek zrobionych przez Jolę…

Bilety dostarczono 3 tygodnie przed koncertem.
Bilety dostarczono miesiąc przed koncertem.

Do naszego sektora docieramy punktualnie o 20.00 i niemal w tym samym momencie słyszymy za plecami dźwięk, a w zasadzie potężny huk nadjeżdżającego pociągu. Mam wrażenie, że minął nas o włos. Wow, co za efekt! A zaraz po tym pierwsze dźwięki utworu „Speak To Me” przechodzące w „Breathe”. Nie wierzę, że to się dzieje. Że jestem tu i teraz i że koncert moich marzeń właśnie się zaczyna…

Nad sceną przelatuje właśnie wielki samolot pasażerski. Ma tak niski pułap, że odczytać można logo linii lotniczej. Będzie tu ich więcej. Wszak w pobliżu znajduje się lotnisko Gatwick, po Heathrow drugie co do wielkości w Wlk. Brytanii. „To nie są efekty specjalne” – śmieję przez ramię do Mateusza. „Wiem. I mam nadzieję, że nie rozwali się nam nad głowami” – odpowiada wesoło… Rozglądam się wokół siebie. Dookoła morze ludzkich głów, przed nami główna scena usytuowana pomiędzy olbrzymimi wiekowymi dębami i wkomponowany nad nią gigantycznych rozmiarów ekran wielkości połowy boiska piłkarskiego! Kamery przekazują obraz ze sceny, wyświetlane są filmy ilustrujące utwory. Trzeba przyznać, że najwyższej klasy najnowocześniejsza produkcja audiowizualna, oraz zapierający dech w piersiach dźwięk kwadrofoniczny (użyto tu największy system dźwiękowy jaki do tej pory wyprodukowano!) zrobił na nas przeogromne wrażenie…

Roger Waters, szczupły i wyprostowany, z kilkudniowym zarostem, w czarnym t-shircie i ciemnych okularach  prezentuje się znakomicie. Czas się go nie ima, a przecież 6 września tego roku skończy 75 lat! Niemal przez cały koncert nie mówi nic, skupiony na grze i śpiewie. Dopiero na zakończenie, tuż przed finałem zabierze głos i wygłosi ważne przesłanie. Wokal, mimo upływu lat wciąż ten sam. A zarzucono mu, że na swej ostatniej płycie zamiast śpiewać deklamował swoje teksty…

Roger Waters. Hyde Park 6.07.2018
Roger Waters. Hyde Park 6.07.2018

Instrumentalny i zarazem porywający „One Of These Days” był najstarszym nagraniem na tym koncercie (płyta „Meddle” z 1971) po którym rozbrzmiał dźwięk tykającego zegara i dzwonki budzików. „Time”. Ileż wspomnień, ileż wzruszeń budzi we mnie ten kawałek! Perkusistę wspomagają dwie wokalistki wybijające rytm na… afrykańskich bębnach. Przy gitarowej solówce Jonathana Wilsona wszystkie ręce idą do góry. Pochodzący z Los Angeles muzyk także śpiewał w tym nagraniu. Barwą głosu trochę przypominał młodego Davida Gilmoura… A potem niesamowite „The Great Gig In The Sky”! Zaśpiewana na dwa głosy przez Jess Wolfe i Holly Leasigg cudowna wokaliza przeszyła mnie dreszczem. Takie utwory powodują, że człowiek staje się lepszy…„Welcome To The Machine” zwalił mnie z nóg swym ciężkim brzmieniem. Uwielbiam go choć zawsze był w cieniu epickiego „Shine On You Crazy Diamond”… W końcu przychodzi czas na utwory z ostatniej solowej płyty Watersa.

"Time" w wersji na żywo
„Time” w wersji na żywo zabrzmiał rewelacyjnie.

Zaczyna się od singlowego, niemal balladowego „Deja Vu” połączonego z nieco onirycznym „The Last Refugee” zakończony autorytatywnym i dynamicznym „Picture That”. Ten ostatni jak żaden inny szokuje dosadnym, mocnym, ale jakże mądrym tekstem. Niepokornego Rogera Watersa albo się kocha, albo nienawidzi. Tak jak i jego solowe płyty…

Już pierwsze dźwięki zagrane na akustycznej gitarze wywołują euforię wśród publiczności, która po intro razem z artystą zaczyna śpiewać „So, so you think you can tell. Heaven from Hell, Blue skies from pain…” a po mnie przebiegają ciarki. To oczywiście „Wish You Were Here”. Ręce uniesione wysoko w górze kołyszą się w rytm piosenki. A gdy ta cichnie za nami rozlega się dźwięk nadlatującego z oddali helikoptera. Warkot silnika wzmaga się do tego stopnia, że kulimy ramiona mając wrażenie, że maszyna zaraz wyląduje wprost na naszych głowach. Tak zaczyna się „The Happiest Days Of Our Lives”, a po chwili na scenę wbiegają dzieciaki z londyńskiej dzielnicy Portobello. Zaczyna się hit wszech czasów!  „Another Brick On The Wall Part II And Part III” w całości został nie tyle zaśpiewany, co wykrzyczany przez zebraną tego wieczoru całą 65-tysięczną publiczność! Wymiękam totalnie, a moje struny głosowe domagają się nawilżenia! Dzieciaki ubrane na pomarańczowo niczym więźniowie zarzuciły kaptury na głowę jak do egzekucji. Wszystko to zrzucą z siebie pod koniec piosenki pokazując koszulki z napisem Resist… Tuż po tym Waters po raz pierwszy zabiera głos zwracając się do publiczności: „Wracamy za 20 minut!” No to się nagadał…

Dzieci na scenie w więziennych ubraniach
Dzieci w więziennych ubraniach czekają na egzekucję…

Jest już po 21.00, słońce powoli niknie za horyzontem. Mimo to upał wciąż nieznośny. Jeszcze godzinę temu było 31 stopni w cieniu! Nie decydujemy się, by pójść po piwo, które litrami wypijają stojący obok nas Hiszpanie, Niemcy, Brytyjczycy. My raczymy się wodą mineralną (ciepłą niestety). Kilka fotek na pamiątkę i zaczyna się druga część widowiska… Wyjące przemysłowe syreny zwiastują, że przenosimy się do elektrowni w Battersea. Jak spod ziemi po obu stronach sceny wyrastają cztery wielkie dymiące kominy. Tuż po chwili, po lewej stronie nad jednym z nich w powietrzu zawisa świnka witana burzą oklasków. Bramy elektrowni zostają z hukiem zamknięte. Słyszymy pierwsze dźwięki gitary. Wstęp do kompozycji „Dogs”. W połowie jego wykonania Roger Waters i zespół robią na scenie przerwę. Artyści wkładają groteskowe maski w kształcie świńskich łbów, piją szampana,  czerwone wino. Po chwili Waters podnosi do góry tablicę z napisem „Pigs rule the world!” (Świnie rządzą światem!). Słychać umiarkowany pomruk kilkudziesięciu tysięcy fanów. Przeszedł z nią przez całą długość sceny, zrzucił maskę i podniósł inną – „Fuck the pigs” (Pieprzyć świnie). W tym momencie  publiczność wybuchła…

Artysta niepokorny
Artysta niepokorny

Podczas grania „Pigs (Three Different Ones)” na ekranie pojawiały się napisy – absurdalne cytaty wypowiadane przez Donalda Trumpa. Nie jest tajemnicą, że Roger nie cierpi tego polityka, uważając go za bufona, prostaka i kompletnego idiotę. Wielka różowa świnia (inna od tej zawieszonej w górze) utrzymywana w powietrzu systemem lin i linek przepłynęła tuż przed naszymi oczami. Na obu bokach kolorowe graffiti i napis „Stay human… or die” (Zostań człowiekiem lub zgiń) w różnych językach, także po polsku! Tuż po zakończeniu utworu na całej szerokości olbrzymiego ekranu ukazał się napis na czarnym tle „Trump is a pig” wywołując ponowną eksplozję radości. Cóż, taki jest Roger Waters. Artysta niepokorny, którego prezydent Trump na pewno nie zaprosi do Białego Domu …

Zostań człowiekiem
Wymowne przesłanie różowej świni: „Zostań człowiekiem”

Brzęk monet i dźwięk sklepowej kasy – któż z nas nie zna początku nieśmiertelnego „Money”?! Szkocki saksofonista Iana Richie popisał się tu wyśmienitą solówką na swym instrumencie. Jednak to co najlepsze Richie zachował w „Us And Theme”. Brawurowo wykonany utwór z jego niesamowitą partią sprawił, że klucha stanęła mi w gardle, a oczy pełne były łez. Olbrzymi ekran emitował jednocześnie materiały filmowe z tragedii wojennych, zubożałe miasta, bezdomną matkę, dzieci szukające jedzenia na wysypiskach śmieci, historię zmarłej niedawno palestyńskiej pielęgniarki Razana al-Najjara, stosy broni, członków Ku Klux Klanu… Świat jest jeden, ale podzielony. Z jednej strony MY (społeczeństwo) z drugiej ONI (politycy rządzący światem). Us And Theme. My i Oni„Smell The Roses” rozwija ten temat. Na ekranie stosy czaszek ludzi wcześniej torturowanych, a potem pozbawionych życia. Słowa „Wake up and smell the roses. Close your eyes and pray this wind don’t change…” (Zbudź się i poczuj zapach róż. Zamknij oczy i módl się, by wiatr się nie zmienił) długo brzmiały mi w uszach…

Końcowa faza koncertu
Finał koncertu z niesamowitymi efektami świetlnymi (foto. M.Sibbons)

Gdy ze sceny słychać „Brain Damage” nad naszymi głowami zawisa szklana, czarna kula – lustrzany Księżyc. Poruszając się po elipsie pokazuje swą drugą, ciemną stronę… Przez laserowo utworzony pryzmat przechodzi wąski strumień białego światła. Rozczepiona wiązka układa się w tęczowy pulsujący wachlarz strzelając swym światłem prosto w niebo. „Eclips” wywołuje kolejny aplauz. Skóra cierpnie, włosy stają dęba, przez plecy przechodzi zimny dreszcz (który to już raz tego wieczoru?). Przepięknie zaśpiewane harmonie wokalne i głos Watersa  śpiewający na zakończenie: „(…) everything under the Sun is in tune, but the Sun is eclipsed by the Moon”. Wymiękam totalnie. I czuję, że zbliża się finał….

Przed ostatnim utworem Waters przedstawia zespół złożony głównie z młodych, ale bardzo utalentowanych muzyków. Nie szczędzi im pochwał. Zakładając na szyję arafatkę zaczyna mówić o swym poparciu dla Palestyny, o tym że izraelski antysemityzm dyskryminuje Palestyńczyków za ich etniczne pochodzenie i religię. Dostaje się też twórcy facebooka, Markowi Zuckerbergowi za „próby cenzury stron internetowych, które nie są zgodne z jego poglądem na konsumencki świat” i bliskiej współpracownicy Donalda Trumpa, Nikki Haley, o której basista powiedział: „Wszystko czego potrzebuje to hełm Dartha Vadera. Jest idealnym przedstawicielem Imperium Zła”… Nie przypadkowo przez cały koncert przewijało się słowo RESIST. „Powinniśmy się temu przeciwstawić. Wszyscy na całym świecie zasługują na równe i obywatelskie prawa. A te są niezależne od przynależności etnicznej i religijnej” – kończy swą wypowiedź basista dając znak do finału. „Comfortably Numb” z najpiękniejszą solówką gitarową świata, niesamowitą grą świateł, sztucznymi ogniami i Rogerem Watersem stojącym na scenie z uniesionymi do górę rękami zamyka ten niezwykły trzygodzinny koncert. Nikt jednak nie chce uwierzyć, że to już koniec! Domagamy się bisów. Sam artysta długo nie schodzi ze sceny, więc może jednak..? Nic z tego. Pora już późna, regulamin jest nieugięty. Do dziś fani Paula McCartneya nie mogą wybaczyć skandalu jakim było wyłączenie prądu artyście podczas ostatniego bisu, bo właśnie minęła północ… Wchodzi obsługa, techniczni zwijają sprzęt, zapalają się blade światła latarń parkowych. To już naprawdę koniec jednego z najpiękniejszych wieczorów mojego życia. Wieczoru, który za sprawą artysty niepokornego przejdzie do historii współczesnej muzyki rockowej…

PS. Chciałbym w tym miejscu gorąco podziękować mojej żonie Joli za wsparcie i logistyczne przygotowanie całej wyprawy (kanapki były przepyszne!). Oli i Mateuszowi (świeżo upieczonym nowożeńcom) za duchowe wsparcie i marszobieg z Marble Arch na Notting Hill. Trochę mnie oszukaliście mówiąc, że to tylko 2 – 3 mile (mam pewność, że było ich dwa razy więcej). Wybaczam Wam. Wysiłek okazał się co prawda daremny (autobus nas nie zabrał) mimo to nocny spacer ulicami Londynu był atrakcją! Wam wszystkim, oraz Ewelinie i Pawłowi DZIĘKUJĘ za realizację najpiękniejszego marzenia mojego życia! Kocham Was!!!

CHURCHILLS (1969) – ołowiany sterowiec z Tel Awiwu.

Od razu muszę wyjaśnić, że izraelski zespół CHURCHILLS nie ma żadnego związku z anglofilstwem, ani tym bardziej z sir Winstonem Churchillem. Co prawda pierwszy gitarzysta grupy, Yitzchak Klepter, nazywany był przez szkolnych kolegów Winstonem (w domyśle – Churchillem), ale nazwa ta tak naprawdę powstała po złączeniu hebrajskich słów (Ha Chir Shar Eil,), które czytane jako chercaiels znaczą Pieśń Boga. To tyle jeśli chodzi o etymologię nazwy zespołu, którego początki sięgają roku 1965 jeszcze pod nazwą Churchill’s Hermits.

Pustelnicy Churchilla utworzył mieszkający na przedmieściach Tel Awiwu basista Miki Gabrielov, oraz jego przyjaciele ze szkolnej ławy: wokalista Selvin Lifshitz, wspomniany już wyżej gitarzysta Yitzchak Klepter, oraz perkusista Ami Treibich.  Grając popularne piosenki oraz covery Beatlesów i The Shadows przenieśli się do Ramli – izraelskiej stolicy rozrywki występując w nocnych klubach i dyskotekach. Gdy dopatrzono się, że są niepełnoletni odesłano ich do Tel Awiwu. Tu (o dziwo!) dość szybko dostali angaż w popularnym klubie HaMasger przygrywając gościom do tańca. Od czasu do czasu wspierał ich gitarzysta Haiym Romano, który w 1967 roku stał się członkiem zespołu po tym jak Klepter i Lifschnitz zostali powołani do izraelskiej armii…

Mniej więcej w tym samym czasie angielski gitarzysta i wokalista Robb Huxley wraz z zespołem The Tornados zrobił sobie krótką wycieczkę do Izraela. Zespół, wcześniej uznawany za poważnych rywali The Shadows, był praktycznie w rozsypce. Ostatecznie Huxley porzucił swych kolegów zostając w Izraelu, związał się na krótki czas z garażową kapelą The Purple Ass Baboon, a następnie dołączył do ekipy Gabrielova. To samo zrobił kanadyjski wokalista Stan Solomon. Zostawiając w Hajfie beatowy zespół The Saints stał się ostatnim ogniwem grupy, która w maju 1968 roku ostatecznie przyjęła nazwę CHURCHILLS (pisaną także jako CHURCHILL’S).  Tak na marginesie: Stan uciekł z Kanady gdy rodzice zadecydowali, że po skończeniu szkoły młodzieniec przejmie ich zakład krawiecki. Chłopak zbuntował się, uciekł z domu lądując ostatecznie w izraelskiej kapeli muzycznej…

Churchills w Danii (1969)
Zespół Churchills podczas pobytu w Danii (1968)

Huxley i Solomon tchnęli nowego ducha w zespół. Odcięli się od grania popowych przebojów proponując słuchaczom inny rodzaj muzyki. Muzyki, której nikt jeszcze w tym kraju nie grał, czyli odlotową psychodelię spod znaku The Doors i Jimi Hendrixa wymieszaną z melodyką tutejszego folku. Od samego początku starali przekonać do siebie konserwatywną część społeczności Izraela. Jak wiadomo kultury rockowej w sensie społecznym i politycznym nie było, więc i stosunek do muzyki rockowej był negatywny. Przed nimi nikt w tym kraju nie grał tak dziwnie, tak mocno, tak głośno, jednym słowem – inaczej. Bariery zaczęły pękać, a koncerty CHURCHILLS w klubach takich jak Masakha, Calypso, czy Hakarish (nazywane przez ortodoksów narkotykowymi norami) gromadzić zaczęły coraz większą (w 95% męską!) publiczność.

Churchills w klubie Masakha (1968). Uwaga: niemal całkowita męska publiczność.
Klub Masakha. Churchills na scenie, pod nią zdecydowanie męska publiczność. A w tle plakat reklamujący Helen Shapiro (1968).

Punktem zwrotnym dla grupa okazała się współpraca z Arikiem Einsteinem. Powszechnie uważa się go za największego i najbardziej popularnego izraelskiego artystę wszech czasów. Arik zaprosił ich do pracy nad swym nowym albumem „Poozy”. Współpraca okazała się na tyle owocna, że kolejne trzy albumy Einstein nagrał z CHURCHILLS‚ami, który towarzyszył mu w jego kilku solowych koncertach. Dziś płytę „Poozy” wydaną w 1969 roku uznaje się za pierwszy rockowy album nagrany w języku… hebrajskim. Wydaje się też, że współpraca zespołu z Arikiem Einsteinem zwróciła uwagę francuskiego reżysera Jacques’a Katmora, który zaproponował im zrobienie ścieżki dźwiękowej do filmu „A Woman’s Case” (oryg. „Mikreh Isha”). Kompozycje do tego obrazu, które były dziełem Robba Huxleya, zostały tylko częściowo wykorzystane w filmie. Sam film, mający w założeniach być pierwszą artystycznie niezależną produkcją izraelską okazał się totalnym niewypałem. Muzycy niewiele się tym przejęli – w tym czasie odbywali właśnie tournee swego życia po Skandynawii grając na jednej scenie z Deep Purple i Led Zeppelin…

Po powrocie do Izraela pod koniec 1968 roku weszli do studia nagraniowego Kolinor (delikatnie mówiąc bardzo skromnie urządzonego), w którym zarejestrowali nagrania na dużą płytę. Przed Bożym Narodzeniem ukazał się ich pierwszy singiel „Too Much In Love To Hear/Talk To Me” z piosenkami z repertuaru The Tornados będący forpocztą albumu wydanego tuż po Nowym Roku. Longplay zatytułowany po prostu „Churchill’s” wydała wytwórnię Hed Arzi.

Płyta "Churchills" (1969)
Płyta „Churchill’s” (1969) – winylowy Święty Grall.

Płytę wytłoczono w ilości 800 egzemplarzy (niektórzy twierdzą, że nakład był mniejszy i nie przekroczył 500 szt!) więc nie dziwmy się, że dziś jest to jeden z najdroższych czarnych krążków na świecie. Uważany za winylowego Świętego Graala na giełdowym rynku płytowym już na samym starcie osiąga cenę 2500 euro! Problem w ty, że ci którzy go mają raczej z rąk już go nie wypuszczają… Skąd tak niski nakład? Odpowiedź jest banalnie prosta. Takiej muzyki nikt wcześniej w Izraelu nie wydawał. Hed Arzi specjalizowała się w wydawaniu singli i płyt długogrających z tamtejszą muzyką pop. Szefowie wytwórni nie mieli zielonego pojęcia jak ugryźć temat zwany rockiem. Jak promować coś czego nie grało tutejsze radio, telewizja, czego Izraelczycy w ogóle nie znali. No i pamiętajmy, że w tym czasie w całym Izraelu mieszkało jedynie 2 mln. ludzi, a więc niewiele więcej niż dziś liczy sobie Warszawa…

Pierwsza strona oryginalnej płyty to ulepszone kompozycje napisane do filmu „A Woman’s Case” autorstwa Huxleya z tekstami Solomona. Każdy z członków zespołu dodaje od siebie swój własny indywidualny styl dzięki czemu muzyka nabiera pewnego rodzaju lekkości nawet w nagraniach o cięższym gatunkowo brzmieniu. I tak np. jestem pod wrażeniem świetnie współpracującą ze sobą sekcją rytmiczną, a agresywne i potężne linie basu Miki Gabrielova w „Song From The Sea” czy w „Comics” to już prawdziwe mistrzostwo świata. Grupie udało się wymalować niesamowicie zwiewny klimat, którego nieodłącznym elementem jest tutaj wokal Stana Solomona. Jego głos urzeka piękną, ciepłą barwą jak choćby w przepięknych, doorsowskich „When You’re Gone” i „Straight People” od których trudno mi się uwolnić. Potrafi też ryknąć i to całkiem mocno co udowodnił w „Strangulation”. Utwór napisany przez samego wokalistę (z niewielką pomocą Gabrielova) powstał po bolesnym rozstaniu z ukochaną dziewczyną. Jego tytuł idealnie nawiązywał do filmu, w którym główna bohaterka na koniec zostaje uduszona… W „Pictures Of My Mind” po raz pierwszy użyto oscylatora dźwięku – urządzenia imitującego elektroniczne, tzw. „kosmiczne” dźwięki. Na potrzeby filmu piosenka zostało skrócona. Z braku czasu okrojona wersja znalazła się na albumie. Wielka szkoda, bo jest urocza… Opus magnum albumu, czyli „Subsequent Finale” pełen jest melodyjnych bębnów inspirowany Beduinami, a cały numer uroczo ozdobiono genialnymi „liźnięciami” mandoliny na której cudownie zagrał Haiym Romano. W połączeniu z basem i elektryczną gitarą stworzyło to niespotykaną do tej pory fuzję folkowej muzyki arabskiej z rockiem… „So Alone Today” to z kolei najbardziej odjazdowy utwór na płycie. O ile wokal nagrany jest normalnie to muzyka brzmi jak puszczona od tyłu. Jakby została zagubiona w kosmicznej przestrzeni. Było sporo problemów z jej nagraniem w studio. Ponoć inżynierowie naprawdę wierzyli, że muzycy są szaleńcami i celowo próbowali sabotować dalszą pracę… „Debka” to rodzaj rytualnego tańca na Bliskim Wschodzie, który z podkładem perkusyjnym płynie w rytmie 4/4. Takie małe arcydzieło o epickich proporcjach na zakończenie tego niezwykle uroczego albumu. Albumu, w którym mistycyzm i kosmiczne brzmienie przenikają się wzajemnie z psychodelicznym rockiem, arabskim folkiem i uroczym popem…

Do życia i muzyki podchodzili na luzie.
Muzycy do życia i muzyki podchodzili na totalnym luzie. (Foto. tył okładki)

Ilekroć słucham nagrań z tej płyty mam nieodparte wrażenie, że muzycy doskonale bawili się graną przez siebie muzyką. Mieli naturalny dystans do tego co robili i prawdopodobnie nie byli świadomi faktu, że przekraczając granice muzyki pop w Izraelu stworzyli jedną z najwspanialszych płyt w historii szeroko pojętej muzyki rockowej. I chociaż można doszukać się tu elementów The Yardbirds, Cream, Doors, Jimi’ego Hendrixa i Jefferson Airplaine brzmienie zespołu jest ich bardzo osobistą wizją. Łącząc  Wschód z Zachodem stworzyli swój własny niezależny zakątek świata.

Jeden z ówczesnych brytyjskich recenzentów napisał o zespole jedno piękne zdanie: „The Churchills to Zepellin dowodzony przez Izraelitów!” I choć wydaje się to niewiarygodne izraelski Zeppelin szykował się dopiero startu. A to co najlepsze miało dopiero nadejść. CHURCHILLS nagrali jeszcze dwie absolutnie fenomenalne płyty z ciężkim rockiem tyle, że… pod dwiema różnymi nazwami – jako Jericho Jones i Jericho.  Szkoda, bo tym samym namieszał nam trochę w głowach. No, ale to już opowieść na inną porę…

PS. Kompaktowa reedycja Axis Records zawiera dziesięć bonusów z rzadkich singli z lat 1968-1970 (w tym m.in. „Living Loving Maid” Led Zeppelin i „She’s A Woman” The Beatles) i 10-minutową płytkę nagraną z Izraelską Orkiestrą Symfoniczną „Churchills Plays Bach” – niestety tytuły nie zostały wymienione na tyle CD. Jeśli ktoś jest zainteresowany pełną setlistą tych nagrań służę pomocą.

Z Nurtem pod prąd. Część II – „The Complete Radio Sessions 1972/1974”

Okupiony nerwową atmosferą w studio nagraniowym Polskich Nagrań, niekończącym wykłócaniem się o brzmienie i niemal każdy niekonwencjonalny dźwięk album „Nurt” ukazał się w 1973 roku momentalnie znikając z półek sklepowych. Zapotrzebowanie było dużo większe niż jego nakład. Niestety wydawca, głuchy na prośby i oczekiwania fanów rocka ani myślał o zwiększeniu nakładu. Ten, kto ją wówczas zdobył mógł uważać się za prawdziwego szczęściarza.

Mimo tego sukcesu, muzycy zespołu nie byli do końca zadowoleniu z efektu końcowego. Narzekali, że płyta nie ma takiego feelingu i klimatu jaki w tamtym okresie charakteryzował ich muzykę. Poza tym na scenie brzmieli o niebo ciężej… Kazimierz Cwynar grał na basie o dość oryginalnym jajowatym kształcie zrobiony przez zaprzyjaźnionego lutnika. Jego żona, artysta plastyk, pomalowała go na kolorowo i wyglądał naprawdę psychodelicznie. Ponadto gitara miała wmontowany fuzz sprowadzony za niemałe pieniądze z Anglii dzięki czemu mógł jednym przełącznikiem włączać przester. Basista podłączony był do swych ośmiu 50-cio watowych głośników Fane’a (w sumie w dwóch kolumnach miał 400 watów!) i kiedy odpalał na scenie fuzza brzmiało to jak lądowanie odrzutowca! Z kolei Alek Mrożek miał gitarę Fender Jagular (model z 1962 r.) – unikalny egzemplarz, który dostał w ramach handlu wymiennego (za 3 pary butów do jazdy konnej) od poznanego na obozie jeździeckim w Sopocie pewnego Szweda. Grał podpięty do dwóch podwójnych Marshalli, co dawało naprawdę strasznego kopa. „Nasza muzyka była niesamowitym zaskoczeniem nie tylko dla młodych słuchaczy. Ludzie przychodzili na koncerty i nie mogli uwierzyć, że coś takiego jest możliwe, że to przechodzi przez cenzurę” – zwierzał się po latach gitarzysta.

Grupa NURT
Grupa NURT. Od lewej: R. Sroka , A. Mrożek, R. Runowicz,  K. Cwynar .

Muzycy zdecydowanie lepiej cenili sobie nagrania zrealizowane dla potrzeb Polskiego Radia, bowiem mało kto dziś pamięta, że oprócz płyty nagranej w studio Polskich Nagrań zespół brał udział w dwóch sesjach radiowych. Mając o wiele korzystniejsze warunki studyjne zarejestrował łącznie dwanaście kompozycji zbliżonych dokładnie do takiego brzmienia o jakie im chodziło. Wszystkie one ukazały się na kompaktowej płycie „The Complete Radio Sessions 1972/1974” wydanej przez Kameleon Records w 2013 roku.

Pierwsza sesja odbyła się w lutym 1972 roku, dokładnie miesiąc po sukcesie w Kaliszu, gdzie na tamtejszym Festiwalu Młodzieżowej Muzyki Współczesnej zdobyli pierwszą nagrodę. W warszawskim Studiu M-1 Polskiego Radia przy Myśliwieckiej zarejestrowano siedem  nagrań, z których sześć (w nieco zmienionej wersji) znalazło się później na dużej płycie. Dyrektorem radia był wtedy Władysław Szpilman, który siał prawdziwy postrach wśród pracowników tej instytucji. Na sam dźwięk jego nazwiska wszyscy stawali tam na baczność. Alek Mrożek tak wspomina ich pierwsze spotkanie: „Przyjechaliśmy w nocy ze sprzętem i na korytarzu natknęliśmy się na przechodzącego Szpilmana. Spojrzał na nas groźnie (a wiadomo jak wtedy wyglądaliśmy), mruknął coś pod nosem a nas zmroziło. Pomyśleliśmy, że już po nagraniach, ale na groźnym spojrzeniu się skończyło i pozwolił wpuścić nas do studia nagraniowego – wówczas najbardziej prestiżowego w kraju dziś noszące imię Agnieszki Osieckiej”.

NURT "The Complette Radio Sessions 1972/1974"
„The Complette Radio Sessions 1972/1974” (Kameleon Records 2013)

Wtedy była to fantastyczna, przedwojenna sala, która cudem ocalała podczas wojny. Można w niej było uzyskiwać wspaniałe, naturalne brzmienie. To był kosmos. Wszędzie stały cudowne instrumenty w tym organy Hammonda i dzwony rurowe. Te ostatnie zespół wykorzystał w finale utworu „Holograficzne widmo”, którego wersja znana z „niebieskiej” płyty jawi się jako zupełnie inny numer, oraz w instrumentalnej kompozycji „Impresja w E” zamykająca „The Complete Radio Sessions”. Nie weszła ona na oryginalny longplay i szczerze powiedziawszy nie ma czego żałować. Dość awangardowa odstawała od charakteru pozostałych nagrań, choć na swój sposób brzmiała fascynująco.

Sesja trwała dwie noce podczas których muzycy dali z siebie wszystko. „Pierwszego dnia praktycznie na setkę nagraliśmy wszystkie numery, a następnego tylko poprawki kosmetyczne (nakładki chórku, dzwony rurowe). Proporcjami sterowaliśmy poprzez odległości i ambient sali. Jeden mikrofon pojemnościowy był ustawiony na perkusję, a drugi na resztę kapeli. Dlatego brzmi to tak naturalnie i wyjątkowo” – napisał we wkładce zamieszczonej do płyty Aleksander Mrożek. Nieocenioną rolę odegrał tu Sławomir Pietrzykowski – wtedy najlepszy w kraju realizatorów dźwięku. Jako jeden z pierwszych z tzw. branży muzycznej dostrzegł ogromny potencjał jaki drzemał w muzykach. W zasadzie to dzięki jego zaangażowaniu i wielkiemu uporowi doszło do tej radiowej sesji, a utwory przez niego zrealizowane mają bardziej drapieżny rockowy pazur i brzmią ostrzej niż te wydane rok później na płycie. Tak jest chociażby w „Piszę kredą po asfalcie”, gdzie wyeksponowany bas Cwynara czuje się na piersiach, czy radiowa wersja „Parteru na klaustrofobię” – co prawda krótsza niemal o minutę, ale zdecydowanie ostrzejsza i nie tak wygładzona jak na czarnym krążku. Wersja „Syna strachu” ma zmieniony początek – otwiera ją gitara Romana Runowicza podparta silną sekcją rytmiczną. Pamiętamy, że na longplayu witała nas mocna improwizowana część instrumentalna z udziałem Tomasza Stańko. Tu partie na trąbce zagrał Julian Kurzawa, lider jazzowego bandu Sami Swoi, do którego dołączył grający na kontrabasie kolejny wrocławski muzyk jazzowy Włodzimierz Plaskota. Przenikanie tych dwóch instrumentów pod koniec nagrania to istne szaleństwo, choć chyba wolę wersję płytową… „Holograficzne widmo” w końcu w swej oryginalnej postaci, czyli z wokalem! Kapitalny hard rockowy numer ocierający się o ciężki rock progresywny skrzący się niezwykle ciekawymi pomysłami. Płytowa, instrumentalna wersja została opublikowana bez zgody muzyków. Dla mnie obie są obłędne.. Radiowe „Morze ognia” pozbawione jest partii fletu i orientalnych motywów gitarowych. Tu karty rozdaje Kazimierz Cwynar, który swoim basem rozbija bank. Jego dialog z gitarą prowadzącą jest kwintesencją rockowego grania z najwyższej półki.

Tył okładki
Tył okładki „The Complete Radio Sessions 1972/1974”

Druga sesja radiowa miała miejsce w maju 1974 roku w Dużym Studio Polskiego Radia we Wrocław przy ulicy Karkonoskiej. Zaprojektowane przed wojną przez znakomitych inżynierów niemieckich miało wspaniałe możliwości akustyczne. Do 1939 roku nagrywali tu najwybitniejsi światowi dyrygenci i wielkie orkiestry symfoniczne. W składzie nie było już Romana Runowicza, który opuścił grupę rok wcześniej (wyjechał do Berlina Wschodniego za głosem serca). Obowiązki wokalisty przejął Cwynar... Podczas tej sesji zarejestrowano pięć nieco mniej skomplikowanych nagrań ciążąc wyraźniej w stronę prostszego rocka („Rock bez tytułu”, „Na odległość rąk”). Czy był to ukłon w stronę mniej wybrednego słuchacza, czy też świadomość, że z awangardową muzyką zespół nie miał szans na przebicie w mediach – trudno dziś rozstrzygnąć. NURT nie byłby jednak sobą, gdyby nie urozmaicił swej twórczości wprowadzając do swych nagrań fletu, saksofonu i instrumentów perkusyjnych. Te ostatnie są tu gwoździem programu. W „Różańcu czasu” i „Akrobacie” słyszymy całe ich spektrum. Od wydających wysokie dźwięki dzwoneczków, przez samą perkusję (która często przejmuje dowodzenie nad utworami) po niskie dźwięki kotłów i inne bliżej niezidentyfikowane przedmioty… Najciekawszym i najbardziej „pogmatwanym” utworem z tej sesji jest „Gato”. W tym jazz rockowym kawałku inspirowanym twórczością argentyńskiego saksofonisty Gato Barbieriego na pierwszy plan wybija się (a jakże!) znakomita partia saksofonu tenorowego Ryszarda Miśka, oraz hard rockowa gitara Mrożka. Krótki, ale wyjątkowo treściwy kawałek!

Po tej sesji radiowej, mimo ogromnego potencjału twórczego NURT nigdy już nie wrócił do studia nagraniowego. Pozostawił po sobie jeden wyjątkowy album i dwie sesje radiowe. Jak na tamte, trudne dla polskiego rocka czasy, oraz fakt, że swoją muzyką szli „pod prąd” ówczesnego przebojowego nurtu to i tak nieźle. Wielu innych, równie znakomitych artystów nie miało wtedy aż tyle szczęścia…

KONIEC CZĘŚCI DRUGIEJ (OSTATNIEJ).