„Są zespoły, które nagrywają płytę, aby rozpocząć karierę. Są też takie, które nagrywają swoją muzykę ponieważ wiedzą, że jeśli tego nie zrobią, nikt nigdy się nie dowie, że istniały” (John Peel, BBC Radio1)
Wielka Brytania, przełom lat 60/70. Większa część Anglii pochłonięta była sejsmicznym przewrotem kulturowym. Londyn był w psychodelicznym zenicie, ale do drzwi pukał już progresywny rock. W piwnicach od Bristolu po Birmingham wciąż fermentował underground, a Canterbury zaczynało mówić własnym językiem. Na prowincji setki muzyków próbowało znaleźć swoje pięć minut, zaś wietrzne wybrzeże Lancashire po cichu inkubowało coś zupełnie osobliwego. Czwórka nastolatków z Blackpool napędzana młodzieńczą obsesją i pożyczonym wzmacniaczem tworzyła jeden z najrzadszych, najbardziej pożądanych i najbardziej autentycznie fascynujących artefaktów w całym kanonie brytyjskiego rocka psychodelicznego. Nie poprzez promocję dużej wytwórni, nie przez sesję u Johna Peela, ale rzez splot przypadków, katastrofalny błąd drukarski i prawo podatkowe. Rezultatem był album wydany w nakładzie dziewięćdziesięciu dziewięciu egzemplarzy, z których większość została zniszczona, wyrzucona, lub wykorzystana na podstawki pod doniczki. Nie, to nie żart! Gdyby ci ludzie wiedzieli, że dziś dobrze zachowane egzemplarze na płytowych giełdach osiągają cenę kilku tysięcy funtów trzymaliby je w bankowych depozytach. Magazyn „Record Collector” umieścił go na szóstym miejscu w swoim rankingu „Najrzadszych płyt wszech czasów.” A wszystko zaczęło się w jadalni domu przy St. Annes Road East 107 właśnie tam, w Blackpool.

Historia Complex oficjalnie zaczyna się w 1968 roku w otoczeniu nadmorskiego kurortu znanego bardziej z plaży, z oświetlonych pasaży niż z muzyki progresywnej. Początek działalności spędzili grając w lokalnych klubach poszukując brzmienia, które wyniosłoby ich ponad hałas. Decydujący punkt zwrotny nastąpił dwa lata później kiedy do Briana Lee (g, voc), Tony’ego Shakespeara (dr) i Lance’a Fogga (bg) doszedł Steve Coe (org) przynosząc ze sobą inną architekturę muzyczną. To on pchnął brzmienie zespołu w stronę tego, co dziś nazywamy proto progresywną psychodelią, a jego Hammond stał się harmonicznym kręgosłupem wokół którego wszystko się kręciło. Decyzja o nagraniu płyty wyszła od pani Lee, matki Briana i tymczasowej menedżerki. Jej logika była prosta: zespół potrzebował fizycznego demo, aby wysłać je do agentów, kierowników sal koncertowych i wytwórni płytowych. Bez niego wciąż byli zespołem-widmo. Ojciec Briana zgodził się wesprzeć przedsięwzięcie pod warunkiem, że chłopaki zajmą się wszystkim sami. Niestety, brak pieniędzy nie pozwalał na wynajęcie profesjonalnego studia. Problem rozwiązali przekształcając domową jadalnię w przestrzeń do nagrywania. Rodzinne meble przesunięto w jedno miejsce, na ścianach zawisły ciężkie zasłony i koce. Pomieszczenie, w którym w listopadzie 1970 roku nagrali materiał na płytę nazwali – z całym szacunkiem do tego miejsca – „107 Studio”. Sesje z zaprzyjaźnionym dźwiękowcem Grahamem Atkinsonem uchwyciły coś, co droższe pomieszczenia mogły wygładzić: surowość, staranność, jakość – cechy, które później kolekcjonerzy uznali za najbardziej fascynujące. Według wszelkich profesjonalnych standardów nagrania były niedoskonałe, ale na swój sposób atrakcyjne.
Aby uniknąć podatku od zakupu (Purchase Tax) złożyli w Edynburgu zamówienie na wspomniane dziewięćdziesiąt dziewięć sztuk. Dziś ta liczba brzmi jak magiczne zaklęcie. I właśnie z takich przypadków rodzą się legendy. Ale to, co nastąpiło potem było okrutną lekcją ignorancji i niedbalstwa ze strony branży przemysłowej. Kiedy płyty wróciły ze Szkocji ich jakość była, delikatnie mówiąc, fatalna. Szum, trzaski, falowanie dźwięku – wszystko to przyćmiło całą muzykę. A że nieszczęścia chodzą parami nastąpiła kolejna katastrofa, tym razem wizualna. Z powodu błędu produkcyjnego okładka została źle przycięta i płyta wchodziła jedynie do połowy. Nie mogąc pozwolić sobie na kolejny druk pakowali płyty i niedopasowane okładki w białe koperty tworząc konfigurację, która teraz jest tak obsesyjnie pożądana. Część kopii wysłano pocztą do producentów, menedżerów i wytwórni płytowych w całej Wielkiej Brytanii. Bez odzewu. Inne sprzedawano na koncertach za jednego funta. Do dziś zachowało się ledwie kilka sztuk, co wyjaśnia owe rekordowe ceny.
Traktowanie ich muzyki jako kolekcjonerskiej anegdoty byłoby niesprawiedliwe. To prawdziwie niezwykły album, zwłaszcza biorąc pod uwagę warunki w jakich powstał. Jest płytą stojącą na granicy. Z jednej strony wciąż słychać psychodelię drugiej połowy lat sześćdziesiątych: organy, fuzz, pogłosy, melodie o lekko baśniowym charakterze, psychodeliczne harmonie wokalne. Z drugiej, pojawiają się zalążki tego, co za chwilę będzie określane mianem progressive rock. Ale Complex nie jest jeszcze zespołem progresywnym. To raczej psychodeliczny pop, który spogląda w stronę prog rocka, nie wiedząc jeszcze, że ten kierunek za chwilę stanie się jednym z najważniejszych nurtów dekady. I właśnie dlatego ta muzyka jest tak fascynująca. Brzmi trochę tak, jakby ktoś w 1970 roku próbował odtworzyć świat lat 1967/68, ale już z wiedzą o tym, co wydarzy się za chwilę. „Funny Feeling” ma w sobie coś z bubblegum popu, ale pod tą słoneczną powierzchnią czai się charakterystyczna dla nich melancholia. Melodia jest chwytliwa, niemal niewinnie radosna, a jednak sposób prowadzenia harmonii i wokalu sugeruje, że pod powierzchnią znajduje się coś więcej. Tytuł „Message From The Year 2000” brzmi bardzo futurystycznie, ale muzyka korzeniami mocno tkwi w psychodelii. Taka trochę utopia oglądana przez różowe okulary, bo jest tu dziecięca melodyjność i lekko surrealistyczna atmosfera. Zresztą zespół często stwarza wrażenie, że za prostą piosenką znajduje się drugi, ukryty świat. W „Green-eyed Lucy” gitara Lee zaczyna mieć większe znaczenie, a organy Coe’a tworzą charakterystyczne tło. To nie jest agresywna psychodelia. Ona jest mglista, zwiewna, trochę senna… A potem pojawia się „Witch Spell” i wszystko się zmienia. Bez wątpienia centralny punkt płyty i jeden z najciemniejszych jej fragmentów. Jeżeli „Funny Feeling” było światłem dnia, „Witch’s Spell” jest pierwszą godziną po zachodzie. Pojawia się element, który sprawił, że po latach krytycy zaczęli patrzeć na Comlex nie jak na ciekawostkę, lecz jak na autentyczny kawałek brytyjskiej psychodelii.

„Nowegian Wood” to powrót do bardziej melodyjnego świata. Delikatniejszy, ale nie pozbawiony dziwnego, lekko odrealnionego charakteru. Tuż po nim dostajemy jeden z najdłuższych i najciekawszych utworów na płycie, „Self-Declaration”. I teraz zaczynamy rozumieć dokąd zespół mógł zmierzać gdyby otrzymał szansę. Kompozycja rozwija się wolniej, pozwala instrumentom oddychać. Organy stają się drugim głosem, a gitara przestaje być wyłącznie akompaniamentem. To już proto prog. Jeszcze nie w pełni uformowany, ale wyraźnie obecny. Z kolei „Images Blue” to piękna, melancholijna miniatura, której tytuł idealnie pasuje do muzyki. Mamy tu ten rodzaj utworu, który nie opowiada historii wprost. Raczej przywołuje wspomnienie czegoś, czego czasami nie potrafimy nazwać. Tytuł kolejnego nagrania, „Storm On Way” mówi wszystko. Nadchodzi burza. Muzyka robi się cięższa, bardziej napięta. Gitara i organy zaczynają ze sobą rozmawiać, rytm nabiera większego ciężaru. Słychać, że pod powierzchnią psycho-popu kryje się rockowy zespół z ambicjami… „Mademoiselle Jackie” i znów zmiana nastroju. Lekkość, melodia, trochę teatralności. Complex byli dziwnie niedzisiejsi nawet w momencie nagrywania płyty. Ale właśnie dzięki temu wciąż brzmią interesująco… „Live For The Minute” i finał. Najbardziej rockowy moment całej płyty. Gitara Lee wychodzi na pierwszy plan, sekcja rytmiczna jest znacznie mocniejsza, a organy nadają całości charakterystyczny progresywny rozmach. Aranżacja wokalna jest zaskakująco wyrafinowana jak na album własnej produkcji; harmonie wokalne przeplatają się z precyzją co świadczy o wielu długich próbach. To utwór, który nagradza cierpliwość: to co początkowo wydaje się prostym psycho-popem stopniowo odsłania pokłady kompozycyjnego zamysłu. Pokazuje potencjał zespołu. I być może właśnie dlatego pozostawia pewien niedosyt, bo słuchając go zastanawiam, co by było gdyby wtedy ktoś podpisał z nimi kontrakt?
Na całym albumie teksty Coe’a pisane do spółki z Bobem Mitchelem, nieformalnym piątym członkiem zespołu, operują na terytorium psychodelicznej introspekcji i łagodnego, kosmicznego niepokoju. Nie jest to poezja najwyższych lotów, ale znakomicie dobrana do muzycznego nastroju wynosi materiał ponad przeciętność epoki. Przez cały album przewija się atmosfera czegoś, co nazwałbym ulotnością. Complex nie zmienili historii rocka, nie stworzyli gatunku, ale stworzyli płytę, która przetrwała własną epokę. Płytę, która jest jak znaleziony na strychu zakurzony rodzinny album z czarno-białymi zdjęciami. Nie wszystkie są perfekcyjne. Niektóre prześwietlone, inne zamazane. Ale kiedy zaczynamy je oglądać, nagle pojawia się coś, czego nie można kupić za żadne pieniądze: prawdziwy czas, prawdziwych ludzi i prawdziwe emocje.
Niezrażeni katastrofą dystrybucyjną debiutu zespół powrócił do studia w sierpniu 1971 roku, aby nagrać drugą płytę, „The Way We Feel”. Ale o tym w części drugiej.








































