Są takie płyty, których legenda rodzi się nie dzięki kampaniom reklamowym, miejscem na listach przebojów, czy obecnością w kanonie rocka, a bardziej niedopowiedzianymi historiami owianymi tajemnicą. „Catharsis” należy do tych legendarnych albumów, które przez dziesięciolecia żyły niemal wyłącznie wśród kolekcjonerów prywatnych wydań i miłośników ciężkiego psychodelicznego prog rocka. Choć nazwa McDonald & Sherby brzmi jak nazwa agencji nieruchomości w rzeczywistości jest rockowym duetem, za którym stali Guy McDonald, oraz Stan Sherby – dwaj muzycy z Minneapolis w stanie Minnesota. Występowali lokalnie, najczęściej w klubie należącym do ojca McDonalda, zdobywając wierne grono słuchaczy. Pod koniec lat sześćdziesiątych stworzyli własny materiał łącząc zamiłowanie do psychodelii, hard rocka i rodzącego się wówczas rocka progresywnego. Na przełomie dekady nagrali materiał w słynnym studiu Sound 80 w Minneapolis z udziałem muzyków sesyjnych. Mimo zainteresowania kilku wytwórni kontrakt nigdy nie doszedł do skutku. Zniechęcony Guy McDonald postanowił wydać album własnym sumptem. Tak narodziła się wytwórnia Omniscient Records, która w 1974 roku wypuściła w niewielkim nakładzie „Catharsis”. To właśnie ta skromna liczba egzemplarzy przeznaczona głównie dla rodziny, przyjaciół i lokalnych fanów sprawiła, że płyta jest dziś mitycznym świętym Graalem amerykańskiego undergroundu.
Dwóch brodatych muzyków stylizowanych na archetypicznych hipisów wygląda bardziej jak parodia kontrkultury niż jej autentyk. Tymczasem pod tą osobliwą oprawą kryje się zaskakująca muzyka wykonana przez ludzi, którzy wiedzą jak operować dynamiką i instrumentalnym dialogiem. O ile niektóre płyty przypominają doskonale zaplanowane budowle, inne są jak stare domy stojące na uboczu – pełne skrzypiących schodów, nierównych ścian i tajemnic, których nie sposób odtworzyć. „Catharsis” należy właśnie do tej drugiej kategorii. Nie jest albumem idealnym, ale jest albumem prawdziwym. Już od pierwszych dźwięków słychać, że muzycy nie próbują nikogo naśladować. Owszem, pobrzmiewają tu echa Wishbone Ash, Uriah Heep, Iron Butterfly, czasem nawet wczesnego King Crimson, ale są to raczej dalekie inspiracje niż zapożyczenia. McDonald i Sherby stworzyli własny język: surowy, psychodeliczny i niezwykle szczery. Największą siłą tej muzyki jest kontrast. Delikatne, niemal pastoralne fragmenty akustycznych gitar przechodzą w monumentalne ściany przesterowanych riffów. Melodyjne harmonie wokalne ustępują miejsca ciężkim gitarowym dialogom, które chwilami brzmią, jakby Hendrix spotkał się z Black Sabbath gdzieś w piwnicy amerykańskiego Midwestu na jam session. Nie ma tu ani grama komercyjnej kalkulacji. Każdy utwór rozwija się własnym rytmem, pozwalając muzyce oddychać. Słychać fascynację improwizacją. Słychać radość wspólnego grania. I właśnie dlatego, mimo upływu ponad pięćdziesięciu lat brzmi zaskakująco świeżo. Praktycznie niemożliwe jest wskazać tu faworyta – ten album jest genialny od początku do końca. Jego brzmienie w głównej mierze oparte jest na gitarze – sfuzowanej, miejscami agresywnej, lecz równie często unoszącej się w mglistych, rozciągniętych frazach. To nie jest jednak brutalny hard rock, ani proto metalowy atak. McDonald & Sherby wybierają nieoczekiwane, bardziej niekonwencjonalne, czasem hipnotyczne rozwiązania.
Już otwierające kompozycje takie jak „Addoranne”, „Sharks Around Blood”, oraz „Run And Hide” wprowadzają nas do świata pełnego psychodelicznych pejzaży i ciężkich gitarowych pasaży. Obaj panowie bardzo umiejętnie budują napięcie. Zamiast wściekłego ataku pozwalają muzyce stopniowo dojrzewać, jakby prowadząc nas coraz głębiej w labirynt własnej wyobraźni. Środkowa część albumu stanowi jego emocjonalne serce. To tutaj najpełniej objawia się progresywna natura zespołu. Rozbudowane struktury w monumentalnym „Swim Free”, częste zmiany tempa, oraz wielowątkowe aranżacje pokazują, że duet myślał o muzyce bardziej jak kompozytorzy większych form, niż autorzy prostych piosenek. Najbardziej zapadają w pamięć gitarowe dialogi. One nie konkurują ze sobą — prowadzą rozmowę. Kiedy jedna przejmuje inicjatywę, druga odpowiada subtelną kontrmelodią dzięki czemu nawet te długie instrumentalne fragmenty nigdy nie nużą. Tytułowa kompozycja przynosi pewne wyciszenie. Zamiast efektownego finału otrzymujemy refleksję. Medytacyjna muzyka stopniowo gaśnie pozostawiając nas z poczuciem uczestnictwa w czymś bardzo osobistym. Jej tytuł okazuje się idealny. Catharsis to oczyszczenie przez dźwięk.
Album nosi wszystkie cechy niezależnej produkcji początku lat siedemdziesiątych. Nie jest perfekcyjna. I właśnie dlatego zachwyca. Perkusja brzmi naturalnie, bez studyjnych sztuczek, bas jest miękki, ciepły i bardzo melodyjny. Gitary mają charakterystyczny analogowy, lekko ziarnisty przester, którego współczesne produkcje często próbują bezskutecznie odtworzyć. Całość spowija delikatna pogłosowa mgła nadająca muzyce nieco sennego charakteru. Guy McDonald okazuje się znakomitym gitarzystą i kompozytorem. Jego partie płynnie przechodzą od subtelnych akustycznych figur do ciężkich, pełnych ekspresji riffów. Równie przekonująco wypada przy instrumentach klawiszowych, które dyskretnie poszerzają przestrzeń brzmienia. Z kolei Stan Sherby wnosi do zespołu nieco bardziej surową energię. Jego gitara jest ekspresyjna, chwilami wręcz dzika, ale nigdy nie traci melodii. Wokalnie obaj tworzą bardzo naturalne harmonie – pozbawione teatralności, za to pełne autentycznych emocji.
Historia rocka pełna jest albumów, które odniosły sukces dzięki wielkim budżetom i rozbudowanej promocji. „Catharsis” prezentuje ich całkowite przeciwieństwo. To płyta nagrana z pasji. Wydana niemal potajemnie. Odkryta przez świat dopiero po wielu latach. Jest w niej coś niezwykle ujmującego — świadomość, że twórcy nie nagrywali z myślą o listach przebojów, lecz dlatego, że mieli tę muzykę w duszy i sercu i chcieli ją z siebie wyrzucić. Dla miłośników amerykańskiego progresywnego rocka, ciężkiej psychodelii i gitarowego grania z pierwszej połowy lat siedemdziesiątych pozycja wręcz obowiązkowa. Album nie zdobył sławy, na jaką zasługiwał, ale właśnie dzięki temu zachował aurę tajemnicy. Bo czasem największe muzyczne skarby znajdują się nie na szczytach list przebojów, lecz na zakurzonych półkach cierpliwie czekając, aż ktoś ponownie pozwoli im zabrzmieć.
W Stanach Zjednoczonych powstały setki prywatnie wydanych płyt, ale tylko nieliczne zyskały status legendy. „Catharsis” jest jedną z nich. I to nie dlatego, że kosztuje fortunę (oryginalne egzemplarze osiągają na aukcjach zawrotne ceny), ale dlatego, że kryje się w nim niezwykła autentyczność. W muzyce McDonalda i Sherby’ego nie ma ani odrobiny pozy. Słychać dwóch ludzi, którzy po prostu chcieli stworzyć coś własnego, nie oglądając się na mody, czy oczekiwania wytwórni. W tym elitarnym gronie ich wspólne dzieło znalazło się obok takich wydawnictw jak równie mityczny „Dark Round The Edges” brytyjskiej grupy Dark, jak „Moon Blood” Fraction, bardziej hard rockowy „A Foot In Coldwater” zespołu o tej samej nazwie, czy „Montgomery Chapel” The Search Party. Łączy je jedna cecha – wszystkie sprawiają wrażenie, jakby istniały poza głównym nurtem historii rocka. Są jak wiadomości w butelce wyrzucone na ocean i odnalezione po latach. Każdy z nich ma własną historię, którą warto opowiedzieć i własny świat, który warto poznać.



































