Okres tej kolekcji (1967-1969) nie wygląda na zbyt imponującą, prawda? Trzy lata. Tyle mniej więcej czasu potrzebuje współczesny zespół, gdy po wydaniu płyty zaczyna myśleć o następnej. Jednak w latach 60-tych wyglądało to inaczej. Świat muzyki pędził o wiele szybciej, a w tym konkretnym przypadku ów stosunkowo krótki okres obejmuje DZIEWIĘĆ płyt CD, co jest wręcz niewiarygodne! No dobrze, dwie z nich co prawda zawierają ten sam materiał z czego jedna płyta ma miks mono, a druga stereo, ale każda z tych „duplikatów” zawiera mnóstwo bonusów w postaci materiału spoza albumu i co ważne, bardzo często wcześniej niepublikowanego. Warto zapiąć pasy i przygotować na szaloną jazdę, bo jeśli jesteście jedną z tych osób, które znają Vanilla Fudge tylko z przebojowego coveru „You Keep Me Hanging On”, albo z debiutanckiego albumu, to nic nie słyszeliście. Zebrane tu albumy to jak alternatywna historia końca lat 60-tych z stylami i formatami oscylującymi między wielkością, porażką i totalnie oszałamiającym dziwactwem! Jedno jest pewne – nigdy nie jest nudno. Tak więc zanurzmy się w punkcie, w którym wszystko się zaczęło.
Debiutancki album sygnowany nazwą zespołu, który ukazał się legendarnego lata 1967 roku, był niezwykle wpływowym wydarzeniem. Lista ówczesnych gwiazd rocka, które wskazały go jako swój ulubiony i, co warte podkreślenia, miał na nich wpływ była długa. Nawet Jimi Hendrix przyznał kiedyś, że kupił go więcej niż raz, ponieważ grał go tak często aż starły się rowki. Jest to w pewnym sensie zrozumiałe, ponieważ patrząc wstecz była to na owe czasy wspaniała i nieszablonowa muzyka. Vanilla Fudge wziął kilka coverów, miejscami spowolnił je do szybkości kroczącego żółwia i przykrył gęstymi warstwami organów Hammonda, przesterowanej gitary i potężnych harmonijnych wokali. To był prawdziwy triumf wyobraźni i śmiałe wyjście poza oryginały.
Zespół tworzyli znakomici muzycy: Mark Stein na klawiszach i wokalu, Vince Martell na gitarze, oraz przyszła sekcja rytmiczna Cactus i Beck Bogert And Appice, czyli Tim Bogert na basie i Carmine Appice na perkusji. Wszyscy mieli duży wpływ na tworzoną muzykę, co nie często się zdarza. Stein wymienił Jona Lorda jako osobę, która miała ogromny wpływ na jego grę na Hammondzie, podczas gdy kryminalnie niedoceniany, przesiąknięty fuzzami styl Martella stanowił wzór dla wielu wczesnych gitarzystów „metalowych”. Niektóre części debiutu zestarzały się lepiej niż inne – na przykład próba naśladowania The Beatles w „Ticket To Ride” była porażką, ale już ośmiominutowe „Eleanor Rigby” wypada znacznie lepiej, zaś trudny do przebicia oryginał Curtisa Mayfielda „People Get Ready” zrobili znakomicie. Utwór The Zombies „She’s Not There”, często coverowany „Take Me For A Little While”, Trade’a Martina, a nawet okazjonalny „Bang Bang” Sonny And Cher to natchnione i pomysłowe wersje, ale przerobienie „You Keep Me Hanging On” to był już szczyt wszystkich szczytów!
Wersja singlowa jest znana i często grywana, ale ta albumowa, ponad siedmiominutowa, jest dziełem niezwykłym oddająca bolesny opis tęsknoty i frustracji, z symfonicznymi ozdobnikami organów i nieoczekiwanymi zmianami tempa. Nie zamierzam wysuwać absurdalnych twierdzeń, że to początek tego, co miało stać się „rockiem progresywnym”, lub „heavy metalem”, ale sygnał startowy został wysłany. Pierwsze dwie płyty w zestawie zawierają miks mono i stereo całego albumu, choć moim zdaniem opcja stereo jest tą jedyną – w tamtym czasie było ono złotym standardem, a albumy wydawano w obu formatach głównie dlatego, że wiele domostw wciąż miało tylko sprzęt monofoniczny.

Powszechnie uważa się, że ten niezwykle udany debiutancki album był i pozostaje najlepszym w dorobku Vanilla Fudge i jedynym naprawdę znaczącym dziełem wartym uwagi. Powszechnie przyjęte przekonanie jest jednak błędne w obu kwestiach, ale do tego przejdę nieco dalej. Na razie zespół był w świetnej formie. Ich gwiazda świeciła jasno, mieli na koncie przeboje, byli uwielbiani przez ówczesne gwiazdy rocka i popu, a wszystko, co musieli zrobić, to umocnić swoją pozycję kolejnym albumem. Ich przyszłość była tak pewna jak śmierć i podatki. Niestety, zamiast tego podjęli decyzję, która była jedną z najbardziej dziwacznych i katastrofalnych decyzji artystycznych i komercyjnych jaką można sobie wyobrazić. Mówiąc dosadnie wykopali dół, z którego będą chcieli się wydostać do końca swych dni. To, co zrobili zaledwie sześć miesięcy później ( luty’68) to „The Beat Goes On” – awangardowy album koncepcyjny, który miał opowiedzieć historię muzyki od Mozarta do Beatlesów (i nie tylko), z nawiązaniem do II wojny światowej i społecznym komentarzem. A wszystko to na 40-minutowym winylu. Cóż, porwali się z motyką na Księżyc. Ten album wraz z takimi potworami jak podwójny LP Lou Reeda „Metal Machine Music” z elektronicznym noisem i/lub wspólna płyta Johna Lennona z Yoko Ono „Two Virgins” przeszedł do legendy w kategorii „najgorszy album wszech czasów”. Różnica jest taka, że albumy Reeda i Lennona powstały odpowiednio z protestu i eksperymentalnej miłości do awangardy. Vanilla Fudge po prostu uważała to za dobry pomysł. I tyle.
Prawdę mówiąc każdy powinien posłuchać go raz, choćby tylko po to, żeby usłyszeć co się tam dzieje. Jest on podzielony na cztery „fazy” z przewodnim tematem piosenki „The Beat Goes On” Sonny And Cher przerobioną na sześć krótkie, głównie elektroniczne, kawałki mające niewiele wspólnego ani ze sobą ani z oryginałem. Po otwierającym nagraniu „Sketch”, który przy trzech minutach jest tu prawie epicki, zostajemy zanurzeni w „Phase One” przez jedną z iteracji „Beat Goes On” zanim przejdziemy do utworu „Eighteenth Century”, który składa się z 52-sekundowej wariacji na temat Mozarta. Prawdę powiedziawszy przeczytanie tytułu zajmuje więcej czasu niż muzyka. Z kolei dziewiętnasty wiek zredukowano do 44 sekund w postaci tradycyjnej piosenki o nazwie „Old Black Joe”. Następnie przechodzimy do wieku dwudziestego, który składa się z czterech… westernowych piosenek filmowych! Są to, „Don’t Fence Me In”, „12th Street Rag”, „In The Mood” i „Hound Dog”, trwające łącznie trzy minuty i dziewięć sekund. Każdy z tych fragmentów osiąga punkt kulminacyjny alarmującym crescendo, brzmiącym jak demoniczna agonia. Ktoś się jednak w porę opamiętał, bo na potwierdzenie, że w tym stuleciu wydarzyły się także inne rzeczy w ostatnie części tej „fazy” pojawiają się Beatlesi z miksem pięciu piosenek wciśniętych w niecałe dwie minuty. Wydawałoby się, że to koniec historii muzyki, choć donośny głos intonujący „Phase Two” wprowadza nas w trzy kolejne odsłony „Beat Goes On”, (Sonny Bono dostaje kolejną tantiemową transzę), oraz sześć i pół minuty Beethovena, który tu wypada zdecydowanie lepiej niż mój biedny Mozart. W rzeczywistości rockowa aranżacja „Dla Elizy” i „Sonata Księżycowa” jest całkiem znakomita i wyróżnia się na tle reszty albumu niczym 50-piętrowy wieżowiec wśród parterowych domków.
Po tym jednak robi się dziwnie. Tak – czegoś takiego jeszcze nie zrobili. „Faza trzecia” to ośmiominutowy dźwiękowy kolaż z przemówień różnych osób z okresu II wojny światowej i nie tylko, w tym Chamberlaina, Churchilla, Roosevelta, Trumana, Kennedy’ego… Poza samymi muzykami chyba nikt nie wie dlaczego tam się znalazły. I tu pojawia się wyższość płyty CD nad winylem – nie chcąc słuchać tego fragmentu kolejny raz jednym naciśnięciem pilota mogę go pominąć nie wstając z fotela… „Faza czwarta” to kolejne dwie wypłaty dla Sonny’ego Bono i dziewięciominutowym „Merchant / The Game Is Over” przeplatany krótkimi wypowiedziami członków zespołu pasującymi tu jak kwiatek do kożucha. Martell recytuje kilka bełkotliwych wierszy, Bogert zostaje pytany o… lody (!?), czarną siłę i wyjazd Beatlesów do Indii, a Appice stwierdza, że jest małomówny i woli grać na perkusji, co też czyni. W końcu przychodzi kolej na Steina, który ni z gruszki ni z pietruszki czyta fragment Starego Testamentu dotyczący Mojżesza. I to już koniec. Ponownie dostajemy wersje stereo i mono, choć ta druga całkowicie mnie nie przekonuje. Obie płyty ratują bonusy – strony A i B ówczesnych singli, które naprawdę są bardzo dobre chociaż w zestawieniu z tym dziwacznym dziełem wydają się nie na miejscu. O czym jeszcze warto wspomnieć..? A, tak! Okładka albumu! No cóż, jest głównie po japońsku.
Dobra wiadomość jest taka, że zespół zdał sobie sprawę, że musi wrócić do tego, co robił najlepiej. I udowodnił to kolejnym albumem zatytułowanym „Renaissance”. Moim skromnym zdaniem zdecydowanie najlepszym ze wszystkich jakie nagrał.
Ta swego rodzaju podrasowana i dopracowana wersja stylu z debiutu zawiera głównie autorskie kompozycje, a każda z nich jest strzałem w dziesiątkę. Tu nikt nie bierze jeńców. To już ten bezpretensjonalny wczesny rock progresywny zagrany z pełnym rozmachem i dramaturgią. To tu znajduje się genialny „The Sky Cried – When I Was A Boy” Steina i Bogerta, znakomity „Thoughts” Martella (oj, chłopaki z Uriah Heep byliby w siódmym niebie), oraz nie mniej fantastyczne „Paradise” i „Faceless People” Appice’a. Ale tak naprawdę prawdziwym hitem zarówno na tym albumie, jak i w całej karierze zespołu, okazała się przeróbka „Season Of The Witch” Donovana, która z niewątpliwie doskonałego oryginału przemienia go w klaustrofobiczną, pełną koszmarów podróż. Instrumentalne fragmenty i zwrotki przekazują grozę tym bardziej przerażającą, że bezimienną, z szepczącymi głosami wydobywającymi się z głośników i błagalnymi prośbami „Pomóż mi…” Refren nie pozostawia wątpliwości, że niezależnie od tego kiedy, gdzie i jaki jest Sezon Czarownic, nie chcemy tam być. Słuchanie go w ciemności może wywołać lęki, więc tym, którzy mają problemy z zasypianiem, lub z sercem radzę go sobie odpuścić. Pomimo wiejącej na końcu grozy jest to wspaniałe zakończenie triumfalnego albumu, który niestety w ogóle nie trafił na brytyjskie listy przebojów, a w USA dotarł jedynie do dwudziestego miejsca. Czyżby czkawka po poprzedniku? Z pewnością to jeden z tych albumów, który czeka na ponowne odkrycie. Dla mnie bomba!
Następne dwie płyty to koncert z Fillmore West, ale wrócę do niego później, ponieważ nie został on wydany w tamtym czasie, co uważam za wielki skandal. Idąc chronologicznie kolejna pozycja to „Near The Beginning” – pierwsza z dwóch wydanych w 1969 roku.
Mamy tu tylko cztery nagrania blisko spokrewnione z „Renaissance”. Stronę pierwszą otwiera olśniewająca wersja „Shotgun” Juniora Walkera. Martell i Appice szaleją tu na swoich instrumentach, a znakomite aranżacje dały mu nowe życie. Jeszcze lepszą wersją jest „Some Velvet Morning” duetu Nancy Sinatra & Lee Hazelwood, w której zespół kontynuuje odejście od typowo ponurej interpretacji dodając kilka świetnych harmonii i kładąc nacisk na dynamikę cicho/głośno. Porywająca kompozycja Carmina Appice’a, „Where Is Happiness”, jest powrotem do brzmienia pierwszej płyty. Ta strona jest tak mocna, że może być kandydatką na „najlepszą stronę winylu” tamtych lat. Strona B miała potencjał i w moim odczuciu powinna utrzymać ten fantastyczny poziom. Tymczasem blisko 24-minutowy, koncertowy „Break Song” to raczej test wytrzymałości niż porywający jam. Pierwsze trzynaście minut składa się z solowych występów całej czwórki, po czym muzyka przechodzi w powolny blues. Zacieram ręce i czekam na kolejne minuty z kapitalnymi solówkami. Zespół jednak tego nie robi. Zamiast nich usłyszymy drugie solo perkusyjne, tym razem trwające około ośmiu minut, po którym czuję się lekko znużony. W sumie nie jest to zły utwór, ale osłabia wizerunek całej płyty. Są jednak i dobre wieści. Bonusowe utwory, w tym studyjna wersja „Break Song”(!) naprawdę nabierają rozmachu, a kilka długich improwizacji dowodzi, że zespół potrafi robić to dobrze każdego dnia. Gdyby tak wybitne kawałki jak „Heartache Jam” i „Love Jam” mające bardziej wyrazisty bluesowy klimat znalazły się na drugiej stronie z pewnością płyta miałaby realną szanse na miano arcydzieła.
Swój ostatni album z pozbawioną wyobraźni okładką składającą się ze słów „Rock & Roll” napisanych dużymi czerwonymi literami na białym tle wydali w październiku tego samego roku – 25 miesięcy po debiucie.
Prawdę mówiąc nie był to zbyt dokładny tytuł (analogicznie jak album AC/DC „Jazz Funk”), ponieważ z pośród siedmiu stylistycznie różnych utworów tylko hałaśliwy „Need Love” ma jakiekolwiek powiązania z rock & rollem. To nie jest zła płyta. „The Windmills Of Your Mind” wykorzystuje, z dobrym skutkiem, charakterystyczny dla nich powolny dramatyczny trik, a „The Church Bells Of St Martins” jest kapsułą czasu, opowiadającą historię pokojowej demonstracji na Trafalgar Square w 1959 roku. Z kolei „Lord In The Country” Steina podejmuje się odrodzenia radosnej muzyki gospel, ale mnie on nie przekonał. Wydaje się, że skończył im się cukier, choć obecność kolejnego, wyjątkowo dobrego improwizowanego „Studio Jam”, oraz niewykorzystanego „Movin’ On”, który powinien się tu znaleźć jasno dawał do zrozumienia, że trochę tego paliwa w baku zostało. W każdym bądź razie „Rock And Roll”, i „The Beat Goes On” to zdecydowanie najsłabsze ich albumy. I tu rodzi się pytanie: skoro jechali na oparach, dlaczego zespół nie dał sobie chwili wytchnienia i odpoczynku..? Tego prawdopodobnie nigdy się nie dowiemy.
Ta opowieść jeszcze się nie kończy ponieważ wciąż pozostaje kwestia wspomnianych dwóch płyt (w zestawie jako szósta i siódma) zatytułowane „Live At The Fillmore West”, które, o ile się nie mylę, doczekały się właśnie tutaj pierwszego oficjalnego wydania na CD. I są absolutnym objawieniem.

Ten absolutnie porywający koncert, który odbył się w sylwestrową noc na przełomie roku 1968/69 dostaliśmy w jakości lepszej niż można by sobie wyobrazić. Od otwierającego „She’s Not There”, który mocą ognia miażdży wersję studyjną z debiutu, zespół jest w natarciu atakując materiał z pewną dozą nonszalancji i swobodą, która w warunkach studyjnych nigdy by się nie zdarzyła. Cały debiutancki album (poza „Bang Bang”) jaki został tu zagrany jest zdecydowanie lepszy; niemal heavy metalowe wykonanie „Ticket To Ride” i niezwykle soulowe „People Get Ready” o niebo przewyższają studyjny oryginał. Jest też porażająca wersja „Season Of The Witch”, tym razem bliższa demonicznej inwokacji, która musiała pozostawić blizny na umysłach każdej pokręconej publiczności, ze wskazaniem na tę z San Francisco. Podobieństwo do późniejszych zagrywek perkusyjnych Billa Warda, który nagrał ją dwa lata później z Black Sabbath jest tu bardzo wyraźne i trzeba posłuchać, żeby uwierzyć, że i on był pod wrażeniem debiutu Fudge. Co ciekawe, jest nawet wycieczka do „The Beat Goes On”, gdzie można usłyszeć szaleńczo wykonaną wiązankę Beethovena, która z kolei prowadzi do intensywnej „Eleanor Rigby”. Ba! Nawet „Break Song” otrzymuje prawdziwego kopa i w tym kontekście jest znacznie mniej męczący. Na koniec, pomimo głośnych wołań publiczności o „The Sky Cried”, zespół ogłasza, że zamiast tego spróbuje „niespodzianki” – czegoś, czego nigdy wcześniej nie grali na żywo i rozpoczyna typową dla siebie rekonstrukcję „Like A Rolling Stone” Dylana. Tak wyrafinowaną, powolną i rozważną, że w ciągu siedmiu minut udało mu się przebrnąć przez zaledwie dwie zwrotki po czym zostaje nagle przerwana. Powód? Był Sylwester, zapewne zbliżała się północ, pora powitania Nowego Roku. To rozczarowujące, że ta świetna i niestety niedokończona interpretacja została przerwana, ale to trafna ilustracja tamtych szalonych, cudownych czasów. W końcu, jak często widzi się bilet na koncert z napisem „Śniadanie w cenie”?

Ogólnie rzecz biorąc, to obszerne pudełko ilustruje, jak wiele osób mogło do tej pory mieć zafałszowany obraz Vanilla Fudge i jak wiele wspaniałej muzyki wyprzedzającej swoje czasy mogło im umknąć.

Znajdujemy tu albumy niezwykle wpływowej i wyprzedzającej swoje czasy muzyki nagranej przez zespół, którzy wielu zepchnęło do historycznego przypisu „jednego przeboju” i który wydał „dobry debiut”. Oczywiście muzycy po części sami są temu winni i jak jasno wynika z zamieszczonej tu broszury, całkowicie ten fakt akceptują. Myślę, że fani zespołu kupią je choćby dla znakomitego występu w Fillmore West, a dla tych, którzy znają go słabo jest to pozycja godna największej uwagi choćby ze względu na „Renaissance”, pierwszą połowę „Near The Beginning” i na ekscytujące studyjne jamy. Nawet szaleństwo „The Beat Goes On” naprawdę warto posłuchać, bo pomimo trudności w jego odbiorze pokazuje jak utalentowaną ekipą muzyków i wokalistów była Vanilla Fudge!
Tim Bogert zmarł 13 stycznia 2021 roku, ale pozostała trójka nadal koncertuje pod swoją nazwą i marzy mi się być na któryś z ich występów. Z nimi nigdy nie jest nudno!


























































