Wszystkie wpisy, których autorem jest zibi

Rarytasy cięższe od powietrza… DEEP PURPLE, BUDGIE, LED ZEPPELIN.

Muzyczne archiwa wytwórni EMI, czy też Radia BBC ponoć wciąż pełne są niezwykłych nagrań wykonawców, których sława, a także wkład w rozwój muzyki popularnej jest niekwestionowany. O tych zasobach krążą legendy, które jeszcze bardziej rozpalają wyobraźnię, gdy na rynek trafiają kolejne płytowe wydawnictwa z nieznanymi i niepublikowanymi nagraniami. Te archiwalia kupują przede wszystkim fani, którym nie przeszkadza ani słabsza jakość nagrań, ani cena (nawet zaporowa jak w przypadku boxu Pink Floyd „The Early Years 1965-1972”)! Bo nikt inny jak właśnie oddany fan  potrafi najbardziej docenić owe muzyczne perełki i cieszyć się nimi jak (nie przymierzając) dziecko z nowej zabawki…

Na swojej półce naliczyłem kilkadziesiąt takich pozycji i pomyślałem sobie, że warto do niektórych wrócić co jakiś czas. A w zasadzie przypomnieć o ich istnieniu. Na początek grupa DEEP PURPLE i podwójny album „The BBC Sessions 1968-1970”.

Na temat dokonań Purpli w studiach BBC od lat krążyły legendy. Niestety EMI do momentu wydania tej pozycji (7 listopada 2011) poprzestała na wydaniu dwóch koncertowych tytułach: „In Concert 1970-72” i „Live In London” (oba dostępne niegdyś tylko w Japonii!). Fani błagali o te nagrania, a EMI milczała. Podejrzewano, że ktoś w wytwórni nieopatrznie je skasował. Na szczęście ocalały analogowe płyty promocyjne zawierające zapis większości sesji. Nosiły one nazwę „Pick Of The Pops For Your D.J.” i tłoczono je w nakładzie kilku(!), czasem kilkunastu egzemplarzy na potrzeby radiowych stacji. Nie muszę chyba dodawać, że dziś na giełdach płytowych osiągają oszałamiającą cenę. Zostały one odczyszczone z szumów i trzasków i wydane na dwóch płytach CD. Cóż za szczęście!

Nagrania zostały zarejestrowane w londyńskim Maida Vale Studios należące do Radia BBC pomiędzy 18 czerwca 1968 roku, a 23 września 1970. Pierwszy dysk zawiera nagrania z wokalistą Rodem Evansem i basistą Nickiem Simplerem i już robią duże wrażenie. Zwracam uwagę na kompozycję „Hey Bop A Re Bop”, która nigdy nie została oficjalnie wydana na żadnej płycie. Są tu też m.in.  dwie wersje „Hush” (hit za Oceanem, podczas gdy w Wielkiej Brytanii niezauważony), beatlesowskie „Help”, czy o połowę krótszy w stosunku do płytowej wersji „Hey Joe”. Nie mniej to drugi dysk z dwunastoma utworami z okresu „In Rock”wymiata i wręcz miażdży! Niemal wszystkie biją na głowę wersje znane fanom od blisko 40 lat! W „The Bird Has Flown” (oryginalnie na „trójce”) wyraźnie słychać, że Gilan chciał udowodnić nowym kumplom, iż podjęli słuszną decyzję wyrzucając Evansa z zespołu… „Child In Time” jeśli nie lepsze, to w innej wersji ze wspaniałym solo na… organach. Palce lizać! To chyba jedyna taka wersja! Instrumentalna kompozycja „Gabsplatter” została – niestety – pominięta w 1970 roku. Szkoda, gdyż jest naprawdę porywająca… „Ricochet” to embrionalna postać „Speed King”. Dopiero teraz widać, że genialna wersja znana z oficjalnej płyty była szaleńczym rzutem na taśmę… „Hard Lovin’ Man” to z kolei jeden z najlepszych hard rockowych numerów w historii rocka. Tyle, że serce się załamuje, gdy po czwartej minucie utwór się wycisza. Dlaczego..?! Tego już się chyba nigdy nie dowiemy, ale takie też bywają uroki (nie)znanych wersji nagrań…

Dwupłytowy „Heavier Than Air. Rarest Eggs” zespołu BUDGIE wydany na CD w 1998 roku to zestaw zawierający wyłącznie koncertowe, do tej pory niepublikowane nagrania tria z lat 1972-81.

Mamy tu dokładnie 154 minuty naprawdę ekscytującego materiału. Ze względu na to, że jest to pierwsze oficjalne wydanie ukazujące BUDGIE „na żywo” rzecz  obowiązkowa dla fanów grupy, choć patrząc po tytułach nagrań nie ma tu nic odkrywczego… Pierwszy CD wypełniają utwory zarejestrowane dla Radia BBC, głównie z 1972, ale też z 1976 i 1981 roku. Pierwsze cztery: „Rope Of The Locks”, „Rocking Man”, „Young Is A World” i „Hot As A Docker’s Armpit” z miejsca wbijają w fotel! To wzorcowe, heavy rockowe granie na najwyższym poziomie zdecydowanie cięższe od powietrza! Szkoda, że ostatnie cztery, w tym m.in. słynne „Nude Disintegrating Parachutist Woman” pod względem jakości dźwięku niestety odstają od pozostałych. Cóż, oryginalna taśma radiowa przypadkowo została skasowana. Jedynym źródłem, by uratować utwór od zapomnienia była amatorska taśma magnetofonowa nagrana bezpośrednio z radia… tranzystorowego przez nieznanego fana!!! To ci dopiero jest rarytas papuziego jaja..! Drugi CD zawiera materiał z prywatnego archiwum basisty i wokalisty, Burke’a Shelleya. Dwa pierwsze, czyli „Bredfan” i „You’re The Biggest Thing Since Powdered Milk” pochodzą z londyńskiego koncertu z 1974 roku i ukazują zespół u szczytu formy. Potem już do końca możemy zapoznać się z ponad godzinną rejestracją koncertu, który odbył się w Los Angeles w 1978 roku. Jeśli ktoś w tym miejscu skrzywi się – nie ma racji! W tym bowiem okresie BUDGIE grało jak w najlepszych latach, a może i lepiej! Oprócz Tony’ego Bourge’a w składzie był drugi gitarzysta, Myf Isaacs. Dzięki temu brzmienie grupy stało się pełniejsze – Bourge mógł skupić się wyłącznie na partiach solowych. Wspaniały występ z krystalicznym, czystym dźwiękiem, a zestaw nagrań taki, że tylko palce lizać: „Parents”, „In For The Kill” (z wplecionym „You’re The Biggest Thing…”), „Bredfan”, „Who Do You Want For Your Love”… Spece od nagrań i twórczości BUDGIE twierdzą, że L.A.’78 to najlepszy koncert walijskiego tria w jego historii. Być może mają rację..!

Co było największą piętą Achillesową LED ZEPPELIN w ich wyjątkowej dyskografii? Brak zabójczego albumu live na miarę „Live At The Leeds” The Who, czy „Get Yer Ya-Ya’s Out!” Stonesów. Pomijam tu podwójny „The Song Remains The Same”, który jak wiemy był jedynie ścieżką dźwiękową z filmu koncertowego o tym samym tytule i bez obrazu nie robi odpowiedniego wrażenia. Na szczęście po 31 latach(!) ukazało się doskonałe trzypłytowe wydawnictwo „How The West Was Won” wypełniające tę lukę. Cóż, lepiej późno niż wcale…

Jimmy Page do dziś jest zdania, że nagrania które zarejestrowano 25 i 27 czerwca 1972 roku podczas koncertów w L.A. Forum i Long Beach Arena w Kalifornii pochodzą z czasów, gdy LED ZEPPELIN był w najwyższej formie. I trudno się z nim nie zgodzić.

Pierwsze dwa utwory: „Imigrant Song” i „Heartbreaker” (ten ostatni wydłużony do siedmiu minut!) są nieco stonowane. Prawdziwa jazda zaczyna się od „Black Dog” – pełna polotu gra Page’a i finałowe mini solo Bonhama to ZEPPELIN u szczytu swych wielkich umiejętności! I tak już będzie do samego końca!!! Bohaterem i Numerem Jeden tych występów bezsprzecznie jest gitarzysta – Jimmy Page gra bardzo pewnie i swobodnie, choć pozostałym nic ująć nie można. Na uwagę zwraca też atmosfera i niezwykła reakcja publiczności nad którą unosi się nastrój rockowego misterium. Napięcie sięga zenitu, gdy Plant zapowiada „Stairway To Heaven”, ale set akustyczny chyba jeszcze bardziej podgrzewa atmosferę. Największe szaleństwo (co zrozumiałe) wybuchło przy „Going To California”, klaskanie w „Bron-Yr-Aur Stomp” a potem w „Bring It On Home” – rewelacja! Tak  Zepp zdobywał (Dziki) Zachód..! Mój faworyt, „Dazed And Confusion” trwa 25 minut(!) i wypada bardziej energetycznie od poprzednich wersji. Są dialogi na gitarę i wokal, jest smyczek, w środku zaś pojawia się cytat z „The Crunge” z przygotowywanego właśnie albumu „Houses Of The Holy”

Jedna z trzech płyt CD albumu "How The West Was Won"
Jedna z trzech płyt CD albumu „How The West Was Won”

Na kolejnych dyskach mamy „Dancing Days” i „The Oceans” – obie kompozycje brzmią ciężej i bardziej drapieżnie od swych studyjnych pierwowzorów. W 20-minutowym „Moby Dick” Bonzo zostaje sam. I tu powinienem czepić się, gdyż brzmienie jego perkusji jest nieco dziwne, jakby żywcem wzięte ze zwykłego heavy metalowego bandu. A przecież John Bonham powinien brzmieć jak… John Bonham, czyli ciężko i potężnie! Tak  jak na wszystkich innych płytach LED  ZEPPELIN. Czuję, że winę za to ponosi Kevin Shirley, który miksował cały materiał i który zaliczył już podobną wpadkę zmieniając firmowe brzmienie Nico McBraina z Iron Maiden… Podczas „Who Lotta Love” (23 minuty!) przychodzi czas na wiązankę standardów z obowiązkowym „Boogie Chillum” Johna Lee Hookera, z wesołą wersją „Hello Mary Lou” i z „Goin’ Down Slow” Jamesa Burke’a Odena. A potem rusza ich własny „Rock And Roll” zagrany z takim turbodoładowaniem, że czapki z głów spadają, a inne wersje przy tej zdają się zwyczajnie mdłe i rozmemłane. Całość zamyka „Bring It On Home”. W ciągu prawie 10-minut stylowy blues z harmonijką Planta przeplata się z chemicznie czystym hard rockiem.

Z czystym sumieniem powiem, że „How The West Was Won” to jak dla mnie najlepszy koncertowy album LED ZEPPELIN i jeden z najlepszych w historii rocka. I tylko szkoda, że nie ukazał się w owym magicznym dla zespołu 1972 roku…

Zdaję sobie sprawę, że prawdziwych fanów muzyki rockowej nie zaskoczyłem ani wykonawcami, ani tytułami płyt. Ale jak napisałem na samym początku – warto je odświeżać i do nich wracać, albowiem płyty z rarytasami choć wydają się cięższe od powietrza unoszą się wysoko ponad teraźniejszą przeciętność!

SWEET SLAG „Tracking With Close-Ups” (1971)

W roku 1971 brytyjska scena muzyczna ulegała zmianom. Era psychodelii minęła bezpowrotnie wraz z odejściem Syda Barretta z Pink Floyd, a kwartet definitywnie odciął się od surrealistycznego blasku „The Piper At The Gates Of Down” wytyczając nowe ścieżki. Rock progresywny z Peterem Gabrielem przebranym za lisa stawał się coraz bardziej konceptualny, Dawid Bowie ochrzcił się na Ziggy Sturdusta, a Led Zeppelin wprowadzili nowe, gęste brzmienie z własną reinterpretacją bluesa… W te muzyczne klocki lego świetnie wpasowuje się zespół SWEET SLAG ze swą jedyną płytą „Tracking With Close-Ups”. Nota bene początkowo płyta miała nazywać się „Guerilla Jazz Rock”, ale ostatecznie zrezygnowano z tego tytułu, co wyszło na dobre, bowiem nie jest to album stricte jazzowy.  Muzycy mieszali ze sobą jazz z psychodelią, ciężki rock ze współczesną awangardą, a brzmienie, które można uznać za progresywne w rzeczywistości zbliżone było do swobodnych eksperymentów Zappy i Beefhearta.  Wokalista, gitarzysta i skrzypek grupy, Mick Kerensky (wł. Mick Wright) na tylnej okładce określił styl zespołu mianem „stock rock” przez wzgląd na jego podziw dla Stockhausena. Zresztą co tu dużo mówić – od początku nie byli zainteresowani tworzeniem popularnego rocka w stylu Led Zeppelin, czy Black Sabbath choć nie odcinali się od niego zupełnie.  Nie zabiegali też ani o sławę ani o fortunę.

Sweeta Slag

O zespole praktycznie nie wiedziałem nic poza tym, że kwartet powstał w 1969 roku w Luton, że materiał na płytę gotowy był we wrześniu 1970 roku, ale z niewiadomych powodów ukazał się dopiero 15 stycznia 1971. Oraz to, że wydała go mała wytwórnia płytowa  President Records w bardzo niskim nakładzie… Mało! Lubię wiedzieć o zespołach, których płyty mam na swej półce dużo więcej. Włączyłem swego archeologicznego szwędaczka; zacząłem szukać, grzebać, wertować, węszyć. Przez przypadek trafiłem w końcu na… Ale o tym nieco dalej.

Jako zespół awangardowy skupiali wokół siebie niewielką, acz bardzo oddaną publiczność. Wspólne koncerty z Edgar Broughton Band, Groundhogs, czy Hight Tide powiększały powoli grono fanów. Lokalne fanziny umieszczały zdjęcia i krótkie relacje z występów kapeli, w których przewijał się motyw „ciemnej strony” ich brzmienia (cokolwiek miałoby to znaczyć) co w połączeni z mocno chrypliwym i „groźnym” wokalem Micka Kerensky’ego robiło na słuchaczach spore wrażenie. Ta „brudna” muzyka odzwierciedlała w pewnym stopniu także dość oryginalna okładka płyty – widok ulicznego zaułka pełnego odpadów, śmieci i gruzu. Patrząc z drugiej strony być może nawiązuje ona do poprzedniej profesji gitarzysty, który (jak głosi legenda) wcześniej zajmował się wywożeniem odpadów komunalnych…

Sweet Slag "Tracking With Close-Ups" (1971)
Sweet Slag „Tracking With Close-Ups” (1971)

Każdy z siedmiu utworów na tym albumie jest eksperymentalny, a zespół gra swobodnie improwizując zapodany temat. „Ciasne” bębnienie Ala Chambersa i stabilny bas Jacka O’Neill’a są wstanie rozwinąć dziesiątki pomysłów niemal od ręki. Wydawać by się mogło, że ta swoboda wypowiedzi może zniechęcić przypadkowego słuchacza, ale jak w najlepszych numerach Johna Coltrane’a wszystkie te pomysły i na pozór wirujące improwizacje łączą się w chwytliwe melodie wypływając na powierzchnię.  Trzeba mieć dużo muzycznej wyobraźni, by wyszły z tego cudeńka. I wyszły! Przykład? Ot, choćby dziesięciominutowy „Rain Again”, który przechodzi przez różne style zmieniając przy tym wielokrotnie metrum. Zaczyna się od cudownie mglistych pasaży saksofonu granych przez Paula Jolly na tle leniwej perkusji, przekształca się w jazgotliwą jazz rockową improwizację by na koniec uwieść przepiękną melodią wespół z nostalgicznym, ciepłym wokalem… Podobnie jest w „Twistet Trip Woman”; tu moją uwagę zwraca świetny basowy riff, oraz doskonała praca sekcji rytmicznej w jej środkowej części. Takie brzmienie niemal do perfekcji opanował czechosłowacki The Plastic People Of The Universe trzy lata później… „World Of Ice” to najbardziej psychodeliczny utwór na tej płycie; powolny upiorny stoner rock klimatem nawiązujący do „The End” Doorsów z partią gitary Micka Kerensky’ego, który jednocześnie jest twórcą całego materiału. Jego teksty pełne są ponurych osobistych wynurzeń dotyczących całkowitej nienawiści i nieufności wobec społeczeństwa. Paradoks polega na tym, że te gorzkie akcenty równoważone są poprzez delikatne momenty. Torturowane gitarowe solo potrafi nagle zmienić się w harmonijne i melancholijne granie tworząc coś naprawdę pięknego… Ostatni utwór „Babyi Ar” inspirowany jest wierszem Jewgienija Jewtuszenki o żydowskiej zbrodni w Babim Jarze w 1941 roku dokonanej przez nazistów. Kerensky wykrzykuje kilkakrotnie tytuł piosenki na tle przerażających odgłosów wyczarowanych przez resztę zespołu. Przejmujący moment płyty skierowany w ciemniejszą stronę ludzkiej kondycji…

Oryginalny label President Record
Oryginalny label President Records.

W moich poszukiwaniach natknąłem się jedynie na dwie recenzje z tamtego czasu. Obie krótkie i dość lakoniczne. 13 lutego Melody Maker określił album jako „(…) ostro współczesny, postrzępiony, surowy i zasadniczo pozbawiony radości. Gra jest solidna i konkretna z dużą ilością zawiłej improwizacji, Są jednak godnym zespołem, który zasługuje na szczególną uwagę”. Tydzień później Disc & Music Echo napisał w podobnym tonie: „Ten album jest wspaniałym i godnym uwagi dziełem, choć muzyka jest mocno skomplikowana i zagubiona. Talentowi muzykom odmówić nie można. Mają u mnie duży kredyt  zaufania.”

Po wydaniu krążka zespół rozpoczął szereg koncertów m.in. z Deep Purple, Nucleus, Stray, Black Cat Bones, Grahamem Bondem… Album „Tracking With Close-Ups” choć nie odniósł komercyjnego sukcesu (o co muzycy nie zabiegali) z biegiem czasu zyskał kultową reputację wśród kolekcjonerów płyt, która trwa do dziś!

Podczas zbierania informacji o zespole przez przypadek na kanale YouTube natknąłem się na zespół Southside Jimmy, w którym na perkusji grał niejaki Paul Chamber. W głowie zawył alarm. Przecież bębniarz SWEET SLAG nosił identyczne nazwisko! Zbieżność nazwisk..? Rodzina..? Przez facebooka nawiązałem kontakt z grupą, pochwaliłem ich za fajną muzę (są świetni!), oraz poprosiłem o potwierdzenie lub zaprzeczenie, czy Paul ma jakiś związek z Alem Chambersem. Minęło sporo czasu, nie było odzewu i o sprawie zapomniałem. Niespodziewanie dla mnie pod koniec ubiegłego roku dostałem e-maila od Paula! Głównie dotyczył zespołu Southside Jimmy (notka biograficzna, terminarz koncertów, newsy, itp, itd). Dopiero na zakończenie napisał coś, na co tak długo czekałem. Pozwolę sobie w tym miejscu zacytować fragment odnoszący się do grupy SWEET SLAG:

„(…) Perkusistą w zespole był mój nieżyjący już tata Alan Chambers. Niestety odszedł od nas w 1998 roku. Jack O’Neill jest moim starszym kuzynem ze strony mamy. Paul Jolly wciąż mieszka w Luton; spotkałem go kilka razy, ale nie wiem czym się zajmuje. Za to Mick Wright (Mick Kerensky – przyp. moja) został w 1990 roku radnym w hrabstwie Bedfordshire. Obecnie jest już na emeryturze i pisze książkę o roboczym tytule „Historia odpadów w Luton od 1850 do 2010″… Albumu słucham niemal od dziecka. Nagrali go dwa lata przed moim urodzeniem. W domu słyszałem go od dziecka. Nie widziałem ich na scenie, bo rozwiązali się tuż po moich narodzinach. Moja mama mówi jednak, że w studio nie uchwycili klimatu i energii swoich występów. Chyba jak większość kapel z tamtej epoki. Zawsze uważałem, że Sweet Slag albo wyprzedził swój czas, albo właśnie spóźnił się na odpływającą łódź. Tak czy inaczej to wielki hołd dla mojego ojca, że wciąż słuchacie ich muzyki, że znajduje się dla niej miejsce w Twojej płytotece choć zdaję też sobie sprawę, że nie jest to czarujący album… Mój tata był fantastycznym perkusistą, a na początku lat 80-tych, gdy był w zespole Wedgewood zabierał mnie ze sobą na koncerty. Siadałem tuż za nim i obserwowałem jak gra. I tak nauczyłem się grać na perkusji. Co ciekawe – w naszym zespole używam zestawu perkusyjnego marki Hayman, tego samego na którym do końca grał tata.  To wszystko. Dzięki. Paul Chambers”.

I ja też dziękuję bardzo Paulowi za te wspomnienia i za to, że znalazł czas by się nimi podzielić. Thank you Paul!

Mikołaju nasz, co nam pod choinkę dasz..?

Boże Narodzenie, najbardziej rodzinne ze wszystkich całorocznych Świąt ma jeden dodatkowy i istotny atrybut, którego nie mają inne Święta – choinkę. I nie ważne czy jest to drzewko „żywe” czy też sztuczne. Małe, duże, srebrne czy zielone.. Obwieszona bombkami i kolorowymi lampkami choinka MUSI być i basta! Taka tradycja. A pod nią coś, na co dzieci (i nie tylko!) czekają przez cały okrągły rok: prezenty przyniesione od Świętego Mikołaja w Wigilijną Noc…

Gdyby Św. Mikołaj miał problem z wyborem prezentu, skromną podpowiedzią dla niego niech będą moje propozycje. Może z nich skorzysta..?!

Na początek polecam trzy płytowe wydawnictwo zatytułowane „Let’s Go Down And Blow Our Minds”, które ukazało się w 2016 roku nakładem brytyjskiej firmy Grapefruit.

Podtytuł tego pięknie wydanego boksu w lakierowanym pudełku „The British Psychodelic Sounds Of 1967” wiele wyjaśnia. Na trzech płytach CD trwających łącznie cztery godziny(!) zebrano 80 nagrań zespołów brytyjskiej sceny rockowej i popowej z roku 1967. Ten oszałamiający zestaw oprócz kluczowych grup tego okresu jak The MoveProcol Harum (obie w końcu reprezentowane nie przez eksploatowane do bólu „I Can Hear The Grass Grow” i „A Whiter Shade Of Pale”), The ArtwoodsSpancer Davis Group, czy Pretty Things zawiera ponad 60 unikalnych utworów zapomnianych zespołów undergroundowych mających w dorobku singla, czasem zachowane, ale nigdy nie ujawnione nagranie, lub jak w przypadku T.J. Assambly płytę długogrającą wytłoczoną w ilości … 25 sztuk! Omawianie wszystkich tych perełek zajęłoby zbyt dużo miejsca, nie mniej warto zwrócić uwagę choćby na takie rarytasy jak „Subway (Smokey Pokey World)” The Tickle zanim gitarzysta Mick Wayne stworzył Junior’s Eyes;  nigdy nie wydane „Dogs In Baskets” Geranium Pond reklamowani na plakatach jako „najpiękniejsi hipisi ery flower power„; antywojenny protest song „Double Sight” grupy One In A Milion ze strony „B” singla „Fredereek Hernando” – jednego z najdroższych i najbardziej poszukiwanych singli wśród kolekcjonerów płyt; demo The Late z nagraniem „Familly Tree” przypominające The Holies z okresu popowej psychodelii; urokliwe „Smokeytime Springtime” The Dove z efektami taśmy puszczonej od tyłu, itd, itd… A jest jeszcze nieznana piosenka Davida Bowie „Toy Soldier” w wykonaniu The Riot Squad, wczesny Marc Bolan jako członek wojowniczych modsów John’s Childrens w nagraniu „Desdemona”,  groźna wersja „Evill Woman” Guy’a Darrella spopularyzowana później przez Spooky Tooth, a także The Game, którzy w piosence „Addicted Man” jawnie namawiają młodzież do posiadania i zażywania narkotyków… Słuchając tego wszystkiego kręcę głową zadając sobie pytanie: dlaczego ta, czy tamta piosenka nie stała się hitem, a zespół nie odniósł sukces..?

Zespół HAIR pochodził ze Skandynawii, a konkretnie z Danii. Działał w latach 1969 – 1974. W 1970 roku nagrał rewelacyjny album zatytułowany „Piece”. Wielokrotnie bootlegowany przez „piratów” doczekał się oficjalnej reedycji kompaktowej dopiero w 2004 roku.

Słychać na nim fascynacje muzyczną sceną San Francisco i zespołami pokroju Country Joe & The Fish, Big Brother And The Holding Company, Vanilla Fudge. Grupa grała dynamiczne utwory z mocno sfuzzowaną gitarą, ciężkimi organami, gęstą sekcją rytmiczną i naprawdę dobrym (angielskim) wokalem. W tym wszystkim było jeszcze miejsce na chwytliwe melodie więc całość słucha się z wielką przyjemnością. Nagrania, a jest ich sześć, trzymają wysoki poziom wykonawczy i trudno wyróżnić jedno, czy dwa. Otwierający płytę „Coming Through” pełen zmiennych nastrojów porywa energią od pierwszych taktów. Z kolei dwa najdłuższe: „Dream Song” i „Piece (Of My Heart)” (oba po 11 minut) to majstersztyki progowego  grania. Pierwszy ma coś z klimatu The Doors; drugiemu, z domieszką psychodelii, bliżej do wspomnianych wyżej Big Brother And The Holding Company. I choć wciąż natykam się na kolejne perły skandynawskiego rocka (co wydaje się wręcz nieprawdopodobne!) na mojej prywatnej liście ta płyta niezmiennie jest w pierwszej dziesiątce skandynawskiego rocka!

Basista Andreas Scholz po rozpadzie świetnej kapeli Murphy Blend trafił do zespołu BLACKWATER PARK, który  wyłonił się w Berlinie  w 1971 roku stając się sensacją tamtejszej sceny undergroundowej. Ta niezwykle ciekawa niemiecka grupa z angielskim wokalistą (Richard Routledge) nagrała pod koniec roku w cztery dni siedem kompozycji, które wiosną 1972 znalazły się na płycie „Dirt Box”.

Na scenie muzycy łączyli ze sobą blues z mocarnym, ocierającym się o proto metal rockiem, a rock progresywny kojarzyli z jazz rockiem. Fajne!? Ba, tak się wtedy grało..! Płyta zabiera nas w 35-minutową porywającą, ciężką blues rockową „podróż” pełną gitarowych riffów, soczystych brzmień organów Hammonda, mocnym wokalem i (momentami) acid rockowymi klimatami. Bajeczna produkcja nadaje energetycznym numerom dodatkowego impetu, co doskonale słychać w piekielnie ciężkim, zwalającym z nóg „One’s Life” i typowo rock’n’rollowym „Dirty Face”. Z kolei 6-minutowy „Indian Summer” pokazuje jakość zaangażowania w muzykę i wirtuozerię wszystkich instrumentalistów, zaś prawie 9-minutowy „Rock Song” napędzany szalonym gitarowym riffem, mocarną sekcją rytmiczną i obłędną solówką gitarową w końcówce jest, jak dla mnie, główną atrakcją albumu. Niezależnie od tego, czy ktoś jest zagorzałym fanem tego rodzaju muzyki, czy zaczyna się nią dopiero interesować album, który stworzył BLACKWATER PARK zadowoli starych wyjadaczy jak i nowicjuszy. Poza tym ten krążek… uzależnia. Rzecz jasna w dobrym tego słowa znaczeniu!

Amerykański zespół MICAH swój jedyny longplay nagrał w jednym podejściu (na tzw. „setkę”) w jeden dzień! Muzycy byli tak dobrzy, że inżynierowie dźwięku w nowojorskim Quad Studio praktycznie nie mieli co robić.

.

Krążek „I’m Only One Man” ukazał się pod koniec 1971 roku nakładem wytwórni Sterling Award Records w bardzo niskim nakładzie, przez co dziś oryginalny winyl jest łakomym kąskiem dla poważnych kolekcjonerów czarnych płyt przekraczając granicę 1000 $. Warto więc zainwestować w dużo tańszą płytę CD… Zespół udowadnia nim, że w Stanach grano fantastycznego prog rocka nim na scenie pojawił się Kansas. Chociaż, gdy usłyszałem ich po raz pierwszy byłem przekonany, że to brytyjska grupa grająca w stylu Cressidy, Beggar’s Opery, Rare Bird,., Tak po prawdzie muzyka na tej płycie to w zasadzie dwie długie, improwizowane kompozycje trwające odpowiednio osiemnaście i pół minuty (str. A oryginalnego winyla) i jedenaście i pół (str. B). Na kompakcie podzielono je na siedem kawałków (na szczęście bez irytujących przerw) nadając im nazwy. Od pierwszego nagrania „He’s A Dreamer” po kończące całość „Finale” słucha się tego materiału wybornie. Szalejący na swym  Hammondzie zakręcony klawiszowiec przypomina mi Vince’a Crane’a z Atomic Rooster; doskonały gitarzysta preparuje soczyste zagrywki a la The Nice i Yes, które brzmią fantastycznie i co ważne – profesjonalnie. Do tego dobry wokalista, solidna sekcja rytmiczna i pojawiające się latynoskie smaczki w stylu wczesnego Santany – to wszystko porywa i zachwyca. Szkoda jedynie, że album jest tak krótki choć nie była to wina zespołu, który rozpadł się trzy lata później. Na szczęście zostawił po sobie ten kapitalny krążek…

Jeśli ktoś lubi ostry, garażowy rock zdolny wysadzić w powietrze głośniki z domowego sprzętu Hi-Fi to płyta grupy KATH z 1974 roku nadaje się idealnie na prezent!

Ciekawostką jest to, że została ona prywatnie wytłoczona przez perkusistę zespołu w mikroskopijnym nakładzie… 60 sztuk! On też jest autorem projektu okładki (autoportret?), którą namalował i wydrukował w domowej pracowni mieszczącej się w garażu. Tym samym, w którym wraz z kumplami nagrał mega undergroundowy album „Kath” zwany też jako „One”… Zespół powstał w Meryland (USA) na bazie grupy Badge pod koniec lat 60-tych. Szaleńczo dzikimi występami w lokalnych klubach zdobyli statut kultowego zespołu, którego legenda trwa do dziś. Wydany przez Lion Production podwójny CD oprócz podstawowego materiału z płyty „Kath” zawiera wczesne wersje demo, cały materiał na drugą, nigdy nie wydaną płytę oraz pięć nagrań z rzadkiej EP-ki Badge z 1978 roku. Dość surowa i na pozór prymitywna produkcja płyty w zasadzie  działa na korzyść ogólnego brzmienia. Od strony muzycznej można ją uznać za kolaż acid rocka, podziemnej psychodelii i garażowego rocka z proto-punkową „wrażliwością”, czego przykładem jest „Love Me Down”. Z kolei „Say What You Feel” ma zabójczą gitarę i takąż perkusję, wyeksponowany bas, wokal z pogłosem i przeróżne efekty dźwiękowe. Zespół nie stronił od eksperymentów z taśmami („Seagulls”) i… żartami typu „idziemy do kibelka, może coś nagramy” („Toilet Theme”).  Patrząc z drugiej strony okazuje się, że album pełen jest dobrze napisanych melodyjnych piosenek, a ich beatlesowska wersja „Norwegian Wood” jest jedną z ciekawszych jakie słyszałem. Fani amerykańskich zespołów takich jak George Brigman & Split, Bulbous Creation, Terry Brooks Strange wezmą tę płytę w ciemno!

Na zakończenie jeszcze jedno cudeńko z psychodeliczną muzyką, którą pokochałem od pierwszego przesłuchania – nieco zapomniana płyta londyńskiego tria THE FIVE DAY WEEK STRAW PEOPLE.

W rzeczywistości taki zespół nie istniał. Była to bowiem „fucha” po godzinach trójki muzyków: Johna DuCann’a (g. voc), Micka Hawkswortha (gb. voc) i Jacka Collinsa (dr) , którzy udzielali się w innych kapelach. Płytę nagrali w jednej ze szkolnych sal w Londynie w ciągu czterech godzin. Smaczku całej tej historii dodaje fakt, że Collins przed sesją nagraniową nigdy wcześniej nie słyszał żadnej z tych piosenek..! To na ich podstawie stworzyli album koncepcyjny o ludziach, którzy pracują monotonnie przez pięć dni w tygodniu, a następnie próbują się cieszyć swoimi weekendami. To album pełen wyobraźni i pierwszorzędnych utworów, a do tego bardzo profesjonalnie zagrany. Utwór tytułowy wprowadza senny, mglisty nastrój, który przewija się przez większość nagrań. Nie mniej jest tu rozbuchany hard rock w „Gold Digger”, rozmarzony psycho popowy, zagrany w klimacie The Yardbirds „Sunday Morning” i ciężki (za sprawą gitary DuCanna) „I’m Going Out Tonight”… Nie przypadkiem Record Collector umieścił „The Five Day Week Straw People” w pierwszej setce najlepszych album wszech czasów w kategorii muzyka psychodeliczna. Pomimo, że dziś mało kto o nim pamięta…

Jak widać, na przestrzeni lat płyt „spod choinki” uzbierała się całkiem spora kolekcja. A to tylko jej czubek (choinki rzecz jasna!). Mam nadzieję, że niektóre z nich znajdą się u Was pod zielonym drzewkiem, czego życzę Wam z całego serca!

 

MARIANI „Perpetuum Mobile” (1970)

Nazwa zespołu MARIANI nie powstała bynajmniej z miłości do potrawy serwowanej przez amerykańską sieć restauracji The Olive Garden. Taką plotkę rozsiewała ponoć konkurencja chcąca ośmieszyć/zdyskredytować/pomniejszyć rangę (niepotrzebne skreślić) działającą w Austin w Teksasie firmę wydawniczą Sonobeat Recording Company. Ile w tym prawdy trudno dziś dociec. Widocznie  działalność małej niezależnej wytwórni fonograficznej na dalekim „Dzikim Zachodzie” stała ością w gardle bossom wielkich wytwórni. W każdym bądź razie biznes byłego DJ’a radiowego Billa Josey’a Seniora i jego syna Billa Juniora kręcił się dobrze. W 1969 roku Josey w dość przypadkowych okolicznościach spotyka perkusistę Vince’a Mariani’ego, który po współpracy z różnymi zespołami w Kolorado wrócił do rodzinnego Austin. Vince prawdopodobnie był wówczas jednym z najbardziej kreatywnych ludzi w swej profesji. Używał bardziej rozbudowanego zestawu z podwójnym bębnem basowym i wciąż doskonalił swój jazz-rockowy styl budząc zachwyt znawców tematu. Nie przypadkiem Jimi Hendrix zabiegał o niego proponując mu współpracę tuż po odejściu  Mitcha Mitchella z Experience…

Vince Mariani.
Vince Marianii nie przyjął oferty złożonej przez J.Hendrixa.

Pierwszym zleceniem jakie Vince dostał od właścicieli Sonobeat było nagranie paru perkusyjnych solówek do  stereofonicznego jingla wytwórni. Efekt? Kilka miesięcy później panowie budują w studio perkusyjno-wokalną kabinę. Specjalnie dla Mariani’ego… Widząc w muzyku niezwykły talent i charyzmatyczną osobowość idealną dla zespołu blues rockowego Josey Senior proponuje mu by założył własną kapelę, którą będzie finansował. Stary lis wyczuł, że perkusista waha się jeszcze przed przyjęciem oferty Hendrixa. Dał mu więc wolną rękę w wyborze składu grupy, która nazywać się miała tak jak jej lider, czyli MARIANI. Kiedy kilka tygodni później perkusista przyprowadził do studia gitarzystę właściciele oniemieli ze zdumienia, pytając czy to aby nie pomyłka. Przed nimi stanął bowiem młodzieniec, a w zasadzie 15-letnie dziecko z blond włosami obciętymi na „pazia”. „Przyprowadziłeś ze sobą syna?!” – spytali niemal jednocześnie. „Nie. To jest Eric Johnson, gitarzysta. I już niedługo być może wielka gwiazda” – odparł z uśmiechem Vince. Nie czekając na zachętę chłopak pokazał swoją wystrzałową gitarową pirotechnikę zwalając z nóg obu Josey’ów! Kilka minut później w kieszeni swoich spodni miał już świeżo podpisany kontrakt!

16-letni Eric Johnson
15-letni Eric Johnson czarował gitarową techniką profesjonalistów.

Basista Bob Trenchard, solidny muzyk z Austin, uzupełnił skład  zespołu, który z miejsca rozpoczął pracę nad świeżym materiałem. Tuż po nagraniu demo Bob opuścił trio przechodząc do Pall Rabbit, a jego miejsce zajmuje Jay Podolnick obejmując także „posadę” głównego wokalisty.

Jay Podolnick
Jay Podolnick – gitara basowa i wokal.

W tym składzie zespół nagrał singla „Re-Birth Day/Memoris Lost And Found” mający być próbną sondą wypuszczoną przed nagraniem dużej płyty. Nie miał on jeszcze tej magii na którą tak liczył Josey, co potwierdziło zresztą średnie zainteresowanie recenzentów i stacji radiowych.

Trio nie przejęło się tym; intensywnie pracowali nad czterema nowymi kompozycjami, z których dwie były długimi jamowymi improwizacjami, oraz nad nowymi wersjami singlowych utworów. Materiał grany na koncertach sprawdzał się znakomicie, więc bez obaw weszli do studia Western Hills Drive nie przeczuwając, że nagrywanie płyty okaże się dla wszystkich koszmarem. Już po kilku dniach stało się jasne, że ciężka atmosfera małego studia nie bardzo odpowiadała muzykom. Josey wynajmuje więc 100-akrowe ranczo w McDade (30 mil od Austin) przewożąc sprzęt i muzyków  starą ciężarówką. Dzień przed przyjazdem przeszła tu niespotykana jak na marzec burza z potężną ulewą; ciężki pojazd grzęźnie w błocie na żwirowej drodze zdradliwej jak ruchome piaski. Muzycy na własnych barkach przenoszą cały studyjny sprzęt i instrumenty do stodoły – zajęło im to pół dnia… Pomysł, by nagrywać muzykę w szczerym polu mający dać wrażenie przestrzennego brzmienia wydawał się dość interesujący.  Gdy jednak przyszło do nagrywania okazało się, że dźwięk odbijał się niepożądanym i nieprzyjemnym echem od pobliskich drzew i zabudowań gospodarczych. Na nic zdały się rozpaczliwe próby jego usunięcia. Po wyczerpującej pięciodniowej sesji podjęto decyzję o powrocie do Austin.

Miesiąc później gotowy materiał ukazał się na płycie zatytułowanej „Perpetuum Mobile”, którą wytłoczono w ilości… 100 (słownie: sto) sztuk! Album, zapakowany w lichą białą tekturową kopertę, został skierowany do niekomercyjnej dystrybucji: prywatnych stacji radiowych, recenzentów, krajowych wytwórni fonograficznych. Kopie trafiły też do muzyków i przyjaciół; dziesiątki egzemplarzy muzycy rozdali fanom podczas koncertów promocyjnych składając na nich swe autografy. Dziś to prawdziwy kolekcjonerski rarytas. W 2008 roku jedna z tych rzadkich kopii zachowana w dobrym stanie wystawiona na internetowej aukcji sprzedała się za 2850 dolarów..!

Oryginalne wydanie płyty z autografami muzyków
Okładka oryginalnej płyty z autografami muzyków.

Nie był to jednak gotowy produkt, który można uznać za oficjalny album zespołu. Rzut oka na label uświadamia, że jest to płyta promocyjna adresowana głównie dla ludzi z branży muzycznej. Tytuły utworów sygnowane jako „First Song”, „Second Song”„Third Song” i tak dalej są na to niekwestionowanym dowodem…

Label winylowej płyty firmy Sonobeat
Label winylowej płyty wytwórni Sonobeat (1970)

Pomimo, że oficjalnego albumu na rynku jeszcze nie było grupa ruszyła w jego trasę promocyjną po całym Teksasie. Jako suport towarzyszył im nieznany zespół hippisów z Houston nazywający się ZZ Top… Tymczasem Bill Senior wciąż zwlekał z wydaniem płyty oczekując poważnych ofert z dużych wytwórni płytowych. I mimo, że negocjował z wieloma ostatecznie nic konkretnego z nich nie wynikło. Rozczarowani muzycy zaczęli angażować się w inne projekty. Wkrótce zespół MARIANI przestał istnieć…

Po trzydziestu latach taśmy z materiałem wyciekły do włoskiej firmy wydawniczej Akarma specjalizującej się w wydawaniu płyt późnych lat 60-tych, oraz rockowej, progresywnej i bluesowej psychodelii z lat 70-tych. Płyta „Perpetuum Mobile” z okładką zaprojektowaną przez grafików z Akarmy ukazała się na kompakcie w 2001 roku w limitowanym (znowu!) nakładzie 1000 egz. Dzięki temu fani Vince’a i Erica mogli w końcu dostać coś, na co czekali przez trzy dekady. Co prawda Akarma miała potem z tego tytułu spore problemy. Sonobeat zagroził sprawą sądową o naruszenie praw autorskich. Doszło do ugody; Włosi zrzekli się praw do płyty (łącznie z projektem okładki) i zwrócili je prawowitym właścicielom.

Mariani "Perpetuum Mobile" (1970)
„Perpetuum Mobile” z nową. okładką.  Reedycja Akarmy (2001).

A sama muzyka na płycie? Cóż, ten blues rockowy album z elementami acid rocka ocierający się o heavy metal na pewno nie był przeznaczony dla ludzi o słabych nerwach. Słychać tu Cream i Vanilla Fudge, Hendrixa i Cactus.  A to już półka z cięższą odmianą muzyki. Jako że jest to zespół Vince’a on i jego perkusja przez większą część czasu są w centrum uwagi („Message”, „Windy Planet”) ale i Eric miał tu dużo przestrzeni, którą kapitalnie wykorzystał pokazując swój niezwykły kunszt i talent. Co prawda nie grał jeszcze w tej samej lidze co Clapton, ale był na najlepszej drodze by dołączyć do swego wielkiego imiennika. W otwierającym płytę utworze „Searching For A New Dimension” wykorzystuje efekt gitarowy wah-wah ze swobodą i dużym wyczuciem godnym doświadczonego muzyka. Zresztą gitarzysta nie bał się eksperymentować. Podczas pracy nad płytą wykorzystywał Echoplex, urządzenie opóźniające wtórny dźwięk gitary prowadzącej…

Tył okładki (Akarma 2001)
Tył okładki (Akarma 2001)

Więcej gitarowej wirtuozerii Johnson dostarcza nam w  jamowych kompozycjach takich jak „Things Are Changing” i „Re-Birth Day”, zaś instrumentalny „The Unknow Path” to już absolutne mistrzostwo świata! Tak zagranego ciężkiego bluesa mogę słuchać całymi godzinami. Kolejny, również instrumentalny numer „Euphoria” zdradza fascynację Hendrixem. Hm, powiem tylko tyle: panowie, czapki z głów przed młodziutkim  geniuszem gitary..! Poszczególne utwory z pierwszej strony oryginalnego longplaya są przeplatane krótkimi interwałami jazz rockowymi zdradzającymi sentyment perkusisty do tego gatunku. Są dość ciekawe, ale niestety trwają tylko po kilkadziesiąt sekund…

Szkoda, że wszystko skończyło się w 1970 roku na etapie tego (nie)wydanego albumu. Trio MARIANI miało pełną podstawę zaistnieć na rynku muzycznym stając w jednym szeregu z Cream I The Jimi Hendrix Experience. Na szczęście geniusz Erica Johnsona rozkwitł w całej pełni kilka lat później, a album „Perpetuum Mobile” będący jego płytowym debiutem dziś uznaje się za klejnot szeroko pojętego rocka.

PS. Tytułowe „Perpetuum Mobile” nie odnosi się do hipotetycznej, wiecznie poruszającej się maszyny. W kontekście albumu użyto tę nazwę, by zwrócić uwagę na łamane gitarowe solówki Johnsona i złożone perkusyjne schematy Mariani’ego. W muzyce klasycznej to synonim terminu „moto perpetuo” oznaczający granie nut bardzo szybko i jednym ciągiem. Doskonałym tego przykładem jest „Moto Perpetuo” Paganiniego i „Lot Trzmiela” Rimskiego-Korsakowa.

 

TOMORROW’S GIFT „Tomorrow’s Gift” (1970)

Ewolucja TOMORROW’S GIFT, na początku bluesowego zespołu (nie stroniącego także od soulowych klimatów) w kierunku ciężkiego rocka progresywnego przeszła w sposób bardzo naturalny. Nic dziwnego biorąc pod uwagę fakt, że młodzieńcze umysły członków zespołu (troje było jeszcze nastolatkami) chłonęły jak gąbka rozwijający się na ich oczach nowy, rzec można eksperymentalny, gatunek muzyki. To wtedy zaczęto łączyć psychodelię z bluesem, ciężki rock z muzyką klasyczną, folk z jazzem. Swą debiutancką płytą wydaną 5 grudnia 1970 roku idealnie wpasowali się w ten niezwykły dla muzyki okres. Nie dziwi więc, że oryginalny, dwupłytowy album winylowy dziś kosztuje ponad 800 euro. Ba! kompaktowa reedycja Second Battle wznowiona w późnych latach 90-tych warta jest ponad 100 euro… Zanim jednak ujrzał on światło dzienne, wcześniej zespół pojawił się na dwóch różnych płytach będących zapisem koncertów, które w marcu i sierpniu odbyły się w Hamburgu i jego okolicach tego samego roku.

Pierwsza z nich „Pop & Blues Festival ’70” zawierała 20-minutową wersję piosenki Donovana „Season Of The Witch” tutaj pod tytułem… „Sound Of Which” (sic!). Jamowe granie przeplatane fantazyjnymi i długimi wstawkami instrumentalnymi był dobrym przykładem ich surowego, ale ciekawego brzmienia na żywo. Co ważne – grupa na tle znanych gwiazd przybyłych na ten dwudniowy festiwal wypadła naprawdę świetnie. A zagrali tam m.in: Black Sabbath, The Nice, Alexis Corner, Chicken Shack, East Of Eden, Man…

Płytowy "debiut" na składance "Pop & Blues Festival'70"
Płytowy „debiut” na składance „Pop & Blues Festival’70”.

Po raz drugi TOMORROW’S GIFT pojawił się na albumie „Love And Peace” będący zbiorem nagrań hamburskich zespołów biorących udział w trzydniowym „Love And Peace Open Air Festival”. W zamyśle organizatorów miał on być kontynuacją święta muzyki na wzór Woodstock i brytyjskiego Isle Of White. Impreza odbyła się na Fehmarn, wyspie położonej pomiędzy Niemcami a Danią i zapisała się w pamięci fanów nie tylko z powodu fatalnej pogody. To właśnie tu, 6 sierpnia 1970 roku, Jimi Hendrix dał swój ostatni publiczny koncert. Dwanaście dni później świat obiegła szokująca wiadomość o jego niespodziewanej śmierci…

Lp. "Love And Peace" z udziałem Tomorrow's Gift
Front okładki LP. „Love And Peace”  (1970).

Tym razem Hamburczycy zagrali dwa autorskie numery: „Begin Of A New Sound„, oraz „At The Earth (Part 1 & 2)”. Ten drugi, w połączeniu  z coverem Richie Havensa „Indian Rope Man” przeciągnął się w ciężki 20-minutowy psychodeliczny jam.

Zespół tworzyli wówczas: ognista, pełna temperamentu rudowłosa wokalistka Ellen Meyer, gitarzysta Carlo Karges, klawiszowiec Manfred Rurup, grający na flecie Wolfgang Trescher, basista Bernd Kiefer i perkusista Gerd Paetzke (zastąpił Olafa Casalicha). W takim składzie nagrali dwupłytowy album „Tomorrow’s Gift” wydany przez wytwórnię +plus+. Tę samą, która rok później wydała płyty zespołu Wind („Seasons”) i Ikarus, po czym przestała istnieć.

Album "Tomorrow's Gift" (1970)
Album „Tomrrow’s Gift” (1970)

Debiutancki album to ponad 60-minut wyrafinowanego, soczystego, heavy progresywnego grania z psychodelicznymi klimatami i (momentami) całkiem chwytliwej muzyki. Napędzana huczącymi ciężkimi organami, potężnymi gitarowymi solówkami i riffami, niesamowitą energią sekcji rytmicznej, ozdobiona partiami fletu i mocnym, rozdzierającym wokalem Ellen Meyer przypominającym nieco Ingę Rump z Frumpy. Wiem, że nie wszyscy trawią żeński śpiew w tego rodzaju muzyce (ja ten wokal akurat lubię), ale nie ma go tu aż tak dużo. Patrząc na niektóre tytuły utworów, jak chociażby „Prayin’ To Satan”, czy „The First Seasons After The Destruction” można zastanawiać się, czy grupa czasami nie miała mrocznych podtekstów..? Spoko, nie miała. Teksty oscylowały wokół tematu miłości (co prawda niezbyt miłej) i rozpaczy, ale z nutą nadziei na lepsze jutro.  Zdecydowanie bliżej im było do teutońskiego stylu Deep Purple/Uriah Heep niż hipisowskiego rocka.

Ognista Ellen Meyer.
Ognista Ellem Meyer.

Spośród trzynastu zamieszczonych tu kompozycji uwagę zwracają te dłuższe, trwające ponad pięć i więcej minut. Jest ich w sumie pięć, ale rzecz jasna te krótsze wcale nie są gorsze od „długasów”. Mam tu na myśli choćby takiej perełki jak „One Of The Narrow – Minded Thoughs” z nerwową partią organów, krótkimi lecz treściwymi solówkami gitarowymi i świetnym wokalem, czy też „Tenakel Gnag” z wiodącym fletem na pierwszym planie… W „BreadsThere A Man” Ellen wyśpiewuje piękną linię melodyczną, a flety są po prostu cudowne; klawesyn w „King In A Nook” jest wielce przyjemnym zaskoczeniem, a samo zakończenie piosenki, gdy „wariaci zaczynają wariować” jest magiczne. Ileż tu różnych emocji naraz, a do tego jak kopie..!

Klawiszowiec zespołu = Manfred Rurup.
Manfred Rurup – instrumenty klawiszowe.

Czy te drobiażdżki są jedynie dodatkiem do albumu? Oczywiście że nie, choć w porównaniu z dłuższymi nagraniami mogą robić wrażenie muzycznych „świecidełek”. Bo przy tych drugich zespół nie bierze jeńców! Otwierający album „Riddle In A Swamp”rozpoczyna się od szalonych niemal paranoidalnych dźwięków fletu i organów do których dołącza się tnąca jak brzytwa gitara z wściekle rozbuchaną perkusją. Przez osiem minut słyszymy jak psychodelia, hard rock i blues przenikają się wzajemnie tworząc wybuchową mieszankę, a pędzi to wszystko z zawrotną szybkością niemieckiej torpedy. Tyle, że tym razem wystrzelonej bynajmniej nie z U-boota… Wbrew groźnemu tytułowi piosenka „Prayin’ To Satan” aż tak groźna nie jest, choć zanim pojawia się wokal organy tworzą niepokojący klimat. I w zasadzie tylko ta krótka część organowa jest przerażająca, bo potem muzyka przechodzi w klasyczny hard rock w stylu James Gang… „The First Seasons After The Destruction” jest najdłuższą, 13-minutową kompozycją na albumie. Bardzo ciekawie wykorzystano w nim partie fletu. Ten instrument zazwyczaj wprowadza do muzyki klimat optymizmu, błogiego spokoju, relaksu. Tu wręcz przeciwnie; jego pulsująca gra tworzy atmosferę poważnego zagrożenia, lęku i obawy. Jeśli pomysł muzyków był taki, aby oprzeć to wszystko na uczuciu paranoi, to moje szczere gratulacje – udało się! Ach i jeszcze jedno – solowa partia Gerda Paetzke zagrana na perkusji (coś co w tamtym czasie zaczynało być normą) nie nuży. Duży plus..!

Bernd Kiefer - gitara basowa
Bernd Kiefer – gitara basowa.

Sporo zmian tempa, flet w stylu Jethro Tull, który dosłownie jest wszędzie. Do tego przemienne krótkie sola perkusji i organów oraz pięknie zaśpiewany tekst. To utwór „How You Want To Live”. Jest tak mroczny i cichy, że znów zaczynam lubić zmrok… „Sandy Concert” to zdecydowanie najbardziej jazzowy numer na albumie. Oparty na muzycznym motywie granym na saksofonie tenorowym przez Jochena Petersena (z grupy Ikarus i… właściciel firmy fonograficznej +plus+) wydaje się być punktem wyjścia do dłuższej improwizacji. Ten 8-minutowy kawałek poprzez swoją jednostajną i niezwykle precyzyjną grę sekcji rytmicznej wciąga i odurza jak narkotyk. Jeśli ktoś mi nie wierzy, niech „zapętli” go sobie w swoim odtwarzaczu, a przyzna mi rację…

Album „Tomorrow’s Gift” to jeden z najlepszych debiutów niemieckiego prog rocka początku lat 70-tych. Szkoda, że wkrótce po jego wydaniu część muzyków rozeszła się. Manfred Rurup i Bernd Kiefer pozostali jednak na straży i z nowym perkusistą „Zabbą” Lindnerem nagrali w 1973 roku płytę o dość proroczym tytule „Goodbye Future”. Rok później połączyli się z muzykami z zespołu Release Group. W wyniku tej fuzji powstała nowa formacja o nazwie Release Music Orchestra (znana też pod skróconą nazwą RMO), która istniała do końca lat 70-tych wydając pięć płyt… Gitarzysta Carlo Karges założył progresywny zespół Novalis, z którym nagrał płytę „Banished Bridge” (1973) i tuż potem go opuścił. Po kilku latach pojawił się u boku niemieckiej piosenkarki Neny. Skomponowana przez niego piosenka „99 Luftballons” stała się w 1983 roku światowym hitem. Losy pozostałych członków zespołu są mi nieznane…

 

Kalevala „People No Names” (1972)

Juha „Lido” Salonen (bas), Remu Aaltonen (perkusja, wokal) i Albert Jarvinen (gitara) założyli w Helsinkach w 1969 roku grupę Vietnam. Swój repertuar opierali głównie na  standardach rock’n’rollowych szybko zyskując rozgłos wśród stołecznej młodzieży. Przed jednym z koncertów właściciel sali wymusił na nich zmianę nazwy. Doszło do małej awantury, w końcu chłopaki odpuścili. „Zapowiedz, że dziś zagra KALEVALA – rzucił wściekły Salonen, czym wprawił go w osłupienie. Trzeba bowiem wiedzieć, że„Kalevala” to fiński skarb kultury – epos narodowy składający się z legend i ludowych pieśni (zwane runami) podtrzymujący świadomość i dumę narodową w czasach, gdy kraj przez 110 lat był pod rosyjskim panowaniem (Finowie odzyskali niepodległość w 1917 roku po upadku caratu)…

W takim składzie grali trzy lata, po czym perkusista i gitarzysta opuścili Salonena. W ich miejsce pojawili się (odpowiednio) Markku Luukkanen i Matti Kurkinen, oraz wokalista Harri Saksala. Zmiana składu spowodowała też zmianę kierunku muzycznego.

Zespół KALEVALA (1972)
KALEVALA jako kwartet (1972).

Gitarzysta Matti Kurkinen (wcześniej w Apollo) poprowadził zespół w progresywne rejony rocka dostarczając całkiem nowy, a co za tym idzie autorski repertuar, który stał się podstawą debiutanckiej płyty. A ta ukazała w 1972 roku nakładem Finnlevy Records pod tytułem „People No Names”.

Jedna z pierwszych fińskich progresywnych płyt
„People No Names” – jedna z pierwszych progresywnych płyt z Finlandii.

Album otwiera dziewięciominutowy utwór tytułowy, który rozpoczyna się miłym akustycznym intro zmieniając się nagle w hard bluesowego, całkiem przyjemnego rockera z riffem Jethro Tull i energetyczną częścią brzmiącą jak wstęp do „Heart Of The Sunrise” Yes z płyty „Fragile”. Wokalista śpiewa pięknym, mocno szorstkim głosem – prawie jak Captain Beefheart. Wysokoenergetyczne partie gitary są dość ciężkie jak na rok 1972; śmiało można je umieścić obok UFO, T2, Uriah Heep i Led Zeppelin. Kapitalna, zróżnicowana i wyrafinowana (w dobrym znaczeniu) kompozycja z najwyższej półki nieosiągalna dla wielu ówczesnych hard rockowych kapel. Cudo! Po burzliwym wstępie lekki i przewiewny „Where I’m From” za sprawą akustycznej gitary, delikatnych dźwięków fortepianu (gościnnie Olli Ahvenlahti) i pięknej, płynącej gdzieś w drugim planie wokalizy wydaje się być niebiańskim ukojeniem. Na moment robi się bardziej żywiołowo i melodyjnie głównie za sprawą perkusji, silnego wokalu i partii fletu na którym zagrał (kolejny gość) Raimo Wallen. Trwa to jednak dosłownie pół minuty, po czym wszystko wraca do punktu wyjścia. A przed moimi oczami ponownie pojawiają się obrazy słodkowodnych jezior i niekończących się lasów sosnowych…

Label oryginalnej płyty
Label oryginalnej płyty winylowej  wytwórni Finnlevy.

Instrumentalny, bardzo rytmiczny „Waves” prowadzony jest przez melodyczną linię graną na klawiszach, która wbija się w pamięć. Jednak główną atrakcją tego numeru jest pięknie poprowadzona partia gitary z długą improwizowaną solówką. Oba instrumenty uzupełniają się dając naprawdę ciekawe połączenie symfonicznego prog rocka z psychodelią… Hard rockowy „In The Next” z riffem w stylu „Highway Star” przypomina trochę Deep Purple, a pojawiająca się harmonijka ustna dodaje całości bluesowego zabarwienia. Dali czadu w tym nagraniu!… Krótka ballada fortepianowa „My Friend” przynosi chwilę wytchnienia i zadumy. Takie muzyczne perełki zawsze cieszą moje uszy… „Lady With The Veil” zaczyna się od wejścia basu, akustycznej hiszpańskiej gitary, dźwięków czyneli i cichym zaśpiewem w oddali. Po niecałej minucie utwór wchodzi w rejon progresywnego ciężkiego rocka z doskonałym, superszybkim bębnieniem Luukkanena i świetną gitarą Kurkinena. Absolutny klasyk gatunku!… Z kolei w „Escape From The Storm” kapitalnie współpracują ze sobą dwie gitary: akustyczna, na której gościnnie zagrał Ile Kallio z Hurriganes i elektryczna. Matti Kurkinen robi tu kawał świetnej roboty pokazując jak wielki drzemał w nim talent i twórczy potencjał. Na dodatek wszystko podparte zostało mocną sekcją rytmiczną, zaś cały numer zagrany został z polotem. Czuć, że muzyków bawiło wspólne granie, czego dowodem zamykający płytę „Tamend Indias” będący muzycznym żartem. Bo jak inaczej określić kawałek, który brzmi jak fińska tradycyjna (ludowa) kompozycja zagrana z „przytupem” na akordeonie i skrzypcach..? Nie zmienia to faktu, że całego albumu słucha się jednym tchem!

Trzy lata później Salonen i Kurkinen z nowymi muzykami nagrali album „Boogie Jungle” utrzymany w nieco lżejszej konwencji. W międzyczasie Kurkinen grał na gitarze w międzynarodowej kultowej sekcji fińskiego saksofonisty Eero Koivistoinena, z którą wydał album „Wahoo”. Dobrze zapowiadającą się karierę przerwała nagła śmierć muzyka. 15 czerwca 1975 roku czekając na przystanku autobusowym w Vantaa potrąciła go ciężarówka przejeżdżająca zbyt blisko krawężnika. Zginął na miejscu. Miał 24 lata…

 

TETRAGON „Nature” (1971)

Koniec lat 60-tych był w muzyce erą eksperymentów, w którym ramy rock’n’rolla i bluesa młodym wilkom stawały się zbyt ciasne. Oni chcieli pójść dalej, a takie gatunki jak psychodelia i rodzący się rock progresywny poszerzały ich horyzonty do granic jakim wówczas nikomu się nie śniło. To w tym momencie (rok 1967) na scenie pojawił się tercet Trikolon z niemieckiego Osnabruck, który od samego startu zrezygnował z grania popowych numerów na  rzecz oryginalnych rozbudowanych kompozycji w stylu The Nice, Egg, czy holenderskiego Ekseption…

Pomysł założenia zespołu wyszedł od Hendrika Schapera (klawisze, trąbka, wokal) do którego dołączyli: basista Rolf Rettenberg i perkusista Ralf Schmieding. Co ciekawe, wszyscy byli uczniami tej samej szkoły średniej. Mimo młodego wieku można było powiedzieć, że w sposób mistrzowski opanowali grę na  swych instrumentach. Dość szybko zyskali sławę (w swej okolicy), a ich wirtuozostwo budziło szczery podziw. Występy na żywo z udziałem tria były entuzjastycznie przyjmowane przez młodzież. Za własne pieniądze nagrali jedyny (koncertowy) longplay „Cluster”, który wyszedł w 1969 roku. Mimo amatorskiej produkcji i niskiego, żeby nie powiedzieć zerowego budżetu (wytłoczono zaledwie 150 kopii!) „Cluster” porywa. Muzycy pod wodzą szalonego klawiszowca skutecznie połączyli psychodelię i muzyką klasyczną (szczególnie Bacha) z jazzowymi wpływami w duchu Milesa Davisa, którego fanem był Schaper… Niestety zaraz po jego wydaniu grupę opuścił Schmieding. Jego miejsce zajął Joachim Luhrmann, oraz wielce utalentowany gitarzysta z tej samej szkoły, Jurgen Jaehner. Chcąc nawiązać do byłego tria nowa nazwa TETRAGON wydawała się być jak najbardziej trafna. Wszak tetragon to figura geometryczna o czterech kątach – tylu, ilu było muzyków w zespole…

Kwartet TETRAGON (1971)
TETRAGON. Tył: R. Rettenberg, J. Luhrmann. Przód: H. Schaper, J.Jaehner

Rozszerzony skład nie zmienił podejścia do wykonywanej muzyki; grali co im się żywnie podobało, pod warunkiem, że był w tym wszystkim organowy groove (koniecznie na Hammondzie!), ognista, acidowa gitara z nieodzownym efektem wah-wah, elementy jazzowego fusion w stylu Milesa Davisa i dawka muzyki klasycznej (najlepiej Bach lub Mozart). Jak na mój gust piorunująca dawka, a efekt finalny absolutnie genialny…

Jedyny album TETRAGON zatytułowany „Nature” ukazał się dokładnie 1 sierpnia 1971 roku. Zespół nie zawracał sobie głowy kontraktem z żadną wytwórnią płytową. Miał świadomość, że ich „dziwna” muzyka nie zainteresuje nikogo. Nie zdecydował się też na profesjonalne studio; materiał na płytę nagrał więc „na żywo” w… wiejskiej stodole przyjaciół rodziców Joachima Luhrmanna. Chłopaki musieli włożyć sporo pracy, by przystosować ją do tego zadania. Najwięcej kombinowali przy mikrofonach. W końcu zawisły w siedmiu różnych miejscach, aby jak najlepiej uchwycić dźwięk każdego instrumentu. Całość rejestrowali na dwuścieżkowym magnetofonie Revox A77 przez dwa kolejne majowe weekendy, a  ponieważ nie było możliwości miksowania, robienia nakładek i powtórek dwoili i troili się, by wszystko zostało precyzyjnie zagrane. I tak np. Hendrik Schaper jedną ręką obsługiwał Hammonda, zaś drugą klawinet. Nie miał fortepianu, więc by uzyskać odpowiednie brzmienie użył przedwzmacniacza z podłączonym pedałem wah-wah, który obsługiwał nogami. Wirtuozowski wysiłek od początku do samego końca! Podobnie robił Jurgen Jaehner – wygrzewał na gitarze elektrycznej  szaleńczą solówkę a następnie, gdy wymagał tego kolejny fragment utworu, w locie łapał za gitarę akustyczną…

TETRAGON "Natura" (1971)
Okładka płyty „Nature” autorstwa Jurgena Osieki (1971)

Płytę wydała, założona przez menadżera zespołu Petera Kretschmanna, efemeryczna firma  Soma w ilości… 400 egz. Kompaktowa reedycja (na szczęście w dużo większym nakładzie) ukazała się po raz pierwszy w 1995 roku nakładem nieocenionej wytwórni Musea. Oryginalny krążek zawiera pięć kompozycji, a otwiera go najdłuższa, 16-minutowa „Fuge” – jak łatwo się domyślić inspirowana „Toccatą i fugą d-mol” J. S. Bacha. Najsłynniejszy utwór mistrza epoki baroku był wielokrotnie grany i nagrywany przez progresywne zespoły lat 70-tych, ale wersja TETRAGON wyróżnia się dzięki bardziej zróżnicowanemu i nowatorskiemu podejściu.  Oprócz organów Hammonda (co jest zrozumiałe z uwagi na jej klasyczne pochodzenie) i silnej sekcji rytmicznej dochodzi piekielnie ciężka gitara Jurgena Jaehnera, który wycina bluesowe pasaże tworząc inteligentną jazzowo progresywną atmosferę. Do tego każdy z pozostałych muzyków (bas i perkusja) dostał swoją „działkę” w postaci krótkich solowych improwizacji. Absolutny majstersztyk progresywnego grania! Dwudziestosekundowy „Jokus” traktować można jako przerywnik przed zamykającym stronę „A” longplaya „Irgendwas” z partią bardzo fajnego, „wyjętego z kapelusza” fortepianu, organami i na przemian grającymi gitarami: elektryczną i akustyczną. Muzycy pobawili się tu stereofonią; w lewym kanale słyszymy organy, zaś w prawym gitarę. Pamiętam, że kiedyś takie „efekty” bardzo mnie rajcowały. Zabieg ten powtórzyli w następnym numerze „A Short Story”, w którym pod koniec drugiej minuty partie gitary i organów grane unisono słychać w dwóch oddzielnych kanałach. Skomplikowane podziały rytmiczne z awangardowymi dźwiękami klawiszy na samym początku tego drugiego pod względem długości nagrania (13:41) robią wielkie wrażenie. A potem – o rany, co tu się dzieje! Rock progresywny miesza się z muzyką klasyczną, blues z fussion, a wszystko zagrane po profesorsku i z dużym wyczuciem… Zamykający płytę utwór tytułowy to wczesny rock progresywny zakorzeniony w bluesie z jazzowymi inklinacjami, w którym po raz pierwszy pojawia się (angielski) wokal Schapera. Po wybrzmieniu ostatniego dźwięku, trudno jest się z tym krążkiem rozstać…

Kompaktowa wersja płyty zawiera fantastyczny bonus: „Doors In Between”. Ten koncertowy, trwający czternaście minut utwór, który  został nagrany 12 lutego 1972 roku w Georgsmarienhutte, mieście położonym w pobliżu ich rodzinnego Osnabruck to porywająca wycieczka w rejon absolutnie ciężkiego progresywnego rocka z efektownymi partiami gitary, szalonym Hammondem i kapitalną sekcją rytmiczną. Słuchanie go w wyższych rejestrach głośności absolutnie wskazane! Dynamiczna końcówka rozpruła mi kiedyś głośnik…

Do dziś nurtuje mnie pytanie: dlaczego TETRAGON mając takie atuty nie zrobił kariery? I powiem szczerze – żadna sensowna odpowiedź od lat nie przychodzi mi do głowy…

Śmierć bigbitu. Czerwone Gitary „Spokój serca” (1971)

Dla dzisiejszych nastolatków CZERWONE GITARY są zapewne zespołem dawno minionej, niemal zapomnianej epoki, którego fenomenu popularności nie są w stanie zrozumieć. Nic dziwnego, wszak muzyka grupy rozpalała do białości jeśli nie rodziców, to na pewno rodziców ich rodziców, czyli dziadków. Głównym walorem i źródłem sukcesu wczesnych CZERWONYCH GITAR była prostota. Co prawda kawiarniani krytycy czasem wybrzydzali – pisali o łatwiźnie, przeciętności, tanim guście, infantylności tekstów i braku wartości artystycznych. Jednak wbrew tym zarzutom muzyka grupy trafiała tam gdzie trzeba, była komunikatywna, porywała miliony, przynosiła radość. A to już była nie lada sztuka. Nie bez kozery mówiło się wówczas o nich, że byli polskimi Beatlesami.

Historia zespołu doczekała się licznych publikacji prasowych, opracowań książkowych, wpisów encyklopedycznych, więc nie ma sensu jej tu przytaczać. Tytułem wprowadzenia przypomnę jedynie, że grupa powstała 3 stycznia 1965 roku w kawiarni „Crystal” w Gdańsku Wrzeszczu z inicjatywy Jerzego Kosseli (opuścił grupę dwa lata później) i Henryka Zomerskiego na bazie formacji Pięciolinie. W pierwszym składzie znaleźli się jeszcze Bernard Dornowski, Jerzy Skrzypczyk i Krzysztof Klenczon. Jesienią Henryk Zomerski dostał powołanie do wojska, a jego miejsce zajął Seweryn Krajewski. Ponieważ Krajewski i Skrzypczyk byli jeszcze uczniami szkół średnich dla zmylenia grona pedagogicznego występowali pod pseudonimami Robert Marczak i Jerzy Geret. Zadebiutowali 15 stycznia w Elblągu; na plakatach wydrukowanych wcześniej widniała jeszcze nazwa Pięciolinie. Cztery dni później w sopockim „Grand Hotelu” w ramach zimowego „Non Stopu” przybyłych gości po raz pierwszy witał plakat z nazwą CZERWONE GITARY. Trzy miesiące później pojawili się w Polskim Radio dając koncert „na żywo”, a latem ruszyli w trasę z hasłem „Drzemy się najgłośniej w Polsce”, które cenzura szybko zamieniła na łagodniejszą wersję „Gramy i śpiewamy najgłośniej w Polsce”. Największe sukcesy grupa odniosła w pierwszych pięciu latach swojego istnienia…

Czerwone Gitary
W pięcioosobowym składzie Czerwone Gitary grały w latach 1965 – 1967.

W 1970 roku świat obiegła wiadomość o rozpadzie The Beatles. W Polsce wiatr zmian powiał od morza – w grudniu zaczął się początek rządów Edwarda Gierka, a jego słynne zapytanie „To jak towarzysze, pomożecie?” przeszło do naszej historii. Pół roku wcześniej, po VIII Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu obwieszczono śmierć rodzimego bigbitu. Widownia wybuczała i wygwizdała czołowych reprezentantów naszej estrady. Białe koszule z żabotami zaczęły być przyciasne, a krawaty zaciskały się niczym pętla na szyi „etatowym” gwiazdom. Dostało się też CZERWONYM GITAROM. Jeden z poczytnych młodzieżowych tygodników został zasypany listami od czytelników, którzy ostro pojechali po zespole. „Ambicje dzisiejszej młodzieży sięgają nieco wyżej. To, co kilka lat temu było cudowne, dziś nie cieszy” – napisała pani A.M. Głowacka z Krakowa dodając „Z Beatlesami mają tyle wspólnego, że jest ich czterech i trzech gra na gitarach, a jeden na perkusji. Ja porównałabym ich do kaszy manny, która jedzona przez cztery lata po prostu już się przejadła”… Szkoda, że pani Głowacka dość szybko zapomniała, że rok wcześniej (styczeń’69) podczas trwania Międzynarodowych Targów Muzycznych MIDEM odbywających się w Cannes we Francji zespół został uhonorowany prestiżową statuetką (a ściślej „Marmurową Płytą”) za największą liczbę sprzedanych krążków w rodzinnym kraju. Smaczku dodaje fakt, że Krajewski i spółka zdobyli ją ex aequo z… The Beatles.

Jakby mało było tej krytyki, w tym samym 1970 roku, CZERWONE GITARY opuścił Krzysztof Klenczon. Szok dla fanów, którzy w parze Klenczon/Krajewski widzieli polski odpowiednik liverpoolskiej pary Lennon/McCartney, oraz wcale nie mniejszy szok dla pozostałych członków grupy. Tak oto kwartet schudł do tria. Wkrótce pojawiły się plotki, że zespół zmienia nazwę na Krajewski Band, ewentualnie Seweryn Trio. Tymczasem osamotniony lider zaczął myśleć o powrocie do skrzypiec; miał też nowe pomysły brzmieniowe i dość ambitne plany na przyszłość jak choćby koncert beatowy na zespół i dwoje skrzypiec skomponowany z myślą o Konstantym Andrzeju Kulce, swym dawnym koledze szkolnym.

Zostało ich tylko trzech...
Zostało ich (chwilowo) trzech: B. Dornowski, S. Krajewski, J. Skrzypczyk.

Otrzeźwienie przyszło szybko, tuż po tym jak Klenczon wystartował ze swoim nowym zespołem Trzy Korony. Znalezienie „czwartego do brydża” było sprawą niecierpiącą zwłoki. Rezygnując z występów w kraju wyruszyli w trasę po Związku Radzieckim (107 koncertów!), NRD (nagrali tam płytę „Consuela”) i Bułgarii. W trasie wspomagał ich Dominik Konrad (wł. Dominik Kuta) – zdolny, choć  awanturniczo usposobiony muzyk (były członek usteckiego zespołu 74 Grupa Biednych i pruszkowskiego Motyw Blues) z którym nagrali płytę „Na fujarce”. I choć ten ambitny album niektórzy krytycy uznali za najlepszy w historii CZERWONYCH GITAR został on chłodno przyjęty przez fanów, o którym chcieli jak najszybciej zapomnieć. Pewnie sami muzycy, też gdyż szybko pozbyli się Konrada (vel Kuty), który wkrótce zasilił grupę Qourum (kojarzoną dziś z przeboju „Ach co to był za ślub”)… Wydany rok później „Spokój serca” ukazał dość zaskakujące i całkiem zmienione oblicze zespołu.

Czerwone Gitary "Spokój serca" !(1971)
Krwistoczerwona okładka płyty „Spokój serca” (1971).

Dziś można śmiało postawić tezę, że ten piąty w dyskografii album to ścisła dziesiątka najlepszych polskich rockowych płyt powstałych w latach 70-tych. Przynajmniej dla mnie. Zawsze twierdziłem, że granie w trio wyzwala w muzykach niesamowitą siłę i moc, która przekłada się na brzmienie zespołu. „Spokój serca” tezę tę jedynie potwierdza. Pierwsze co się rzuca się w oczy to fakt, że absolutnym liderem grupy stał się Krajewski – z dziewięciu nagranych utworów osiem było jego autorstwa; tylko otwierający, dość urokliwy „Uwierz mi Lili” napisał Jerzy Skrzypczyk. Poza tym stały się one dłuższe, wychodzące poza standardowe trzy i pół minuty. No i rzecz najważniejsza – kto liczył na mocniejsze partie gitar, solówki i ostrzejsze granie ten się nie zwiódł. Nigdy wcześniej, ani nigdy później Krajewski nie czarował tak mocarnym brzmieniem swej gitary elektrycznej podłączonej do efektu wah-wah jak tutaj!

Tył okładki oryginalnego LP.
Tył okładki oryginalnego LP.

Kompaktowa reedycja włoskiego Eastern Time z 2005 roku różni się nieco od oryginalnego longplaya wydanego przez Muzę i to nie tylko ze względu na zawarte bonusy. „Uwierz mi Lili” –  prosta i ładna piosenka (ukłon w stronę fana bigbitu) będąca nostalgicznym wspomnieniem dziewczyny spotkanej na bratnim stepie znalazła się tutaj na czwartej pozycji. Obok przeuroczej piosenki  „Płoną góry, płoną lasy” (o której słów kilka poniżej) to jedyne, nieco łatwiejsze nagrania. Reszta to już prawdziwy, ambitny rock! Powolny, snujący się „Nie jesteś ciszą” z klimatyczną, nieco psychodeliczną gitarą utrzymany jest w tonacji bluesowej. Podchodzące pod nową falę „Nocne całowanie” miażdży kapitalną grą sekcji rytmicznej, ciężki bas wgniata w fotel, gitara tnie niczym brzytwa, a partia skrzypiec mrozi krew. Jedna z moich ulubionych kompozycji! Włoskich wydawców chyba też, gdyż na CD spośród ośmiu zamieszczonych tutaj bonusów znalazła się jej dwie wersje: radiowa i niemiecka pod tytułem „Kusse Bei Nacht”… Oniryczne „Gdy trudno zasnąć” snuje się niczym mgła na wodzie; amerykanie zakwalifikowaliby go pewnie do acid rocka…  Nie do końca przekonuje mnie ballada „Jesteś dziewczyno tęsknotą” zaśpiewana przez lidera z gitarą akustyczną, która łamie koncepcję płyty. Dużo lepiej wypada tu już „Pierwsza noc” i rewelacyjnie zaśpiewany na wielogłosy „Spokój serca” w stylu Novi Singers. Hitem okazał się energetyczny, rockowy „Uczę się żyć”. Ponadczasowym numerem została jednak piosenka „Płoną góry, płoną lasy”, czyli opowieść o pięknie uralskiego krajobrazu (podziwiali go będąc na tournee po Związku Radzieckim), wielkiej miłości i nieuchronnym rozstaniu z ukochaną. Fantastyczny klimat, ciekawa melodia, fajny tekst, a do tego łagodnie łkająca gitara Krajewskiego. Nałożony kilkukrotnie wokal robi wrażenie harmonijnego śpiewu – coś z czego CZERWONE GITARY słynęły z czasów Klenczona.

Mało kto wie, że oprócz radiowej i płytowej wersji była jeszcze jedna: anglojęzyczna. Tekst przetłumaczył Andrzej Więcko, polski korespondent tygodnika „Newsweek”. Publicznie wykonali ją tylko raz, podczas Festiwalu w Sopocie w sierpniu 1971 roku, gdzie wystąpili poza konkursem jako gość specjalny obok amerykańskiej gwiazdy Nancy Wilson. Ta wersja pod tytułem „Crimson Forrest, Crimson Mountains” wspólnie z utworem „W drogę” („Moving”) miał zostać wydany na singlu, z którym CZERWONE GITARY miały wyruszyć do Belgii, Wielkiej Brytanii i USA. Mimo, że studio czekało zespół w ostatniej chwili zrezygnował z tego pomysłu…

Jak już wspomniałem kompaktowa reedycja płyty zawiera rzadkie, (wręcz mega rzadkie) utwory dodatkowe: radiowe wersje „Nocnego całowania”, „Płoną góry…”, oraz „Uwierz mi Lili”. Alternatywna wersja  „Uczę się żyć”, wspomniane wcześniej singlowe „Kusse Bei Nacht” i „Du Bist Die Stille Nicht” („Nie jesteś ciszą”) nagrane dla niemieckiej Amigi,  „Anna M” z EP-ki z czerwca 1971 i największy diament tego wydawnictwa „Pejzaż miasta”. Dlaczego? Bo po raz pierwszy w swej pełnej, trwającej siedem i pół minuty wersji (rozszerzonej o 1,5 minuty w porównaniu do rzadkiej EP-ki) z genialną, przedłużoną gitarową improwizacją Seweryna.  Powiem szczerze: kopara opada! Szkoda, że nie ma tego na Youtube

Czerwony winyl Czerwonych Gitar.
Czerwony winyl Czerwonych Gitar wprawił wszystkich w osłupienie!

Na zakończenie jeszcze jedna ciekawostka. Autorem okładki był Marek Karewicz, który wymyślił sobie, że okładka ma być krwistoczerwona, a karton twardy, eksportowy z „grzbietem”. Do tego sepiowe fotografie, logo wydawcy, złote obwódki i litery. Łódzka Drukarnia Akcydensowa broniła się przed przyjęciem zlecenia jak diabeł przed święconą wodą. Pomogły dopiero tzw. „układy” i silne naciski ludzi z Polskich Nagrań. Udało się! Ale skoro była czerwona okładka, ówczesny menadżer zespołu, Dariusz Michalski, wpadł na iście szatański pomysł: chciał wydać płytę na czerwonym winylu. Ze swoich marzeń zwierzył się Franciszkowi Pukackiemu – alfa i omega polskiej fonografii. „Czerwone? To się da załatwić!” zapalił się do idei były cichociemny, który jak już komuś dał słowo dotrzymywał go, a gdy komuś coś obiecał – nigdy nie zawiódł. Dariusz Michalski: „No i udało się! Na festiwalu piosenki w Sopocie Pronit niechętnie (wszak pracował dla konkurencji, dla Muzy) wytłoczył kilkadziesiąt egzemplarzy krwistoczerwonych krążków, których zagranicznych gości wprawił w osłupienie. Że jednak wszystko działo się w tamtej Polsce, dowiodły następne dni: komponentów cynobru już zabrakło, co najwyżej starczyło do wyprodukowania płyt pomarańczowych, w końcu „do handlu” poszedł tradycyjny czarny longplay”.

Paradoksalnie „Spokój serca” był gwoździem dobijającym polską muzykę bigbitową przez jej czołowego przedstawiciela. Tyle tylko, że CZERWONE GITARY po nagraniu tej płyty odpuściły sobie rocka na dobre. A szkoda…

GNIDROLOG „Lady Lake” (1972)

Walijski GNIDROLOG ze swoją niezwykle inteligentną muzyką jest jedną z najbardziej niedocenionych grup brytyjskiego rocka początku lat 70-tych. Drzemał w niej ogromny potencjał twórczy i przy odrobinie szczęścia w promocji grupa mogłaby namieszać w czołówce brytyjskiej awangardy rockowej. Ich eklektyczna muzyka o rozbudowanym, orkiestrowym brzmieniu z użyciem instrumentów takich jak flet, saksofon, obój, róg, czy wiolonczela brzmiała absolutnie unikalnie i była trudna do sklasyfikowania. Jeśli bawić się w porównania to najbliżej im było do zespołu Gentle Giant głównie ze względu na szeroko rozbudowane instrumentarium, w którym zabrakło (i to jest dość ciekawe) instrumentów klawiszowych.

Trudno też mówić, że GNIDROLOG to grupa zupełnie nieznana. Fani wczesnego progresywnego rocka bardzo wysoko cenią zespół. Ich drugi album „Lady Lake” ozdobiony przeuroczą, baśniową okładką to prawdziwe muzyczne arcydzieło, które (wierzę w to) wielu ma na swej półce. Nie mniej w epoce ani płyta, ani zespół nie przebili się na rynku muzycznym. Patrząc z perspektywy czasu uważam to za jedną z największych porażek w historii rocka…

Gnidrolog (1971)
Jedno z niewielu zachowanych zdjęć zespołu(1971).

Zespół powstał w 1969 roku z inicjatywy braci bliźniaków: Colina i Stewarta Goldring’ów. W ich rodzinnym domu muzyka klasyczna była od zawsze. Już w wieku 11 lat byli członkami miejscowej orkiestry symfonicznej grając na skrzypcach i instrumentach dętych. Nieco później zainteresowali się współczesnymi rytmami i gitarą. Mając lat 15 często występowali w lokalnych klubach, a zaraz po skończeniu szkoły, jako duet gitar klasycznych, regularnie dawali koncerty. Gdy odkryli możliwości brzmieniowe gitary elektrycznej postanowili rozszerzyć skład, a że wieści rozchodziły się szybko jako pierwszy zgłosił się do nich perkusista Nigel Pegrum. Były członek grupy Spice (która po jego odejściu zmieniła nazwę na Uriah Heep) oprócz bębnienia doskonale opanował grę na fortepianie, flecie i oboju. Problem był basista; w końcu po serii przesłuchań znaleziono odpowiedniego kandydata – był nim Peter „Mars” Cowling. Nazwa zespołu została wymyślona przez braci. Tajemniczo brzmiące miano GNIDROLOG okazuje się być anagramem ich nazwiska do którego dodano  literkę „o”.

Mimo zdecydowanie różnych gustów muzycznych próby zespołu odbywały się bez żadnych sporów. Główny nacisk położono na granie zespołowe bez epatowania solowymi popisami. Improwizacja była podstawą każdej nowej kompozycji, z której potem wyłaniał się jeden wiodący temat. Przez sześć miesięcy ciężkiej wielogodzinnej pracy szlifowali autorski materiał. Potem przyszła seria koncertów i pierwsza większa trasa z The Kinks z wypadem do Niemiec. Liznęli też rock’n’rollowego stylu życia z zakrapianymi alkoholem nocnymi imprezami, LSD i marihuaną na czele. Na szczęście wszystko było pod kontrolą. Głównym celem zespołu w tym czasie było podpisanie kontraktu płytowego. Po długich i nieudanych próbach fortuna w końcu uśmiechnęła się do nich – jesienią 1971 roku pod swój dach zespół przyjęła wytwórnia RCA Records. Z producentem Johnem Schroederem z miejsca przystąpiono do nagrania debiutanckiego albumu. Schroeder, wbrew naciskom szefów RCA domagających się szybkiego wydania singla z przebojowym kawałkiem, odniósł się z wielkim szacunkiem do muzyków i prawie nie ingerował w proces twórczy. Płyta „In Spite Of Harry’s Toenail” ukazała się na początku 1972 roku i miała całkiem niezłe recenzje (czego nie można powiedzieć o sprzedaży), a to zainspirowało muzyków do podjęcia dalszych działań. Do zespołu dołączył nowy muzyk, saksofonista John Earle. W rozszerzonym składzie sześć miesięcy później weszli do londyńskiego Morgan Studios nagrywając materiał na drugi krążek. Album „Lady Lake” wydano w grudniu tego samego roku.

Bajeczna okładka płyty "Lady Lake" (1972)
Bajeczna okładka płyty „Lady Lake”  (1972) autorstwa Bruce’a Penningtona.

Płyta zaczyna się od ich klasycznego utworu „I Could Never Be A Soldier”. W dzisiejszych czasach kompozycja ta, z ponadczasową melodią zaliczana jest do elitarnych dzieł wczesnego rocka progresywnego. Zespół wytoczył tu wszystkie swoje atuty: obecność dwóch flecistów oferujących bujne dźwięki w stylu Jona Andersona z Tull, gitarowe zagrywki Stewarta Goldringa z pełną pasji hard rockową solówka pod koniec nagrania, baśniowy głos jego brata Colina, przepiękne melodie, cudowny refren, wyśmienicie napędzany bas Petera Cowlinga (przypominający nieco to, co King Crimson zbudował dwa lata później na „Starles And Bible Black”), uroczy folkowy klimat i saksofon Johna Earle, który znakomicie prowadzi cały utwór. Do tego bezpretensjonalny, pacyfistyczny tekst, który w 1967 roku mógłby stać się hymnem kontestującej młodzieży…  Następny numer, „Ship”,  jest po prostu PIĘKNY! Ma w sobie coś z atmosfery słonecznej Kalifornii i okolic San Diego z widokiem na spienione fale Oceanu Spokojnego, a do tego kolejny cudowny tekst tym razem o ekologii… Śliczna akustyczna miniaturka „A Dog With No Collar” jest chwilowym oddechem przed najbardziej awangardowym, wymagającym większego skupienia nagraniem tytułowym.

Tył okładki
Tył okładki

Ponad ośmiominutowy „Lady Lake” jest centralną częścią repertuaru tego albumu pokazując najbardziej „odjazdową” stronę zespołu. Progresywny trend sprytnie został wykorzystany do jazz  rockowego, fantazyjnego grania. Główną rolę grają tu instrumenty dęte; gra Johna Earle ma w sobie coś kreatywnego, a zarazem nerwowego, co oczywiście mi nie przeszkadza, a jego końcowe solo jest wręcz obłędne! Kapitalna linia basu, wykorzystanie fletu, rogu i wiolonczeli, gęste brzmienie, wysublimowana gra perkusji, niesamowity rozmach aranżacyjny… ach, długo by tak można jeszcze pisać… A potem jakby z innego świata, miłosna pieśń „Some Dreams” z gościnnym udziałem Charlotte Fendrich na fortepianie. Całość  emocjonalnie zaśpiewana przez Colina z gitarowym podkładem, miękkim basem i obojem, na którym zagrał perkusista Nigel Pegrum. Perełka… „Social Embarrassment” przenosi nas w w okolice Canterbury z całą baterią dętych: obój, rogi, flet i pojedynkiem saksofonowym na czele, agresywnym dźwiękiem wiolonczeli, pochodami basu, nieco zabawnym wokalem (w tej roli John Earle), perkusyjnymi łamańcami i jazzowymi gitarowymi riffami. Uf! Sporo się dzieje, a wszystko idzie tak szybko, że łatwo przeoczyć różne smaczki. Niesamowite zakończenie niesamowitej płyty. Stworzonej przez muzyków z miłością do muzyki. Płyta „Lady Lake” to czysty klasyk. Muzyczny Rembrandt widziany oczami Andy Warhola…

Recenzje albumu „Lady Lake” były znakomite. Jednak muzyka GNIDROLOG, zbyt inteligentna dla mas, nie sprzedała się. Zdając sobie sprawę, że na takiej muzyce nie można zarobić wytwórnia RCA rozwiązała umowę z zespołem, który wkrótce rozpadł się.

Nigel Pegrum podjął współpracę ze Steeley Span, Peter Cowling związał się z gitarzystą Pat’em Travers’em. Bracia Goldring w 1976 roku założyli punkowy(!) zespół Pork Dukes, oraz zajmowali się pracą sesyjną. Do dziś występują na scenie jako duet grający na gitarach akustycznych…

Meksykański totem: La Revolucion de Emiliano Zapata (1971)

W erze psychodelicznego rocka i pod wpływem amerykańskich hipisów grupa młodych przyjaciół pod wodzą gitarzysty Javiera Martina del Campo powołała do życia zespół LA REVOLUCION DE EMILIANO ZAPATA. To był czas długich bokobrodów, kwiaciastych koszul, spodni dzwonów. I narodzin meksykańskiego ruchu zwanego La Onda, który wypłynął na fali kontrkultury lat 60-tych. Owych buntowników nazywano onderos, macizos, lub po prostu jipitecas (czyli hipisów). Członkowie grupy mieszkali w Jardines del Bosque – nowej dzielnicy meksykańskiej metropolii Guadalajara. Ta bardzo nowoczesna pod względem architektonicznym część miasta zaprojektowana w 1957 roku od początku budowy budziła kontrowersje i wiele emocji; ku rozpaczy mieszkańców powstała bowiem na obszarze wyciętego niemal w pień prastarego lasu Santa Edviges.

Młodzież z Gudalajary  zafascynowana była w tym czasie muzyką z Anglii i amerykańskim rockiem, a lokalne grupy takie jak Los Spiders, La Fachada de Piedra (jak ja uwielbiam takie nazwy!), Blue Jeans i kilka innych cieszyły się sporą popularnością. LA REVO (jak w skrócie nazywano zespół) zaczynali od grania popularnych piosenek, ale we własnej, oryginalnej interpretacji na okolicznościowych imprezach, ulicach i placach targowych Jardines del Bosque. Ich sława jako bardzo sprawnie grającego zespołu rockowego szybko rozeszła się po całym mieście. Wkrótce grali już we francuskim kasynie, w prestiżowym klubie „Lions” i wielu innych miejscach.

La Revolucione de Emilio Zapata
Występ grupy La Revolucion de Emiliano Zapata w klubie „Lions”

Wielkim krokiem naprzód był udział w konkursie zorganizowanym przez stację radiową „Radio ondas de la alegria” (ang. Waves Of Happiness Radio), w którym uczestnicy musieli na żywo wykonać własny, premierowy kawałek. LA REVO w bezpośrednim telefonicznym głosowaniu słuchaczy zdobyli główną nagrodę – kontrakt z wytwórnią płytową. Jak widać gra warta była świeczki… Ludzie z Mexico City czując dobry interes szybko zlecieli się, żeby ich zatrudnić. Kapela przez kilka miesięcy zwlekała z podpisaniem umowy; żadna nie gwarantowała pełnej swobody artystycznej, na której tak im zależało. Dopiero Polydor Records zapewnił kontrakt, który usatysfakcjonował obie strony. I tak  rozpoczął się krótki, ale bardzo udany wypad do świata muzyki rockowej. Z nowymi pomysłami, premierowymi kompozycjami i poczuciem kreatywności przenieśli się do stolicy kraju, Mexico.

W tym czasie zespół tworzyli: Oscar Rojas Gutierrez (wokal), Javier Martin del Campo (gitara), Francisco Martinez Orlenas (bas), Antonio Cruz Carbajal (perkusja), oraz Carlos Valle Ramos (gitara). W 1970 roku ukazał się pierwszy singiel grupy. Mała płytka „Nasty Sex/Still Don’t (Not Yet)” była forpocztą dużego albumu. Piosenka ze strony „A” okazała się hitem nie tylko w Meksyku. „Nasty Sex” gościła na czele list przebojów w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i w wielu krajach Zachodniej Europy. O egzotycznym zespole z odległego (jak dla Europejczyka) zakątka Ziemi zrobiło się głośno. Nic więc dziwnego, że z wielkim zainteresowaniem czekano na dużą płytę. Ta ukazała się kilka miesięcy później, na początku 1971 roku.

"La Revolucion de Emiliano Zapata" (1971)
Front okładki płyty „La Revolucion de Emiliano Zapaat” (1971)

Album „La Revolucion de Emiliano Zapata” zawiera dziewięć autorskich kompozycji. Słychać, że grupa inspirowała się angielskim i amerykańskim rockiem od Erica Burdona, Ten Years After i The Rolling Stones, po Creedence Clearwater Revival, Quicksilver Messenger Service i Blue Cheer… Wszystkie teksty śpiewane były po angielsku, choć niektórzy onderos nie byli z tego zadowoleni. Według nich nazwa grupy obligowała do śpiewania w ojczystym języku… Całość otwiera przebojowy „Nasty Sex” w swej pełnej, siedmiominutowej wersji. Kontrowersyjny tekst mówiący o dziewczynie, która uprawia swobodny seks z dopiero co poznanym rocanroleo był pewnie dla wielu szokujący, choć czy aby na pewno..? Klimatem utwór przypomina mi „Born On The Bayou” CCR, z lekką domieszką „Honky Tonk Woman” Stonesów. Nagranie ozdabiają  wspaniałe  psychodeliczne solówki gitarowe Javiera Martina del Campo w stylu Johna Cipolliny… Nabuzowana energią „Melynda” z ostrą perkusją i gitarowym fuzzem to czysty hard rock w stylu lat sześćdziesiątych. W końcówce świetne solo del Campo, które wbija się w pamięć.  Nie za długie, ale i nie krótkie – proporcje zachowane wzorowo. The Who takim kawałkiem z pewnością by nie pogardzili… Pół akustyczna, kojąca uszy ballada „I Wanna Know (Quiero saber”)  rozbraja mnie czarującą partią harmonijki ustnej i delikatnym, ledwo słyszalnym dźwiękiem fletu. Idealna jako podkład do filmowej sceny z westernu: wąsaty Vagueros z okrągłym sombrero na głowie śpiewa przy ognisku piosenkę o miłości do swej ukochanej Conchity, którą zostawił daleko stąd w małym pueblo. No, albo coś w tym stylu…

Tył okładki.
Tył okładki limitowanej, kompaktowej reedycji albumu. (Polydor 2009).

Dramatyczny „If You Want It (Si tu lo quieres)” to absolutny majstersztyk rockowego grania na dwie gitary prowadzące. Nie ma tu jednak pojedynku między gitarzystami o to kto lepiej zagra swoją partię, czyje solo będzie piękniejsze. Kapitalny numer, który zawsze odsłuchuję z niekłamaną radością… Rozbujany, pełen wirujących psychodelicznych gitar „Shit City (Ciudad perdida)”, lżejszy i spokojniejszy „A King’s Talks (Platicas de un rey”), oraz „Still Don’t. Not Yet (Todavia nada)” to już acid rock amerykańskiego Zachodniego Wybrzeża w swej najczystszej postaci nawiązujący do stylu Grateful Dead i Jefferson Airplane. Oryginalny longplay kończą dwie urocze piosenki: akustyczna „At The Foot Of The Mountain (Al pie de la montana)” z użyciem ludowej fujarki i utrzymana w stylu San Francisco sound „Under Heavens (Bajos los cielos)”. Obie potwierdziły, że w ich muzyce oprócz mocnego brzmienia liczy się też melodia… Na kompaktowej reedycji, którą Polydor wznowił w limitowanej (numerowanej) wersji w 2009 roku znalazły się trzy bonusy: wcześniej nie publikowany, nieco senny  „Gonna Leave (Vamos a alejamos)”, nagranie „Pig” ze strony „A” trzeciego singla, oraz czterominutowa wersja przeboju „Nasty Sex” pochodząca z rzadkiej EP-ki wydanej w 1971 roku w Europie…

Album okazał się wielkim sukcesem LA REVO przy okazji przecierając szlak dla innych meksykańskich wykonawców. Sam zespól zaczął intensywny, rock’n’rollowy tryb życia, Wszystko toczyło się w zawrotnym tempie; niezliczone pielgrzymki do różnych stacji telewizyjnych, setki wywiadów, tourne tutaj, noc w Monterrey, wschód słońca w Oaxaca.., Sława, ale też chaos, szum medialny i zmęczenie. Terminy mieli tak napięte, że zrezygnowali z występu w Festival Rock y Ruedas de Avandaro – pierwszym meksykańskim festiwalu rockowym w Avandaro (odpowiednik  amerykańskiego Woodstock) w 1971 roku. Do dziś onderos nie mogą im tego wybaczyć…  Prawda była taka, że w tym samy czasie zespół brał udział w zdjęciach do filmu „Prawdziwe powołanie Magdaleny”. Główną rolę w tym filmie zagrała bardzo popularna piosenkarka i aktorka nowego pokolenia Angelica Maria. W filmie można zobaczyć (fikcyjny) występ zespołu z Angelicą na.. festiwalu w Avandaro (sic!). Oszustwo? Raczej sztuka filmowego montażu.  Obraz okazał się jednak hitem, a ścieżkę dźwiękową zatytułowaną „HOY – nada del hombre me esjeno” uznaje się za drugi oficjalny krążek LA REVO

Muzyczne koncepcje członków zespołu zaczęły coraz bardzie różnić się od siebie. Spory, osobiste kłótnie, niezdrowe emocje zaczęły brać górę wyzwalając agresję, serię walk i absurdalne nieporozumienia. Zaczęły się zmiany w składzie. Jako pierwszy, w 1974 roku z grupą pożegnał się Oscar Gutierrez, wokalista,  frontman i twarz zespołu. Zmęczony miastem jak i całą tą niezdrową atmosferą rozpoczął proces upadku LA REVOLUCION DE EMILIANO ZAPATA. Grupy, która nie tylko przez onderos nazywana jest Totemem meksykańskiego rocka

PS. Zespół pod wodzą Martina del Campo istnieje do dziś. Nagrywa, koncertuje, pokazuje się w TV. Tyle, że wykonuje już zupełnie inną muzykę, daleko odbiegającą od tej z lat 70-tych. Banalne, proste i słodkie piosenki o miłości podszyte rodzimym folklorem adresowane są głównie do turystów. Tych z bogatym portfelem. I tej zdrady najstarsi onderos, macizos i jipitecas nigdy w życiu nie wybaczą gitarzyście LA REVO