Trzecia część „Śladami brytyjskiego undergroundu” może okazać się najciekawsza. Zrobi się bardziej kolekcjonersko gdyż większość z tych płyt to tzw. private press, których nakład wynosił od kilku do dwustu sztuk. Zazwyczaj były one rozdawane rodzinie i znajomym, czasem sprzedawane na koncertach przez samych muzyków. Niektóre wysyłano do wytwórni płytowych i radiowych DJ’ów. Nie muszę dodawać, że dziś są to rarytasy osiągające na giełdach zawrotne kwoty.
CHARGE „Charge” (1973)
Trio Charge powstało w połowie 1972 roku z prochów Baby Berthy i Sweet Poison. W 1973 roku weszli do SRT Studios w Luton i nagrali pełny album demo. I tutaj zaczyna się historia idealna dla naszej serii. Wytłoczono zaledwie 99 egzemplarzy, które zapakowano w białe koperty kupione w pobliskim sklepie papierniczym, rozdano najbliższej rodzinie i przyjaciołom. Kilka sztuk wysłano wytwórniom jako próbę zdobycia kontraktu płytowego. Bezskutecznie. Muzycznie to czysta bomba – surowy hard rock z niepohamowaną gitarą, wokalem w stylu Lemmy’ego i ciężkimi, psychodelicznymi elementami progresywnymi. Strona B zawiera epicką, antywojenną suitę „Child Of Nations”. I to jest właśnie ten rodzaj płyty, przy którym zastanawiam się dlaczego taki zespół tak szybko zniknął ze sceny. Oryginał oczywiście nieosiągalny, na szczęście są reedycje na winylu i CD.
MONUMENT „The First Monument” (1971).
Monument nie był przypadkową grupą. Za tym projektem stali muzycy Zior — zespołu, którego nie muszę przedstawiać. W 1971 roku odbyła się w Londynie całonocna, improwizowana sesja, z której powstał materiał „The First Monument”. Plotka głosi, że była to ostro zakrapiana alkoholem balanga, ale nawet jeśli, wcale tego nie słychać. „Dog Man”, „Stale Flesh”, „Don’t Run Me Down”, „Give Me Life”… tutaj nie ma miejsca na subtelności. Przesiąknięte Hammondem ciężkie zniekształcone brzmienie, ostre gitary i okultystyczne motywy w tekstach robią piorunujące wrażenie. Bardzo mocna i rzadka rzecz. Polecam!
SECOND SIGN „Second Sign” (1975)
Jedyny album zespołu Second Sign to coś, co szczególnie powinno zainteresować niejednego miłośnika zaginionych, progresywnych albumów. Nagrany w 1975 roku i nie wydany został odkryty w archiwum studia Escape w hrabstwie Kent ponad trzydzieści lat później. Zachowane nagrania łączą w sobie rock progresywny, ciężką psychodelię i melodyjny folk rock, a czysty, ekspresyjny głos Irene Menasche stanowił efektowny kontrast z surowymi gitarami i mocną sekcją rytmiczną. Najdłuższy i najbardziej ambitny utwór, „Golden Age”, rozwija się poprzez starannie zaaranżowane harmonie wokalne, organy Hammonda, solówki gitary elektrycznej i zmiany tempa. Pozostałe utwory, jak „Feel The Night” czy „Fleet Street” są krótsze łącząc zapadające w pamięć melodie z chropowatą gitarą i energicznym, undergroundowo rockowym brzmieniem. Patrząc na datę nagrania, była to już ostatnia faza brytyjskiego undergroundu przed wejściem w drugą połowę lat 70-tych.
WHITE LIGHT „Parable” (1974)
White Light był zespołem z Glasgow działającym na początku lat 70-tych. Ich muzyka wyrastała z bluesa Johna Mayalla, wybuchowych The Who i ciężkiego rocka nawiązującego do Black Sabbath. Początkowo zaszufladkowano ich do nurtu „chrześcijańskiego rocka”, ale oni nie powstali, by występować w kościołach. Powstali, by grać mocnego, głośnego sprzężonego rocka w klubach i wielkich halach. W 1972 roku wygrali konkursu młodych talentów zorganizowany przez „Melody Maker”, co zachęciło ich do nagrania płyty. Album „Parable” zostały wydany dwa lata później jako private press w tajemniczej okładce i w bardzo niskim nakładzie. Tak niskim, że w ostatniej książce Hansa Pokory „7001 Record Collector Dreams” został oznaczony jako „maximum scale rarity” (maksymalny stopień rzadkości). Ten potężny, bluesowo garażowy krążek wypełniony jest po brzegi organami z dużą ilością surowej gitary z fuzzem i szaleńczą perkusją. Jeden z moich ulubionych kawałków to potężny hard rockowy „Prodigal” – posłuchacie, a uwierzycie!
PIG RIDER „Heterophonies With Bloody Turkey Sandwiches”.
A to wyjątkowa pozycja dla tych, którzy mają słabość do rzeczy naprawdę dziwnych. Pig Rider został założony w Kent pod koniec lat 60-tych. Chociaż przez ich szeregi przewinęło się prawie 60 osób, trzonem grupy zawsze byli Colin Kitchener i John Mayes. Ich muzykę określano jako „humorystyczną” i „prześmiewczą”, ale tak naprawdę jest psychodeliczna, folkowa, nie stroniąca od eksperymentów z undergroundowym chaosem. Uznaje się ich za prekursorów ruchu DIY (Zrób To Sam), który pojawił się kilka lat później. Nagrywali w domach używając prymitywnego sprzętu. Sami ręcznie robili i przerabiali instrumenty (nazywali je „orgasmatron”, „banjelele”, „maszyna tortur”, „aquafon”) i wydali samodzielnie serię acetatów z ręcznie wykonanymi okładkami. Płyta „Heterophonies” została nagrana w 1975 roku i wydana przez Deroy w nakładzie pięciu egzemplarzy – po jednej sztuce dla członków zespołu. Muzyka to halucynogenny, elektryczny folk rock, acid folk i mutant-pop z dziwacznymi tekstami, efektami i eksperymentami z taśmami. Drugi krążek, „Bloody Turkey Sandwiches” z 1974 roku również wydany na acetacie (sześć egzemplarzy) utrzymany jest w podobnym stylu, ale z jeszcze bardziej szalonym psychodelicznym klimatem i momentami genialnym folk popem. Oba zremasterowane tytuły hiszpański Sommor wydał w 2015 roku na podwójnym kompakcie. Bardzo smakowity, kolekcjonerski kąsek.
RAVEN „Traitor’s Gate” (1973)
Proszę nie mylić z amerykańskim Raven, ani późniejszym brytyjskim heavy metalowym zespołem. Kwartet Raven z Worthing działał na początku lat 70-tych i pozostawił po sobie materiał nagrany w 1973 roku. Na tym niepublikowanym albumie znalazła się mieszanka hard rocka, psychodelii, progresywnego rocka z fletem, spektakularnym żeńskim chórkiem i akustycznymi fragmentami. Mówiąc krótko, coś dla tych, którzy nie chcą słuchać wyłącznie ciężkich riffów, a bardziej przekonać się jak underground próbował połączyć ciężkie brzmienie z coraz bardziej wyszukanym językiem progresywnym. Gratka dla miłośników mało znanych albumów z Decca, Harvest i Deram.
BARE SOLE „Flash” (1969).
Czasem by czegoś nie przegapić muszę posłużyć się wykrywaczem metalu. Tutaj zaczynał piszczeć. Pod koniec lat 60-tych Bare Sole grali surowy, bezkompromisowy psychodeliczny hard rock z ciężkim bluesem. Byli wówczas najgłośniejszym zespołem w Hull i okolicach, grali jako support przed The Move, Family, Status Quo i Small Faces. W 1969 roku opłacili sesję w Fairview Studios podczas której nagrali demo – zalążek dużej płyty. Demo zostało odrzucone przez Decca, a grupa rozpadła się wczesną wiosną następnego rocku. W tej jednej ognistej sesji trio uchwyciło swoje pierwotne garażowe brzmienie z wybuchowymi dawkami fuzzów, wah-wah i organów, a jeśli chodzi o samą muzykę, ta krąży wokół Blue Cheer, Iron Claw, Stack Waddy. Płyta „Flash” reprezentuje wszystkie nagrania zaczerpnięte z taśmy-matki z sesji nagraniowej. Oprócz cieszenia się muzyką, można na nią spojrzeć jak na jeden z tych przypadków, gdzie można usłyszeć lokalną historię brytyjskiego rocka zanim została napisana przez wielkie zespoły.
LITTLE FREE ROCK „Time Is Of No Consequence” (1969/71).
To jest fantastyczna rzecz dla kogoś, kto lubi poznać zespół nim dojrzeje do swojego „właściwego” albumu. Płyta „Time Is Of No Consequence” zawiera niepublikowane nagrania z sesji do drugiego, niewydanego albumu Little Free Rock z 1971 roku, a także utwory z ich wczesnej inkarnacji jako Purple Haze, pobrane z ultra rzadkiego, jedynego jaki się zachował acetatu z 1969 roku. Co takiego szczególnie mnie tu zachwyca? Peter Illingworth i jego fuzz-wah gitara! „Money On Your Mind”, „Evil Woman”, „Dream”, „Blud” — to surowy, chwilami mocno psychodeliczny bluesujący hard rock. Te nagrania emanują dużo większym entuzjazmem i są najlepszą rzeczą jaką to trio z Preston kiedykolwiek nagrało. Doskonałe uzupełnienie ich jedynej płyty („Little Free Rock”) z tego samego, 1969 roku.
MONK „Through An Electric Glass Darkly” (1970?).
I na koniec coś, przy czym mój wykrywacz metalu kompletnie zwariował. Już sama historia tej płyty jest niewiarygodna. Acetat został przypadkowo znaleziony w londyńskim w sklepie ze starociami w 2005 roku. Nieprawdopodobne jest to, że był on umieszczony w pudełku innego wykonawcy. Jej stan był tak kiepski, że nabywca utargował cenę – z jednego funta zszedł na pięćdziesiąt pensów… Po latach przyznał, że kiedy poznał jego kolekcjonerską wartość (grubo ponad tysiąc funtów) do dziś ma wyrzuty sumienia… Gdyby nie ten cud (inaczej tego nie można nazwać) pewnie nigdy byśmy tego arcydzieła nie poznali. Przypuszcza się, że materiał został nagrany na początku lat 70-tych. Całość została pieczołowicie odrestaurowana i wydana w 2023 roku tylko na winylu w pięknej oprawie graficznej (na wersję kompaktową czekam jak na zbawienie). To najwyższej klasy eklektyczny underground balansujący na granicy różnych stylów z odurzającą mieszanką świetnych piosenek, dźwiękowymi efektami i jamującą gitarą. Jest tu pasterski folk („House In The Country”), psychodeliczny kolaż dźwięków („Fantasy 2”), śmiały rock („Lover”) i transcendentny, ciężki, kosmiczny progres („Don’t Talk To Me”). Nic, tylko słuchać i upajać się tą muzyką!











































