Wszystkie wpisy, których autorem jest zibi

Młodszy brat Jethro Tull..? RUFUS ZUPHALL „Weiß der Teufel…” (1970); „Phallobst” (1971).

O Rufus Zuphall założonym w 1969 roku w Aachen (Akwizgran)  mówi się, że był „niemiecką odpowiedzią na Jethro Tull”, lub jego „młodszym bratem.” Hm… czy każdy zespół, w którym dużą rolę odgrywa flet musi być z urzędu porównywany od ekipy Iana Andersona, a ten z dominującym brzmieniem organów do Uriah Heep, lub Deep Purple..? Inni zaszufladkowali go do wczesnego krautrocka, choć moim zdaniem Rufus Zuphall był na tyle oryginalnym zespołem, że wymykał się różnym klasyfikacjom. Jedno jest pewne – jego muzyka z melancholijnymi i hipnotycznymi melodiami ze skłonnościami do jamowania (próbkę takiego grania dostaniemy na debiutanckiej płycie) była hybrydą progresywnego rocka (momentami bardzo ciężkiego) i psychodelicznego folku z bluesowymi i jazzowymi naleciałościami. Jeśli ktoś naprawdę upiera się do porównań z Tull, to wskazałbym na ich debiutancką płytę „This Was”. Tyle w „temacie Marioli”. Grupa powstała w 1969 roku w Aachen (Akwizgran), rzut beretem od Belgii i Holandii, a założyli ją flecista Klaus Gülden, gitarzysta i główny wokalista Günter Krause, basista Helmuta Lieblang i perkusista Udo Dahmen. Na starcie grał z nimi wykształcony w szkole muzycznej pianista, ale zrezygnował dość szybko i skupił się na muzyce klasycznej.

O zespole zrobiło się głośno po koncercie na Festiwalu Jazzowym w belgijskim Bilzen w 1970 roku, gdzie przed trzydziestotysięczną publicznością wystąpili obok Cata Stevensa, Black Sabbath i May Blitz. Sporo koncertował w Holandii, gdzie zyskał wcale nie małe grono fanów. Być może to sprawiło, że debiutancki album „Weiß der Teufel…” nagrali za własne pieniądze właśnie tam, w małej wytwórni Good Will. Jego minimalistyczny nakład zyskał status legendy i to wcale nie ze względu na swoją rzadkość.

Płytę zaczyna „Walpurgisnacht”. Ten pełen gitarowego fuzzu i mocnego pogłosu rockowy blues ze świetnym wokalem i fletem, zdaje się krzyczeć „Hej! Jest rok 1969!” i uderza między oczy. Mimo, że trwa tylko trzy minuty jest pełen kontrastów i zmian tempa tak, że aż w głowie się kręci…  Bardziej akustyczny i pełen dobrych wibracji „Knight Of Third Degree” to numer z dominującym fletem i tablą. Przewijające się elementy hiszpańskiej i średniowiecznej muzyki w połączeniu z metaforycznym tekstem czynią go jednym z ciekawszych na płycie. Potem robi się jeszcze lepiej bowiem następne utwory z ekscytującymi instrumentalnymi partiami są bardziej złożone. Szczególnie gra na flecie sprawia, że ​​ta płyta jest czymś więcej niż kolejnym psycho-progresywnym albumem. Za sprawą niestrudzonego Klausa Guldena ​​„Spanferkel” brzmi zaskakująco podobnie do debiutu Osanny (LP. „L’Uomo”). Jedynym problemem jest jego pewna powtarzalność i to, że jest zbyt krótki.  Godne uwagi jest też solo na flecie we „Freitag”, w którym Gulden w jednej trzeciej utworu niemal niezauważalnie przechodzi na flet prosty, a następnie wraca do poprzecznego. No a popis Güntera Krause grającego szaloną gitarową solówkę to wisienka na torcie. 

 Siedemnastominutowy utwór tytułowy kryje wiele niespodzianek: zaskakująco powściągliwe (krótkie) solo perkusyjne tuż na początku, cytat z „Summertime” Gershwina, oraz solówkę, w której Gulden kompletnie szaleje. W pewnym sensie ten improwizowany jam jest podsumowanie całej płyty, na którą złożyło się wiele elementów. I, co by nie mówić, wyszedł z tego wspaniały i emocjonalny rockowy epos. 

Obiektywnie patrząc płyta ma swoje wady i zalety, nie od razu wpada w ucho, ale (paradoksalnie) to właśnie stanowi o jej atrakcyjności. Zespołowi nie chodziło o perfekcję – bardziej o emocje, które niemiecka młodzież długo w sobie tłumiła. Warto postarać się o kompaktową reedycję z 2004 roku, która zawiera blisko czterdziestominutowy zapis ich pożegnalnego koncertu w Aachen z czerwca 1972 roku. Take bonusy to ja kocham.

Niedługo po wydaniu „Weiß der Teufel…” Helmut Lieblang opuścił kolegów, a jego miejsce zajął Manfred Spangenberg. Do zespołu dołączył także drugi gitarzysta, Thomas Kittel, który grał także na klawiszach. Tę ostatnią umiejętność wykorzystano w trakcie nagrywanie drugiego albumu. Podczas pierwszej wizyty w studio Dietera Dierksa przypadkiem natknęli się na mellotron stojący gdzieś w kącie, skorzystali z okazji i włączyli go do swojego instrumentarium. Zespół miał już podpisany kontrakt z legendarną wytwórnią Pilz, która odkryła go przypadkiem w… radiowej audycji. Los czasem bywa naprawdę łaskawy. Ale nie wszystko wyglądało tak różowo. Byli pod presją, gdyż płytę musieli nagrać i zmiksować w ciągu tygodnia. Zrobiono to na przełomie lipca i sierpnia 1971 roku. Album „Phallobst” trafił do sklepów dwa miesiące później. Jego rozkładana okładka przedstawiająca zgniłą gruszkę pożeraną przez robaki jest jedną z najbardziej niesmacznych okładek tamtych czasów. Równie niesmacznie wyglądają robale z twarzami muzyków na jej tylnej stronie. Oczywiście, sami zainteresowani wcześniej nie widzieli projektu, więc możemy tylko wyobrazić sobie ich miny, gdy gotowy produkt trafił im do rąk.

Pomimo ograniczonego czasu zespół go nie zmarnował. Słowa uznania należą się Dieterowi Dirksowi za genialny miks, dokładnie taki, jaki zespół sobie wymarzył. W stosunku do debiutu album wydaje się bardziej zwięzły, utwory są krótsze i nie przekraczają sześciu minut. Muzycznie niewiele się zmieniło (bo i po co?) – wciąż dominuje urzekający, psychodeliczny prog rock z elementami folku i bluesa z ognistymi gitarowymi solówkami, płonącym fletem, akustyczną wirtuozerią i wspaniałym brzmieniem mellotronu wyłaniającym się z piekielnych głębin. Wokal jest cichy, czasem zniża się do szeptu i brzmi mrocznie. Ale nie dziwmy się – ten album pełen jest starogermańskich i staroangielskich mrocznych, mistycznych klimatów. Kiedy go słucham podnosi mnie na duchu i poprawia humor. I taka jest między innymi rola muzyki – ma poprawiać nastrój, a nie wpędzać w rozpacz. Co ważne, nie ma tu wypełniaczy. Wszystkie kompozycje są fantastyczne i nie sposób wyróżnić jednej, czy dwóch. Zaczyna się od genialnego „Closing Time”, psych rockowego utworu o „kupcu sprzedającym pokój” utrzymanego w szybki tempie, ale dla kontrastu zaśpiewany cicho, spokojnie i hipnotyzująco. Znakomity początek, który otwiera drogę dwóm następnym instrumentalnym numerom, „Wenn Schon, Denn Scon” z ładnym basowym intro i magicznym „Schupfner”. W tym ostatnim, jak i w „Makröjel” flet Güldena, oraz partie gitarowe Krause i Thomasa Kittela wchodzą w porywające, progresywne dialogi, którymi można się tylko zachwycać. Godnym największej uwagi jest  także „Waste Land” – mroczna, melancholijna ballada w tonacji molowej, w której gitara akustyczna i powtarzalny motyw fletu budzi skojarzenia ze starymi, angielskimi kołysankami. Słucha się tego wybornie!

Pozostałe utwory trzymają wysoki poziom. W „Pricket Pit” pojawiają się mocarne gitarowe riffy, zaś „Portland Town” to genialna, ciężka, podszyta mellotronem aranżacja tradycyjnej pieśni folkowej, która stała się ich koncertowym hitem. Finałowy „I’m On My Way” nie miał prawa się tu znaleźć. Zespół uważał, że jest jeszcze niedopracowany. W zasadzie to szkic, demo wymagające szlifu i poprawek, które po nagraniu zostało przez nich odrzucone. Wytwórnia umieściła go na płycie bez ich wiedzy, o czym dowiedzieli się po fakcie. Nie był to jedyny problem jaki z nią mieli. Studio w którym nagrywali było w trakcie remontu, stąd pośpiech, o którym już wspomniałem. Na dodatek właściciele wytwórni za plecami zespołu namawiali Krause’a do odejścia z grupy obiecując zrobić z niego niemieckiego Neila Younga. Były też i inne grzechy, ale je przemilczę…

W 1971 roku  w muzyce wiele się działo i zespołom takim jak Rufus Zuphall najbardziej zależało na tworzeniu świetnej muzyki, a nie na zbijaniu fortuny. Album ma swoje drobne wady – część utworów w końcówkach została mechanicznie wyciszona (tzw. fade-out), co głównie wynikało z mało komfortowych warunków w studiu. Mimo to, „Phallobst” broni się fenomenalnym wykonaniem i niesamowitym klimatem. To jedna z tych mniej znanych perełek wczesnych lat 70-tych i godna polecenia pozycja nawet dla wymagającego fana klasycznego rocka.

Niektóre wznowienia posiadają różne bonusy, w tym utwory z przygotowywanego, ale nigdy nie wydanego trzeciego albumu „Avalon And On”. Reedycja wytwórni Long Hair zawiera drugą część pożegnalnego koncertu z Aachen, tak więc jest w czym wybierać.

SKORPIO „A Rohanás” (1974); „Ünnepnap” (1976).

Po odejściu z Locomitiv GT, basista Károly Frenreisz ani chwili nie siedział bezczynnie, od razu zabrał się za tworzenie nowego zespołu. Początkowo myślał o utworzeniu tria w stylu ELP. W tym celu zaprosił perkusistę Gábora Fekete, który właśnie został wypędzony z reaktywującej się wówczas Hungarii, oraz klawiszowca Gyulę Pappa, którego zwabił z Mini. Po krótkim czasie doszli do wniosku, że ich nowe pomysły muzyczne wymagają obecności gitarzysty. Negocjacje z Antalem Gáborem Szűcsem, który będąc jeszcze członkiem Hungarii odbywał właśnie niekończącą się trasę koncertową po Związku Radzieckim okazały się pozytywne. Tak narodził się Skorpio.

Czekając na powrót Szűcsa mieli mnóstwo czasu na komponowanie piosenek, a nawet na napisanie i nagranie albumu dla Sarolty Zalatnay. Jesienią 1973 roku wypuścili „szpiega” – singla „Hosszú az út” z unikalnie zaprojektowaną, piękną okładką. Na drugiej stronie w piosence „Szevasz, haver” Frenreisz zamieścił dość osobisty wers: „Minęły dwa lata, odkąd byłem u ciebie, ale nigdy nie powiedziałeś mi nic miłego / Dobrze, że widzę nowe twarze i już cicho słyszę nowe piosenki.” Ta zwrotka z pewnością podsumowuje emocjonalne więzi autora z Locomotiv GT, a jednocześnie wskazuje, że nowy zespół pracuje z entuzjazmem, a utwory na ich debiutancki album nabierają kształtu. Ten, pod tytułem „A Rohanás” (Pęd) wydany przez Pepitę ukazał się jesienią 1974 roku.

Zapierający dech w piersiach rozmach otwierającego i tytułowego utworu nie pozostawia wątpliwości, że Károly Frenreisz zgromadził wokół siebie wyjątkowo utalentowaną grupę muzyków. Brzmienie jest solidne. Szczególne wrażenie robi brutalne brzmienie basu zmiksowane za pomocą basowej gitary Fender Precision i wzmacniacza Marshall. Sufity drżą! Całość dopełnia doskonale nagrana, energiczna perkusja Gábora Fekete, a subtelność, jaką daje riff prowadzący, wykonywany na dwa głosy (gitara plus organy), to kropka nad „i”.

W swobodnym, doskonale dopracowanym „Jó lenne, ha szeretnél” (Byłoby dobrze, gdybyś mnie kochał) Gyula Papp zwraca na siebie uwagę swoim genialnym pianinem elektrycznym, ale to w utworze „Fantázia Gershwin Rhapsody In Blue-jának témáira” (Fantazja na temat Błękitnej Rapsodii Gershwina) przekonuje, że jest on jednym z największych geniuszy grającym na klawiszach w węgierskiej muzyce pop. Jeśli do tego dodamy bas, który wstrząsa ziemią, perkusyjne solo, krótkie interludia gitary akustycznej i fenomenalną grą Frenreisza na saksofonie, możemy delektować się progresywną, opartą na jazz rocku muzyką, a więc coś, co w tym samym okresie nasze SBB już grało. W „Keresem, keresem…” (Szukaj, szukaj…) dominujący bas równoważony jest delikatnym elektrycznym pianinem stanowiącym tło dla zwartej i treściwej sekcji rytmicznej. Po raz pierwszy Gábor Szűcs otrzymuje szerszą przestrzeń. Brzmienie jego gitary jest pełne, technika gry niezwykła, a do tego pięknie wymiata. Jeśli wcześniej ktoś miał jakieś wątpliwości to tutaj definitywnie potwierdza się, że Szűcs należy do ścisłego grona najlepszych węgierskich gitarzystów. Amen.

Wspaniałe unisono stanowi podstawę utworu „Minden nap szövehet velem” (Może to się przydarzyć każdego dnia). Chrupiący bas wspiera syntezator; pełna pomysłów gra Gyula Pappa ukazuje go w szczytowej formie. Chwilami, podobnie jak w „Keresem, keresem …” zespół przechodzi w tryb tria, ale tym razem główną rolę instrumentu solowego odgrywają organy Hammonda, a nie gitara. Teraz możemy poczuć, jak brzmiałby Skorpio, gdyby pierwotny pomysł grania w stylu ELP wypalił. Warto też  wspomnieć o dwóch nieco odmiennych nagraniach. Pierwsze, to ballada „Miért kell elfelednem” (Dlaczego muszę zapomnieć), którą fani zespołu znali z albumu „Hadd mondjam el című” Sarolty Zalatnay, o którym wspominałem wyżej. Ich wersja w zasadzie niczym się nie różni – nawet partie gitarowe Gábora Szűcsa są nuta w nutę takie same jak grane przez Mihály’ego Móricza. Jedyne co się wyróżnia, to wokal – Frenreisz daje tu najlepszy popis śpiewu w swoim życiu. Drugie nagranie, „Így szólt hozzám a dédapám” (Tak powiedział mi pradziadek) to kukułcze jajo, które zrobiło oszałamiającą karierę. Nie ma w nim śladu hard rocka, który słyszeliśmy do tej pory. To bardziej angielski folk z klimatem country, który wciska się  do głowy a potem długo z niej nie wychodzi. Mam wrażenie, że genialny motyw przewodni grany na Hammondzie w znacznym stopniu przyczynił się do jego popularności.

 Album odniósł oszałamiający sukces na Węgrzech; tuż po premierze sprzedał się w ponad stu tysiącach egzemplarzy! Do dziś często określany jest mianem „pierwszej węgierskiej hard rockowej płyty”. Nie umniejszając jej wartości i zalet nie do końca z tą sugestią się zgadzam.  Gdybyśmy chcieli za wszelką cenę wskazać pierwszy, czysto hard rockowy album z tego kraju to moim zdaniem  „Élő Omega” ze względu na swoją wyjątkowość byłby właściwszym wyborem, ewentualnie podobnie mocno brzmiący inny krążek Omegi, „Éjszakai orzásút”. Wśród pretendentów do tego tytułu aspirować mogą też dwie pierwsze płyty Locomotiv GT tak więc wybór nie jest taki oczywisty.

Popularność zespołu szybko rosła i to nie tylko dzięki przebojowi „Így szólt…” Między trasami koncertowymi trudno było znaleźć czas na nagranie utworów na nowy album. Skorpio nie tylko zagrał wiele koncertów na Węgrzech i w Europie Wschodniej, ale został zaproszony na trasę koncertową po USA i Kanadzie, która odcisnęła głębokie piętno na ich muzyce. Nawiasem mówiąc węgierscy artyści mieli w tamtym czasie dużo większą łatwość poruszania się po świecie spośród wszystkich innych krajów zza Żelaznej Kurtyny…

We wrześniu 1975 roku grupie w końcu udało się wejść do studia, gdzie w przeciągu trzech dni ukończono nagrania, a czwartego zmiksowano. Ten krótki czas wydaje się zaskakujący, ale ponieważ Skorpio grało już nowe kompozycje na koncertach wystarczyło tylko rozpakować instrumenty i włączyć magnetofon. Pełna profeska. Płyta „Ünnepnap” (Wakacje) została wydana wiosną 1976 roku.

Pierwsze, co mnie ponownie zachwyciło, to nieskazitelnie doskonała produkcja dorównująca zachodnim. Pomimo mniej nowoczesnego jak mniemam sprzętu nagrania są bardzo profesjonalnie i solidnie wyprodukowane. Na uwagę zasługuje również doskonała jakość brzmienia płyty, zwłaszcza potężna perkusja i bas. To sprawia, że ​​jest ona do dziś atrakcyjna.

Muzyka oscyluje między funkiem (pierwsza strona płyty), rockiem progresywnym i hard rockiem w stylu Uriah Heep i Deep Purple (druga strona). Utwory nie są długie, wszystkie śpiewane (tak jak na debiucie) po węgiersku. Ich fascynacja funkiem  widoczna jest już na samym starcie. W instrumentalnym „Menetirány”, który rozpoczyna album, gitara, bogata perkusja i instrumenty klawiszowe zapewniają najwyższej klasy funkowe wykonanie. Jest też miejsce na saksofon -szkoda, że pojawia się  na tej płycie tylko raz. Od samego początku bas daje jasno do zrozumienia, że ​​jest on jednym z kluczowych tu instrumentów napędzającym brzmienie. Wśród tej dźwiękowej  nawałnicy pojawia się kilka porywających partii Hammonda i niespokojny klawesyn. To jest ten rodzaj funku jaki jeszcze lubię. W „Rongylábkirály” (Król w łachmanach) odnajdujemy lekkie rytmy. Bas i klawinet grają „niedbałe” unisono urozmaicony gitarowymi solówkami między wersami. Nostalgiczny tekst jest interesujący. Frenreisz wspomina świat rock and rolla lat pięćdziesiątych z odpowiednią dawką humoru, w którym na próżno błaga odnoszącego niegdyś sukcesy tancerza na sceniczny powrót. Niestety koleś ma żonę, dwójkę dzieci, nie imprezuje, przytył, włosy mu się przerzedziły… Ale jest nadzieja, bo stary rytm wciąż bije w jego nogach…  „Ne haragudj rám” (Nie złość się na mnie) nawiązuje do prawdziwego amerykańskiego funku, ale jest nudny i monotonny. Nie ratują go nawet progresywne klawisze z przebijającą się nutą „Tańca z szablami” Chaczaturiana. No i jak tu się nie złościć na pana,  panie Frenreisz..? Pierwszy gitarowy riff w „Ágnes” jest genialny, zwłaszcza gdy złowrogi Hammond i smukły klawinet dołączają do niego w lewym kanale. Do tego utworu świetny wpasował się ironiczny tekst o pięknej, lecz naiwnej Ágnes, obiekcie pożądania wielu mężczyzn. Pierwszą stronę oryginalnej płyty zamyka utwór tytułowy z rozbudowaną partią basu, perkusją z latynoskim posmakiem i gitarą wah-wah wycinającą znakomite solówki w stylu Santany. Urzekający numer podczas którego czuję się jak na letnich wakacjach!

Druga część płyty zmienia jej oblicze. Wszelkie funkowe nut znikają bo do głosu dochodzi dzika gitara i ciężki rock. „Mondd, te szép lány!” (Powiedz mi piękna dziewczyno) od początku jasno daje do zrozumienia, że ​​hard rock jest w genach zespołu. Gitara staje się agresywna; sposób w jaki Gabor Szűcs ją atakuje przypomina mi Martina Barre’a w „Aqualung” Jethro Tulla, natomiast zadziorną grę na klawiszach pochwaliłby pewnie sam John Lord. Ściana dźwięku wyrasta jak chiński mur wypełniając przestrzeń setką watów mocy.

Z kolei najbardziej słyszalne kontrasty są w „Vezess Át Az Éjszakán” (Prowadź mnie przez noc); wita nas eteryczny, niebiański hymn, a zaraz potem agresywny riff, który przypomina Omegę i ich styl. To jeden z niekwestionowanych filarów węgierskiego rocka z monumentalnym refrenem, znakomicie rozwiniętym gitarowy solo i efektownym zakończeniem. Kolejny wachlarz harmonii można podziwiać w pięknej blues rockowej balladzie „Ha Újra Kezdenénk” (Gdybyśmy mogli zacząć od nowa). Przez cały utwór przewija się dywanowy podkład Hammonda towarzyszący soczyście brzmiącej gitarze. Warto zauważyć, że nawet pozornie banalny tekst: „Moja dusza jest niespokojna, choć życie zdaje się toczyć dobrze. Lecz wciąż są rzeczy, które ranią. Czemu, ach, czemu tak nagle się rozstaliśmy?” brzmi wiarygodnie. Więcej oryginalności oferuje „Nyújjtsd A Kezed Barátom” (Podaj mi rękę przyjacielu). Na pewno nie jest tak surowy i bezpośredni jak jego poprzednicy; skłania się bardziej ku progresywnemu brzmieniu niż hard rockowi z harmoniami wokalnymi – chyba najlepszymi na tej płycie.  Wszystko to wspierane jest przez solidną gitarę i organy z błyskiem zwiewnej funkowej perkusji. Album kończy „Újra Az Úton” (Znowu w drodze), a zaczyna się od ryku Hammonda, tak jakby ryknął silnik samochodu. I dokładnie tak się dzieje. Odczepiony od lokomotywy zespół przesiada się do autobusu i  wyrusza w dalszą trasę. Grające unisono organy nawiązują dialog z gitarą, Frenreisz śpiewa swobodnie dając wrażenie, jakbyśmy wspólnie tę podróż odbywali.

Zanim album trafił do sklepów, Gábor Fekete odszedł z zespołu; na szczęście nie spowodowało to wstrzymania tłoczenia płyty (jak to miało miejsce wcześniej w przypadku Locomotiv GT). Z powodu braku krajowych mocy produkcyjnych produkcję płyty zlecono czechosłowackiej firmie Supraphon, ale rok później, po przekazaniu zakładowi produkcyjnemu MHV w Dorogu, mniejszą serię wytłoczono również na Węgrzech.

Skorpio nie wymyślili prochu. To nie jest zespół, którego muzycy mieli ambicje i pragnienie stworzenia czegoś wyjątkowego. Z całą pewnością byli profesjonalistami, a ich twórczość wpisała się w kanon klasycznego rocka epoki. Muzyczny świat „Únnepnap” nie mógłby być bardziej odmienny od ich debiutanckiego albumu. Oczywiście, wszystko ma swoje korzenie w hard rocku, ale… Mariaż rocka i funku trwa od początku lat 70-tych. Nigdy się nie rozstali, a ten był bezkonfliktowy i kompletny jedynie przez krótki czas. Ten album to jedno z niewielu dzieł miłości łączących te dwa gatunki. I za to powinniśmy być im wdzięczni.

Muzyka bez granic. GINBAE (1976); TOTAL ISSUE (1971); URSA MAJOR (1972).

Cieszę się, że po raz kolejny mogę przedstawić mniej znanych wykonawców i ich jedyne płyty jakie po sobie zostawili. Tak się złożyło, że dzisiejsza trójka pochodzi z różnych miejsc na Ziemi, co jest bez znaczenia. Muzyka, jak i każda inna forma sztuki, nie zna podziałów, ani granic o czym wszyscy doskonale wiemy.

GINBAE „Ginbae” (1976)

Stare porzekadło mówi że nie szata zdobi człowieka (chociaż ponoć sam Diabeł ubiera się u Prady), tak i okładka płyty nie jest wykładnikiem muzycznej wartości. Ileż to razy zdarzało się, że z wierzchu jest pięknie, a w środku wielkie rozczarowanie. I pewnie gdybym wcześniej nie wiedział o istnieniu tej płyty, patrząc na jej okładkę na bank przeszedłbym obok niej obojętnie. „Ginbae” to jedyny album japońskiego zespołu o tej samej nazwie, który w oryginalnej wersji kosztuje w granicach 800 euro. O samej grupie wiadomo niewiele. Muzycy pochodzili z Chigasaki, popularnego uzdrowiska na wyspie Honsiu. Poza gitarzystą prowadzącym, Shinyunsuke Nakamurą, pozostali używali imion, lub pseudonimów. Główny wokalista i gitarzysta to Shirashi, basista Kenya, a perkusista Hokuto. To zapomniane nawet w samej Japonii arcydzieło spod znaku ciężkiego, mocarnego rocka na dwie gitary prowadzące wydane własnym sumptem w 1976 roku jest absolutnym objawieniem. Pięć rozbudowanych utworów i ani sekundy nudy. Dźwiękowy atak porównywalny z ciosami Mike’a Tysona oparty na gęstych, ciężkich riffach i mocarnej sekcji rytmicznej potrafi znokautować niejednego słuchacza. Całość rozpoczyna „Tolulene” z nutami Black Sabbath ery „Sabotage” i Judas Priest z tego samego okresu. Pewnie niektórym japoński wokal nie przypadnie do gustu, ale na szczęście nie jest on ani ostry, ani krzykliwy, ani też sztywny jak Heidi Klum na wybiegu z biegunką. W każdym bądź razie gitarowa orgia godna duetu Tipton/Downing sprawia, że na wokal spokojnie można przymknąć oko. Drugi numer, „Rock’n’Roll People” z perfekcyjnym podwójnym gitarowym solo przypomina osadzone w ciężkim bluesie Deep Purple.

Tył okładki.

W „Rebiatan” zespół konsekwentnie trzyma się brzmienia poprzedników i potwierdza swoją doskonałość. Kto wie, może tak właśnie brzmiałby Deep Purple, gdyby w swoim składzie miał dwóch gitarzystów solowych..? W każdym bądź razie wciąż jest super! „Sazanga Part I” to instrumentalna miniaturka (niecałe trzy minuty) w progresywnym stylu. Jeśli powiem, że to perełka, to tak jakbym nic nie powiedział. Jej druga, siedmiominutowa część, już z wokalem i snującymi się w tle organami  dodają kompozycji więcej finezji, by w końcówce zamknąć ją szybką jazdą w stylu Grand Funk. Duch Głębokiej Purpury lekko snuje się w „Anne Of Green Gables”, ale tak naprawdę jest on jedynie inspiracją. Instrumentalne partie bardziej przypominają Budgie, co w pełni przekonuje mnie, że ​​jeśli wygram w Eurojackpot oryginalny album będzie mój. Podsumowując, „Ginbae” to bogaty pokaz dobrze ulokowanych watów w głośnikach i mistrzowska lekcja ciężkiego (momentami progresywnego) rocka. Doskonałe uzupełnienie mojej kolekcji płyt japońskich wykonawców na czele z  Murasaki, Blues Creation, Strawberry Path, Mariner, Far Out, Akiro Ito, Nokemono, Too Much, Flower Travellin’ Band, Lazy, Flied Egg i jeszcze kilku innych.

Cofnijmy się w czasie do roku 1970 i przenieśmy się do Francji skąd pochodził następny zespół.

TOTAL ISSUE „Total Issue” (1971)

Total Issue powstał w Paryżu w 1970 roku i składał się z muzyków związanych z francuską sceną jazz fusion. Mózgiem kwintetu byli dwaj jazzmani; kontrabasista Henry Textier, który w latach 60-tych grał z Jean-Luc Pontym i amerykańskimi jazzmanami, oraz włoski perkusista Aldo Romano. Skład uzupełniali: eklektyczny gitarzysta Georges Lucatelli, skrzypek Michel Libretti, a także grający na flecie i klawiszach Chris Hayward. O dziwo, pomimo jazzowych muzyków zespół grał psychodelicznego, mrocznego rocka o progresywnym brzmieniu z folkowymi wpływami i to na wysokim poziomie. Ich jedyna płyta wydana przez francuski oddział United Artists zawiera osiem nagrań z czego większość stworzył Romano. Nie mniej mamy tu także trzy nagrania napisane przez pierwszego gitarzystę, Szwajcara J.P. Husera, który opuścił zespół tuż przed wejściem do studia.

Francuski kwintet Total Issue (1971)

„Total Issue” można uznać za jeden z najwcześniejszych francuskich albumów progresywnego rocka. To co go wyróżnia to nietypowy dla tamtejszej sceny luźny jazzowy charakter z fletem i gitarą fuzz. Owszem, jest tu trochę popowego materiału, szczególnie w trzech najkrótszych utworach opartych na gitarze i flecie, ale (co też warte podkreślenia) zaaranżowanych w progresywnym stylu. Mam tu na myśli „Over The Shadow”, „Quiet Place”, oraz akustyczno-folkowy „Come Down”. Reszta to już prawdziwa uczta, coś jak wykwintne śniadanie u Tiffany’ego w Harrodsie. Zaczyna się od „Les Marins” z indyjskimi wpływami, ciężką baterią i świetną linią basu, kończy zaś nie mniej znakomite „Résurrection” z ciężkimi gitarami. Pomiędzy nimi mamy dwa dania główne warte każdych pieniędzy. Pierwsze to ponad ośmiominutowe, lekkie jak powietrze „La Porte Ouverte” zaczynające się jak uduchowiony art jazz podszyty folkową nutą. Otulająca swym ciepłem melancholia wyczarowana przez flet wkrótce zamienia się w przerażającą podróż w towarzystwie ciężkiej acid rockowej gitary z użyciem wah-wah. Genialny numer! Bardziej napięty „Rustic” to epicki utwór z urzekającą atmosferą podkreśloną ciepłymi partiami fletu. Jeśli chodzi o gitary, będą się one krzyżować, jedna idzie w acid rock, druga w szaleńczy funkowy jazz. Kompaktowa reedycja, która w końcu doczekała się oficjalnego wydania zawiera dwa niepublikowane instrumentalne nagrania z francuskiej telewizji. Gorąco polecam!

Okładka jedynej płyty grupy Ursa Major, na której widać mapę gwiazdozbioru Wielkiej Niedźwiedzicy kojarzyć się może z kosmicznym rockiem. Czy słusznie..?

URSA MAJOR „Ursa Major” (1972)

Ta nieco zapomniana, w epoce kompletnie niedoceniona grupa, była i jest moim oczkiem w głowie. Zespół został założony w 1970 roku w Nowym Jorku przez gitarzystę Dicka Wagnera, któremu sławę przyniosła późniejsza współpraca z Alice Cooperem, Lou Reedem i grupą Kiss. Oprócz Wagnera w tym potężnym trio ważną rolę spełniała znakomita sekcja rytmiczna: żwawy basista Greg Arama i fantastyczny perkusista Ricky Mangone. Krótki epizod w zespole zaliczył Billy Joel (tak, ten od „Piano Man”), ale traktować to należy w kategorii „ciekawostki”. Czego możemy spodziewać się po takim talencie jak Wagner? Jednego na pewno – dawki potężnego brzmienia z imponującą grą na sześciu strunach. Ale oprócz tego mamy tu także znakomity wokal, ambitne i momentami dramatyczne aranżacje utworów z prowokacyjnie wprowadzanymi nutami rocka progresywnego, oraz wyśmienitego producenta, Boba Ezrina, którego przedstawiać nie muszę, a który wykonał znakomitą robotę. Trio grało materiał hard/heavy/psych rocka graniczący z metalem czego przykładem nagrania takie jak „Stage Door Queen”, „Sinner” (mój faworyt), „Lay Me Down”, czy „Silver Spoon”. Album zawiera także utwory akustyczne na czele z „Liberty And Justice” i „In My Darkest Hour”, a także taki, który z powodzeniem łączył oba światy, „Back To The Land”. Krótko mówiąc „Ursa Major” to klasyk w każdym calu – jeden z tych, który sprawia, że pragnie się kolejnego albumu. Może i tak by się stało gdyby nie to, że po wydaniu płyty i wspólnych koncertach z Jeffem Beckiem i Alice Cooperem trio się rozpadło.

THE PSYCHEGROUND GROUP „Psychedelic And Underground Music” (1971)

Dla miłośników zapomnianych artystów nie ma nic lepszego niż radość z ich odkrywania, słuchania i dzielenia się z innymi. Ekscytacja jest tym większa jeśli podoba nam się to, co stworzyli. Bywa tak, że ci wykonawcy, często nieświadomie, sami przyczynili się do zbudowania swej „zapomnianej historii”. Ba! Są też tacy, którzy po latach nie są pewni ani swoich pseudonimów, ani imion kolegów, z którymi współpracowali. Badanie takich przypadków sprawia mi wielką przyjemność, a wyjaśnienie bodaj rąbka tajemnicy sprawia ogromną frajdę.

The Psycheground Group i ich jedyny album trafił w moje ręce jakiś rok temu, a może ciut wcześniej. Nieistotne. W trakcie jego słuchania czułem przyjemny dreszczyk emocji przechodzący od stóp do głowy, co zdarza mi się ostatnio niezbyt często. Nazwa grupy i tytuł płyty sugerują, że mamy do czynienia z brytyjskim, lub amerykańskim wykonawcą. Tymczasem okazuje się, że zespół pochodził z Włoch, kraju, który przez wszystkie dekady i historyczne zawirowania wciąż zaskakuje mnie czymś nowym. Od dawna twierdzę, że lata siedemdziesiąte w Italii wydają się niemającą końca muzyczną dżunglą wciąż niedostatecznie spenetrowaną i opisaną. Słowo „psycheground” w nazwie zespołu zdradza jego charakter. Sugeruje to też okładka: na czerwonym tle przedstawiono mężczyznę z bujną fryzurą przepasaną kolorową bandaną – symbol epoki młodzieżowej kontrkultury. Jak się jednak okazuje oprócz psychodelii mamy tu też elementy hard rocka, jazzu, bluesa i raczkującego wtedy na Półwyspie Apenińskim progresywnego rocka. Gdy „Psychedelic And Underground Music” ukazał się na rynku nikt nie wiedział kto za nim stoi. Album wydany przez Lúpus Records na początku 1971 roku nie zawierał żadnych zdjęć, nazwisk, ani niczego co mogłoby ujawnić jego twórców. Podejrzewano, że mógł być dziełem znanych artystów, lub muzyków sesyjnych, ale dowodów na to nie było. Do czasu.

Ponad trzydzieści lat później sprawa częściowo się wyjaśniła. Okazało się, że za tym wszystkim stali muzycy z Nuova Idea: Enrico Casagni (bg, flute), Claudio Ghiglino (g, voc), Paolo Siani (dr), Giorgio Usai (org, voc), oraz Marco Zoccheddu (g, voc), którzy ze względów kontraktowych nie mogli się ujawnić. Pomysłodawcą i mózgiem całego projektu był jednak kto inny – naturalizowany Włoch, Gian Piero Reverberi, kompozytor i producent płyt New Troll i Le Orme. W tym ostatnim działając pod pseudonimem Ninety stworzył większość utworów na ich płytach. To on namówił chłopaków, by w jego studiu nagrali materiał, który został wydany przed ukazaniem się debiutanckiego krążka Nuova Idea, „In The Beginning”.

„Psychedelic And Underground Music” to w przeważającej mierze instrumentalny, momentami mroczny album z silnym brytyjskim klimatem i niewielką ilością harmonii wokalnych. Otwiera go utwór „Psycheground”, który od razu zachwyca potężnym gitarowym riffem połączonym z awangardowym brzmieniem Hammonda przenosząc nas w czasy potężnych zespołów lat 60-tych takich jak Cream. Acid rockowa gitara sprawia, że ​​bujamy się, kiwamy rytmicznie głową, a przede wszystkim poddajemy się jej nieodpartemu szaleństwu. „Easy” to utwór, który wprowadził mnie do tego zespołu. Uwielbiam jego luźną strukturę i stonowany melodyjny groove – a poza tym bardzo chciałbym umieć tak grać na perkusji! Zaczyna się wolnym perkusyjnym rytmem z nutą jazzu i delikatnymi organami w tle nadające mu psychodelicznego smaku. Kiedy łączy się to z gitarowym, lekko funkowym riffem nastrój robi się bardziej swobodny i odlotowy jak po zażyciu psychotropów…

Szarpane dźwięki gitary w „Traffic” i wokalne harmonie nawiązują do Vanilla Fudge. Kontemplacyjny wstęp dzięki mocniejszym gitarowym riffom i bardziej ekspresyjnym klawiszom stopniowo nabiera tempa osiągając punkt kulminacyjny w postaci pięknego gitarowego sola. Muzyka nabiera intensywności, by ostatecznie powrócić do kontemplacyjnego tonu. Mówiąc krótko, doskonały przykład klasycznego progresywnego rocka… Bardziej przystępny, naznaczony radiowym popowym charakterem „Ray” jest radosny, żywiołowy i bardziej energetyczny. Tym razem to fortepian zajmuje centralne miejsce – jest jego fundamentem i podtrzymuje muzykę. Ale spokojnie. Gdy pojawia się mocne gitarowe solo całość nabiera bardziej rockowego charakteru. Kończy to wszystko „Tube”, jazz rockowy numer z psychodelicznymi akcentami, w którym Hammond nadał mu kwaśną fakturę. W tym utworze wyraźnie widać klasę zespołu i wielkość jego muzyków.

Oryginalny album, prawdziwa perełka włoskiego rocka, którego nakład nie przekroczył 500 sztuk jest niezwykle rzadki i bardzo ceniony wśród współczesnych kolekcjonerów. Na szczęście płyta była wznawiana na winylu i kompakcie. Rzadki i mało znany klasyk, który warto poznać.

Zagłębiając się w tę całą historię dokopałem się do informacji, że ten sam skład, tyle że pod nazwą The Underground Set wydał wcześniej dwie płyty w podobnym stylu i klimacie. Zarówno pierwsza, „The Underground Set” (1970) z materiałem w całości skomponowanym przez Reverberiego jak i druga, „War In The Night Before” (1971), ukazały się w wielu krajach, w tym w Wielkiej Brytanii i Niemczech. Ale o nich może innym razem.

AKIRA ITO „Bosatu & Mugen” (1979)

To, że „Wish You Were Here” Pink Floyd był albumem, który dał inspirację wielu artystom i zespołom jest faktem nie podlegającym dyskusji. Szczególnie było to zauważalne w Niemczech, gdzie pod koniec lat 70-tych wraz z falą soft-progowych zespołów pojawiły się wytwórnie takie jak Sky Records specjalizujące się w wydawaniu tego typu wydawnictw. Jego wpływ był odczuwalny także w Japonii. Etniczne ciepło, elementy psychodelii, eteryczny progres… wszystko to idealnie pasowało do stylu, który zapowiadał nadchodzącą (ostatecznie nieudaną) nową erę. To wtedy pojawia się Far East Family Band, sekto-komuna długowłosych fanatyków z trzema klawiszowcami na pokładzie: Masanori Takahashi (później znany jako Kitaro), „przywódca” sekty Fumio Miyashta  i mój dzisiejszy gość, Akira Ito.

W ciągu dwóch pierwszych lat solowej działalności wydał cztery znakomite albumy, które podtrzymywały poziom i legendę poprzedniego zespołu. Właściwie wszystkie mogłyby być dziełem Far East Family Band. Jego debiutancka płyta, „Inner Light Of Lie”, (1978) wzbudziła zachwyt krytyków i entuzjazm japońskich fanów zakochanych w progresywnym rocku. „Bosatu & Mugen” był trzecim albumem, na którym oprócz Ito pojawili się: Kei Ishikawa (bas), kolega z Far East, Shizuo Takahashi (perkusja), oraz Chitose Shibata (gitara). Sam maestro oprócz gry na klawiszach był producentem i autorem wszystkich kompozycji.

Zatrudnienie pełnego składu i nie opieranie się wyłącznie na syntezatorach było mądrą decyzją. Album został podzielony na dwie długie suity tworzące medytacyjny świat nawiązujący do buddyzmu z naturalnymi odgłosami przyrody. Zaczyna się leniwie od „Bosatu” z ćwierkającymi ptakami w kwitnącym migdałowym gaju. Floydowskie wpływy z gitarą w stylu Gilmoura, podobnie jak teutoński kraut rock (Klaus Schulze trzy lata wcześniej wyprodukował dla Far East Family Band płytę „Parallel World”) przebijają się tu w całej swej okazałości. Przestrzenna powaga majestatycznych klawiszy, unoszące się rytmy i gitary przywodzą na myśl „Shine On You Crazy Diamond”. Pięknie wykonany, efektowny kosmiczny walc to idealny moment, aby od początku przyciągnąć uwagę każdego, nie tylko wybrednego i wymagającego słuchacza. To jest jeden z tych momentów kiedy wydaje się, że przy tak delikatnych dźwiękach muskających ucho czas spowalnia, a w brzuchu pojawiają się motyle. Właśnie takie wrażenia miałem, gdy pierwszy raz słuchałem tego zachwycającego fragmentu. I tak mam do tej pory… Kosmiczny rock wkrada się w „Me-Za-Me”, drugim nagraniu, aczkolwiek w rytmicznej gitarze słychać funkowy beat. Ptaszki kontynuują swój śpiew dając poetycki obraz zagubionego w dżungli świątyni (wersja romantyczna), lub blondynki w żółtym dresie z opaską na oczach chcąca podciąć ci gardło kataną (wersja alternatywna). Żartuję. A już całkiem serio, zwróćcie uwagę na perfekcyjnie dobrany balans instrumentów – kosmos! „Kokoro & Karada” podtrzymuje pełne podziwu oddanie dla „Wish You Were Here” oczywiście w japońskim stylu. Akira Ito sprawia, że ​​gęsty, dominujący krajobraz syntezatorów daje pozostałym członkom zespołu czas na oddech. Ostatnią część pierwszej suity zamyka prawie sześciominutowy „Mitu”. Ptaszki kontynuują swoje trele pośród etnicznych wpływów z Kraju Kwitnącej Wiśni i wznoszącego się space rocka. Mówiąc krótko, czysty, niepokojący mistycyzm, który relaksuje i, co ważne, nie wywołuje senności. Instrumentalny azyl i ucieczka od wielu idiotyzmów z Tik-Toka, Instagrama i telewizyjnych programów typu „Love Island”!

Druga strona jest nieco inna. Po pierwsze, tytuły utworów są w języku japońskim, a nie znam nikogo, kto by te „krzaczki” mógłby mi przetłumaczyć. Po drugie (dużo ważniejsze niż „krzaczki”) Ito tym razem położył większy nacisk nie na tradycyjną melodię i rytm, ale na delikatny nastrój i atmosferę inteligentnie łącząc go z kraut rockiem. Pomysł sam w sobie dość ryzykowny, ale ten genialny muzyk wiedział co robi. To odważne połączenie pozwala poczuć się otoczonym zupełnie innymi i – co ważne – bardzo pozytywnymi emocjami! Krótkie, nieco ponad dwuminutowe wprowadzenie będące zaproszeniem do oderwania się od rzeczywistości płynnie przechodzi do blisko ośmiominutowego utworu z mantrą i (cóż za niespodzianka) śpiewającymi ptaszkami. Ambientowy pejzaż dźwiękowy przywołuje motywy nawiązujące do Ash Ra Tempel, Tangerine Dream i Klausa Schulze osadzonych u podnóża góry Fuji. Obrazy jakie mi się przesuwają pod zamkniętymi powiekami to barwny świat złożony z intensywnych kolorów tęczy rodem z rajskich wysp na Pacyfiku. Ciągnie się to przez kolejne nagrania trwające cztery i pięć minut. Tracę kontrolę i już nie wiem, czy śnię, czy faktycznie jestem na tych wyspach… Największą zaletą tej medytacyjnej i transcendentalnej muzyki łączącej elementy progresywne, elektroniczne i etniczne z wykorzystaniem japońskich instrumentów takich jak bębny taiko i shakuhachi  jest to, że słucha się jej wybornie.

„Bosatu & Mugen” to rodzaj progresywnej muzyki świata i prawdziwy klejnot. Nie lubię używać określenia „muzyka umysłu”, ale słuchając tego, co Ito stworzył na tym albumie uczciwie trzeba przyznać, że jego wizja była trafna. Mimo, że nie odniósł tak oszałamiającego sukcesu jak Kitaro, zachował stylistyczną ciągłość z oryginalnym zespołem, co uczyniło go o wiele ciekawszym. Płyta na każdą porę roku. Polecam słuchać wpatrując się w zachód słońca, lub nocą przy blasku świec. Koniecznie na słuchawkach!

Ikona holenderskiego rocka – GOLDEN EARRING.

Istniejący od ponad pięciu dekad Golden Earring obok The Rolling Stones i Status Quo może poszczycić się mianem najdłużej czynnego zespołu. Pełna biografia grupy z omówieniem wszystkich płyt zajęłaby bardzo dużo miejsca, więc mocno zainteresowanych polecam doskonałą, monumentalną biografię zespołu, „Golden Earring – De Biografie” Roberta Haagsma będąca hołdem dla ich twórczości. Moja przygoda ze Złotym Kolczykiem wbrew pozorom nie zaczęła się od „Radar Love”, wielkiego przeboju z 1974 roku, a od kapitalnej, blisko 20-minutowej wersji „Eight Miles High” The Byrds. Przypadkiem usłyszałem ją w jakiejś niemieckiej stacji radiowej i dość przytomnie nagrałem na taśmie magnetofonowej. Było to pod koniec lat 70-tych i przechowałem ją długie lata marząc, by mieć to kiedyś na płycie. Marzenie się spełniło, choć trwało to długo…

Golden Earring w holenderskim programie „TopPop” (1974)

Pierwsze zarysy Golden Earring pojawiają się na początku lat sześćdziesiątych w Hadze, kiedy to chłopaki z sąsiedztwa, 15-letni Rinus Gerritsen i dwa lata młodszy George Kooymans, zakładają zespół The Tornados. Gdy okazuje się, że istnieje już grupa o tej samej nazwie decydują zmienić ją na The Golden Earring. To był ten okres gdy muzyczna scena w Hadze zaczynała rozkwitać dzięki setkom zupełnie nowych zespołów występujących w lokalnych klubach i salach koncertowych. Nie minęło wiele czasu i The Golden Earring stali się jedną z czołowych postaci nowej ery holenderskiej muzyki pop. W 1965 roku podpisali kontrakt z Polydor i wydali debiutancki album „Just Earings” i kilka przebojowych singli z wyraźnymi wpływami The Beatles. W kolejnych latach grupa wykazuje spektakularny rozwój artystyczny. Zespół sięga po nowe inspiracje jednocześnie tworząc własne, wyjątkowe brzmienie. Ten  progres słychać na trzeciej, psychodelicznej płycie „Miracle Mirror” i pełnym przygód czwartym, podwójnym albumie „On The Double”. Prawdziwym przełomem okazał się jednak krążek „Eight Miles High” nagrany tuż po pierwszym tournée po Stanach Zjednoczonych gdzie dzielił scenę z takimi gwiazdami jak Led Zeppelin, MC5, Sun Ra, John Lee Hooker i Joe Cocker. W tym czasie oprócz Kooymansa (g, voc) i Gerritsena (bg, org) w zespole grali nowicjusze: perkusista Sieb Warner z The Motions (zastąpił Jaapa Eggermonta) i wokalista Barry Hay (za Fransa Krassenburga). Ten ostatni pochodził z Indii, grał na flecie i płynnie mówił po angielsku, co dało grupie przewagę nad wieloma innymi holenderskimi zespołami tamtego okresu.

Od tego albumu zaczyna się ten klasyczny rockowy Golden Earring, który tak uwielbiam. Zespół definitywnie odchodzi od czystego popu i pop psychodelii na rzecz ciężkiego, solidnego rocka w stylu Vanilla Fudge i wczesnego Deep Purple. Zmianę tę ilustruje tylna okładka: zdjęcie zespołu wykonane podczas koncertu na scenie jakiegoś undergroundowego klubu.

Mieszanina zniekształceń z przesterowanymi gitarami, organami Hammonda i abstrakcyjnymi improwizacjami powodują, że śmiało można uznać ten krążek za jeden z najlepszych przykładów hard rocka z progresywnymi wpływami końca dekady. Już pierwszy utwór, „Landing”, ostrzejszy niż cokolwiek do tej pory zrobili, pokazuje, że zespól wkracza w inną epokę. „Song Of Devil’s Servant” ma wszystko czego potrzeba, w tym dramaturgię i zmiany tempa, piękną partię fletu i znakomitą grę  Rinusa Gerritsena – jego bas działa cuda przez cały czas. Ciężki i powolny „One Huge Road” z bardzo intensywnym wokalem prowadzącym ma mnóstwo dynamiki i mocy. Z kolei „Everyday’s Torture” to tajemnicza, przejmująca pieśń o zrozpaczonej duszy z wbijającym w fotel basem i fantastycznym gitarowym solo. Oczywiście głównym atutem jest tu utwór tytułowy zajmujący całą drugą stronę oryginalnej płyty, który przechodzi przez szereg faz z mocarną solówką perkusyjną, przesterowaną gitarą i zabójczym basowym fuzzem na czele. To najlepsza studyjna wersja jaką znam. Na koncertach rozwijała się przyjmując formę improwizowanego jamu trwającego niekiedy ponad czterdzieści minut!

W lata siedemdziesiąte zespół wkracza silniejszy i bardziej pewny siebie. Kolejna trasa po Ameryce przynosi bogactwo nowych pomysłów, zarówno muzycznych, wizualnych, jak i technicznych. Wraz z przybyciem perkusisty Cesara Zuiderwijka klasyczny skład nabiera ostatecznego kształtu. Wydany w 1970 roku album „Golden Earring”, z powodu okładki w stylu voodoo zwany też „Wall Of Dolls”, dowodzi, że Zuiderwijk był brakującym elementem układanki. Jego kunsztowny i energiczny styl idealnie komponował się z wszechstronnym brzmieniem nowego stylu Golden Earring.

Słychać, że zespół wciąż eksploruje nowy teren. Oprócz typowych hard rockowych kawałków („Back Home” był hitem) album zawiera wiele innych utworów, które rozwijają atmosferę. Czasem tajemniczą i nieco mroczniejszą jak w „As Long As The Wind Blows”, w „The Loner”, czy utworze tytułowym. Ale to „Big Tree Blue Sea” w stylu Tull z niesamowitymi partiami fletu i chrupiącymi gitarami okazał się dziełem tego wydawnictwa.

Kolejne albumy, „Seven Tears” (1971) i „Together” (1972), pokazują, że zespół pogłębiał swoje brzmienie. Pierwszy, najbardziej progresywny, zawiera znakomity „Silver Ships”, mrożący w krew żyłach „Hope”, uwielbiany przez publiczność „She Flies On Strange Wings”, oraz szalony „You’re Better Off Free” z zabójczą gitarową solówką.  Widać, że muzycy byli w szczytowej formie. Drugi nie do końca wpisuje się w kategorię prog rocka, ale jego eklektyczność sprawia, że jest to naprawdę solidna, spójna i przyjemna płyta.

W 1972 roku grupa wyrusza w trasę koncertową po Europie jako gość specjalny The Who. To inspirujące doświadczenie, które oferuje również cenne kontakty. Rezultatem jest kontrakt płytowy z prestiżową wytwórnią Track, która wydała albumy The Who, a kilka lat wcześniej Jimiego Hendrixa. To inspiruje zespół do stworzenia albumu o międzynarodowym zasięgu. Muzycy poświęcają czas na pisanie i nagrywanie utworów, które ostatecznie ukazują się w 1973 roku na płycie „Moontan”. Misja kończy się pełnym sukcesem. „Candy’s Going Bad”, „Just Like Vince Taylor”, „The Vanilla Queen” i „Radar Love” należą do najlepszych utworów jakie do tej pory napisali. Ten ostatni okazał się wielkim przebojem i to nie tylko w Europie. Doskonała produkcja i gościnny udział Bertusa Borgersa (saksofon) i Eelco Gellinga (gitara) były wisienką na torcie. Utwory z tej płyty wykonywane były i są przez setki wykonawców w tym U2, White Lion, Ministry, Def Leppard… Zarówno singiel „Radar Love”, jak i album stanowią kamień milowy w historii holenderskiego rocka.

Wszystkie płyty z lat 1969-1973 są REWELACYJNE! Przynajmniej dla mnie. Dorzucam do nich także typowo rockowe albumy nagrane do 1977 roku wliczając w to podwójny koncert „Live”. Bo, co by nie mówić, Golden Earring kochał grać  na żywo, a jego fantastyczne występy publiczność przyjmowała z ogromnym entuzjazmem. I tylko dziwię się, że grając z taką mocą miał niewiele takich albumów.

Nie ukrywam, że to kapitalne wydawnictwo należy do ścisłej czołówki moich ulubionych „żywców” lat 70-tych. Po krótkiej zadyszce zespół powrócił na szczyt swoich możliwości. Wytrawna londyńska publiczność przyjmuje ich owacyjnie, co z kolei napędza muzyków, którzy przechodzą samych siebie. Występ był częścią europejskiej trasy promujący krążek „Contraband”, ale set lista obejmowała także starsze nagrania. I to jakie! Mamy tu trzy utwory z „Moontan” w tym 12-minutową(!) wersję „Radar Love”, znakomite jak zawsze „She Flies On Strange Wings”, czy totalnie powalająca na kolana „Vanilla Queen”.

Zatrudnienie na stałe Eelco Gellinga z Cuby And The Blizzard jako drugiego gitarzysty solowego dało większy komfort Kooymansowi mogącemu skupić się na długich gitarowych improwizacjach. W „Eight Miles High” obaj panowie grają solówki i to jest mistrzostwo świata – koncertowa wersja tego utworu bije tę studyjną z 1969 roku, co wydaje się czymś niemożliwym. Warto zainwestować odrobinę więcej grosza w rozszerzoną wersję tego albumu (2 CD plus DVD), którą holenderski Red Bullet wydał w 2021 roku. Nagrania są po masteringu i brzmią bosko, a bonusowy materiał z występów z Brugii, Winterswijk, oraz z Zwole (płyta DVD) wart tych dodatkowych pieniędzy!

Gitarzysta George Kooymans.

W latach 80-tych i późniejszych Golden Earring choć wciąż fantastyczny na scenie (latem 1986 roku w Scheveningen zagrał dla 185 tysięcy widzów!) nie ekscytował mnie tak bardzo jak w swoim złotym okresie. Szerokim echem odbił się jego jubileusz – 50 lat swego istnienia uhonorowano 12 grudnia 2015 roku specjalnym koncertem w wyprzedanej sali Ziggo Dome w Amsterdamie, który przyciągnął fanów z najdalszych zakątków świata. Z młodzieńczą energią wykonali klasyczne utwory, takie jak „Back Home”, „In My House”, „Long Blond Animal”, „The Vanilla Queen”, „Twilight Zone” i (oczywiście) nieśmiertelny „Radar Love”, który wywołał istne szaleństwo wśród publiczności… 16 listopada 2019 roku po raz kolejny zdmuchnęli dach, tym razem w hali widowiskowo-sportowej Ahoy w Rotterdamie. Nikt nie wiedział, że ten koncert przejdzie do historii jako ich ostatni. Kilka miesięcy później cały świat stanął w miejscu, gdy kryzys związany z koronawirusem dał o sobie znać. Jakby tego było mało, dwa miesiące później przychodzi wiadomość, że George Kooymans cierpi na nieuleczalną, neurologiczną chorobę SLA. Tego samego dnia zespół ogłasza, że ​​ta tragiczna sytuacja zmusza go do natychmiastowego zakończenia działalności. Reakcje oddanych fanów i muzyków z całego świata po raz kolejny pokazują, jak bardzo zespół jest kochany. Dla całej armii oddanych melomanów jego muzyka była nieodłącznym elementem ścieżki dźwiękowej ich życia. Koniec Golden Earring był też końcem pewnej epoki. George Kooymans odszedł 22 lipca 2025 roku. Był to czarny dzień dla nas wszystkich – tego dnia pożegnaliśmy też Ozzy Osbourna. Obaj byli w tym samym wieku – mieli 77 lat gdy od nas odeszli…

Życie toczy się dalej i niezależnie od tego, co przyniesie nam przyszłość Golden Earring pozostanie największym, najlepszym i odnoszącym największe sukcesy zespołem rockowym, jaki kiedykolwiek powstał w Holandii. By docenić jego wyjątkowość chociaż raz w życiu koniecznie trzeba posłuchać „Mad Love’s Coming”. Gdy będę schodził z tego świata proszę, byście zagrali mi go jeszcze ten jeden, ostatni już raz…

TROYA (1976) i BALLETTIROSADIMACCHINA (1974?), czyli meteor i muzyczne fałszerstwo.

Wielokrotnie zadaję sobie pytanie, jak to możliwe, że tak wiele zespołów mając znakomitych muzyków grających z sercem i godnym podziwu zaangażowaniem przemykają przez muzyczny nieboskłon niczym meteory, a potem giną szybciej niż się pojawiły? Choć jest to proste pytanie odpowiedzi nie muszą być jednoznaczne. Myślę, że większość zainteresowanych ma swoje przemyślenia i odpowiedzi. Abstrahując od prób jego wyjaśnienia jednym z takich klasycznych przykładów jest niemiecka Troya i jej jedyna płyta „Point Of Eruption” z 1976 roku.

Kwartet powstał cztery lata wcześniej w miejscowości Werne an der Lippe pod nazwą Drastic. Zainspirowany muzyką klasyczną z okresu baroku i psychodelią lat 60-tych zmienił nieco pierwotny skład i nazwę. Wcześniej nie znałem tego zespołu, ale kiedy zobaczyłem tę minimalistyczną okładkę sprawiającą wrażenie jakby wykonał ją grafik-amator, coś mnie tknęło. W „ciemno” kupiłem kompakt wydany przez ceniony przeze mnie Garden Of Delight i jak się okazało, był to strzał w dziesiątkę!

Dostępne i bardzo skąpe informacje o zespole i płycie sugerują, że był to samofinansujący się projekt wydany przez małą wytwórnię Forder Turm. Nie wiadomo ile egzemplarzy powstało, ale biorąc pod uwagę ograniczone środki dostępne na jego wydanie musiało ich być naprawdę niewiele. Z kronikarskiego obowiązku dodam, że na płycie wystąpili: Elmar Wegmann (gitara, wokal, flet); Klaus Pannewig (perkusja, wokal); Wilhelm Weischer (bas); oraz Peter Savelsberg (organy, mellotron, fortepian).

Front okładki płyty „Point Of Eruption”.

„Point of Eruption” to autentyczny rock progresywny, z bogatymi elementami instrumentalnymi na czele z organami i mellotronem, oraz solidnym, spójnym fundamentem gitarowym. Charakteryzuje się ponurym, introspektywnym i mrocznym brzmieniem, flirtując również z hard rockiem i symfonicznym prog rockiem. Wszystkie utwory, melancholijne, dramatyczne i pełne emocji, których łączna długość to zaledwie 32 minuty, w większości są instrumentalne, a ich jakość świadczy o dużej kompetencji muzyków. Pojawiające się wokale śpiewane po angielsku z niemieckim akcentem ze swoimi wadami i zaletami nadają tej „potrawie” charakterystycznego smaku z odrobiną pikanterii. Całość otwiera „She”, typowy prog rock w lekko symfonicznych aranżacjach z akcentami kosmicznego rocka wzbogacony ostrą, psychodelicznie brzmiącą gitarą. „Battle Rock” jest nieco bardziej energiczny. Ta piękna i potężna ballada ze swą „ciemną” atmosferą, łagodnymi i melancholijnymi fragmentami przypomina mi „A Saucerful Of Secrets”. Z kolei „Chromatik” oferuje brzmienie hard rocka pełne agresywnych, rozbudowanych i zapadających w pamięć solówek gitarowych. Towarzyszą im euforyczne partie klawiszowe, nadające muzyce siłę, spójność, pokazując przy tym, że doskonałe idee można formułować w całkiem prosty sposób.

Tył okładki.

„Festival” ze sporą dawką ciężkiego progresywnego rocka z elementami symfonicznego baroku wydaje się być kontynuacją poprzednika. Jest jednak coś pogańskiego i starożytnego w tym nagraniu co mnie jakiś w cudowny sposób uwiodło… „Sinclar”, z długimi, rozbudowanymi solówkami gitarowymi i doskonałą sekcją rytmiczną to utwór instrumentalny. Jest piękny. Ujęła mnie w nim delikatna, melancholijna melodia z nutką smutku inspirowana archaicznym brzmieniem syntezatora, który skłania się bardziej ku jazzowym refrenom ujawniając przy tym kunszt muzyków. Album zamyka „Choke” silnie inspirowany grupą Eloy z dobrymi liniami basu, klawiszami i mnóstwem rytmicznych zmian. Gitarowe solówki dodały energii i sprawiły, że jest bardziej intensywny i elektryzujący.

Zespół rozpadł się wkrótce po wydaniu albumu, a losy jego członków pozostają nieznane. W epoce zdominowanej przez punk rock i disco, „Point Of Eruption” został totalnie zlekceważony i na lata zniknął z horyzontu. Dziś oryginał, wart małą fortunę, poszukiwany jest przez kolekcjonerów na całym świecie. Na szczęście dużo tańsze i wciąż dostępne są jego wznowienia. Warto mieć go pod ręką na swojej półce.

Jedną z największych i do dnia dzisiejszego nierozwiązanych do końca zagadek w historii progresywnego rocka jest zespół(?), projekt(?) o bardzo dziwnej nazwie Ballettirosadimacchina, który nagrał tylko tę jedną płytę. Gdyby nie to, że ją mam nie uwierzyłbym, że jest tak dobra i warta przedstawienia.

Front okładki.

Ta pokręcona nazwa będąca jednocześnie tytułem płyty ma dziwną historię. Nikt nie wie kim byli muzycy, skąd pochodzili, ani nawet kiedy nagrali ten jeden jedyny album. I pewnie już nigdy tego się nie dowiemy. Wokół zespołu krążą różne historie i teorie. Nazwa, która prawdopodobnie jest połączeniem słów Balletti Rosa Di Macchina sugeruje włoskie pochodzenie. Spekulowano więc, że ten tajemniczy album może być dziełem Włochów mieszkających w Niemczech (na płycie pojawia się nazwisko niemieckiego producenta), lub Kanadzie (tam go wydano i zaprojektowano okładkę). Płyta idealnie oddaje mocne i słabe strony włoskiego prog rocka – piękne i pomysłowe melodie, bogaty zestaw klasycznych syntezatorów, typowy wokalista (trochę irytujący), oraz przesadne dramatyzowanie, czyli coś co tamtejsi artyści lubili. Można powiązać ją z doskonałymi, jednopłytowymi zespołami, takimi jak Corte dei Miracoli i Festa Mobile. Nie jest to arcydzieło, ale muzycznie to kompetentny i przyjemny w odbiorze krążek, który pod względem produkcji brzmi jak one. Ba! Są nawet produkcyjne niedociągnięcia typowe dla niszowych albumów. Ktokolwiek to wyprodukował, zrobił wszystko, żeby brzmiało to jak płyty z połowy lat 70-tych. Inna teoria głosi, że stali za tym muzycy z Japonii, którzy na wzór włoskiego rocka stworzyli album będący ukłonem w ich kierunku. Dowodów na to jednak nie było. Do czasu. Jest też kwestia wokalu. Kiedy poprosiłem znajomego Włocha, aby powiedział o czym wokalista śpiewa wybuchnął śmiechem. „To nie jest włoski! To jakiś bełkot.” Data nagrania albumu jest równie tajemnicza. Płytę wydała wytwórnia Rockit Enterprises, a jej numer katalogowy to RIES 74 stąd niektóre strony podają rok 1974. Inne twierdzą, że mógł zostać nagrany pod koniec lat 80-tych, a nawet w latach 90-tych. Jedno jest pewne – jeśli ktoś chciał zrobić psikusa kolekcjonerom i fanom prog rocka zrobił to doskonale. Te celowo międzynarodowe ramy (włoscy muzycy, kanadyjskie tłoczenie, niemiecka produkcja) miały konkretny cel: usprawiedliwić wyjątkową rzadkość albumu i wzmocnić jego mityczny status wśród kolekcjonerów. Do pewnego czasu to się udawało. Ale…

Wkładka z „włoskimi” tekstami.

Wraz z rozwojem metodologii badawczych zaczęły pojawiać się nieścisłości. Analiza językowa i wysiłki „muzycznych archeologów” ostatecznie rozwiały tę iluzję. Ballettirosadimacchia wcale nie był włoskim zespołem. Autorytatywne źródła doszły w końcu do zaskakującego wniosku: projekt narodził się w Japonii (a jednak!), konkretnie w Osace. Zespół najwyraźniej zaaranżował to misterne fałszerstwo jako akt głębokiego podziwu dla włoskiej sceny progresywnej, która niezmiennie cieszy się ogromną popularnością w Kraju Kwitnącej Wiśni. Przyjęcie starannie dobranych włoskich nazwisk muzyków: Tonino Leo Ucchi, Antonio Sassada, Gianni Mazzi i Marcello Taddeo Matteotti, było ostatnią warstwą misternie zaprojektowanego oszustwa skierowanego do kolekcjonerów  „epoki przed internetowej”. Prawdę mówiąc, za tymi pseudonimami stali naprawdę bardzo dobrzy instrumentaliści. Pod względem instrumentalnym płyta przekonująco udowadnia biegłość w progresywnych idiomach: bogate warstwy mellotronu, płynne pasaże Mooga i starannie opracowane aranżacje przywołują złotą erę gatunku z zadziwiającą dokładnością. Iluzja zaczyna pękać, gdy w grę wchodzi wokal. Głos Ucchiego charakteryzuje się wyraźnie obcym akcentem i fonetycznie dezorientuje tych, którzy choć trochę znają język włoski. Jakby tego było mało teksty zamieszczone na kopercie napisane po włosku roją się od błędów gramatycznych i składniowych. Anegdota, często cytowana wśród kolekcjonerów opowiada, że niektórzy nabywcy podobno próbowali zmienić prędkość obrotową swoich gramofonów z 33 na 45 przekonani, że wokal jest wynikiem wadą krążka. Dopiero po wielokrotnym przesłuchaniu zdawali sobie sprawę, że to nie płyta była wadliwa, a muzycy nieznający języka.

Niezależnie od okoliczności płyta broni się nadzwyczaj dobrze. Nawet wokalny „bełkot” sprawia, że wydaje się bardziej ekscytująca. Sama muzyka nie jest zbytnio skomplikowana, ale znakomite partie organów, mellotronu i gitar zainteresują poszukiwaczy undergroundowych perełek. Album składa się z dziewięciu utworów, które tworzą spójną symfoniczną narrację. Całość jest tak równa, że trudno wskazać faworytów. Dynamiczny „San Diego” przepuszczony przez filtr zachodniej wrażliwości nawiązuje do brytyjskich struktur progresywnych. „E’Tutto un Sogno” odzwierciedla iluzję, na której zbudowany jest cały projekt pokazując koncepcyjną istotę albumu, natomiast „Oggi” to wypisz wymaluj liryczna ballada wczesnego włoskiego proga. Z kolei instrumentalny „Interludio” to kawałek, w którym organy i fortepian tkają skomplikowane faktury inspirowane barokiem. Szkoda tylko, że jest tak krótki… Eksplozję barw mamy w „Suono”, w której atmosferę tworzą Moog i mellotron, zaś utwór zamykający płytę, „Se Ti Pace”, pozostawia nas w stanie zawieszenia i fascynuje dwuznacznością.

Gdy częściowa tajemnica została odkryta wartość albumu wcale nie spadła. Przeciwnie. Ballettirosadimacchia stał się kultowym symbolem zjawiska zwanego „fałszerstwo jako dzieło sztuki”. Niezależnie od tego, czy postrzegamy ich jako pomysłowych twórców, czy też muzyków oddających hołd włoskiemu prog rockowi jest przykładem na to, że ten gatunek miał i ma całkiem pokaźną armię oddanych fanów na całym świecie.

Pół żartem, pół serio, czyli ćwiczenia z nostalgii.

Muzyka dzisiejszych czasów („rzekomo dobra”) pozbawiona emocji, zaskoczenia i uroku nudzi znaczną część pokolenia ery rock’n’rolla, Woodstocku, a nawet punk rocka. Melodia umarła, nawet w swoim alegorycznym sensie. Wyobraźnia, jeśli już jest, powtarza schematy, ale najczęściej jej brakuje. Zamieniliśmy wolną myśl i intelektualną sprawność na rzecz smartfonów, łatwą bezpośredniość i wynikającą z niej niemoc twórczą. Ci, którzy poświęcili całe życie muzyce i opierają się zmianom, oskarżani są o bycie staromodnymi, a nawet konserwatywnymi i sztywnymi. I zauważmy, że jest ich coraz mniej. Z każdym mijającym rockiem muzyczne legendy zbiorowo odchodzą kończąc swój bieg. Myślenie o tych „dalekobieżnych pociągach” i widok „wagonów” stojących na bocznicy zapomnianych stacji końcowych to rodzaj epifanii, objawienia, że ​​wszystko ma swój koniec. To jak pośmiertny lament, uświadomienie sobie, że przeszłość była lepsza. Młodzi wierzą, że Lady Gaga jest najbardziej awangardową, fajną i złożoną postacią w muzyce, że Salvador Dalí był piłkarzem Rayo Vallecano, a Penderecki stand-uperem. Idźmy dalej. Zamieniliśmy biblioteki i muzea na TikToki, Instagramy i inne Facebooki. Muzyki słucha się przez streamingowe platformy, a nie z płyt. Przeciętność uważamy za geniusz i nowoczesność. Krytykuje się naukę, neguje degradację planety. Rośnie liczba sekt i wyznawców przeróżnej religii, w mediach społecznościowych namawia się ludzi, by robili niebezpieczne i głupie rzeczy, aby zdobyć lajki, a dzięki sztucznej inteligencji twórcze myślenie nie jest już potrzebne. Nieodpowiedzialni i źli ludzie, którzy rządzą planetą są czczeni, głupota staje się coraz bardziej powszechna. W takim świecie żyjemy dzisiaj. To nie żart, chociaż chciałbym, żeby nim był.

Wyniki ostatnich badań sondażowych mówią, że w tym stuleciu jest więcej zespołów, więcej nagrań, więcej stylów i gatunków niż kiedykolwiek wcześniej. Nasycenie rynku jest przeogromne. Dobrze to, czy źle? Paradoks (według badających temat) polega na tym, że wszystko to przyczynia się do intelektualnego obniżenia twórczego potencjału i podąża w kierunku nieodwracalnego „artystycznego, analfabetyzmu wtórnego”. Brzmi katastroficznie…

Dlaczego więc mam pisać i rozmawiać o muzyce skoro praktycznie nikogo to już nie obchodzi..? Normalną rzeczą byłoby dostosowywanie się do tych wszystkich zmian, ale ci z nas, którzy tkwią w tym ciągłym „życiu przeszłością”, nie robią tego dla siebie. Robią to, by zachować kawałek prawdziwej historii dla tej garstki, którą to interesuje. Salvador Dali powiedział kiedyś: „Kawałek śmierdzącego gówna zawsze jest lepszy, niż sztuczny twór.” I to tyle w temacie Marioli, jak śpiewał nieodżałowany Wojciech Młynarski.

Muzyki z krańców świata ciąg dalszy. SHARK MOVE; GIANT STEP.

Gitarzysta Benny Soebardja to jedna z najważniejszych postaci na indonezyjskiej scenie muzycznej. Był ogniwem łączącym dwa legendarne zespoły: Shark Move i powstały na jego popiołach Giant Step. Jest też jedynym muzykiem, któremu za życia postawiono w Indonezji pomnik.  Urodził się w malowniczym Tasikmalaya, mieście położonym na Jawie u podnóży wulkanów Galunggung i Sawal. (Tak na marginesie – czy jest ktoś, kto mógłby oprzeć się pokusie by posłuchać jak brzmią zespoły pochodzące z tak egzotycznego zakątka..?).  Mając dziesięć lat nauczył się grać na gitarze bez nauczyciela podpatrując innych. W 1968 roku, jeszcze w liceum, założył popowy zespół The Peel, grając covery Beatlesów, Jimi Hendrixa, Stonesów, Procol Harum… Dwa lata później, będąc studentem Wydziału Rolnictwa Uniwersytetu Padjadjaran w Bandungu razem ze swym przyjacielem grającym na klawiszach, Somanem Loebisem, powołali do życia Shark Move. Do składu zwerbowali najlepszego basistę na Jawie, Janto Diablo i perkusistę Sammy Zakaria. Wszyscy udzielali się także wokalnie. Nazwę wymyśliła im dziennikarka bardzo popularnego wtedy magazynu muzycznego „Aktuil”. W tym czasie mieli już swoje własne piosenki na czele z „My Life”, „Isan”, „Evil War” i „Butterfly”. W styczniu 1972 roku weszli do „Musica Studio”, należącego do jednej z najbardziej znanych wytwórni w Indonezji należącego do Hindusa indonezyjskiego pochodzenia, Bhagu Ramchanda, Wkład Bhagu był znaczący, ponieważ wsparł ich finansowo i podsunął pomysły, dzięki którym jedyny album Shark Move, „Ghede Chokra’s” stał się rzeczywistością. Okładkę zaprojektowała Choqie Samanta, ta sama dziennikarka, która wymyśliła im nazwę, nie biorąc od nich ani jednej rupii.

Front okładki.

Podczas gdy inne zespoły w tamtym czasie wciąż grały słodką muzykę z indonezyjskimi tekstami, Shark Move jako pierwszy połączył rock z tradycyjnymi harmoniami i progresywnymi brzmieniami śpiewając po angielsku. Na moje ucho ta psychodeliczna ciekawostka z fantastyczną okładką i tytułem, który można przetłumaczyć jako „Wielkie wizje” zapowiada ciekawą podróż. I taką też jest. Całość brzmi jak wczesny rok progresywny z akcentami ciężkiego rocka zdominowany przez gitary z dużą ilością fuzzu, organami i elementami symfonicznymi. Prawdziwa kapsuła czasu. Fantastyczna od początku do końca. Zaczyna się wspaniale od „My Life” z gitarowymi szaleństwami (solo w trzeciej minucie warte każdych pieniędzy!), gustownymi partiami fletu, piękną melodią, egzystencjalnym tekstem i znakomitą aranżacją. Nie przesadzę mówiąc, że mamy tu do czynienia z arcydziełem progresywnego rocka. Nieco łagodniejszy „Butterfly” zachwyca nie tylko linią melodyczną, ale też pięknym śpiewem. Bardzo urokliwy popowy numer z progresywnymi akcentami. To samo można powiedzieć o „Harga”. Tu serce skradają mi naprawdę piękne partie fletu zagrane przez basistę, ale tak naprawdę to „Evil War” jest zwycięzcą tej płyty. Pięknie skomponowana kompozycja z gościnnym udziałem Bhagu Rhamchanda jako wokalistą emanuje energią klasycznego rockowego jam session. Tym razem Janto Diablo skradł mi serce i duszę, a jego solówka na basie to istny majstersztyk. Jakby tego było mało szalejące organy i oszałamiająca gitara Benny’ego sprawia, że całość to miód na uszy! Pozostałe utwory: „Bingung”, „Insan” i „Madat” to ballady. W pierwszej słyszymy fortepian; w drugiej Janto popisał się piękną partią fletu. On też jest autorem i głównym wokalistą w tej ostatniej idealnie oddając jej przesłanie – ostrzeżenie przed narkotykami.

Wydany przez Shark Move Records nakład to zaledwie sto sztuk, które rozeszło się w mgnieniu oka. Piraci sprytnie skopiowali je na kasety i sprzedawali w całej Indonezji. Oczywiście bez pozwolenia. Oni zarobili kokosy, zespół nie miał z tego nic. Oficjalne wznowienie pojawiło się dopiero w 2007 roku dzięki niemieckiej wytwórni Shadoks.

Tuż po wydaniu albumu zespół regularnie koncertował w dużych miastach Indonezji takich jak Bandung, Dżakarta, czy Palembang. Niecały rok później w wypadku samochodowym zginął Soman Loebis. Zszokowany śmiercią przyjaciela Benny rozwiązał zespół. Znalezienie następcy Somana nie wchodziło w rachubę. W 1973 roku gitarzysta pogodził się ze śmiercią przyjaciela i wspólnie z Sammy Zakarią  stworzył nową formację, Giant Step. Dwa lata później nagrali płytę „Mark I”. Stale zmieniający się skład nie wyszedł nowemu zespołowi na dobre. Przede wszystkim grupie nie udało się stworzyć spójnego brzmienia, a sama muzyka miotała się w różnych stylach i gatunkach jak bezgłowy kurczak. Przed nagraniem drugiej płyty, „Giant On The Move!”, nastąpiły kolejne roszady. Oprócz lidera, oraz drugiego gitarzysty, Alberta Warnerina pozostali członkowie byli nowi. Basista i flecista Adhy Haryadi, perkusista Haddy Arief i geniusz  czarno-białych klawiszy Triawan Munaf byli już doświadczonymi muzykami zdolnymi do tworzenia bardziej złożonych kompozycji. Co ciekawe, tym razem materiał został wydany tylko na kasecie.

Kaseta „Giant On The Move!”.

Dopiero po latach wznowiono go winylu i CD w różnych okładkach. Mój egzemplarz kupiony kilka lat temu w Hiszpanii pochodzi z 2016 roku i został wydany przez indonezyjski Rockpod Records.

Front okładki płyty „Giant On The Move!” wznowionej w 2016 roku.

Tym razem wszystko perfekcyjnie zatrybiło. „Giant On The Move!” brzmi o wiele lepiej niż „Ghede Chokra’s” i „Mark I”. Jest spójny i bardziej ekscytujący. Prawdziwa progresywna bestia z wpływami europejskich gigantów z chwytliwą melodyką. Pierwotnie na płycie promocyjnej (taka też była) znalazły się tylko cztery utwory: „Giant On The Move”, „Air Pollution”, „Decisions” i „Waste Time” trwające nieco ponad pół godziny. Wszystkie są dobre, ale lepiej zaopatrzyć się w wersję rozszerzoną z dziewięcioma utworami. Te nieobecne w oryginalnym wydaniu są równie dobre, a nawet lepsze od czterech oryginałów. Dzięki wielu zmianom tempa, wahaniom nastroju, dramatycznym wybuchom i różnym smaczkom muzykom udaje się przez cały czas utrzymać wysoki poziom. I co najlepsze, wszystko to zrobione jest ze smakiem.

Porywające otwarcie w postaci „Farewell Today” nawiązuje do ELP i Deep Purple. Triawan Munaf gra na swych syntezatorach i organach jak Keith Emerson, a Haddy Arief wali w bębny jakby jutra miało nie być. Mnóstwo tu zmian tempa, dynamiki i zero nudy. W tytułowym „Giant On The Move!” rozkoszuję się brzmieniem organów i gitarowymi solówkami, od których kręci się w głowie. No i muszę po raz pierwszy pochwalić Benny’ego za jego znakomity wokal, bo wcześniej bywało z tym różnie. Jeśli miałbym wskazać swoich faworytów bez zająknięcia powiem, że są nimi „Fortunate Paradise” i „Air Pollution”. Pierwszy przywodzi mi na myśl ciężki, psychodeliczny klimat Shark Move, a grane unisono gitarowe solówki Alberta Warnerina rozwalają mnie na łopatki. Drugi rozpoczyna się dwuminutowym solo perkusyjnym, a potem jest mu bardzo blisko do Deep Purple. Pod silnym wpływem Głębokiej Purpury jest także „Illusion Way”, kolejna schizofreniczna kompozycja, w której mocne riffy znakomicie współgrają z organami i syntezatorem. Ciekawy jest „Liar”. Może dlatego, że jest taki nieprzewidywalny. Z jednej strony aspiruje do bombastycznego prog rocka z ciężkimi gitarowymi riffami, z drugiej wydaje się prostym rockowym numerem z funkowym outro na basie. Ja to kupuję. Z kolei w „Decisions” mamy wszystko, co lubią tygryski: ciężkie riffy, ostry syntezator, gitarę akustyczną i świetną grę na flecie w wykonaniu basisty.

Nie ukrywam, że obie płyty są rzadkie i trudno dostępne, ale warto potrudzić się, by włączyć je do swojej kolekcji. Benny Soebardja wycofał się jakiś czas temu z grania i tworzenia muzyki. Mieszka obecnie w Dżakarcie ze swoją żoną. Na zakończenie wywiadu jakiego udzielił parę lat temu powiedział: „Nie zatrzymujcie się! Rock nigdy nie umrze. Słuchajcie naszych piosenek, a na Ziemi nastanie pokój.” I tego się trzymajmy.

Muzyka z krańców świata. LAGHONIA „Glue” (1970); „Etcetera” (1971).

Pamiętacie legendarną kreskówkę dla dzieci o przygodach Bolka i Lolka? W trzeciej serii bracia podróżują po świecie, ale zanim wyruszą kręcą globusem i udają się tam gdzie zatrzymają go palcem. Ja co prawda globusem nie kręcę, a w muzyczną podróż wybieram się w bardziej prosty sposób – sięgam po płyty z różnych stron świata.

W 1965 roku w Limie, największym mieście i stolicy Peru, dwaj bracia Cornejo: Saúl (g) i Manuel (dr) zainspirowani grupą The Beatles założyli beatowy zespół Los Juglares. W jej składzie byli także: Eddy Zarauz (bg), Alberto Miller (g) i Alex Abad (voc). Pod koniec roku zmienili nazwę na The New Juggler Sound, co miało symbolizować przejście od świata beatu do bardziej złożonej muzyki. Wpływ na to miały „undergroundowe” zespoły – jak je nazywali – wśród których wyróżniały się The Animals, The Seeds i The Kinks. Na psychodelię nie trzeba było długo czekać. W połowie 1967 roku angielski artysta- malarz Rafael Hastings, który widział ich występ kilka dni wcześniej zaprosił całą piątkę na swój wernisaż. Byli minstrele założyli swoje najbardziej psychodeliczne stroje i wykonali własne utwory, co wywołało spore poruszenie. Na drugi dzień lokalna gazeta „Última Hora” na pierwszej stronie umieściła artykuł. Jego tytuł: „Hippies Invade Lima!” (Hipisi najeżdżają Limę), napisany wielką czcionką rzucał się w oczy bardziej niż uliczny bilbord.

Muzyka, ubrania i długie włosy, czyli coś czego nie zaprezentowała wówczas żadna inna peruwiańska grupa szybko przyciągnęły uwagę i zespół stał się medialną sensacją. O tym jak intensywnie w tym czasie pracowali świadczą fakty: w ciągu trzech lat napisali ponad sto piosenek, występowali w teatrach, na koncertach, w szkołach, wystawach, happeningach, galeriach sztuki i programach telewizyjnych. W 1968 roku wytwórnia FTA wydała im singla, po którym przyszły kolejne cztery i to całkiem dobre.

Sekstet Laghonia (1970)

Czerpiąc inspiracje z brytyjskich zespołów, bracia Cornejo postanowili śmiało eksplorować nowe brzmienia. Zmiana kierunku nie spodobała się Alberto Millerowi, który wyjechał do Boliwii. To odejście otworzyło drzwi amerykańskiemu geniuszowi gitary, Davidowi Levene. Mając 16 lat przeprowadził się z rodziną do Limy, a potem podróżował autostopem po Peru ze swoją gitarą. Grając w parku zwrócił uwagę przechodzącego obok Eddy’ego Zarauzy, który zaprosił go na przesłuchanie. Levene był kwintesencją gitarzysty prowadzącego usadowiony gdzieś pomiędzy bluesem, a psychodelią. Inspirował się Claptonem i Hendrixem, uwielbiał Cream, Vanilla Fudge, Spirit,  Blues Image. Był dokładnie tym, czego szukali; dzięki niemu mogli nadać swoim utworom nową dynamikę, a rezultat był wybuchowy. Natychmiast nagrali „Glue”, piosenkę, którą Saúl napisał po przeczytaniu wycinka z „Timesa” o najnowszej toksycznej modzie w USA i o presji, jaką społeczeństwo wywiera na jednostkę. Mimo, że szło to w dobrym kierunku wciąż im czegoś brakowało. Jeśli naprawdę chcieli zmiany potrzebowali klawiszowca. Znaleźli go w osobie Carlosa Saloma, pasjonata jazzu, brazylijskiej boss novy i… właściciela Hammonda. Tym samym byli jednym z nielicznych zespołów w Peru i Ameryce Łacińskiej, którzy używali tych organów. Ważne było to, że Salom wniósł swoje pomysły jazzowe w tym polirytmię Dave’a Brubecka. Chemia w zespole zadziałała i to wtedy zmienili nazwę (pochodną od słowa „Agonia”) na Lighonia. Tym samym nastąpiła trzecia i ostatnia transformacja zespołu. Ten okres zamyka również pierwsze bogate doświadczenie braci Cornejo, którzy z kolegami z sąsiedztwa chcieli jedynie naśladować Beatlesów i którym nie śniło się, że wkrótce położą podwaliny pod psychodelicznego rocka w tym rejonie. Uprzedzając bieg wydarzeń powiem, że dotarli nawet do kraju swoich idoli. Jeden z największych finansowych holdingów na świecie, HSBC, w 2012 roku wykorzystał utwór „Bahía” jako ścieżkę dźwiękową do swojej kampanii reklamowej w Wielkiej Brytanii. Teledysk opublikowany na YouTube zebrał setki tysięcy wyświetleń wzbudzając zainteresowanie tajemniczym zespołem stojącym za spotem. 

Wydany w czerwcu 1970 roku debiutancki album „Glue” był w zasadzie zbiorem singli New Juggler Sound z dwoma nowymi utworami nagranymi już z Salomem i jego organowymi dogrywkami w utworze tytułowym.

Po albumie, będącym tak naprawdę hołdem złożonym swej muzycznej przeszłości, który łączył pop, garażowe brzmienie z elementami psychodelicznego rocka trudno oczekiwać arcydzieła. Żeby była jednak jasność uważam, że wszystkie utwory są świetne i słucha się ich z wielką przyjemnością. Nie trzeba być geniuszem, by nie dostrzec tu inspiracji Beatlesami („Baby, Baby” brzmi jak odjechana wersja „Love Me Do”), usłyszeć gitarowe zagrywki przemycone z płyt Hendrixa, a także zachwycić się „psychodeliczną wersją” Simona And Garfunkela (w „I Must Go” nawet głosy są podobne). Moje ulubione „Neighbor” z latynoskim akcentem to prawdziwe cacko – jest jak połączenie War z Grand Funk Railroad, ale napisane zanim te zespoły wydały swoje pierwsze płyty. Z kolei tytułowe „Glue” to  stuprocentowo narkotyczna psychodelia z przesterowaną gitarą, marzycielskimi organami i halucynogennym tekstem brzmiąca jak połączenie Hendrixa z wczesnym Pink Floyd. Cudo!

Koniecznie muszę też wspomnieć o „And I Saw Her Walking”. Ten znakomity utwór, będący mieszanką gatunków, balansuje między rockowym The Rolling Stones, a amerykańskim popem zachowując jednocześnie egzotyczny charakter południowoamerykańskiego psycho rocka. Niezależnie od tego, czy jest to punkt wejścia w świat egzotyki, czy sposób na rozkręcenie nudnego dnia, jest perełką wartą zapamiętania. No i jest jeszcze wspomniana „Bahia”, bez której ta płyta nie miałaby sensu.

Pod koniec 1971 roku rozpoczęli pracę nad drugą płytą. Nie obyło się bez pewnych komplikacji. W trakcie sesji Eddy Zarauza wyjechał na stałe do Boliwii. Zanim znaleziono nowego basistę w trzech utworach zastąpił go perkusista, Manuel Cornejo. Na szczęście przybycie Ernesto Samamé pozwoliło w spokoju dokończyć pracę. Płyta „Etcetera” ukazała się w grudniu jeszcze tego samego roku. Jej okładka to kolaż zdjęć i rysunków w bardzo psychodelicznym stylu zaaranżowana przez  samego Manuela.

Album łączył w sobie wybitną muzykę i nowatorską produkcję w sposób, który zapowiadał „Dark Side Of The Moon” Pink Floyd, a wyjątkowe połączenie psychodelicznego i progresywnego brzmienia o złożonych aranżacjach i nietypowym metrum dorównywało ówczesnym brytyjskim zespołom. Trzeba przyznać, że było to niezwykłe osiągnięcie w kraju, który w tamtym czasie był ściśle kontrolowany przez dyktaturę wojskową. Wszystkie kompozycje opierają się na mocnych melodiach. Mają też bardziej złożoną strukturę: od wspomnianej psychodelii i prog rocka, przez mroczne fragmenty, po wspaniale błyszczący pasterski folk. Zaczyna się od „Someday” z filozoficznym tekstem i znakomitym solo na Hammondzie na samym początku, do którego dołącza piękna gitara. Można powiedzieć, że to podręcznikowy przykład wczesnego progresywnego stylu… Mocna ballada „Mary Ann” (w slangu „maryann” oznaczało marihuanę) z ciężką gitarą prowadzącą i perfekcyjnym chórkiem wokalnym ostatecznie prowadzi w kierunku latynoskiego rocka. Dramatyczne zakończenie z udziałem skrzypiec powoduje ciary na plecach. Arcydzieło! Z kolei „Lonely People” z potężnymi partiami organów i przesterowanymi gitarami, złożoną aranżacją i zmianami tempa to pisz-wymaluj progresywny kiler i  według mnie punkt kulminacyjny albumu.

Tył okładki.

Zupełnie inny klimat mamy w „I’m A Niger”, który miał być piosenką reggae. Manuel napisał ją zainspirowany artykułem jaki znalazł w magazynie „People” zatytułowanym „Czy czarnuch może pokochać miód?” (brrr…dziś taki tytuł by nie przeszedł). Utwór  podczas prób wielokrotnie ewoluował; ostatecznie poszedł w kierunku rockowym i zespół dobrze na tym wyszedł. A jeśli mówić o inspiracjach, gdyby nie powrót braci do domu po jednym z koncertów w czasie potężnej ulewy, która spowodowała przerwę w dostawie prądu nie byłoby pewnie „Everybody On Monday” z uroczymi harmoniami wokalnymi. Był czas, że nie mogłem się od niego uwolnić… Przy „Speed Fever” wyobrażam sobie podróż ciężkim Harleyem ku niekończącym się bezdrożom. W tym konkretnym nagraniu muzycy używają metrum 5/4 i podobnie jak Dave Brubeck czują się w nim komfortowo.

Zarówno „Glue” jak i pełen nowatorskich pomysłów „Etcetera” to klasyki peruwiańskiej świetności rocka. Oba tytuły trudne do zdobycia, ale warto się potrudzić.

Po wydaniu „Etcetery” David wrócił do Stanów Zjednoczonych i zespół zakończył działalność. Nie na długo. Syn właściciela wytwórni Mag, która wydawała im płyty i single, Carlos Guerrero, namówił ich do nagrania piosenek z repertuaru Paula McCartneya, Badfinger i The Wings. Ponieważ Laghonia miała już wcześniej przygotowany utwór „We All”, a Beatlesi śpiewali swoje „All Together Now” nowy projekt nazwali We All Together. Pod takim szyldem w latach 1972-1974 nagrali dwie urocze płyty, które fani czwórki z Liverpoolu, czy solowego Paula McCartneya nie powinni odpuścić!. Choć obsesja na punkcie Beatlesów zazwyczaj oznacza kres twórczości, w tym przypadku rezultaty były imponujące. Może kiedyś na ten temat napiszę coś więcej, a na zachętę mały bonusik – cover grupy Badfinger w wykonaniu naszych bohaterów z drugiego krańca świata.