FLOATING BRIDGE „Floating Bridge” (1969)

Gitarzysta Rich Dangel jako szesnastolatek był członkiem grupy The Wailers, o których dziś mówi się, że w 1960 roku „… byli Beatlesami z Seattle przed samymi Beatlesami”. Ich największy przebój „Tall Cool One” wydany w 1959 roku to rock’n’roll w stylu Chucka Berry’ego napędzany rhythm’n’bluesowymi saksofonami. Przebojowych singli było zresztą więcej; warto wspomnieć tu o instrumentalnym „Mau Mau”, gorącym i ostrym jak brzytwa „Dirty Robber”, czy słynnej piosence „Louie Louie” spopularyzowanej w 1963 roku przez The Kingsmen. Moim zdanie lekko „zmiękczonej” w stosunku do wersji The Wailers  Grające w owym czasie bardzo mocno, ostro i niemalże rockowo The Wailers uznaje się obecnie za jeden z pierwszych, jeśli nie pierwszy amerykański zespół garażowy! Dla młodego chłopaka w dużych rogowych okularach pochodzącego z przedmieścia Seattle, Tacomy, zapewne była to (jak do tej pory) największa życiowa przygoda…

The Wailers. W okularach Rich Dangel
The Wailers. Ten w okularach to Rich Dangel.

Po rozwiązaniu The Wailers gitarzysta na krótko związał się z mniej znanym zespołem The Rooks i późnym wcieleniem Time Machine. W następstwie upadku tego ostatniego w 1967 roku wraz z basistą Joe Johnsonem założyli The Unknown Factor, do którego przyłączyli się perkusista Michael Marinelli i drugi gitarzysta Joe Johansen. Zaczęli jako zespół akompaniujący towarzysząc na scenie lokalnym artystom takim jak Patti Allen i Ron Holden.  Jednak, gdy w 1968 roku dołączył do nich wokalista Pat Gossan sytuacja zmieniła się i pod nową nazwą, jako FLOATING BRIDGE, zaczynali zdobywać coraz większą popularność stając się wkrótce czołowym, żeby nie powiedzieć „flagowym” zespołem z Seattle. Jako jedni z pierwszych mogli pochwalić się umową na występy w legendarnym Seattle’s Eagle Auditorium. Tym samym, w którym grali tacy wielcy jak Grateful Dead, The Doors, Cream, Iron Butterfly, Vanilla Fudge, Pink Floyd, MC 5, Stepenwolf i wielu innych…

Floating Bridge na scenie Seattle Pop Festival (1969)
Floating Bridge na scenie Seattle Pop Festival (1969)

W tym samy roku dali kapitalny koncert na festiwalu Sky River Rock. Swoim występem i muzyką przypominającą mocniejszą wersję Cream i Mountain z elementami The Allman Brothers Band dosłownie zmiażdżyli innych artystów i wykonawców! Wytwórnia Vault Records błyskawicznie podpisała z nimi kontrakt. Na efekt nie trzeba było długo czekać; wydany wkrótce singiel „Brought Up Wrong/Watch Your Step” odniósł co prawda umiarkowany sukces, ale dał impuls do nagraniu dużej płyty. Album „Floating Bridge” ukazał się wiosną 1969 roku, a jego producentem był Jackie Mills, który świetnie poradził sobie z całą muzyczną materią.

LP "Floating Bridge" (1969)
LP „Floating Bridge” (1969)

Płyta zawiera osiem nagrań, z których aż sześć to kompozycje własne zespołu, a w zasadzie spółki kompozytorskiej Dangel/Johnson/Gossan. Dwa pozostałe to świetne, instrumentalne wersje „Hey Jude” The Beatles, oraz połączonych ze sobą „Eight Miles High” The Byrds i „Paint In Black” Rolling Stones. Co ważne – krążek nie ma żadnych słabszych momentów! Dużo tu tak lubianych przeze mnie gitarowych improwizacji o wyraźnym psychodelicznym odcieniu. Jak w otwierającym „Crackshot” zagranym z mocą i pełną pasji furią. Kapitalna sekcja rytmiczna, świetny wokal i cudowne hendrixowskie solówki obu gitarzystów. Korzenie bluesowe słychać prawie w każdej nucie. Siedem minut epickiego, fantastycznie psychodelicznego blues rocka! Wspólna, uzupełniająca się gra obu gitarzystów to majstersztyk. Nie tylko w tym nagraniu, ale na całej płycie! Po takim początku, aż strach pomyśleć, co będzie dalej. A dalej jest tylko lepiej… Instrumentalna wersja znanego przeboju Beatlesów w wykonaniu chłopaków z FLOATING BRIDGE rozwaliła mnie na łopatki. To jedna z najciekawszych przeróbek „Hey Jude” jaką słyszałem i do której nie mam (jako fan czwórki z Liverpoolu) żadnych zastrzeżeń! Wykonana przez muzyków delikatnie, z wyczuciem i czułością, na dwie gitary prowadzące. Tyle, że ta druga lekko schowana na drugim planie wyczynia takie harce, że aż dreszcze przebiegają. Całość brzmi jak nieznane nagranie The Allman Brothers Band! Kolejny mocarny akcent, tym razem usadowiony gdzieś w stylu Cream z domieszką Grand Funk znajduję w „Watch Your Step. Znany ze strony „B” singla naładowany jest bardzo ciężkimi sfuzzowanymi gitarami i prującą do przodu perkusją. Ma w sobie tyle energii, że polecam go na wszelkiego rodzaju dolegliwości typu chandra, czy wisielczy humor. Serio! Jest tylko jeden warunek – musi być odtwarzany w wysokich rejestrach głośności. Efekt murowany… Pierwszą stronę płyty zamyka blues rockowy „Three Minute & Ten Second Blues”. Na początku w umiarkowanym, w połowie zdecydowanie już przyspieszonym tempie ozdobiony ładnymi partiami gitar. Szkoda, że to tylko trzy minuty i dziesięć sekund…

Label oryginalnego LP.
Label oryginalnego LP.

Na drugiej stronie mamy dwa typowo rockowe i ciężkie utwory: „Brought Up Wrong”„You’ve Got The Power” kierowane do tych, którzy lubią granie w stylu Mountain i Cactus. Przedziela je nagranie  „Medley:  Eight Miles High/Paint In Black”, czyli jak już wyżej wspomniałem utwory z repertuaru The Byrds i The Rolling Stones połączone w jedną całość. Stylistycznie dwa różne utwory i dwie niezależne gitary, które łączą się gdzieś wysoko w przestworzach spajając ze sobą dwa odmienne muzyczne brzegi. Być może to jest właśnie ten pontonowy most łączący bluesa i rocka..? Płytę kończy kapitalny „Gonna’ Lay Down ‚N’ Die”,  ponad 7-minutowy, powolny i ciągnący się jak magma blues. Cudo!

Takie albumy jak ten jest jak stare, dobre wino. Trzeba się nim po prostu delektować! Płyta „Floating Bridge” to prawdziwy, choć niestety nieco zapomniany, diament! I pozostaje we mnie ogromny żal, że grupa przetrwała jedynie do początku 1970 roku.

„Okularnik” Rich Dangel grywał później w różnych i raczej mniej ważnych zespołach. Nie opuścił swej rodzinnej Tacomy. Pod koniec lat 90-tych powołał do życia Rich Dangel Big Band. Zmarł 2 grudnia 2002 roku, dzień po swoich 60-tych urodzinach… Joe Johansen zasilił Little Bill And The Blue Notes. Niestety i on opuścił nas, by grać w „Największej Orkiestrze Świata”.  Tak jak i Joe Johnson

NAZARETH – sześć płyt, których czas się nie ima.

Kiedy szkocka grupa NAZARETH po raz pierwszy odwiedziła nasz kraj (oj, było to wiele lat temu, jeszcze przed laptopami, komórkami i internetem), zespół przyszedł do radiowej „Trójki”, by podzielić się wrażeniami z Polski i opowiedzieć o swej nowej płycie. Gospodarzem spotkania był Piotr Kaczkowski, który po krótkiej prezentacji spytał wokalistę Dana McCafferty’ego czy podoba mu się Warszawa i jak się tu czuje. McCafferty zaczął swoją opowieść. Mówił i mówił –  jeden wielki potok słów. Siedzę przy głośniku radiowym i denerwuję się, bowiem pan Piotr niczego nie tłumaczył. A ten jak nakręcony nie przerywał. Trwało to dobre kilka minut(!), po czym nastąpiła… cisza. A cisza w eterze to rzecz absolutnie niedopuszczalna. Zaniepokojony pomyślałem, że radio mi wysiadło. W końcu, lekko spanikowanym  głosem Piotr Kaczkowski zwrócił się do zespołu: „Ok. A teraz proszę was, przetłumaczcie mi, co on mi tu naopowiadał, bo ja nic z tego nie zrozumiałem!”. Reszta zespołu wybuchnęła gromkim śmiechem, po czym gitarzysta Manny Charlton powiedział: „My też go nie rozumieliśmy, bo mówił szkockim dialektem, którego nikt z nas nie zna. A ty byłeś w niego tak wpatrzony i tak zasłuchany, że myśleliśmy, że go rozumiesz. I że to ty powiesz nam, co on ci tu nagadał”.

Zespół powstał w 1968r. w szkockim Dunfermline (nota bene także rodzinne miasto Iana Andersona z Jethro Tull) jako Shadettes, ale zaraz zmienił nazwę na NAZARETH. Ponoć stało się to pod wpływem grupy The Band i utworu „The Weight”, który został wykorzystany w kultowym filmie Dennisa Hoppera „Easy Rider”. Debiutancka płyta zatytułowana po prostu „Nazareth” ukazała się w listopadzie 1971 roku. I choć furory na rynku nie zrobiła, to moim zdaniem jest to debiut bardzo udany, momentami wręcz rewelacyjny.

NAZARETH "Nazareth" (1971)
NAZARETH „Nazareth” (1971)

Już sam początek płyty wydaje się być jednoznaczną deklaracją gatunku. w którym zmierzał zespół: ostre brzmienie gitar, kąśliwe zagrywki i ekspresyjny śpiew wokalisty przywodzą na myśl skojarzenia z muzyką mistrzów ciężkiego grania – Led Zeppelin i Deep Purple. „Witchdoctor Woman” o którym mowa jest naprawdę świetny, aż dziw, że nie stał się klasyką zespołu. Z kolei „Empty Arms, Empty Hand” za sprawą dudniącego basu  i partii gitarowych kojarzy się ze starym, dobrym Black Sabbath. Za opus magnum płyty można uznać cover utworu Bonnie Dobsona „Morning Dew”, który brali na warsztat wcześniej Tim Rose, Episode Six, czy Jeff Beck. Wersja NAZARETH jest po prostu wyśmienita. Utwór ten to połączenie galopującego rytmu z psychodelią. Zwracam uwagę na kapitalną pracę gitar, które doskonale ozdabiają szaleńczą sekcję rytmiczną i na tajemniczy, spokojny śpiew McCafferty’ego, który pod koniec daje próbkę charakterystycznej dla siebie ekspresji…

Wydany rok później dość nietypowy i nieco folkujący album „Exerciser” wymaga co prawda kilku przesłuchań, choć trudno mu cokolwiek zarzucić.

LP "Exercises" (1972)
LP „Exercises” (1972)

Ten album wcale nie jest zły, a poprzez swoją odmienność stanowi ciekawą pozycję w dyskografii zespołu. Ciężkiego rocka jest tu co prawda jak na lekarstwo, ale jeśli ktoś lubi fuzję rocka z folkiem, to po tę płytę musi sięgnąć. Największe wrażenie robi na mnie nagranie oparte na marszowym rytmie werbla i akompaniamencie granym na kobzie „1692 (Glencoe Massacre)” opowiadające o rzezi angielskiego wojska na szkockich patriotach w Glencoe. Dla wielbicieli celtyckich brzmień to prawdziwa perełka! Ciekawie wypada „I Will Not Be Led”, gdzie muzyka orkiestrowa łączy się z folkowym brzmieniem, by całość zakończyć mocną porcją brudnego gitarowego czadu. Kolejny mój ulubiony numer to blues rockowy „Woke Up This Morning” , którego ostrzejsza wersja znajdzie się na kolejnej płycie, oraz żwawe folkujące „In My Time”„Called Her Name”. Dla wielbicieli ballad rockowych, za którymi osobiście nie przepadam  (poza pewnymi wyjątkami) zespół przygotował trzy spokojne nagrania: wciągającą i klimatyczną ” Madelaine”, króciutkie „Sad Song” ozdobione smyczkowymi aranżacjami,  oraz „Love Now You’re Gone” z leniwym syntezatorowym motywem.

Po nagraniu dwóch pierwszych płyt wszyscy przenieśli się do Londynu, gdzie zauważyli ich członkowie grupy Deep Purple. Wkrótce Szkoci otwierali występy Głębokiej Purpury. Mało tego – kolejne trzy albumy : „Razamanaz” (1973), „Loud’N’Proud” (1973) i „Rampant” (1974) wyprodukował basista Deep Purple, Roger Glover.

„Razamanaz” był pierwszym albumem NAZARETH, który sobie kupiłem, więc nic dziwnego, że darzę go wielkim sentymentem.

LP. "Razamanaz" (1973)
LP. „Razamanaz” (1973)

Otwierający płytę utwór tytułowy wręcz miażdży swoją mocą i energią i wydaje się być żywcem wyjęty z którejś z płyt purpurowego kwintetu. Manny Charlton daje czadu na gitarze, Pete Agnew (bg) i Darrell Sweet (dr) napędzają całą machinę, zaś Dan McCafferty wykrzykuje z furią kolejne wersy. To tu mamy tak dobre kawałki jak przebojowy „Broken Down Angel”, zawadiacki „Bad Bad Boy” i kolejny mocarny „Alcatraz”. Bez wątpienia trzeci album okazał się być najpopularniejszym  krążkiem na Wyspach w całej karierze hardrockowych Szkotów. Ale najlepsze miało dopiero nadejść…

O ile „Razamanaz” była pierwszą płytą NAZARETH w mojej kolekcji, to tak naprawdę po raz pierwszy zetknąłem się z ich muzyką za sprawą utworu „This Flight Tonight”, który pochodził z wydanego pół roku później (co za tempo!) krążka „Loud’N’Proud”. Utwór usłyszałem w radiowej „Trójce” w połowie lat 70-tych i zakochałem się w nim na zabój. Puszczany w wysokich rejestrach głośności „uszczęśliwiałem” nim (raczej nieświadomie) moich zacnych sąsiadów. Zresztą nie tylko ich i nie tylko nim…

LP "Loud'N'Proud" (1973)
LP „Loud’N’Proud” (1973)

Genialny „This Flight Tonight” to niewątpliwie numer jeden tej płyty. Kolejny cover, tym razem Joni Mitchell, który w wykonaniu grupy nabiera niesamowitej mocy. Jedna z tych kompozycji, którą słuchać mogę bez końca! Zresztą NAZARETH niejednokrotnie udowadniali, że wyjątkowo trafnie potrafili wykonać cudze hity na swój sposób. Kończący płytę rozbudowany, powolny „The Ballad Of Hollies Brown” to też cover, tym razem z repertuaru Boba Dylana. Ta wersja jest ciężka, przytłaczająca, przetworzone brzmienie basu buduje odpowiedni klimat, głos wokalisty brzmi złowrogo, a gitara potęguje ten złowieszczy nastrój. Jest tu także ognisty i całkiem interesujący „Turn On Your Receiver”, dynamiczny „No Fakin’ It”, przebojowy „Go Down Fighting” i trzymający poziom „Teenage Nervous Breakdown”.

Kolejny, piąty w dyskografii zespołu album „Rampant” kończył współpracę z Rogerem Gloverem jako producentem, którego w studiu za konsoletą wspierał Manny Charlton. Okładkę płyty zaprojektował słynny amerykański grafik Joe Petangno, twórca m.in. maskotki zespołu Motorhead zwanej Snaggletooth. Petangno jest też autorem logo wytwórni płytowej Swan Song, którą założyli muzycy Led Zeppelin; ponadto w dorobku ma ok. 130 okładek płyt dla przedstawicieli najróżniejszych stylów muzycznych od glam rocka po najbardziej ekstremalne odmiany death metalu w tym naszego Vadera („Tibi et Igui” z 2014 roku). Ciekawostka, którą można się pochwalić nie tylko w towarzystwie death metalowców.

LP "Rampant" (1974)
LP „Rampant” (1974)

Był to pierwszy krążek nagrany przez zespół poza granicami Wysp Brytyjskich, bo w Szwajcarii. I ponownie odczuwam do tej płyty wielki sentyment z powodu przebojowego nagrania, które „piłowaliśmy” niemiłosiernie na szkolnych potańcówkach. I wcale nie była to ballada. Mam tu na myśli „Shanghai’d In Shanghai”, w którym na pianinie zagrał Jon Lord (!), gitarowe zagrywki Manny  Chartona wykonane zostały techniką slide, a w drugiej minucie słychać krótki cytat z „(I Can’t Get No) Satisfaction” The Rolling Stones… Album „Rampant” jest jedną z lepszych i ciekawszych propozycji zespołu w całej jej twórczości. Po pierwsze charakteryzuje się brzmieniem hard rockowym nawiązującym do bluesowych korzeni. Po drugie nie zawiera błahych piosenek. Po trzecie partie gitary zrealizowane są jakby z lekko przesterowanym dźwiękiem dodającym rockowego smaku. I ten gościnny udział klawiszowca Deep Purple!

Fantastyczny label płyty winylowej "Rampant" (1974)
Fantastyczny label winylowej płyty „Rampant” (1974) wydanej przez „spiralę” Vertigo.

Całość rozpoczyna dziki i nieokiełznany „Silver Dollar Forger” podzielony na dwie części (druga instrumentalna), kończy zaś sześciominutowa doskonała przeróbka „Shape Of Things” The Yardbirds, płynnie przechodząca w autorski kawałek „Space Safari” z elementami space rocka. To są bardzo mocne atuty tej płyty, a przecież mamy tu jeszcze inne perełki, ot choćby „Jet Lag”, który buja w rytmie bluesa; nastrojowy „Love And Lost”  z klimatycznymi solówkami gitar i stonowanym wokalem, czy wyśmienity, niemal psychodeliczny „Light My Way” sunący w wolnym tempie, z ostrym gitarowym podkładem i progresywnymi frazami Charltona w solówkach. Nie sposób pominąć prawdziwie nastrojowej rockowej ballady „Sunshine” o pięknej melodii z wysmakowanymi partiami gitary i z blues rockową solówką na zakończenie.

Jednak opus magnum zespołu, a więc najwspanialsze dzieło jakie ukazało się pod szyldem NAZARETH, które wyprodukował już sam zespół, a w zasadzie gitarzysta Manny Charlton ukazało się w kwietniu 1975 roku. Najmocniejszy, najinteligentniejszy, najbardziej porywający i przepojony rockową energią w najczystszej postaci. Album „Hair Of The Dog”.

LP "Hair Of The Dog" (1975)
LP „Hair Of The Dog” (1975)

Brzmienie płyty jest fantastyczne, na wskroś rockowe, mocne, przy tym czyste i wyraźne. Na pierwszy ogień idzie utwór tytułowy – kapitalny, energiczny kawałek, ze świetnym riffem, z krzykliwie skrzeczącym wokalem McCafferty’ego i chórkiem wyjącym w refrenie „… son of the bitch!” Zresztą wokalista ze swoim zawadiackim śpiewem jest mistrzem ceremonii i tak samo charakterystycznym jak Ozzy Osbourne, czy Ian Gillan. Axle Rose przyznał w jednym z wywiadów, że to właśnie McCafferty był jego ulubionym wokalistą, a płyta „Hair Of The Dog” przez bardzo długi czas nie opuszczała jego talerza gramofonu. Ponoć został z niej potem tylko wiór… W „Miss Misery” wydziera się jeszcze bardziej, ale to masywny rocker świdrujący mózg, z subtelnymi zmianami tempa i gitarowym solo, które całkiem udanie go urozmaicają. Trzeci utwór to ascetyczna ballada„Guilty”, choć wersja amerykańska w tym miejscu zawierała inną balladę – „Love Hurts” (cover duetu The Everly Brothers), którą pewnie każdy słyszał i każdy ją zna. Wszak to jedna z pomnikowych, klasycznych i nieśmiertelnych ballad rockowych. Wydana na singlu zrobiła oszałamiającą karierę m.in. w Kanadzie, RPA, Nowej Zelandii, Belgii i Holandii (nr 1 na listach przebojów), w Stanach (ósma pozycja), a w Norwegii uznano ją nawet za singiel wszech czasów!… Drapieżny „Changin’ Time” z kapitalnie brzmiącą sekcją rytmiczną kończy stronę „A” płyty analogowej. I zawsze w tym miejscu od lat zadaję sobie to samo pytanie: czy ten człowiek ma gardło ze stali, czy też z jakiegoś szlachetniejszego kruszcu? Po tym numerze każdy inny wokalista powinien stracić głos! Zresztą wszyscy dokładają do pieca ile się zmieści. No i ten fantastycznie rozkręcający się finał!

Tył okładki. Reedycja CD wytwórni A&M (1990)
Tył okładki. Reedycja CD wytwórni A&M (1990)

Drugą stronę otwiera wiązanka „Beggar’s Day/Rose In The Heather”, czyli mocny, energiczny utwór z dudniącym basem (oj jak to pięknie brzmi na moich kolumnach) w połączeniu z nastrojowym brzmieniem gitary z wykorzystaniem efektów syntezatorowych. Łagodny i kołyszący, z połamanym bluesowym rytmem „Whiskey Drinkin’ Women” ma bardzo fajną i udaną solówkę gitarową. Na koniec dostajemy obłędny, blisko 10-cio minutowy utwór „Please Don’t Judas Me”, który przybiera postać swoistej suity o egzotycznej aurze i takiej dusznej atmosferze z gitarą, która momentami przypomina sitar. Nagranie znakomite i do trzewi przejmujące. Z Danem McCafferty’m który daje z siebie wszystko. Na wpół wyśpiewując, na wpół wykrzykując pełen złości tekst. Z gitarzystą Charltonem krzeszącym iskry ze swego Gibsona. I z tym przytłaczającym, niedającym się tak łatwo zapomnieć nastrojem.

Na zakończenie pora by wyjaśnić znaczenie tytułu płyty, który u nas od pokoleń funkcjonuje jako „Sierść psa”.  Otóż w języku angielskim idiom „hair of the dog” oznacza „postalkoholowy klin” ( z sierścią psa jak widać nie ma to nic, ale to nic wspólnego). Początkowo płyta miała się nazywać „Son Of The Bitch”, na co absolutnie nie wyraziła zgody wytwórnia płytowa pomimo, że w refrenie tytułowego nagrania kilkakrotnie słychać tę frazę. Zespół zaproponował więc inny, acz w tym samym znaczeniu, tytuł – „Heir Of The Dog”. Było ciut lepiej, ale wydawca wciąż kręcił nosem. W końcu stanęło na tym, że w wyrazie heir zmieniono jedną literkę i tak już zostało na zawsze. „Hair Of The Dog” to kwintesencja stylu NAZARETH. I jednocześnie jego najmocniejsze, hard rockowe oblicze. Ze wspaniałą okładką, tym razem autorstwa Davida Fairbrothera-Roe. Okładką jakby nie z tego świata…

Zdaję sobie sprawę, że takich i tym podobnych albumów jest cała masa. Setki, jeśli nie tysiące. Ktoś kiedyś powiedział, że szkoda czasu na znakomite płyty, bo jest ich za dużo. Lepiej słuchać tylko genialnych, a i tak życia na nie nie starczy. Jeśli jednak chcemy już słuchać czegoś mniej genialnego, a wciąż doskonałego to TYCH płyt najzwyczajniej w świecie słucha się znakomicie. One są po prostu świetne i czas się ich nie ima.

Ostatni Mohikanin z Preston. KEEF HARTLEY BAND „Halfbreed” (1969)

Keef Hartley miał w życiu dwie pasje: gra na perkusji i Indianie Ameryki Północnej. Fanom rocka znany jest przede wszystkim z tej pierwszej. Człowiek, który w grupie Rory Storm & The Hurricanes zastąpił za bębnami Ringo Starra gdy ten odszedł do The Beatles; arcyważne ogniwo zespołu The Artwoods, w którym grał m.in. z Jonem Lordem (płyta „Art Galery” 1966), następca Aynsleya Dunbara w Bluesbreakers Johna Mayalla (płyta „Crusade” 1967) i współpraca z samym Mayallem na jego solowej płycie („Blues Alone” 1967); założyciel grup KEEF HARTLEY BAND i Dog Soldier, z którymi nagrał w sumie dziewięć albumów. Tak, w telegraficznym skrócie można przedstawić sylwetkę tego niezwykle błyskotliwego i barwnego muzyka-perkusistę o niespotykanie wielkiej charyzmie.

John Mayall i Keef Hartley
John Mayall i Keef Hartley

Drugą pasją zaraził się w dzieciństwie. „Pomimo, że urodziłem się w  samym środku Wielkiej Brytanii, w Preston (miasto leży dokładnie w połowie drogi pomiędzy Glasgow a Londynem – przyp. moja) to odkąd pamiętam fascynowali mnie Indianie i ich kultura. Przez całe swe życie czuję się jak mieszaniec – taki półkrwi Indianin. Może w poprzednim życiu faktycznie byłem Mohikaninem?” – z właściwym sobie humorem napisał te słowa w swej autobiografii wydanej w 2007 roku, zatytułowanej – tak samo jak pierwsza jego płyta – „Halfbreed” („Mieszaniec”). Ludzie z otoczenia muzyka wiedzieli, że jest totalnie zakręcony na punkcie kultury północnoamerykańskich Indian. Ta fascynacja przeniosła się na wszystkie okładki sygnowane nazwą KEEF HARTLEY BAND, które zdobią indiańskie motywy. Odstępstwo uczynił na solowej płycie  „Lancashire Hustler” przeobrażając się w XVII-wiecznego amerykańskiego trapera.

Keef Hartley jako amerykański traper  (LP Lancashire Hustler" 1973)
Keef Hartley jako amerykański traper (LP „Lancashire Hustler” 1973)

Profesjonalnej techniki gry na perkusji uczył się pod opieką znanego angielskiego perkusisty i doskonałego pedagoga Lloyda Ryana. Tego samego, który uczył tajników bębnienia Phila Collinsa. Jednak jak sam przyznaje największy wpływ na jego styl miał legendarny perkusista amerykański Buddy Rich. Dziś uznaje się Keefa Hartleya za jednego z najwybitniejszych przedstawicieli jazz rocka. Ogromny potencjał tkwiący w w perkusiście widział od samego początku Mayall, ale podobnie jak wielu innych muzyków perkusista nie zagrzał długo miejsca w Bluesbreakers. Hartley miał ambicję zrobienia czegoś na swój rachunek. I zrobił to tworząc w 1968 roku własną formację.

Keef Hartley. Jeden z najwybitniejszych przedstawicieli jazz rocka
Keef Hartley. Jeden z najwybitniejszych przedstawicieli jazz rocka

Rok później wystąpili na legendarnym festiwalu w Woodstock. Niestety byli jedynym wykonawcą, których koncert nie został zarejestrowany ani na taśmie filmowej, ani w wersji audio (pisałem o tym omawiając ich płytę „British Radio Sessions 1969-71” w lutym 2015 roku). Byli wówczas w fantastycznej formie porywając kilkutysięczną publiczność materiałem z wydanego przez Deram  wiosną tego samego roku albumu „Halfbeerd”. Album powstał w studiu w rekordowo krótkim czasie czterech dni (7, 9, 10 i 13 października 1968) pod okiem producenta Neila Slavena, znanego ze współpracy z takimi zespołami jak Chicken Shack, Savoy Brown, Egg i Pink Fairies.

KEEF HARTLEY BAND "Halfbreed" (1969)
KEEF HARTLEY BAND „Halfbreed” (1969)

„Halfbreed” to stanowczo niedoceniana płyta. A moim zdaniem jest to jeden z najlepszych brytyjskich albumów bluesowych w historii. Zrobiony przez niebanalnych muzyków, których dobrał sobie Hartley. Moją szczególną uwagę zwrócił śmigający na gitarze wokalista Miller Anderson obdarzony niezwykle wyrazistym głosem, niosący ogrom siły, emocji i uczucia. On po prostu urodził się, by śpiewać bluesa! Wspomagał go drugi gitarzysta Spit James, oraz nowozelandzki basista Gary Thain (później w Uriah Heep). Skład grupy dopełniał klawiszowiec Peter Dines, wyprawiający niebywałe rzeczy na organach Hammonda. Nazwiska może nie są „wielkie”, ale talentu odmówić im nie można. Do tego sekcja dęta wywodząca się z Bluesbreakers Johna Mayalla, która na tej płycie składała się z najlepszych trębaczy Wielkiej Brytanii: Henry’ego LawtheraHarry Becketa, oraz  świetnych saksofonistów: Lyna Dobsona i Chrisa Mercera. Tak powinien brzmieć najlepszy w karierze album Mayalla, gdyby ten nie rozwiązał zespołu po płycie „Blues From Laurel Canyon”! Pod względem muzycznym album jest niemal wzorcowym przykładem tego, co działo się w muzyce rockowej pod koniec lat 60-tych. Punktem wyjścia był jazz, a miejscem docelowym szeroko pojęty rock z domieszką bluesa i progresji.

Płytę zaczyna i kończy zabawna introdukcja – dialog pomiędzy Mayallem i Hartleyem, w którym ten pierwszy informuje, że perkusista właśnie został wyrzucony z zespołu. Niektórzy wierzą do dziś, że dialog był autentyczny, że taka rozmowa miała miejsce i że faktycznie słynny gitarzysta wyrzucił Keefa ze swej formacji. Kiedyś tak bardzo o tym się nie pisało (plotkarskie portale to współczesny „wynalazek”), ale obaj panowie byli wielkimi przyjaciółmi. Mayall zresztą zrzekł się swego honorarium za „udział” w nagraniu tej płyty. A cała reszta albumu jest już jak najbardziej na serio.

Tytułowy „Halfbreed” to instrumentalna jazzrockowa improwizacja. Fantastycznie napędza ją wyrazista sekcja rytmiczna, z długimi solówkami gitarowymi i organowymi (kłania się wczesny Santana). Najdłuższy na płycie, dziesięciominutowy „Born To Die” to blues w czystej postaci z kapitalnymi popisami gitarzysty i klawiszowca. I ten pełen żalu i goryczy głos Millera Andersona! Żal ściska mi serce, że jest znany tak nielicznym… Z kolei w „Sinin’ For You” dzieje się tak dużo, że pomysłami z tego utworu można by obdzielić całą płytę niejednego wykonawcy. Przede wszystkim na plan pierwszy wysuwają się dęciaki, przez co nadają kompozycji soulowego charakteru. To chyba nie przypadek, że podczas występu w Woodstock nazwano ich „brytyjskim Earth Wind & Fire”. Kontrastem dla dętych jest ostra, porywająca solówka gitarowa, zaś całość zamyka łagodna partia fletu. Myślę, że grupa Colosseum chętnie przejęłaby tę kompozycję do swego repertuaru, ewentualnie John Mayall spokojnie mógłby ją umieścić na albumie „Bare Wires”. Pasowałaby jak ulał…

Wnętrze okładki LP "Halfbreed"
Wnętrze okładki LP „Halfbreed”

Na albumie nie zabrakło rzecz jasna rasowego hard rocka. „Leavin’ Trunk” to przeróbka bluesowego kawałka Sleepy John Estesa, w którym obaj gitarzyści dają świetny popis swych umiejętności. Utwór aż kipi od porywających riffów i solówek i brzmi jak nieco bardziej surowy Led Zeppelin. W „Think It Over” B.B. Kinga pojawiają się zaś hendrixowskie gitarowe zagrywki rewelacyjnie wspomagane przez organy i funkową grę sekcji rytmicznej. Oj, buzuje krew w żyłach, buzuje..! Od pierwszego przesłuchania płyty zauroczył mnie bardzo psychodeliczny i dość łagodny „Just To Cry”. Utwór został oparty na dość prostej transowej linii basu. Niby nic wielkiego. Cóż za rewelacja. A jednak! Został on w mistrzowski sposób obudowany klimatycznymi partiami organów z subtelnie wchodzącymi dęciakami. No i to intrygujące, snujące się jak wąż gitarowe solo! Cudo! Zawsze wymiękam przy tym nagraniu. „Too Much Thinking” to chwytająca za serce bluesowa ballada. W odróżnieniu od „Born To Die” istotną rolę odgrywają tu dęciaki, oraz piękne, atmosferyczne solo na… skrzypcach zagrane przez Lawthera. Świetny pomysł i kapitalny numer!

Mimo tej całej różnorodności „Halfbreed” jest bardzo spójnym albumem; poszczególne nagrania idealnie są do siebie dopasowane, muzycy od początku do samego końca utrzymali wysoki poziom. Aranżacje są naprawdę pomysłowe i wiele smaczków odkrywa się po kolejnych przesłuchaniach albumu. I jeszcze jedna ważna rzecz- bardzo dobre brzmienie płyty praktycznie nic się nie zestarzało i wciąż brzmi świeżo.

Keef Hartley jak prawdziwy, niekomercjalny i na swój sposób oryginalny artysta fortuny na muzyce się nie dorobił. Po kilku latach, pozbawiony należytego menadżerskiego wsparcia powrócił do rodzinnego Preston. Pracując jako stolarz wyłącznie incydentalnie udzielał się na lokalnych muzycznych scenach. Świat zapomniał o nim. Cóż, life is brutal… Nawet jego śmierć (zmarł 26 października 2011) została prawie niezauważona. Tylko najbliżsi i przyjaciele żegnali Go z ogromnym żalem i smutkiem. Tak jak John Mayall, który dzień później na swojej stronie internetowej napisał: „(…) Wydaje się niemożliwe, że mój Przyjaciel nie będzie się już pojawiał w żadnym z moich zespołów. Jego poczucie humoru i miłość do życia zawsze pozostanie w moim sercu jako wyjątkowe wspomnienie. Mój Przyjacielu, zawsze będę za Tobą tęsknił”.

THE ARTWOODS „Art Galery” (1966)

Wspominając grupę THE ARTWOODS zazwyczaj mówimy o niej w kontekście kolejnego szczebla kariery jej klawiszowca Jona Lorda lub perkusisty Keefa Hartleya. Zawsze mnie to dziwi, bowiem grupa w naszym kraju miała i ma(!) status zespołu kultowego. Odwiedzając Polskę w kwietniu 1966 roku jako support grupy Billy J. Kramer & The Dakotas swoimi koncertami m.in. w Radomiu, Warszawie, Krakowie i Kielcach przyćmili, a raczej zmietli ze sceny swych kolegów po fachu. Ubrani w czarne skóry byli kontrastem dla kolorowych Dakotas. Grali i śpiewali wspaniale, choć gorzej było z kontekstem: tylko dzienne światło, bez scenografii i pod nadzorem milicji (taki był wtedy standard w Polsce) pilnującej publiczności. Nie spodziewali się aż tak gorącego przyjęcia. Keef Hartley ze sceny obiecał, że wrócą tu we wrześniu, najpóźniej za rok… Ktoś bardzo przytomny zaprosił ich do Polskiego Radia, gdzie zarejestrowano trzy nagrania: „Be My Lady”„Chicago Calling” i prawdziwy rarytas „Pack Your Suitcase (I Don’t Want You Anyway)”. Odtworzono je na radiowej antenie tylko jeden jedyny raz! Szkoda, że tylko wtedy i tylko raz. Podobno taśmę chciał odkupić Jon Lord proponując w 2010 roku spore pieniądze i wydać ją na retrospektywnym albumie Deep Purple. Nie udało się. Nagrania wciąż są niedostępne dla masowego odbiorcy…

Początki THE ARTWOODS sięgają pierwszej połowy lat 60-tych, kiedy to wokalista Art Wood, gitarzysta Derek Griffiths, perkusista Red Dunnage, oraz grający na klawiszach Jon Lord założyli The Art Wood Combo. Cała czwórka grała wcześniej w The Red Bludd’s Bluesicians obsługując wesela i taneczne wieczorki w klubach golfowych. Jon Lord dodatkowo udzielał się w jazzowym Don Wilson Combo odgrywającym standardy jazzowe w amerykańskich bazach lotniczych. Znudzeni graniem „do kotleta” podjęli decyzję, by profesjonalnie zabrać się do muzykowania. Do składu dokooptowali basistę Dona Wilsona (tego z Don Wilson Combo) i zaczęli od reklamowania swoich występów w prasie muzycznej. Prosty pomysł, który okazał się strzałem w dziesiątkę. Wkrótce grali po trzy, cztery koncerty, głównie w klubach muzycznych takich jak Cromwell, Speakeasy, czy Blaises przy pełnej i entuzjastycznie reagującej publiczności. Niestety, po jednym z takich koncertów wiozący ich Van zderzył się z ciężarówką w wyniku czego poważnie ranny został basista. Niedługo po tym zdarzeniu zrezygnował z grania w zespole. Jego miejsce zajął Malcolm Pool z Roadrunners.

Z całej tej piątki Art Wood (starszy brat Rona i późniejszy członek The Rolling Stones) posiadał największe doświadczenie w branży muzyczno-estradowej. To on założył londyński Ealing Blues Club, w którym (o czym warto wiedzieć) zadebiutował w 1962 roku Alexis Korner (zwany ojcem brytyjskiego białego bluesa) ze swoim zespołem Blues Incorporated – Art śpiewał tam w chórkach. On też kierował poczynaniami zespołu; organizował koncerty, przejazdy, starał się o sesję nagraniową i kontrakt płytowy. Od wielu tych spraw odciążył go niebawem Johnny Jones, nowy prężny menadżer, który zgłosił się do nich po jednym z występów. Błyskawicznie załatwił im całą serię koncertów w większych salach, oraz podpisał wstępną umowę z wytwórnią Decca Records na nagranie singla. Latem 1964 roku muzycy weszli do Advision Studios przy New Bond Street i zarejestrowali swe pierwsze historyczne nagrania: „Talking About You”, „Kansas City” oraz bluesowy standard Willie Dixona „Hoochie Coochie Man”. Decca wstrzymała wydanie singla prawdopodobnie z powodu tego, iż rywalizujące wersje „Hoochie Coochie Man”  zostały wydane w tym samym czasie przez Dave’a Berry’ego i Manfreda Manna. Wytłoczona na acetacie płytka (taka trochę lepsza wersja dawnych pocztówek dźwiękowych) w 1990 roku została sprzedana na aukcji i od tamtej pory więcej się nie pokazała. Ach, mieć taki rarytas w domu! Kilka tygodni później Red Dunnage odszedł z zespołu decydując się (według niego) na pewniejszą i stabilniejszą posadę -kuriera na lotnisku Heathrow. Pozostali zaczęli szukać nowego bębniarza. W końcu zamieszczono krótkie ogłoszenie w Melody Maker, na które odpowiedziało kilka osób. Jedną z nich był Mitch Mitchell, z którym zagrali kilka koncertów, ale jego styl gry generalnie im nie odpowiadał. Dwa lata później perkusista znajdzie się w jednym z najsłynniejszych zespołów świata – The Jimi Hendrix Experience… W końcu wybór padł na Keefa Hartleya z Rory Storm And The Hurricanes , który zastąpił za bębnami Ringo Starra, gdy ten przeszedł do The Beatles. W tym składzie Decca wydała im pierwszy oficjalny singiel „Sweet Mary/If Ever Get My Hands On You”. Strona „A” to bluesowy standard Leadbelly’ego; drugi utwór był autorską kompozycją spółki John Carter/Ken Lewis, którzy później odniosą sukces z The Flower Pot Men tworząc dla nich przebój „Let’s Go To San Francisco”. Za radą producenta Mike’a Vernona z nazwy zespołu wyrzucono słowo Combo, uznając je za zbyt archaiczne, zaś datę 1 października 1964 roku uznaje się jako początkującą dla istnienie zawodowej grupy THE ARTWOODS (czasem pisaną jako The Art Woods).

Label drugiego singla "Oh My Love" (luty 1965)
Label drugiego singla „Oh My Love” (luty 1965)

W sumie wytwórnia Decca wydała grupie pięć singli przypominające trochę nagrania The Animals. Co ciekawe, strony „B” tych płytek zawierały materiał o wiele ciekawszy niż ten umieszczony na teoretycznie ważniejszych stronach „A”. Tak jest np. na singlu z kwietnia 1966 „I Take What I Want/I’m Looking For The Saxophone Doubling French Horn Wearing Size 37 Boots” (dłuższego tytułu już chyba nie mogli wymyślić) gdzie znajdujemy wyśmienitą rozimprowizowaną jazzowo-bluesową kompozycję. Podobnie rzecz ma się z ostatnią małą płytką z logo Decca Records, wydaną cztery miesiące później, która na pierwszej stronie zawierała w końcu niemal rockowy „I Feel Good”, ale na odwrocie mimo wszystko ciekawiej prezentował się rozbujany, jazzujący „Molly Anderson’s Cookery Book” urozmaicony recytacją z… książki kucharskiej. Warto jeszcze wspomnieć o bardzo udanej EP-ce „Jazz In Jeans” (kwiecień 1966), dziś niestety ultra rzadka zawierająca m.in. instrumentalną (świetną!) wersję „A Taste Of Honey”, czy pełen zmiennych klimatów „Out Man Flint” (Lord i Hartley w głównych rolach!). Szkoda, że nagrania z „czwórki” nie znalazły się na dużej płycie grupy, która wydana została w listopadzie 1966 roku pt. „Art Galery”.

THE ARTWOODS "Art Galery" (1966)
THE ARTWOODS „Art Galery” (1966). Reedycja CD Repertoire Records z 14 bonusami z 2009 r.

Przyznać trzeba, że album był dziełem bardzo udanym. Nagrany w maleńkim studiu mieszczącym się w piwnicach domu przy Denmark Street pod okiem producenta Mike’a Vernona oddaje w pełni charakter muzyki granej na żywo przez zespół. Bo trzeba wiedzieć, że kiedy THE ARTWOODS łapali wiatr w żagle, to brzmieli wręcz powalająco – jak najlepsza rhythm’n’bluesowa formacja świata! Jeden z angielskich recenzentów napisał, że to „(…) klejnot zespołowego grania z błyskającymi dwunastoma nagraniami pośród których nie ma ani chwili nudy, a panowie Lord i Hartley świecą najjaśniej”. Szkoda jedynie, że zabrakło na albumie oryginalnych kompozycji – wszystkie utwory to przeróbki mniej lub bardziej znanych standardów z rejonu bluesa, jazzu i soulu. Patrząc dziś z perspektywy czasu wydaje się, że styl formacji Erica Burdona położył się cieniem na brzmieniu THE ARTWOODS, czego przykładem do złudzenia przypominający dokonania The Animals – skądinąd bardzo udany – „I Keep Forgettin'”. Słychać też echa dokonań Them (w ozdobionym przesterowaną gitarą „Things Get Better”), oraz w mniejszym stopniu The Rolling Stones. Mnie zachwyca ponad 5-minutowy, instrumentalny „Walk On The Wild Side” z kapitalnymi Hammondami i jazzowymi, pełnymi werwy przejściami. Niewiele ustępuje mu atmosferyczny, bardzo dojrzały (jak na rok 1966) „Work, Work, Work”; mocno rozbujany „Keep Looking” pełen udanych, niemal psychodelicznych przejść gitary, czy wreszcie instrumentalny, typowy dla grupy „Be My Lady” oparty na współbrzmieniu gitary i organów. A przecież są tu także takie cudeńka, jak otwierający całość „Can You Hear Me”, czy zagrany w szybkim tempie „One More Heartache” znany z wykonania Marvina Gaye’a.

Tył okładki oryginalnego LP.
Tył okładki oryginalnego LP.

Brytyjski monofoniczny LP z czerwoną nalepką jest bardzo poszukiwany przez kolekcjonerów winyli (i fanów Deep Purple) – niestety  płyta drożeje z roku na rok. Kompaktowa wersja „Art Galery” (dlaczego wydana w stereo?!) uzupełniona została o 14 nagrań dodatkowych – utwory z singli, oraz EP „Jazz In Jeans”. Polecam też CD „Singles A’s & B’s” zawierający zbiór wszystkich nagrań singlowych w tym cztery, które nie zmieściły się na poprzednim albumie („Oh My Love”„Big City”„I’m Looking For A Saxophonist…”„Molly Andreson’s Cookery Books”). Prawdziwa gratka nie tylko dla fanów zespołu!

Mimo, że THE ARTWOODS byli jedną z najlepszych i najciężej pracujących kapel r&b tamtych czasów, to brak sukcesu komercyjnego spowodowało, że Decca straciła zainteresowanie grupą. Sytuację mógł uratować Parlophone, który wydał całkiem udany singiel „What Shall I Do/In The Deep End”, ale i ta płytka przeszła bez echa. Za namową wytwórni płytowej Fontana zmienili image przeistaczając się w amerykańskich gangsterów z lat 30-tych i pod (raczej samobójczym) szyldem St. Valentine’s Day Massacre wydali nieudany singiel, który okazał się gwoździem do trumny zespołu. THE ARTWOODS ostatecznie rozwiązali się w 1967 roku. Dziś obie te płytki warte są małą fortunę – każda po 250 funtów! Masakra!!!

Po rozpadzie zespołu najlepiej poradził sobie Jon Lord zakładając w 1968 roku Deep Purple. Z powodu pogłębiającej się choroby (rak trzustki) opuścił grupę w 2002 roku (jego miejsce zajął Don Airey). Zmarł 12 lipca 2012 w wyniku zatoru tętnicy płucnej… Keef Hartley przyjął propozycję Johna Mayalla i wstąpił do jego Bluesbreakers, a potem założył własną formację Keef Hartley BandDog Soldier. Gitarzysta Derek Griffiths grał w Satisfaction, The Alan Bown i w Dog Soldier (u boku Hartleya). O dziwo ewidentnie utalentowany Art Wood nie zrobił większej kariery; co prawda założył ze swym bratem efemeryczny Quiet Melon, ale zaraz potem wycofał się z muzycznej branży i został grafikiem. Zmarł w Londynie 3 listopada 2006 roku w wieku 69 lat…

FUZZY DUCK – Rozczochrany kaczor ciężkiego rocka.

Jeśli mam być szczery, na wstępie muszę to powiedzieć – przy muzyce FUZZY DUCK klasyczne płyty Deep Purple nie robią już taaakiego wrażenia! Natomiast tacy Uriah Heep mogliby się jeszcze sporo od nich nauczyć…

Paradoksem jest to, że ten zespół, który nagrał jeden z pięciu najlepszych, brytyjskich albumów z kręgu tzw. ciężkiego progresywnego rocka podzielił los wykonawców, którzy mieli pecha. Nagrali znakomite, wręcz rewelacyjne płyty – tyle, że nie zauważone w epoce przepadły w mrokach zapomnienia na całe dekady. Ileż takich było: Andromeda, T2, Arcadium, Norman Haines Band, Arzachel, Indian Summer,.. FUZZY DUCK to kolejny z takich zespołów, choć mógł aspirować do miana supergrupy. Wszak założony został przez znakomitego basistę Micka Hawkswortha (ex- Andromeda), perkusistę Paula Francisa (ex- Tucky Buzzard), oraz byłego współpracownika Arthura Browna, członka The Spice (grupa Micka Boxa i Davida Byrona przed Uriah Heep) – organistę Roya Sharlanda. Do tej trójki wkrótce dołączył gitarzysta i wokalista Graham White.

Fuzzy Duck w studio (1970)
Fuzzy Duck w studio. Od lewej: G. White; P. Francis; M. Hawksworth; R. Sharland. (1970)

Album „Fuzzy Duck” z nieco żartobliwą okładką przedstawiającą roztargnionego kaczora, którą zaprojektował Jonathon Coudrille ukazał się latem 1971 roku nakładem wytwórni MAM należąca do menadżera Toma Jonesa. Szkoda tylko, że mało kto miał szansę usłyszeć ten wytłoczony w zaledwie 500 egzemplarzach longplay! Toż to wręcz kryminalny przykład głupoty i krótkowzroczności wytwórni płytowej. Tej samej, która przecież wydała dziesiątki tysięcy egzemplarzy singla „I Hear You Knocking” Dave’a Edmundsa, oraz płyty popularnego wówczas Gilberta O’Sullivana. Całkiem prężną wytwórnię MAM powinno być stać na więcej, niż na nakład prywatnego tłoczenia…

LP "Fuzzy Duck" (1971)
LP „Fuzzy Duck” (1971)

„Fuzzy Duck” to porcja porywającego hardrockowego grania w klasycznym stylu; mieszanka dynamicznych Purpli z wczesnymi Atomic Rooster i Uriah Heep. Doszukać się tu można także amerykańskiego Grand Funk Railroad. Szczególnie w opus magnum albumu – „In Our Time”. Z kapitalną motoryką i imponującymi riffami, gdzie instrumentalne szaleństwa idealnie łączą się z porywającą piosenką. Zwracam uwagę na intensywną i wiecznie niespokojną grę basu; pełnym, soczystym brzmieniem Hammondów; dynamiczną i pełną improwizacji (niemal jak u Blackmore’a) grą gitary; potężnie brzmiącym, ale rozbujanym bębnieniem i wreszcie jakże ciepłym, bezpretensjonalnym i fajnym wokalem.  Album zawiera osiem nagrań, które trwały od czterech do siedmiu minut, przez co zespół nigdy nie nudził. Zapewniam, że miłośnicy dłuższych muzycznych pasaży też będą usatysfakcjonowani. I mimo, że wszystko opiera się na dość prostym schemacie: melodyjna piosenka jest bazą do efektownych solówek gitary i organów Hammonda na tle świetnej pracy sekcji rytmicznej, to właśnie ta prostota  sprawia, że słucha się tego wszystkiego z zapartym tchem i niekłamaną radością!

Zaczyna się od „Time Will Be Your Doctor” z żywym Hammondem i ciężkim basem – to jest prawdziwy, rozbujany i konkretny rocker. Pokochałem to nagranie od samego początku! Dalej mamy wcale nie gorzej, a nawet lepiej. „Mrs. Prout” zawiera sporo efektownych zmian nastroju: mocny, gitarowy początek przełamany ładną melodią, a później dosłownie istne szaleństwo Hammondów. „Just Look Around You” utrzymany w szybkim tempie eksponuje bardzo ładną melodię ze świetnymi partiami instrumentalnymi. Niesamowite solo przesterowanej gitary w „Afternoon Out” i zagęszczona, ciemna atmosfera to główne atuty tego nagrania, które sprawiają, że ciary przechodzą mi przez grzbiet.

Tylna strona okładki japońskiej reedycji CD (2005)
Tylna ( i ciekawsza) strona okładki japońskiego wydania CD wytwórni Airmail z 2005 r.

Chwytliwy, ale intensywny „More Than I Am” nie schodził poniżej imponującego poziomu. „Country Boy” klimatem zbliżony do Deep Purple zachwyca mocą wspaniałych gitarowych zagrywek, szybkim tempem, ciężkim bluesującym przejściem i najwspanialszą solówką gitarową na tej płycie. W połowie tego sześciominutowego numeru perkusja do spółki z organami robi taki dym, że dech zapiera! O utworze „In Our Time”  pisałem na samym początku, zaś całość zamyka 1,5-minutowa miniaturka „A World From Big D” będąca bardziej muzycznym żartem zespołu, niż „poważną” kompozycją. Wplecione w nim kacze odgłosy (w tej roli organista Roy Sharland) zawsze wprawiają mnie w dobry humor. Tak jak i widok spoglądającego z okładki rozczochranego, ale jakże sympatycznego Kaczora Fuzzy’ego – szarlatana ciężkiego rocka.

Wydania kompaktowe zawierają bonusy – cztery nagrania singlowe (z sierpnia i listopada 1971 roku) zrealizowane z nowym gitarzystą Garth Watt-Roy’em (zniechęcony White opuścił zespół tuż po nagraniu albumu). Pierwszy (i najdroższy) CD ukazał się w Japonii (no bo gdzie jak nie tam?) nakładem firmy Airmail w 2005 roku. Europejskie reedycje, m.in. Repertoire (2007) i Esoteric Records (2012) na szczęście są dużo tańsze i ich zdobycie nie powinno nastręczyć kłopotu.

Po rozpadzie zespołu Mick Hawksworth pojawił się na płycie Mathew Fishera (ex- Procol Harum) i Ten Years Later („Rocket Fuel” i „Ride On”) Alvina Lee, zaś Graham White założył progresywny Capability Brown. Z kolei Garth Watt-Roy założył ze swoim bratem Normanem (bas) grupę Greatest Show On Earth, a następnie zasilał szeregi East Of Eden, Limey, Steamhammer, The Baron Knights, aż w końcu założył grupę The Q Tips. Paul Francis grał na płytach grupy Tranquility, także z Mickiem Ronsonem, z Maggie Bell, oraz Chrisem Speddingiem. Ostatnio zaś koncertował ze Stevem Harleyem.