Panta Rei „Panta Rei” (1973)

Patrząc pod kątem muzycznym na miasto Uppsala (60 km na północ od Sztokholmu) okaże się, że w latach 70-tych działała tam prężna scena szwedzkiego rocka progresywnego. To z żyznej gleby Uppsali wyrósł jeden z najbardziej wpływowych zespołów wszech czasów (według szwedzkich fanów rzecz jasna) czyli Samla Mammas Manna. Nie byli jednak jedyni. Rok później, w 1970 roku u ich boku pojawiła się grupa PANTA REI chętna do robienia muzyki odbiegającej od jakiejkolwiek estetyki komercyjnej.

Działali krótko, ledwie trzy lata. Pozostawili po sobie jeden jedyny album z przyciągającą wzrok niezwykłą (niektórzy twierdzą, że obrzydliwą) okładką zatytułowany po prostu „Panta Rei”.

Album "Panta Rei" (1973)
Kontrowersyjna okładka albumu „Panta Rei” (1973).

Nie jest to długi krążek – raptem pięć kompozycji i 38 minut muzyki. Muzyki wybornej. Napędzanej dwiema gitarami prowadzącymi ze świetnymi solówkami z użyciem efektu wah wah. Pojawia się też saksofon, flet, liczne instrumenty perkusyjne, harmonijka ustna, marakasy… Bogate instrumentarium dodało brzmieniu niepowtarzalnego charakteru. Do tego solidny nieco połamany rytm, długie utwory, chwytliwe melodie, świetny warsztat wykonawczy – słowem żadnego ściemniania i muzycznej waty! Był taki czas, że słuchałem tego albumu przez kilka tygodni na okrągło. I z każdym kolejnym przesłuchaniem odnajdywałem nowe dźwięki, nowe smaczki, które wcześniej umykały mojej uwadze. Jakie to było fascynujące!

Chciałbym od razu wyjaśnić, że „Panta Rei” to żaden tam space rock, psychodelia, czy rock symfoniczny jak niektórzy płytę tę klasyfikują. Całość wypełnia zagrane z niesamowitą lekkością… ciężkie(!) progresywne granie z wzorcowo wplecionymi elementami jazzu, folku i bluesa, czyli to co cechowało ówczesny rock progresywny.

Radosny „Five Steps” otwiera cały album. To najkrótszy utwór na płycie, zaledwie trzy minuty z sekundami, ale z dynamicznymi, pięknymi partiami granymi przez dwie gitary unisono w stylu Wishbone Ash… Czułe dźwięki, tym razem akustycznej gitary, zaczynają balladowy „White Bells”. Cudowny nastrój folkowego klimatu wyczarowuje bogato zdobiony flet pojawiający się po minucie i dwudziestu sekundach. Jest w tym coś z crimsonowskiego „I Talk To The Wind” w połączeniu z nastrojami z płyt grupy Traffic. Naprawdę piękna rzecz od której trudno się uwolnić. Potem mamy instrumentalny, zakręcony i mocno połamany rytmicznie „Five O’Clock Freak” z gościnnym udziałem saksofonisty Gorana Freese z free jazzowej formacji GL Unit. To już najwyższa półka rockowej progresji. Słychać tu zarówno fascynację brzmieniem Sceny Cantenbury (Caravan, Soft Machine) Zappą i jego The Mothers On Invention, a nawet Hendrixem, ale bez awangardowych szaleństw i niepotrzebnych udziwnień. To tu jak w muzycznym tyglu mieszają się instrumenty w bogate dźwięki: harmonijka, fortepian, marakasy, perkusyjne „przeszkadzajki”, fantastyczny saksofon tenorowy, akordeon… Mimo jamowego charakteru wszystko jest zaplanowane, poukładane i co ważne – zagrane z zegarmistrzowską precyzją. Takie granie cechuje jedynie wielkich Mistrzów. Szacun!

Tył okładki oryginalnej płyty
Tył okładki oryginalnej płyty .

Najdłuższym, blisko 14-minutowym nagraniem jest „The Knight” zaczynający stronę „B” oryginalnej winylowej płyty. Rozpoczyna się gitarową melodią w średniowiecznym stylu. do której podłącza się lider formacji, Thomas Arnesen. Gra na elektrycznym fortepianie coś co przypomina jeden z koncertów fortepianowych Roberta Schumanna. A może tylko tak mi się wydaje..? W każdym bądź razie Arnesen przenosi partię fortepianu na gitarę idealnie wpasowując się w charakter utworu. Tymczasem zapętlony rytm perkusji wprowadza słuchacza w lekki trans, z którego wybudza głęboki głos wokalisty Georga Trolina. Na moment pojawia się flet, ale nie dajmy się zwieść – muzyka podąża w rejony jazz rocka, tak gdzieś w okolice Mahavishnu Orchestra i pozostaje na dłużej pozwalając Leif’owi Ostmanowi  zagrać długą, fenomenalną wręcz jazzową solówkę gitarową. Pałeczkę (w dosłownym tego słowa znaczeniu) na moment przejmuje perkusista Tomo Wihma wykonując króciutkie solo na bębnach. O rany! Jak się ma taki muzyków na pokładzie trudno potem dziwić się, że poziom nagrań jest tak wysoki… Płytę zamyka nieco orientalny w smaku „The Turk” dopełniając album luźnym, wesołym w nastroju nagraniem nieco zbliżonym do twórczości kolegów z ich rodzinnego miasta Uppsali, czyli grupy Samla Mammas Manna. Figlarne oczko puszczone w ich kierunku..? Myślę, że tak.

„Panta Rei” to jedna z najbardziej niezwykłych płyt z kręgu skandynawskiego rocka i (jak dla mnie) najlepsza jaka powstała w Szwecji w latach 70-tych. Kompaktowa reedycja Flawed Gems z 2011 roku brzmi rewelacyjnie i ma całkiem przystępną cenę w przeciwieństwie do oryginalnego i trudno dostępnego winylu, za który poważni kolekcjonerzy płacą od 1000 euro w górę bez mrugnięcia okiem. Pozostaje jedynie żal, że tuż po wydaniu debiutu ta świetna grupa przestała istnieć. Cóż, już wieki temu Heraklit z Efezu powiedział, że nic nie jest stałe, wszystko płynie – ta panta rhei.

2 komentarze do “Panta Rei „Panta Rei” (1973)”

  1. Hahahaha – już ci zdążyli zablokować post na fb? Nawet nie zdążyłam skomentować lol.. O tempora, o mores!
    – pozdrawiam bardzo 😉

    1. Polityka fb jest dziwna. Kawałek ludzkiego odkrytego ciała jest tabu. To zresztą nie pierwszy przypadek, że mi zablokowali post. Tym razem myślałem, że mi puszczą. Nie puścili…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *