CHURCHILLS (1969) – ołowiany sterowiec z Tel Awiwu.

Od razu muszę wyjaśnić, że izraelski zespół CHURCHILLS nie ma żadnego związku z anglofilstwem, ani tym bardziej z sir Winstonem Churchillem. Co prawda pierwszy gitarzysta grupy, Yitzchak Klepter, nazywany był przez szkolnych kolegów Winstonem (w domyśle – Churchillem), ale nazwa ta tak naprawdę powstała po złączeniu hebrajskich słów (Ha Chir Shar Eil,), które czytane jako chercaiels znaczą Pieśń Boga. To tyle jeśli chodzi o etymologię nazwy zespołu, którego początki sięgają roku 1965 jeszcze pod nazwą Churchill’s Hermits.

Pustelnicy Churchilla utworzył mieszkający na przedmieściach Tel Awiwu basista Miki Gabrielov, oraz jego przyjaciele ze szkolnej ławy: wokalista Selvin Lifshitz, wspomniany już wyżej gitarzysta Yitzchak Klepter, oraz perkusista Ami Treibich.  Grając popularne piosenki oraz covery Beatlesów i The Shadows przenieśli się do Ramli – izraelskiej stolicy rozrywki występując w nocnych klubach i dyskotekach. Gdy dopatrzono się, że są niepełnoletni odesłano ich do Tel Awiwu. Tu (o dziwo!) dość szybko dostali angaż w popularnym klubie HaMasger przygrywając gościom do tańca. Od czasu do czasu wspierał ich gitarzysta Haiym Romano, który w 1967 roku stał się członkiem zespołu po tym jak Klepter i Lifschnitz zostali powołani do izraelskiej armii…

Mniej więcej w tym samym czasie angielski gitarzysta i wokalista Robb Huxley wraz z zespołem The Tornados zrobił sobie krótką wycieczkę do Izraela. Zespół, wcześniej uznawany za poważnych rywali The Shadows, był praktycznie w rozsypce. Ostatecznie Huxley porzucił swych kolegów zostając w Izraelu, związał się na krótki czas z garażową kapelą The Purple Ass Baboon, a następnie dołączył do ekipy Gabrielova. To samo zrobił kanadyjski wokalista Stan Solomon. Zostawiając w Hajfie beatowy zespół The Saints stał się ostatnim ogniwem grupy, która w maju 1968 roku ostatecznie przyjęła nazwę CHURCHILLS (pisaną także jako CHURCHILL’S).  Tak na marginesie: Stan uciekł z Kanady gdy rodzice zadecydowali, że po skończeniu szkoły młodzieniec przejmie ich zakład krawiecki. Chłopak zbuntował się, uciekł z domu lądując ostatecznie w izraelskiej kapeli muzycznej…

Churchills w Danii (1969)
Zespół Churchills podczas pobytu w Danii (1968)

Huxley i Solomon tchnęli nowego ducha w zespół. Odcięli się od grania popowych przebojów proponując słuchaczom inny rodzaj muzyki. Muzyki, której nikt jeszcze w tym kraju nie grał, czyli odlotową psychodelię spod znaku The Doors i Jimi Hendrixa wymieszaną z melodyką tutejszego folku. Od samego początku starali przekonać do siebie konserwatywną część społeczności Izraela. Jak wiadomo kultury rockowej w sensie społecznym i politycznym nie było, więc i stosunek do muzyki rockowej był negatywny. Przed nimi nikt w tym kraju nie grał tak dziwnie, tak mocno, tak głośno, jednym słowem – inaczej. Bariery zaczęły pękać, a koncerty CHURCHILLS w klubach takich jak Masakha, Calypso, czy Hakarish (nazywane przez ortodoksów narkotykowymi norami) gromadzić zaczęły coraz większą (w 95% męską!) publiczność.

Churchills w klubie Masakha (1968). Uwaga: niemal całkowita męska publiczność.
Klub Masakha. Churchills na scenie, pod nią zdecydowanie męska publiczność. A w tle plakat reklamujący Helen Shapiro (1968).

Punktem zwrotnym dla grupa okazała się współpraca z Arikiem Einsteinem. Powszechnie uważa się go za największego i najbardziej popularnego izraelskiego artystę wszech czasów. Arik zaprosił ich do pracy nad swym nowym albumem „Poozy”. Współpraca okazała się na tyle owocna, że kolejne trzy albumy Einstein nagrał z CHURCHILLS‚ami, który towarzyszył mu w jego kilku solowych koncertach. Dziś płytę „Poozy” wydaną w 1969 roku uznaje się za pierwszy rockowy album nagrany w języku… hebrajskim. Wydaje się też, że współpraca zespołu z Arikiem Einsteinem zwróciła uwagę francuskiego reżysera Jacques’a Katmora, który zaproponował im zrobienie ścieżki dźwiękowej do filmu „A Woman’s Case” (oryg. „Mikreh Isha”). Kompozycje do tego obrazu, które były dziełem Robba Huxleya, zostały tylko częściowo wykorzystane w filmie. Sam film, mający w założeniach być pierwszą artystycznie niezależną produkcją izraelską okazał się totalnym niewypałem. Muzycy niewiele się tym przejęli – w tym czasie odbywali właśnie tournee swego życia po Skandynawii grając na jednej scenie z Deep Purple i Led Zeppelin…

Po powrocie do Izraela pod koniec 1968 roku weszli do studia nagraniowego Kolinor (delikatnie mówiąc bardzo skromnie urządzonego), w którym zarejestrowali nagrania na dużą płytę. Przed Bożym Narodzeniem ukazał się ich pierwszy singiel „Too Much In Love To Hear/Talk To Me” z piosenkami z repertuaru The Tornados będący forpocztą albumu wydanego tuż po Nowym Roku. Longplay zatytułowany po prostu „Churchill’s” wydała wytwórnię Hed Arzi.

Płyta "Churchills" (1969)
Płyta „Churchill’s” (1969) – winylowy Święty Grall.

Płytę wytłoczono w ilości 800 egzemplarzy (niektórzy twierdzą, że nakład był mniejszy i nie przekroczył 500 szt!) więc nie dziwmy się, że dziś jest to jeden z najdroższych czarnych krążków na świecie. Uważany za winylowego Świętego Graala na giełdowym rynku płytowym już na samym starcie osiąga cenę 2500 euro! Problem w ty, że ci którzy go mają raczej z rąk już go nie wypuszczają… Skąd tak niski nakład? Odpowiedź jest banalnie prosta. Takiej muzyki nikt wcześniej w Izraelu nie wydawał. Hed Arzi specjalizowała się w wydawaniu singli i płyt długogrających z tamtejszą muzyką pop. Szefowie wytwórni nie mieli zielonego pojęcia jak ugryźć temat zwany rockiem. Jak promować coś czego nie grało tutejsze radio, telewizja, czego Izraelczycy w ogóle nie znali. No i pamiętajmy, że w tym czasie w całym Izraelu mieszkało jedynie 2 mln. ludzi, a więc niewiele więcej niż dziś liczy sobie Warszawa…

Pierwsza strona oryginalnej płyty to ulepszone kompozycje napisane do filmu „A Woman’s Case” autorstwa Huxleya z tekstami Solomona. Każdy z członków zespołu dodaje od siebie swój własny indywidualny styl dzięki czemu muzyka nabiera pewnego rodzaju lekkości nawet w nagraniach o cięższym gatunkowo brzmieniu. I tak np. jestem pod wrażeniem świetnie współpracującą ze sobą sekcją rytmiczną, a agresywne i potężne linie basu Miki Gabrielova w „Song From The Sea” czy w „Comics” to już prawdziwe mistrzostwo świata. Grupie udało się wymalować niesamowicie zwiewny klimat, którego nieodłącznym elementem jest tutaj wokal Stana Solomona. Jego głos urzeka piękną, ciepłą barwą jak choćby w przepięknych, doorsowskich „When You’re Gone” i „Straight People” od których trudno mi się uwolnić. Potrafi też ryknąć i to całkiem mocno co udowodnił w „Strangulation”. Utwór napisany przez samego wokalistę (z niewielką pomocą Gabrielova) powstał po bolesnym rozstaniu z ukochaną dziewczyną. Jego tytuł idealnie nawiązywał do filmu, w którym główna bohaterka na koniec zostaje uduszona… W „Pictures Of My Mind” po raz pierwszy użyto oscylatora dźwięku – urządzenia imitującego elektroniczne, tzw. „kosmiczne” dźwięki. Na potrzeby filmu piosenka zostało skrócona. Z braku czasu okrojona wersja znalazła się na albumie. Wielka szkoda, bo jest urocza… Opus magnum albumu, czyli „Subsequent Finale” pełen jest melodyjnych bębnów inspirowany Beduinami, a cały numer uroczo ozdobiono genialnymi „liźnięciami” mandoliny na której cudownie zagrał Haiym Romano. W połączeniu z basem i elektryczną gitarą stworzyło to niespotykaną do tej pory fuzję folkowej muzyki arabskiej z rockiem… „So Alone Today” to z kolei najbardziej odjazdowy utwór na płycie. O ile wokal nagrany jest normalnie to muzyka brzmi jak puszczona od tyłu. Jakby została zagubiona w kosmicznej przestrzeni. Było sporo problemów z jej nagraniem w studio. Ponoć inżynierowie naprawdę wierzyli, że muzycy są szaleńcami i celowo próbowali sabotować dalszą pracę… „Debka” to rodzaj rytualnego tańca na Bliskim Wschodzie, który z podkładem perkusyjnym płynie w rytmie 4/4. Takie małe arcydzieło o epickich proporcjach na zakończenie tego niezwykle uroczego albumu. Albumu, w którym mistycyzm i kosmiczne brzmienie przenikają się wzajemnie z psychodelicznym rockiem, arabskim folkiem i uroczym popem…

Do życia i muzyki podchodzili na luzie.
Muzycy do życia i muzyki podchodzili na totalnym luzie. (Foto. tył okładki)

Ilekroć słucham nagrań z tej płyty mam nieodparte wrażenie, że muzycy doskonale bawili się graną przez siebie muzyką. Mieli naturalny dystans do tego co robili i prawdopodobnie nie byli świadomi faktu, że przekraczając granice muzyki pop w Izraelu stworzyli jedną z najwspanialszych płyt w historii szeroko pojętej muzyki rockowej. I chociaż można doszukać się tu elementów The Yardbirds, Cream, Doors, Jimi’ego Hendrixa i Jefferson Airplaine brzmienie zespołu jest ich bardzo osobistą wizją. Łącząc  Wschód z Zachodem stworzyli swój własny niezależny zakątek świata.

Jeden z ówczesnych brytyjskich recenzentów napisał o zespole jedno piękne zdanie: „The Churchills to Zepellin dowodzony przez Izraelitów!” I choć wydaje się to niewiarygodne izraelski Zeppelin szykował się dopiero startu. A to co najlepsze miało dopiero nadejść. CHURCHILLS nagrali jeszcze dwie absolutnie fenomenalne płyty z ciężkim rockiem tyle, że… pod dwiema różnymi nazwami – jako Jericho Jones i Jericho.  Szkoda, bo tym samym namieszał nam trochę w głowach. No, ale to już opowieść na inną porę…

PS. Kompaktowa reedycja Axis Records zawiera dziesięć bonusów z rzadkich singli z lat 1968-1970 (w tym m.in. „Living Loving Maid” Led Zeppelin i „She’s A Woman” The Beatles) i 10-minutową płytkę nagraną z Izraelską Orkiestrą Symfoniczną „Churchills Plays Bach” – niestety tytuły nie zostały wymienione na tyle CD. Jeśli ktoś jest zainteresowany pełną setlistą tych nagrań służę pomocą.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *