Samorodek wczesnego metalu. JERUSALEM (1972).

Po raz pierwszy usłyszałem ten zespół ze szpulowego magnetofonu kolegi, który całkiem przypadkiem nagrał z radia kawałek niemieckiej audycji muzycznej nadawanej na falach średnich. Jakość nagrania była fatalna; uciekający dźwięk, piski, trzaski, buczenie… ale to, co wówczas usłyszeliśmy zwaliło nas z nóg. Dosłownie. Pochłonięci dźwiękami nie zwracaliśmy uwagi na zakłócenia. Liczyła się muzyka i surowa energia jaka z niej płynęła. To było jak Black Sabbath, ale inne niż Sabbath. Ciężkie jak Zeppelin i Deep Purple, ale inaczej… Kompletnie nie znając niemieckiego utrwaliło nam się w głowie jedno, powtarzające się co jakiś czas słowo: Jerusalem. Tę nazwę przechowywałem w pamięci długie lata, aż po kilku dekadach bramy Jerozolimy stanęły przede mną otworem dzięki kompaktowej reedycji ich jedynej, jak się okazało, płyty. Radość jej słuchania po takim czasie, z jakością dźwięku w idealnym stanie, było dla mnie jedną z większych atrakcji roku 2009!

Kwintet Jerusalem na promocyjnej sesji zdjęciowej (styczeń 1972).

Kto wie, czy w ogóle powstałby zespół Jerusalem, gdyby nie dwaj szkolni koledzy z miejscowego liceum w Salisbury, Paul Dean i Ray Sparrow, którzy pewnego jesiennego i dżdżystego dnia 1967 roku wybrali się na koncert Johna Mayalla i Bluesbreakers. Chłopcy, mający wówczas po 16 lat, zachwyceni formą muzyki, której nigdy wcześniej nie słyszeli postanowili założyć zespół. Proces jego formowania trwał dłużej niż myśleli. W różnych okresach czasu przychodzili kolejno: Bob Cooke (g), Lynden Williams (voc) i Bill Hinde (g) cementując tym samym ostateczny skład Jerusalem pod sam koniec dekady.  Z góry też założyli, że nie będą grać coverów. Chcieli stworzyć coś własnego, co byłoby trochę inne. Rolę pisania autorskiego materiału wziął na siebie Paul Dean. I to był strzał w dziesiątkę.

Jerusalem na terenie oranżerii Hurdcott House w Salisbury (styczeń 1972)

Szybko okazało się, że ten nieoszlifowany, surowy zespół z mrocznymi i złowrogimi riffami w tonacji molowej wyprzedzał swój czas na wiele sposobów. Natarczywe, ostre dźwięki były tłem dla wokalisty, który udręczonym głosem snuł makabryczne opowieści o żołnierzach zabijających dzieci, psychopacie zarzynającym kobiety, ponurym żniwiarzu, śmierci, rozkładających się ciałach w grobach… Teksty nie miały przerażać. Wprowadzały nowym wymiar surowości jakiej do tej pory na Wyspach nie było. Ale to nie one decydowały o rosnącej popularności zespołu, a energetyczne występy powalające publiczność. Ludzie ich kochali, albo nienawidzili. Kompromisu nie było. Mieli brzmienie i dźwięk, które potrzebowało tylko czasu, by pokochali go fani metalu. Nurt NWOBHM (New Wave of British Heavy Metal) i zespoły takie jak Metallica pojawią się za kilka lat…

Jako grupa supportowa dzielili scenę m.in. z Black Sabbath, Uriah Heep, Status Quo… Na jednym z takich koncertów, w grudniu 1971 roku, gdzie otwierali występ Led Zeppelin w rodzinnym Salisbury’s City Hall zobaczył ich Ian Gilan. „Niewiele zespołów mnie podnieca, ale ten jest taki surowy i bezpretensjonalny. Jestem zachwycony” – zwierzał się swoim kolegom. „Robią największy hałas, jaki można sobie wyobrazić. Są szorstcy, ponurzy, ale z własną silną tożsamością. I robią rzeczy, które inni uznają za „niefajne”. Bezpośrednio po występie Gillan podpisał z zespołem kontrakt z firmą Pussy Enterprises, której był właścicielem. Wyprodukowanie płyty w De Lane Lea Studios w Holborn (centrum Londynu) zajęło mu cztery styczniowe dni. 24 marca 1972 roku album wydał Deram, choć zakusy na niego miały i inne wytwórnie na czele z Harvest Records. Porażająca okładka autorstwa gitarzysty, Boba Cocke’a idealnie tu pasuje: jest zimna, wilgotna, wstrząsająca. I nie ma nic wspólnego z religijną krucjatą jak wielu mylnie ją odczytuje. Paul Dean: „Obraz bez podtekstu religijnego symbolizuje coś potężnego, coś co oznacza walkę i dążenie do swojej przyszłości jakakolwiek by nie była. W życiu nic do ciebie samo nie przychodzi, musisz wyjść i walczyć o swoje!”

Front okładki płyty „Jerusalem” (1972)

Ten album skopie tyłek każdemu kolekcjonerowi mało znanego hard rocka przełomu lat 60/70. Płyta kipi proto-metalową energią jak w doskonałym, otwierającym płytę utworze „Frustration” z rozmytym bluesowym riffem, czy „Hooded Eagle” miażdżącym wszystko, co kiedykolwiek zostało nagrane w latach 70-tych. W departamencie ciemności w psychopatycznym „Primitive Man” są równi Black Sabbath. To jeden z najcięższych numerów i trudno dopasować intensywność tej melodii do roku 1972. Sześć minut wstrząsającego proto-doomu z emocjonalnym, raczej wyrzucanym niż śpiewanym, wokalem Williamsa.  jakby za chwilę miał się załamać. Mój ulubiony kawałek, do którego mam wielki sentyment – razem z „Frustration” znalazł się na wspomnianej taśmie magnetofonowej… Z kolei Midnight Steamer” i „She Came Like A Bat From Hell” zmieszane z ostrym, funkowym groovem to ni mniej ni więcej jak wczesne wersje „brudnego” stoner metalu. Ponadczasowe utwory do dziś brzmiące zaskakująco świeżo.

Tylna strona oryginalnej okładki

Łapmy odrobinę oddechu albowiem zespół znów nabiera tempa i w „When The Wolf Sits” wsadza nas na gitarowy roller coaster ze świetnymi zagrywkami i riffami. I chociaż od strony tekstowej jest mrocznie ma on niesamowicie zaraźliwą melodię. Wokal idzie po cienkiej linie między zdrowym rozsądkiem, a szaleństwem pieczętując ów cholernie szybki i zabójczy rocker! Nie wiem jak oni to zrobili, ale blues rockowy „I See The Light” przesiąknięty jest progresywną atmosferą. Zespół inteligentnie buduje „przypływy” i „odpływy” dzięki czemu mam wrażenie, że ten fantastyczny numer trwający cztery minuty staje się dwa razy dłuższą, epicką mini suitą. „Beyond The Grave” zaczyna się zwodniczo wesołym wstępem idąc przez świeżo przeoraną drogą Zeppelina z wróżkami i orkami. Czy to ma sens..? Cholera, to był rok ’72 i tak naprawdę mało kto wiedział, o co komu chodziło na takich albumach jak ten, ale na tym polegało też całe to piękno. Nieważne, bo dalej zespół wymyśla brzmienie, które Nomeansno rozwinął dużo, dużo później osiągając przy tym wielki sukces przechodzące w noise-punk, w którym muzycy oddają salut środkowym palcem. Na zakończenie dostajemy szalony „She Came Like a Bat From Hell”. Żaden tam blues, ani jakaś łzawa ballada lecz rockowa petarda. Jerusalem bawi się tu kolejnym świetnym riffem i dudniącymi bębnami świetnie pointując całą tę hałaśliwą płytę.

Album ukazał się jednocześnie na Wyspach i Niemczech. Niestety, pomimo reklamy w prasie muzycznej sprzedawał się słabo. Sytuacji nie zmienił singiel wydany w kwietniu 1972 z nagraniem „Kamakazi Moth”, który nie znalazł się na płycie. Jedyną(!) krótką recenzję z tamtych czasów jaką znalazłem była ta z magazynu „Gramophone”: „Jerusalem  jest młodym i bardzo ciężkim zespołem, a ich album przesiąknięty gitarowymi riffami zdecydowanie powinien odpowiadać pokoleniu nastolatków, niż im starszym kolegom kochających Dylana. Uważam, że ten zespół jest zdecydowanie lepszy niż Black Sabbath, ale kim ja jestem, by to oceniać?” Kiepska sprzedaż podcięła muzykom skrzydła i latem 1972 roku sen się skończył. Paul Dean, Roy Sparrow i Bob Cooke wkrótce założyli power rockowe trio Pussy. Grupa nie przetrwało długo i po wydaniu jednego singla rozpadła się. Szkoda, bo mieli gotowy materiał na dużą płytę, ale z niewiadomych do dziś przyczyn jej wydanie zostało wstrzymane. Na szczęście wytwórnia Rockadrome w 2011 roku zebrała wszystkie dostępne ich nagrania (w tym niewydany krążek) i udostępniła je na kompilacyjnej płycie „Invasion”.

Choć album „Jerusalem” może nie ma ciężkości Black Sabbath, ani brzmienia Deep Purple, czy Led Zeppelin, bez wątpienia jest złotym samorodkiem wczesnego metalu wyprzedzającym swoje czasy. Ma brzmienie i styl, do którego tak wiele zespołów dąży, a tak niewiele je osiąga. Jeśli ktoś myśli o zebraniu kolekcji mało znanych płyt ciężkiego rocka tamtych lat gorąco polecam zacząć od „Jerusalem”! Tym bardziej, że kompaktowa reedycja z 2009 roku posiada nie tylko zremasterowany, pięknie brzmiący dźwięk, ale zawiera też pięć bardzo ciekawych bonusów, w tym tytułowy utwór z ich jedynego, dziś już raczej niedostępnego singla

2 komentarze do “Samorodek wczesnego metalu. JERUSALEM (1972).”

  1. Świetna płyta, u mnie w rankingu heavy-rocka roku 1972 wysoko, bo na 14 miejscu.
    Pussy też warte uwagi, choć w niektórych numerach te wtręty T.Rex i Sweet całkowicie zbędne i frustrujące.

    1. Oj, rok 1972 sypnął wieloma znakomitymi płytami, by wymieć choćby „Vol. 4” Black Sabbath, „Machine Head” i „Made In Japan” Deep Purple, „Squawk” Budgie, debiut Scorpions, „Slade Alive!” Slade, nie mówiąc o wykonawcach spoza kręgu hard rocka: King Crimson, Pink Floyd, Genesis, Cream, Fleetwood Mac… Tak więc faktycznie, 14 pozycja to świetny wynik. Gratulacje.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.