Szarlotka z jabłkiem. CATAPILLA „Catapilla” (1971), „Changes” (1972)

W pierwszych latach siedemdziesiątych jak grzyby po deszczu powstawały zespoły muzyczne, a pomysły rozbłyskiwały, dojrzewały i blakły, a na ich miejsce pojawiały się nowe. W tym czasie niemal każda londyńska ulica słynęła z ekscentryków o manierach podżegaczy. Gdy tylko któryś z nich rzucił okrzyk, lub szepnął konspiracyjnie „Come on…”, w przestrzeni pojawiała się ekskluzywna jednostka twórcza. Na przykład zespół Catapilla.

Ta oryginalna formacja pojawiła się w zachodnim Londynie w okolicach Bożego Narodzenia 1970 roku. Od razu zaznaczę: słodkie piosenki i teksty o miłości to nie ich bajka. Młodzi oryginałowie jako kierunek bazowy wybrali eksperymentalny jak na owe czasy jazz rock, I choć nie byli na tym polu pionierami (gatunek ten penetrowali już Soft Machine, Colosseum, czy Nucleus) wojownicy z Catapilli mieli swój własny, odmienny od wspomnianych grup styl artystyczny. Ta odmienność przyciągnęła uwagę Cliffa Coopera z Orange Music, który podpisał z zespołem kontrakt. Patronat nad nim objął producent i menadżer Black Sabbath, Patrick Meehan, wielki fan mistycyzmu ze skłonnością do okultyzmu. Nawiasem mówiąc to on maczał palce przy debiucie Black Widow… Międzygatunkowy styl, zawiły dla rocka i odległy dla jazzu dodał im punktów. Pewnie dlatego w czasach rozkwitu intelektualnych gatunków muzycznych stali się łakomym kąskiem dla dociekliwych umysłów studenckich.

Catapilla (1971)

Początkowo grupa składała się z dość solidnej liczby członków. Byli to: Malcolm Frith (perkusja), Dave Taylor (bas), Graham Wilson (gitara), oraz sekcja dęta składająca się z Hugh Eaglestone’a, Thierry’ego Rheinharta i lidera Roberta Calverta (ale nie tego z Hawkwind – tamten niech lepiej tego nie czyta); wokalistą zespołu był Jo Meek.  W takim składzie zaczęli stawiać pierwsze kroki na szczyt progresywnego Olimpu. Krótko przed nagraniem albumu z zespołem pożegnał się Jo Meek oddając miejsce za mikrofonem swojej siostrze Annie, która oprócz tego, że śpiewała była też malarką i poetką. Od tego momentu tak naprawdę zaczęła się krótka kariera zespołu Catapilla.

Debiutancki album, którego producentem był Patrick Meehan w czerwcu 1971 roku wydało Vertigo. Bardzo ładną, rozkładaną okładkę zaprojektował Rick Breach, twórca wielu rockowych grafik z lat 70-tych m.in. dla Killing Floor, Black Widow, Warhorse, Gentle Giant, czy angielskiej NIrvany. Ogarnięcie debiutanckiego dzieła Brytyjczyków to zadanie trudne, by nie powiedzieć karkołomne, a pisanie recenzji to jak granie na wiolonczeli przy Paganinim. Mimo wszystko podejmę ryzyko…

Front okładki płyty „Catapilla”  zaprojektowany przez Ricka Breacha (1971)

Nadgryzione jabłko zazwyczaj przywołuje mi na myśl Beatlesów, ale muzyka zespołu nie ma nic wspólnego z Lennonem i McCartneyem. Żeby się o tym przekonać trzeba ją jednak „ugryźć” i posmakować. Inaczej się nie da. Co by nie mówić, jest to mocna hybryda psychodelicznego free jazzu i funkowych rytmów. Album składa się z czterech utworów z rozbudowanymi, instrumentalnymi pasażami, w których gitara, saksofon i klawisze idealnie ze sobą  współpracują. Muzyka daleka jest od przyziemności – większość składa się z hipnotycznych rytmów i jamów, a wokalistka daje muzykom dużo miejsca na improwizację między zwrotkami. Zresztą to, co naprawdę nadało Catapilli charakterystyczny sznyt, to jej agresywny wokal – Anna śpiewa jakby egzorcyzmowała swoją duszę. Wiem, nie wszyscy ją akceptowali. Czasem, gdy lamentuje, płacze i wykrzykuje swoje błagania brzmi jak zrozpaczona Nico. Może jej głos brzmi jak test na wytrzymałość, ale jeśli już się go zaakceptuje zapewniam – zdziera papę. Jegopróbkę otrzymujemy już na starcie płyty, w utworze „Naked Death” poruszającym temat rozczarowania społeczeństwem i środowiskiem. Ten 16-minutowy hipnotyzujący jam, w którym kluczową rolę odgrywają instrumenty dęte zawiera ciężkie gitarowe riffy i świetne solówki saksofonowe, a dziki wokal o sile tornada Anny Meek idealnie wpasowuje się w muzykę. Można tu dokonać porównania z Curved Air, który kilka lat później odniósł wielki komercyjny sukces udowadniając, że mało znana muzyka wczesnych lat 70-tych bardzo wyprzedzała swoje czasy. Dwa następujące po sobie kawałki: „Tumbleweed” i „Promises” ładnie zaaranżowane na sekcję dętą są dużo lżejszego kalibru. Pierwszy, pozwalający Annie zabłysnąć radykalnie odmiennym, bardziej powściągliwym śpiewem jest w zasadzie popowym kawałkiem. Drugi, opowiadający o złamanych obietnicach i rozczarowaniach to misternie utkany jazz rock. Pełen wściekłości wokal Anny doskonale oddaje jego treść. „Obietnice, które mi złożyłeś, dotyczące wolności, miłości i luksusu, są teraz częścią przeszłości. Swobody, które odbierasz sprawiają, że ludzie się burzą, aż w końcu wyrwą nas z tego snu”.

Tylna strona okładki.

Drugą stronę wypełnia 24-minutowa suita „Embrionic Fusion” wyznaczająca początek tego, co uważano wówczas za królewską drogę: łączenia binarnego, rytmicznego, energetycznego i porywającego ciężkiego rocka z improwizacją nieokiełznanego jazzu. Jest tu kilka fajnych solówek na saksofonie i zawodzący wokal Anny śpiewająca swoje dramatyczne teksty. „Grzmiąca jaskinia roztrzaskana przez piorun, w miarę dzika. Pod wpływem tej furii wyrosła róża. Róża, tak bogata, tak czysta”. Są tu liczne zmiany tempa, od kołyszącego początku w stylu „Wipping Frost” The Allman Brothers Band przerywane saksofonowymi i gitarowymi solówkami, do jazz rockowego rytmu ciągnącego się przez większość nagrania. W momentach, gdy tempo zwalnia wokalistka wypełnia je swoimi oryginalnymi opowieściami, a całość kończy porywający finał.

Debiutanckie dzieło Catapilli pokazało wszystkim, że w niedalekiej przyszłości w Anglii będzie bardzo zacięta rywalizacja o zaszczyt bycia w czołówce progresywnego rocka. Długie kompozycje, wirtuozerskie wykonanie, niezwykłe wokale – wszystko to wskazywało, że giganci sceny art rocka mieli poważnego rywala. Biorąc pod uwagę ich absolutną odmienność nie udało im się niestety przebić do czołówki. Plotka głosi, że to śpiew Anny Meek odstraszył klientów od kupowania płyty, ale kto by tam plotkom wierzył…

Anna Meek.

Po wydaniu albumu ruszyli w trasę z zespołem Grahama Bonda i Royem Harperem, po czym udali się do studia, by zrealizować płytę „Changes”. Nomen omen, krótko przed jej nagraniem w zespole nastąpiły zmiany. Z oryginalnego składu zostali tylko Anna Meek, Robert Calvert i Graham Wilson. Sekcja rytmiczna została całkowicie odświeżona, zaś dęta (poza Calvertem) rozwiązana. W jej miejsce pojawił się za to klawiszowiec Ralph Rawlinson. W studio na fotelu producenta zasiadł Colin Caldwell, który w trzy grudniowe dni uporał się z całą robotą! Gotowy produkt pojawił się w sklepach w czerwcu 1972 roku.

Okładka płyty „Changes” (1972)

„Changes” to trafny tytuł, ponieważ świeża krew nadała albumowi wyraźnie inny dźwięk, ale czy zreformowana Catapilla okaże się jasnym i pięknym motylem, czy nieciekawą gąsienicą..? Jedno jest pewne – Robert Calvert zapewnia najlepszą i najpiękniejszą grę na saksofonie, jaką kiedykolwiek słyszałem na albumie progowego zespołu wczesnych lat 70-tych! Posłuchajcie instrumentalnego „It Could Only Happen To Me”, a będziecie wiedzieli o czym mówię. To samo można usłyszeć w ostatnich minutach 12-minutowego epickiego „Reflection” otwierającego płytę i w „Thank Christ For George”. Muzyka opiera się głównie na jamach zdominowana przez Calverta i głos Anny, na który Caldwell nałożył pogłos. Ten w sumie prosty efekt spowodował, że wokal stał się bardziej plastyczny i przystępny, by nie powiedzieć „anielski”.

Podobnie jak debiut tak i ta płyta składa się z czterech utworów. „Reflection” to jazz rockowe szaleństwo nasączone wszechobecnym  brzmieniem psychodelicznej gitary, wokalem i wspomnianym wyżej saksofonem. Jeśli jesteś w niefrasobliwym nastroju, jasny rozbłysk niepohamowanej muzyki „pomalowanej” w psychodeliczne kolory może być tym, czego  w tym momencie ci potrzeba. Oto z daleka nadchodzi syrenie nawoływanie – perswazyjne, ale i ironiczne, zza którego wyłania się zwiewnie ubrana kobieta. Zbliża się powoli pewnym siebie krokiem. Otaczające ją dźwięki narastają i nabierają kształt postaci w lubieżnym tańcu z dźwiękami gitar i coraz bardziej ostrym saksofonem. W ostatnich czterech minutach Meek rozmyśla nad delikatnym arpeggio, by w decydującym momencie rozpłynąć się w chmurach klawiszy podszytych saksofonem: to najbardziej intymny moment albumu i jeden z najbardziej fascynujących. Nie opierajmy się, dajmy spokojnie porwać się morzu miłości i niebiańskich snów… Wracamy jednak na Ziemię, a konkretnie do Londynu na „Charing Cross” z uroczym, łagodnie wyluzowanym rytmem na początku. To, co dzieje się dalej przypomina taniec z dźwiękami poruszającymi się w półcieniu, któremu towarzyszą zamglone teksty Anny („Kłopot w Twoich oczach budzi chłód w moich oczach. Cel poszukiwań został odnaleziony…”). Mam wrażenie, że dźwięczne otępienie, w którym się pogrążamy nie mają końca, Na szczęście w połowie nagrania następuje dramatyczna zmiana tempa i nagły przypływ energii. Piosenka, pokolorowana w psychodeliczne tęczowe barwy wytacza się niczym lokomotywa ze stacji Charing Cross, której zwieńczeniem jest znakomite, hard progowe gitarowe solo Wilsona.

Tył okładki oryginalnego longplaya „Changes” (1972)

Druga strona otwiera się utworem Thank Christ For George”. Nie ma pojęcia, kim był tajemniczy George, ale to nieistotne. Ważne, że to kolejny, fantastyczny, psychodeliczny, jazz rockowy jam z cudownym i miodopłynnym wokalem Anny Meek okraszony wyrafinowanym, ale jakże kapitalnym akompaniamentem saksofonu. Ten dwuczęściowy numer, zaczynający się szybkim i optymistycznym jazzowym rytmem przechodzi w powolną senną sekwencję, której można ulec pokusie. Wystarczy wygodnie położyć się na sofie i pozwolić, by hipnotyczne i transcendentalne fale muzyki obmywały nas w oceanie spokoju. Jeśli jednak nie osiągnęliśmy wyżyn muzycznej nirwany, ostatni, instrumentalny, medytacyjny i bardzo wyluzowany „It Could Only Happen To Me” na pewno pomoże się tam dostać. To siedem minut czystej psychodelicznej radości i saksofonowej rozkoszy!

Oba albumy zespołu Catapilla może nie do końca zasługują na miano „arcydzieł”, ale na pewno należą do kanonu szeroko pojętego rocka. Dawno nie słyszałem takiej pasji w muzyce. Energia i kreatywność mają tę samą siłę napędową, co topowe grupy prog rockowe wczesnych lat 70-tych. Płytowy debiut raczej dla wyrobionych melomanów. Nie polecam wszystkim, a jedynie nielicznym.

Sposób, w jaki natura przekształca niechlujną gąsienicę w pięknego motyla, jest tym samym, co zrobił zespół na drugiej płycie – przekształcił dźwięk w piękną muzykę przesiąkniętą jasnymi i promiennymi kolorami. I taką muzyczną szarlotkę z jabłkiem jaką podali nam muzycy polecam tym razem wszystkim. Smacznego!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.