WILD TURKEY „Battle Hymn” (1971); „Turkey” (1972)

Było to kilka lat temu. Środek wyjątkowo gorącego lata. Z nieba lał się żar mimo, że słońce chyliło się ku zachodowi. Siedziałem ze swym przyjacielem u mnie w domu, który „przypadkiem” wpadł na pogawędkę. Taką o wszystkim i o niczym. Piwo wyciągnięte z lodówki w dramatycznie szybkim czasie nabierało pokojowej temperatury. Z radia cicho sączyła się muzyka. Nic konkretnego – jedna z tych audycji, w której słuchacze proponują swoje utwory. Wychodzi z tego taki swoisty „misz-masz”, gdzie króluje zazwyczaj italo disco i wakacyjne przeboje sprzed lat. No i od czasu do czasu pojawi się jakaś rockowa ballada. Upał był tak dokuczliwy, że i rozmowa nam się nie kleiła. W pewnym momencie prowadzący audycję zapowiedział utwór grupy WILD TURKEY. Nadstawiłem czujnie ucho. Czy to możliwe, żeby ktoś ze słuchaczy pamiętał zespół utworzony w 1971 roku? I w takiej audycji poprosił o ich nagranie mimo, że grupa nie posiadała na swoim koncie żadnego hitu? Podkręciłem radio i zasłuchałem się…

„Lubisz WILD TURKEY?” – zapytałem po chwili swego przyjaciela. To pytanie postawiło go na nogi, a ja już w następnej sekundzie wiedziałem, że źle sformułowałem pytanie. „Jasne! Jeszcze jak!” – krzyknął mi prawie do ucha. „W odróżnieniu od tradycyjnej szkockiej whiskey, która jak wiesz robiona jest w 100% ze słodu jęczmiennego (single mat), lub mieszane z whiskey z innych zbóż (blended) do której należy słynny Johnnie Walker, jej amerykański odpowiednik będący burbonem, a więc Wild Turkey produkowany jest na bazie minimum 51% kukurydzy zwyczajnej. Miłośnicy żartobliwie nazywają ją „The Kickin Chicken” (ang. dosł. „kurczak dający kopa”). Ma piękny bursztynowy kolor i delikatny aromat wanilii. Wyczuć w niej można także karmel i miód. Mimo tych wszystkich słodkich aromatów w smaku Wild Turkey wydaje się mniej słodkawy, niż klasyczny Jack Daniels. Najznakomitsza jej odmiana „101 Proof” leżakuje osiem lat w świeżych, dębowych beczkach, dzięki czemu dostajemy prawdziwe dzieło sztuki!”. Przerwał w tym momencie wykład, ale już po sekundzie spytał: „A co? Masz?”. Cholera, nie wiedziałem, że z niego taki znawca whiskey! I zgodnie z prawdą odpowiedziałem: „Owszem, mam. Nawet dwie. Stoją na półce z płytami. Pomiędzy krążkami Whitesnake a Wishbone Ash…”

Glenn Cornick, pierwszy basista rockowej legendy Jethro Tull, z którą nagrał trzy pierwsze słynne studyjne albumy: „This Was” (1968), „Stand Up” (1969) i „Benefit” (1970) swój nowy zespół, WILD TURKEY, nazwał od miana dosyć pośledniego gatunku alkoholu, amerykańskiej whiskey, będącej popularnym burbonem. Nie wiadomo do dziś, czy zrobił to dla żartu, czy też był miłośnikiem tego trunku. Faktem jest, że zespół który działał dość intensywnie w okresie niepełna trzech lat wydał dwa albumy, po czym uległ rozwiązaniu. I pewnie gdyby nie osoba Cornicka zapewne oba te albumy zostałyby całkowicie zapomniane.

Od samego początku działalności grupa musiała borykać się z kłopotami personalnymi. Zaczynali jako kwintet, który obok lidera tworzyli Graham Williams (g), John „Pugwash” Weathers (dr), Gary Pickford-Hopkins (voc) i Jon Blackmore (g. voc.). Wszyscy oni zebrali się w wiejskiej posiadłości przyjaciela basisty i w starej stodole przez miesiąc intensywnie ćwiczyli, zgrywali się jako zespół, po czym ruszyli po kraju występując w różnych klubach i na prowincjonalnych scenach prezentując autorski program, ucząc się zagrywek, wypracowując swój styl. Po trzydziestu dniach pojechali do wynajętego studia i zarejestrowali za pierwszym podejściem(!) swój materiał noszący tytuł „Battle Hymn”. Proste? Jak konstrukcja cepa… Tak na marginesie – gdy czytam, że dzisiejsi wykonawcy zamykają się w studiach na długie miesiące, a jeden utwór nagrywają kilka tygodni, to nóż w kieszeni mi się otwiera. Kpina! Kiedyś zespół potrafił w ciągu jednego roku kalendarzowego wydać dwa duże albumy. I zdarzało się to dość często. Współcześnie – niemożliwe!

Krótko przed edycją gotowego już niemal materiału panowie  WilliamsWeathers  zostawili wszystko i opuścili kolegów. Pierwszy przyłączył się do pop rockowej formacji Racing Cars. Ten drugi zaciągnął się na krótko do formacji Grahama Bonda by ostatecznie wylądować w Gentle Giant, z którą zarejestrował znaczący album „Octopus”.  Na szczęście do zespołu szybko dołączyli Alan „Tweke” LewisJeff Jones, dzięki czemu możliwe stało się ukończenie zaawansowanych już prac nad albumem. Oni też pojawili się na wspólnym zdjęciu zamieszczonym we wnętrz okładki albumu.

WILD TURKEY "Battle Hymn" (1971)
WILD TURKEY „Battle Hymn” (1971)

Album „Battle Hymn” to dojrzały przykład idealnego połączenie muzyki folk z wpływami hard rockowej energii i melodyjnego rocka, z domieszką bluesa.  Niektóre kompozycje ocierały się stylistycznie o rock progresywny, jak choćby otwierający całość „Butterfly” a bardzo smakowite partie gitar bliskie są stylistyce Wishbone Ash z okresu płyty „Argus”. Dziesięć dosyć krótkich, ale treściwych utworów, w których zespół pokazał artystyczną dojrzałość popartą szeroką gamą wokalno-instrumentalnych umiejętności. No i to brzmienie! Świeżutkie, czyste i przestrzenne! Trudno wybrać mi ulubiony, czy wyróżniający się ponad inne kompozycje utwór, gdyż płyta jest bardzo równa. Muzycy ułożyli z wielu zróżnicowanych elementów jeden doskonały monolit wykorzystując potencjał umiejętności wszystkich instrumentalistów i człowieka przed mikrofonem. Ta płyta pozostaje do dziś doskonałym świadectwem ich muzycznej wartości. Spotkała się też ze sporym odzewem słuchaczy i w 1972 roku znalazła się na prestiżowej liście „Billboard 200” na 193 pozycji (niezorientowanym przypomnę, że lista magazynu „Billboard”  zawiera cotygodniowe zestawienie dwustu najlepiej sprzedających się albumów w Stanach Zjednoczonych) . Daleko? Niekoniecznie, albowiem w tamtych czasach było to zupełnie niezłym punktem wyjścia do dalszej kariery, a anonimowa wtedy płyta musiała konkurować z nie byle jakimi klasykami. Przypomnę, że rok 1972 obfitował w naprawdę wyśmienite płyty: genialny „Argus” Wishbone Ash, „Caravanserei” Santany, wspaniałe „Close To The Edge” i „Fragile” Yes, debiut Blue Oyster Cult, „Demons And Wizard” (z pędzącym, przebojowym „Easy Livin”) Uriah Heep, ponadczasowym „Foxtrot” Genesis (to tu znajdziemy „Supper’s Ready”), „trójką” Focus, awangardową „dwójką” Kraftwerk, koncertowym zapisem genialnej Janis Joplin, progresywnym debiutem Scorpions „Lonesome Crow”, filmowym „Obscured By Clouds” Pink Floyd, kapitalnym koncertowym popisem Procol Harum nagranym z udziałem Edmonton Orchestra, studyjnym „Machine Head”, a potem jednym z najlepszych albumów koncertowych w historii muzyki czyli  „Made In Japan” Purpli, niedocenianym do dziś, acz artystycznie rewelacyjnym „Octopus” Gentle Giant, kosmiczną podróżą Ziggy Sturdusta Davida Bowie, hard rockowym „Squawk” walijskiego tria Budgie, wykonanym na „żywo” niezwykle ambitnym „Pictures At An Exhibition” tria Emerson Lake And Palmer, awangardowym „Larks’ Tongues In Aspic” King Crimson, sugestywnym „Harvest” Neila Younga, kapitalnym „Vol.4” Black Sabbath… Zawrotu głowy od tego można dostać. Rockowego zawrotu głowy! A to tylko marny ułamek muzyki rockowej z 1972 roku. Konkurencja jak diabli! Tak więc 193 miejsce to nie porażka, a wręcz doskonała pozycja wyjściowa i wspaniała promocja płyty żółtodziobów w dostojnym towarzystwie.

WILD TURKEY. Od lewej: Jeff Jones; Glenn Cornick; Gary Pickford-Hopkins; "Tweke" Lewis; Jon Blackmore.
WILD TURKEY. Od lewej: Jeff Jones; Glenn Cornick; Gary Pickford-Hopkins; „Tweke” Lewis; Jon Blackmore.

Po wydaniu „Battle Hymn” w zespole nastąpiły kolejne roszady personalne. Grupę opuścił gitarzysta Jon Blackomore, którego wkrótce zastąpił Mick Dyche. Dołączył też do nich klawiszowiec Steve Gurl co było nowością, gdyż do tej pory zespół obywał się bez klawiszy. Co prawda na debiutanckim albumie w uroczej balladzie „Gentle Rain” pojawiły się delikatne pasaże organowe i dźwięki fortepianu w połączeniu z gitarą akustyczną, ale to był ten jeden raz. Tym razem instrumenty klawiszowe zająć miały pełnoprawne miejsce w strukturze brzmienia. I choć charakterystyka brzmienia uległa nieznacznej zmianie, to hard rockowy power grupy na szczęście pozostał jej atrybutem.

WILD TURKEY "Turkey" (1972)
WILD TURKEY „Turkey” (1972)

Drugi album WILD TURKEY zatytułowany „Turkey” wydany został kilka miesięcy po debiucie przynosząc osiem  kompozycji, z których sześć skomponował Glenn Cornick. Ten album w niczym nie ustępuje debiutowi, a nawet wyraźnie wskazuje na poszerzenie zainteresowań muzyków. Zestaw nagrań tworzących płytę zasługuje na uznanie, a kilka z nich odznacza się prawdziwym mistrzostwem. Zaczyna się od rytmicznego, melodyjnego rockowego songu „Good Old Days” z fortepianem i specyficznie brzmiącą gitarą. Ballada „Tomorrow’s Friend” wyróżnia się spokojną narracją wokalną, a fortepian współbrzmiący z gitarą akustyczną tworzy ciepły, intymny nastrój, zaś „A Universal Man” to z kolei skoczny acz zadziorny hard rockowy utwór. Pierwsza z najprawdziwszych pereł na tym albumie to ośmiominutowa kompozycja „Eternal Mother/The Return” – rodzaj mini suity porównywalna do najlepszych wzorców hard rocka i rocka progresywnego lat 70-tych. Bardzo bliskie jest to estetyce cenionej przeze mnie, jako rockowej ikony, grupy Wishbone Ash. Wyróżnia się ona wspaniałą melodyczną lekkością, ale też miażdży mocą rockowego poematu. W części pierwszej łamanie linii rytmicznej, gwałtowne przechodzenie od potęgi brzmienia po totalny minimalizm to norma. W drugiej, instrumentalnej części mamy niezwykłą, wspaniałą gitarową wariację na dwie gitary wspartą na solidnym i mocnym fundamencie sekcji rytmicznej. Uosobienie rockowego piękna, do którego określenie genialna nie jest absolutnie żadnym nadużyciem. I choćby dla tego jednego nagrania warto tę płytę mieć na własność! „Chuck Stallion And Mustangs” bazuje na nieokiełznanej dzikości i żywiołowości – te Cornick’owe mustangi kopią rockowo aż ziemia drży. Klasycyzujący, momentami jazzowy fortepian okraszony krótkimi wypadami solowymi gitar z mocnym wokalem świetnego Gary’ego Pickforda-Hopkinsa słyszymy w „The Street”. A tuż po nim kolejny klejnot – siedmiominutowy „See You Next Tuesday” w konwencji tzw. southern rocka. Utwór, który zabija pedantycznie uporządkowanymi, znakomitymi harmoniami gitarowymi i w którym panuje idealna zgodność między dźwiękami. Rewelacyjny finał na dwie gitary stanowi niewątpliwie okrasę tego utworu. Wierzyć się nie chce, że od jego nagrania minęło ponad czterdzieści lat! Album kończy utrzymany w balladowej konwencji „Telephone” ponownie kojarzący się z Wishbone Ash, a konkretnie ze słynną „Persephone”. Jakiekolwiek posądzenie o plagiat w tym przypadku nie ma racji bytu, gdyż najpiękniejszy utwór Wishbone Ash powstał… dwa lata później. Wszelkie podobieństwa obu nagrań potraktować więc należy w kategoriach przypadku.

Kompaktowa reedycja „Turkey” wydana przez  Esoteric Records/ Cherry Red Records z 2013 roku zawiera bonus w postaci dwóch nagrań z jedynego singla pilotującego album jaki wytwórnia Charisma wydała w 1972 roku.  Jest to skrócony o jedną minutę  „Good Old Days” i niepublikowany na albumie, balladowy „Life Is A Sympathy”. Szału nie ma. Ale na usprawiedliwienie wydawcy trzeba powiedzieć, że w zachowanych archiwach fizycznie nie istnieje więcej kompozycji sekstetu!

Tuż po wydaniu płyty grupa WILD TURKEY rozsypała się niczym domek z kart. Przestała po prostu istnieć. Szkoda, bo ta druga płyta pokazała, że zespół posiadał potencjał artystyczny pozwalający myśleć o rockowych szczytach i zaszczytach. Ugruntował pozycję ekipy Glenna Cornicka i stanowił krok w kierunku dalszego rozwoju i podnoszenia poziomu muzycznego.

Trzy lata później Glenn Cornick dołączył do niemieckiej formacji krautrockowej Karthago, z którą zarejestrował jeden album zatytułowany „Rock’n’roll Testament” (1975), a następnie założył trio Paris, w którym grali także Bob Welch z  Fleetwood Mac i Thom Mooney z Nazz. W 1996 roku podjęto nieśmiałą próbę reaktywacji  WILD TURKEY, która nagrała nawet trzy studyjne płyty, ale ani grupa, ani też nowe nagrania nie spotkały się z zainteresowaniem mediów i słuchaczy.

Glenn Cornick zmarł 28 sierpnia 2014 roku w Hilo na Hawajach z powodu niewydolności serca. Miał 67 lat.