Archiwum kategorii: Bez kategorii

BIG WRECK „Ghosts” (2014).

Miał okazję stanąć na czele Velvet Revolver, rockowej supergrupy, w której skład wchodzili byli członkowie Guns N 'Roses – Slash, Duff McKagan i Matt Sorum. Jednak gdy menadżer zespołu zapytał, czy rozważyłby odłożenie gitary i tylko śpiewał, Ian Thornley szybko zaprotestował. Potem wyjaśniał: „Świetnie się z nimi bawiłem. Oni są naprawdę dobrymi kolesiami, ale chwytanie tamburynu i tańczenie z nim dookoła statywu nie jest dla mnie” – i dodaje: „Myślę, że zawsze czułem się bardziej jak Keith Richards niż Mick Jagger”. Hm, trochę szkoda, bo połączenie entuzjastycznego wokalu Thornleya z lubieżnym stylem Slasha stworzyłoby piękny blues o czarnych sercach. Fani BIG WRECK odetchnęli wtedy z ulgą, że to się nie wydarzyło.

Ponad dekadę po ostatnim albumie zespołu, współzałożyciel Big Wreck, Brian Doherty, ponownie połączył się  z kolegami wydając w 2012 roku  elektryzujący album „Albatross”. Ale o nim może innym razem…

Big Wreck. Od lewej: F. Williams, I Thornley, D. Henning, B. Doherty.

Ten kanadyjsko-amerykański zespół rockowy został założony w 1994 roku przez studentów bostońskiego Berklee College Of Music –  dwóch gitarzystów: Iana Thornleya i Briana Doherty’ego, oraz perkusistę Foressta Williamsa i świetnego basistę Dave’a Henninga.  W tym składzie działali do 2002 roku wydając dwie płyty; pokryta podwójną platyną w Kanadzie „In Loving Memory Of…” (1997) i „The Pleasure and the Greed” (2001). Po nagraniu tej ostatniej Doherty opuścił zespół, przeprowadził się do Camlachie, małej społeczności niedaleko Sarni w Ontario, gdzie uczył gry na gitarze. Tam też założył z lokalnymi muzykami półamatorski zespół Death Of 8. W tym samym czasie Thornley wrócił do Toronto gdzie z nowymi muzykami stworzył post-grunge’owy Thornley wydając dwie płyty i kilka singli. W 2010 roku na jednym z koncertów pojawił się wcześniej niezapowiedziany Doherty; to był impuls, by ponownie wrócić do wspólnego grania pod starą nazwą. Efektem była wspomniana wyżej płyta „Albatross”.

Front okładki płyty „Albatross” (2012)

BIG WRECK na początku był ignorowany poza rodzimą Kanadą lub uznawany za tamtejszy klon Soundgarden przede wszystkim ze względu na wokalne podobieństwo Iana Thornleya (ten jego charakterystyczny lament w głosie) do Chrisa Cornella, oraz za zamiłowanie (było nie było zespołu alternatywnego) do mocno osadzonej tradycji klasycznego rocka w stylu Zeppelina. Krok po kroku z godną podziwu konsekwencją grupa nie zbaczając z obranej drogi pięła się w górę kariery. Poprzedzony bardzo dużą ilością koncertów, dwa lata po wydaniu „Albatrossa” zespół wspiął się na szczyty wydając płytę „Ghosts”.

Front okładki płyty „Ghosts” (2014)

Thornley, oprócz tego, że jest cholernie dobrym wokalistą, jest znakomitym gitarzystą. BIG WRECK często flirtował z rockiem progresywnym, szczególnie na ich wcześniejszych płytach, co momentami słychać też na „Ghosts”. Na pierwszy rzut oka zespół wygląda na dość typowy rockowy band; uważne słuchanie ujawnia imponująco zawiłą warstwę i różnorodną paletę dźwięków, które są subtelne i zwodniczo proste. Thornley jest też wspaniałym gitarzystą na slajdzie, a jego umiejętności słychać w solówce w „A Place To Call Home”. Wyciąga też,  w alternatywnym strojeniu, kilka ładnych brzęczących akordów i bezprogową solówkę gitarową w „Diamonds” nadając piosence orientalny klimat. Przez cały album udaje mu się eksperymentować z dźwiękami na tyle, by łatwo odróżnić od siebie utwory, ale nie na tyle, by brzmiało to chaotycznie.

Na całej płycie zespół jako zespół znajduje czas na rozciąganie i napinanie swoich muzycznych mięśni. Chłopaki zrobili naprawdę kapitalną robotę nie tylko serwując świetną grę na gitarze. Od pierwszego nagrania mają szczerość i umiejętność emocjonalnego łączenia się niezależnie od tego, czy są to twarde rockowe numery, czy bardziej melodyjne („Break”), lub blues-folkowe („Hey Mama”). Są to kompozycje, przynajmniej dla mnie, które konsekwentnie sprawiają, że włosy unoszą mi się do góry. Muzycy znaleźli też miejsce na zespołowe jamowanie jak w fantastycznym utworze tytułowym i na mocne progresywne granie. Myślę tu o „Friends”, który przechodzi przez kilka riffów, janglowe akordy a la The Byrds, a następnie wchodzi na terytorium Dream Theater z klawiszowym solo w kodzie, łamiąc przy tym kark karkołomnymi zmianami metrum. Pomimo tych przeciągniętych jamów muzykom udaje się zachować tak organiczne brzmienie, że nie zauważamy jak utwory mające po 6-7 minut mijają jak z bicza strzelił. 

Trudno na tym albumie wyróżnić jakikolwiek utwór, a jest ich trzynaście. Wszystkie są jak dobrze dopasowane elementy układanki i wszystkie trzymają naprawdę znakomity poziom. Szczerze jednak przyznam, że po pierwszym przesłuchaniu uwiodła mnie tytułowa kompozycja, która wprowadziła mnie w pewien rodzaj transu. Cudowne uczucie, którego nawet nie podejmuję się opisać trwało do ostatniej nuty, do ostatniej nanosekundy, Myślę, że przeciętny człowiek nie ma pojęcia, jak dobra jest ta piosenka. Czasem sobie myślę, że to duch Stevie’ego Ray Voughana gra tu gitarowe solo. Od góry do dołu, od początku do końca to, moim skromnym zdaniem, arcydzieło rocka!  Na zakończenie albumu, pod numerem 12-tym znalazło się „War Baby” – hipnotyzująca i uzależniająca bardziej niż heroina piosenka z cudowną gitarową solówką w środkowej części. Ma ona w sobie coś z klimatów solowych płyt Davida Gilmoura. Przerażająca w wymowie (tekst), ale boleśnie piękna wersja utworu napisana przez brytyjskiego piosenkarza Toma Robinsona, który znalazł się w podzielonym przez mur Berlinie Wschodnim w 1983 roku. Czy to właśnie „War Baby” jest tym ciastkiem na tym albumie..?

Thornleyowi, mimo imponującej, ale dyskretnej magii całego zespołu udaje się zachować wokalną chwytliwość. Porównanie do Chrisa Cornella jest trudne do zignorowania, ale Thornley na moje ucho jest w tym momencie lepszym wokalistą – jego głos emanuje ciepłem, które Cornell po latach intensywnego śpiewania zatracił. Pod względem stylu Thornley jest trochę jak kameleon; przywołuje różne wpływy – od Zeppelina, przez U2, aż po Coldplay (!), zaś autorskimi melodiami tylko podkreśla swoją wyjątkowość. W niektórych bardziej wyluzowanych piosenkach, takich jak „Still Here” i „Off and Running” kompletnie nic nie traci ze swej magii. Powiem więcej – zyskuje na tym!

Podczas gdy BIG WRECK był często krytykowany za to, że w nasyconym rockowym krajobrazie nie miał nic nowego do powiedzenia płyta Ghosts” pokazała, że uważne słuchanie ujawnia, że zespół miał silne poczucie tożsamości i bynajmniej nie podążał za tłumem. To imponujące wydawnictwo zespołu na tym etapie kariery dało nadzieję, że rock naprawdę nie umarł. Przynajmniej nie w Kanadzie.

 

Subiektywna lista topowych zespołów wszech czasów z dwiema gitarami prowadzącymi. 

W składzie rockowego zespołu gitara jak żaden inny instrument wzbudza największe zainteresowanie, pożądanie i podziw, a solówki rozpalają emocje wywołując ekstazę u słuchaczy. Wirtuoz tego instrumentu często staje się „twarzą zespołu”, marką, jego znakiem rozpoznawczym. Jeśli powiemy Mark Knopfler od razu kojarzymy go z Dire Straits, co w przypadku dajmy na to basisty tej grupy, Johnie Illsleyu, takie oczywiste mogłoby już nie być. Każda kapela rockowa w swoim składzie zazwyczaj miała, lub ma doskonałego wioślarza, ale tylko nieliczni z nich byli wybitnymi graczami. Bywało że te, które takich miały zatrudniały dodatkowo jeszcze jednego, czasem dwóch, stwarzając nowe możliwości w zakresie harmonii i intensywności brzmienia. To podwojenie pozwalało z jednej strony upiększyć ton gitar i  popchnąć je na nowy poziom, z drugiej nadać muzyce większą złożoność i ekscytację. Strategię dwóch gitar stosowało wiele grup m.in. Judas Priest, Iron Maiden, czy Thin Lizzy choć wykorzystywały ich potencjał w mniej wyszukany, czysto „erudycyjny” sposób. Wyżyny największej maestrii w tym temacie osiągnęli nieliczni. Oto moja subiektywna lista osobista największych topowych zespołów wszech czasów z dwoma gitarzystami solowymi w składzie. Kolejność zespołów jest przypadkowa i  tak naprawdę nie ma tu żadnego znaczenia.

THE ALLMAN BROTHERS BAND (Duane Allman & Dickey Betts).

Żadna grupa nie opracowała możliwości podwójnego prowadzenia w bardziej zrównoważony, wręcz „naukowy” sposób niż The Allman Brothers Band. Podczas blisko półwiecza istnienia grupa skupiła się na długich, oceanicznych jamowych improwizacjach, dając każdemu gitarzyście przestrzeń do tworzenia katalogu dźwięków. Dialog między Duane’em Allmanem a Dickey Betts’em na debiutanckim albumie z 1969 roku wyznaczył szablon osiągając apoteozę dwa lata później na epickim, podwójnym wydawnictwie koncertowym „At Filmore East„. Trafiające w samo serce dźwięki latały pomiędzy gitarzystami tam i z powrotem przez cały album osiągając szczyt w 22-minutowym, znanym z debiutu, „Whipping Post”. Ta wersja zawiera szeroką gamę solówek przechodząc przez liczne zmiany tempa i szeroki wachlarz nastrojów. Duane Allman jako pierwszy wyśrubował energiczną solówkę tuż po pierwszym refrenie. Prawie pięć minut później pojawił się Betts. kontrastując z flotą Dueane’a rokokowym brzmieniem biegając po gryfie swymi sprawnymi i szalonymi palcami Dziesięć minut po rozpoczęciu utworu muzyka rozpływa się w zwiewną mgiełkę, którą Betts łagodzi jazzowym klimatem, by ostatecznie przekształcić się w psychodeliczny wrzask. Po piętnastu minutach obaj gitarzyści zjednoczyli siły wracając do oryginalnej konfiguracji zwrotka /refren, tuż po tym jak Dickey Betts w delikatny sposób uczynił aluzję do piosenki „Frère Jacques” (u nas znaną pod tytułem „Panie Janie”). Kiedy fale solówek złagodniały utwór  w końcówce zmienił się w marzycielskie katharsis.

Koncertową wersję „Whipping Post” nie łatwo było przyćmić, chociaż grupa zbliżyła się do niego w jeszcze dłuższym, ponad półgodzinnym kawałku „Mountain Jam” wydanym na kolejnej płycie „Eat A Peach”. Nad albumem zawisło ciężkie powietrze. Duane Allman zginął w wypadku motocyklowym trzy miesiące przed jego wydaniem. Na szczęście gitarzysta nagrał wystarczająco dużo, by pojawić się w niemal wszystkich utworach włączając w to ów epicki jam, który zajął dwie pełne strony podwójnego albumu. Dwaj gitarzyści nawiązali tu świetny kontakt zachowując przy tym swoje indywidualne style. Mimo to najbardziej wzruszająca i porywająca rozmowa między nimi pojawiła się w 5-minutowym utworze country „Blue Sky” napisanym przez Bettsa. Większość utworu to bitwa na solówki Każda z nich wydaje się najpiękniejszym przedłużeniem ich życia. Szczególnie wykwintne są przejście między solówkami – bezproblemowe, intuicyjne połączenie obu gitar. w jeden idealny organizm cementujący nierozerwalną ich więź. Po śmierci Allmana w zespole pojawiło się szereg innych konfiguracji z dwoma gitarzystami prowadzącymi, ale ostatnia, z wiernym Warrenem Haynes’em i boskim Dereckiem Truckiem jest godną kodą w historii zespołu.

DEREK AND THE DOMINOS (Eric Clapton & Duane Allman).

Latem 1970 roku, kiedy Eric Clapton sprowadził do Miami swój nowy zespół Derek And The Dominos na nagrania do  Criteria Studios w mieście pojawił się akurat zespół The Allman Brothers pracujący nad swą drugą płytą „Idlewild South”. Clapton, który cenił Duane’a odszukał go i wkrótce tworzyli nierozerwalną parę. Bratnia więź jaka wywiązała się pomiędzy gitarzystami zdefiniowała album „Layla And Other Assorted Love Song” – jedyny, na którym razem zagrali.

Muzycy wspólnie stworzyli odważny związek między ambicją brytyjskiego bluesa a duszą amerykańskiego południowego rocka. To połączenie było szczególnie wyraźne w kodzie utworu tytułowego. Nić porozumienia pomogła opracować im melodię tworząc odpowiednik łkającego dźwięku. Wzajemna inspiracja, braterstwo, równowaga w bogactwie form i talent zaowocowała stworzeniem najpiękniejszych perełek w ich karierze.  Empatia w podejściach stworzyła porywający warkocz riffów w „Bell Bottom Blues”, a w „Tell The Trouth” oddają się funkowi owijając go wokół beatu. Jednak nic nie może równać się z szaleństwem w ich grze w „Why Does Love Got To Be So Sad?”. Sposób, w jaki solówka  Allmana wyszła z drugiego refrenu jest jednym z najbardziej fantastycznych momentów, jakie kiedykolwiek powstały na tym instrumencie. Clapton znalazł równie genialną linię wplatając ją od dołu, co doprowadziło do ostatecznego starcia, w którym obaj pieścili swe instrumenty wciągając się nawzajem w muzyczno-miłosną grę.

TELEVISION (Tom Verline & Richard Lloyd).

Ostatnią rzeczą, jakiej można się spodziewać po „prymitywnym” świecie punk rocka lat 70-tych byłby zespół skupiony na graniu zakręconych, psychodelicznych solówkach gitarowych. A to właśnie przedstawiła kapela Television – legenda punku i jedna z pierwszych, która regularnie występowała w słynnym nowojorskim klubie CBGB.

Tom Verlaine i Richard Lloyd potrafili jamować tak długo, jak można by się spodziewać jedynie po Grateful Dead. Ich debiut z 1977 roku, „Marquee Moon”, pozostaje jednym z najmądrzejszych i najbardziej chwytliwych hołdów dla sześciostrunowego instrumentu jaki kiedykolwiek wydano. Wszystkie zebrane tu piosenki opierają się na zazębiających się riffach, tak chwytliwych i tak mocnych, że można by pomyśleć iż stworzył je Keith Richards dla Stonesów. Utwory takie jak „See No Evil” lub „Prove It” z podwójnymi riffami są równie misterne jak te z „Bitch”, czy „Brown Sugar”. Największa solowa prezentacja pojawia się w 10-minutowym utworze tytułowym skupiająca się na dwóch „ząbkowanych” riffach migoczących nad funkową sekcją rytmiczną. Lloyd wrzuca pierwszy bieg by po drugim refrenie przyspieszyć; Verlaine wychodzi po trzeciej zwrotce pochłaniając połowę piosenki. Prezentacja Lloyda być może jest krótka, ale krzepiąca, podczas gdy bardziej hojny odcinek Verlaine’a dotyka brzegu niebios. Dla tych, którym to mało i chcą  dużo więcej dostępna jest 15-minutowa wersja dostępna na koncertowej płycie „The Blow-Up” z 1978 roku. Jakość dźwięku może nie jest idealna, ale dłuższa wersja „Marquee Moon” i jego porywająca kontynuacja w postaci „Adventure” pozwalają gitarzystom zaprezentować ich styl w swej najbardziej odkrywczej postaci.

FLEETWOOD MAC (Peter Green, Jeremy Spencer, Danny Kirwan).

W swoim najbardziej skoncentrowanym na gitarowym brzmieniu okresie we Fleetwood Mac grało nie dwóch, a trzech solowych gitarzystów. W 1969 roku grupa zatrudniła 18-letniego Danny Kirwana po to, by do rockowego stylu Jeremy’ego Spencera i mocnego bluesa Petera Greena dodać podniebieniu nowy smak. Młody  Kirwan wniósł do muzyki więcej melodyjności i wiele smacznych kąsków.

Ich trójstronna praca zaowocowała na trzecim albumie zespołu „Then Play On”, z nieśmiertelnym „Oh Well” z bluesowym riffem, który do dziś grany jest przez zespół. Kolejna piosenka z tego albumu, „Searching For Madge”, pozwoliła Greenowi i Kirwanowi toczyć  gitarową bitwę w 10-minutowym  jamie. Gorąca wersja innego utworu z tej płyty, „Rattlesnake Shake” pojawiła się na „Live In Boston” z 1970 roku. Tutaj gitary cięły i płonęły z gwałtownością, którą zespół rzadko osiągał w studiu. Na drugim końcu spektrum Kirwan i Green słodko splatali swoje instrumenty w „Coming Your Way”, utworze który napisał ten pierwszy otwierający „Then Play On”.  Wzajemne oddziaływanie Spencera z Kirwanem wysunęło się na pierwszy plan na piątej płycie „Kiln House” z 1970 roku po odejściu Greena. Rok później Kirwan znalazł nowego partnera sparingowego, urodzonego w Ameryce Boba Welcha. Ich lśniąca współpraca osiągnęła szczyt na „Bare Trees” (1972) wzbogacając Fleetwood Mac o kolejne piękne dzieło.

LOU REED „Rock’n’Roll Animal” (Steve Hunter &Dick Wagner).

W 1973 roku Lou Reed zaprosił do współpracy kilku wspaniałych muzyków w tym dwóch gitarzystów: Steve’a Huntera i Dicka Wagnera, z którymi nagrał koncertową płytę „Rock’N’Roll Animal” zawierająca pięć piosnek, z czego cztery pochodziły z repertuaru The Velvet Underground.

Ich wspólna moc nadała klasycznym kompozycjom The Velvet metalowy popręg, a także glam-rockową wielkość. Utwory wyróżniają się zarówno dynamiką duetu Hunter / Wagner, jak i wokalem Reeda. Przez cały czas Reed ładuje do hutniczego pieca żelazny wsad szerokim łukiem, po czym, jak choćby w tytułowym nagraniu następuje spust surówki… Trzyminutowe intro napisane przez Huntera do „Sweet Jane” to jedno z tych najodważniejszych instrumentalnych, rockowych „otwieraczy” wszech czasów,  namaszczone rozwijającą się różnorodnością riffów, przełamane solowymi spotami Huntera i Wagnera. Tuż po rozstaniu z Lou Reedem obu gitarzystów przejął Alice Cooper.

QUICKSILVER MESSENGER SERVICE (John Cipollina & Gary Duncan).

Jeśli chodzi o zespoły, w których występuje dwóch gitarzystów prowadzących bywa, że jeden zarabia więcej niż drugi. Czasami jest to zrozumiałe, gdy na przykład jeden z nich wykonuje więcej solówek. Jak było w przypadku Quicksilver Messenger Service tego nie wiem. U szczytu kariery John Cipollina przykuwał większą uwagę słuchaczy niż Gary Duncan, choć obaj wnieśli olśniewający wkład w swoje albumy i koncerty.

Dzwoniące tremolo Cipolliny to rodzaj dźwiękowego efektu specjalnego, który w najwyższych rejestrach powodował dreszcz u słuchacza. Z kolei Duncan miła swój własny, wyraźny styl, a jego gra wykazywała prawie tyle samo inwencji co u jego partnera. Wspólnie najlepiej wypadają w długich zespołowych jamach począwszy od tego, który pożarły pełną stronę ich najsłynniejszego dzieła „Happy Trails” wydanego w 1969 roku. Umieszczony na nim cover Bo Didleya „Who Do You Love?” nagrany na żywo w Fillmore East i West, pozwoliły zespołowi zbudować cały wszechświat wokół wyraźnego didleyowego rytmu. Wersja Quicksilver podzielona została na siedem części, z różnymi podtytułami. Jeden nazwany „When You Love” zawierał długą i bardzo kreatywną, pięciominutową wycieczkę Duncana w stronę jazzu i psychodelii, podkreśloną linią basu z latynoskimi wpływami. Cipollina przejął stery w „How You Love” pozwalając mrożącemu tremolo zapętlić się na pewien czas. Wydać się to może niewiarygodne, ale potężniejszą, półgodzinną  wersję „Who Do You Love?” znaleźć można na płycie „Live At The Winterland Ballroom” z 1 grudnia 1973 roku (na CD w 2013 roku). Zawiera gęstsze i bardziej szalone partie solowe dwóch gitarzystów, niż ta z 1969 roku, potwierdzając przy okazji równą moc graczy. I nie ma co mówić – taki set dostarczył więcej paliwa, niż jakakolwiek przydrożna stacja benzynowa w Teksasie, która zdolna było rozpalić zarówno artystę, jak i publiczność.

JOHNY WINTER AND (Johny Winter & Rick Derringer).

Na początku 1970 roku gitarzysta bluesowy o bardzo szybkich palcach, Johny Winter  założył nowy zespół z trzema członkami grupy The McCoys ze Środkowego Zachodu znanej z garażowego singla „Hang On Sloopy” z 1965 roku. Ta czwórka, nazwana Johnny Winter And skupiała się na diamentowych wymianach między Winterem, a drugim gitarzystą Rickiem Derringerem.

Ich jedyny album studyjny, „Johny Winter And” szczycił się przebojem „Rock And Roll Hoochie Koo”napisanym przez Derringera, który przyjął się jako… rodzaj okrzyku rajdowego. Sposób, w jaki dwie gitary zazębiały się z Derringerem na lewym kanale i Winterem na prawym, definiował ich styl. Kontrastujące riffy tworzyły dialog, który był zarówno empatyczny, jak i funkowy. Chemia, którą obaj prezentowali w studio wybuchła na żywo udokumentowana płytą koncertową „Live. Johny Winter And” w marcu 1971 roku. W muzykach atakujących z wściekłością dźwięki dopatrywano się konfliktu. Jeśli nawet był to ja osobiście uwielbiam takie spięcia, gdyż tworzą one ciekawe interakcje w samej muzyce. Ich ostra walka na gitary komplikowała rytm, dając słuchaczowi więcej przyjemności. Numer początkowy, „Good Morning Little School Girl” zawiera jeden z najbardziej ekscytujących, gitarowych kompromisów w epoce klasycznego rocka. Winter, dziki demon szybkości, wziął udział w pierwszym długim solo, podczas gdy Rick Derringer obsadził drugą, nieco lżejszą, choć pod względem technicznym trudniejszą solówkę. Potem niemal jednocześnie wypluli z siebie jad, tocząc bitwę na śmierć i życie. Reszta albumu utrzymuje tę intensywność ani na moment nie obniżając wysokiego poziomu. Jedyna wada? Całość trwa zaledwie 40 minut.

THE YARDBIRDS (Jeff Beck & Jimmy Page).

The Yardbirds przeszedł do historii m.in. tym, że miał w składzie trzech największych gitarzystów brytyjskiego boomu lat 60-tych: Claptona, Becka i Page’a. O ile pierwsi rozminęli się w zespole, Beck i Page na szczęście udokumentowali swoją współpracę. Tyle, że były to zaledwie trzy nagrania…

Najważniejszym było „Happenings Ten Years Time Ago” nagrane podczas sesji do albumu „The Yarbirds” znanego także pod nazwą „Roger The Engineer”. Piosenka nie znalazła się na dużej płycie – została wydana na singlu 21 października 1966 roku. W tym krótkim utworze (2:55) znalazły się dwie zwariowane solówki – jedna Becka, druga Page’a. Obie są destrukcyjne i szalone w najlepszym tego słowa znaczeniu. Mroczny, wschodnio-psychodeliczny gitarowy riff szybko przekształca się w szalony, niemal psychopatyczny rytm, nadając całości dziwną i potężną atmosferę. Pomysł cofania się w czasie i jego wyprzedzanie jest tutaj nadrzędny, ale doskonale oddał psychodeliczny klimat  ducha tamtych czasów.

CROSBY, STILLS, NASH & YOUNG (Neil Young & Stephen Stills).

Rozdźwięk pomiędzy Youngiem i Stillsem pojawił się już w ich pierwszym zespole Buffalo Springfield pogłębiając się jeszcze bardziej w formacji Crosby, Stills, Nash And Young. Konflikt przyniósł jednak wielką korzyść fanom w postaci ognistej grze instrumentalnej. Ich dynamika osiągnęła ekscytujący charakter na klasycznym albumie koncertowym „4 Way Street” z 1971 roku.

Podczas gdy pierwszy krążek z tego podwójnego wydawnictwa skupiał się na dźwiękach akustycznych, na drugim zespół pokazał niesamowite, elektryczne oblicze. Wszystkie utwory z drugiego krążka zawierały wspaniałe solówki, ale te najlepsze i najdłuższe 13 i 14-minutowe można było znaleźć w kompozycji Younga „Southern Man” i Stillsa „Carrt On”. Przez cały czas gitarzyści jak fechmistrze nacierają na siebie i parują ciosy używając swoich instrumentów jako emocjonalnych szpad. Stills kręci dominującą solówką nad riffem, podczas gdy Young odpowiada snajperskimi zagrywkami. Potem role się odwracają. Czasem scalają się, innym razem zderzają, ale wszystko jest do perfekcji zsynchronizowane i porywające jak nie przymierzając pas-de-deux.

WISHBONE ASH (Andy Powell & Ted Turner).

Na początku lat 70-tych Andy Powell i Ted Turner celowali w gitarowych harmoniach tworząc niezapomniane, wywołujące dreszcze solówki grane unisono na dwie gitary.

To im przypisuje się wprowadzenie dwóch gitar prowadzących w muzyce rockowej i to oni mieli ogromny wpływ nie tylko na wyżej wymienione zespoły. Pod tym względem byli niekwestionowanymi mistrzami. W jednym z wczesnych nagrań, „Vas Dis” podwoili serię energicznych, złożonych linii gitar, a następnie pozwolili Powellowi wznieść się swym charakterystycznym modelem Flying V w niezwykłą lekkość bytu. W „Jail Bait” niesamowite solo Powella przeplata się z bardziej elegancką odpowiedzią Turnera. Z kolei w „Warior” zaserwowali mecz tenisowy pełen wolejów, bekhendów i smeczów, podczas gdy w „Blowin' Free” Turner zaoferował serię spokojnych przebieżek, wyzywając Powella na gitarowy pojedynek.

Do tej listy dopisywać można kolejne zespoły, ale to zostawiam Wam mając nadzieję, że znajdziecie w nich całą paletę prawdziwych, niekłamanych wzruszeń i emocji.

Szkiełkiem i okiem. BIG BROTHER AND THE HOLDING COMPANY „Cheap Thrills” (1968).

Miał w głębokiej dupie cały ten hipisowski ruch, ich ideały i hasła typu „Peace And Love”. Jedyne, co mu się w nich podobało to życie w naturze i w zgodnie z naturą. Przybył do San Francisco, centrum galaktyki hipisów, bo fascynował go psychodeliczny surrealizm choć psychodelicznej muzyki jaka otaczała Francisco i okolice nie znosił. Nudził go Grateful Dead i bełkot Dylana, nie rozumiał fenomenu The Doors, rzygał na samą nazwę Jefferson Airplane. Widać Robert Crumb mentalnie pochodził z innej epoki. Także tej muzycznej. Hipisowska muzyka była dla niego symbolem amerykańskiej,  gorzkiej komercjalizacji w przeciwieństwie do tej, której sam słuchał – zakorzenionego w południowych rejonach Stanów Zjednoczonych czarnego bluesa z lat 20 i 30-tych XX wieku. Bo Robert Crumb poza pasją rysowania kochał bluesa, a kolekcja jego płyt robiła wrażenie nawet na znawcach tematu.„Surowa, czarna muzyka ma ten rodzaj piękna, które przemawia do mnie w sposób głęboki i bezpośredni. Ma uniwersalny urok, no i wywarła duży wpływ na muzykę całego świata.”

Robert Crumb  nie pasował do kolorowej epoki  Flower-power. (1969)

Nie był świadomy, że u zarania Ery Wodnika wiele z tych utopijnych dzieci kwiatów naprawdę ciężko pracowały. Szczególnie te, które psychodelicznej scenie torowały ścieżkę i wiedziały co to jest harówa. Kwintet Country Joe And The Fish w 1967 roku zagrał blisko sto koncertów, prawie tyle samo Jefferson Airplane, a Grateful Dead sto dwadzieścia. Nieźle jak na grupę hipisów łykających całe kilogramy LSD i wpuszczających w siebie chmury dymu z jointów. Rekord należał do Big Brother And The Holding Company, którzy w tym samym czasie zaliczyli sto trzydzieści pięć  oficjalnie udokumentowanych występów grając trzy, cztery razy jednego dnia.

Robert Crumb zrobił jeden wyjątek. Ten wyjątek nazywał się Janis Joplin. Usłyszał ją po raz pierwszy z Big Brother 24 czerwca 1966 roku w Avalon Ballroom. Sam zespół nie podobał mu się, ale naturalna dziewczyna z Teksasu ubrana w dżinsy wiązane w talii plecionym paskiem, w sandałkach na lekkim koturnie śpiewała jak uwielbiana przez niego Bessie Smith. Z miejsca podbiła jego serce; zobaczył w niej nie tylko olbrzymi talent i wielki potencjał, ale też wrażliwą osobę. Janis, jak mało kto, czuła bluesa. Albo inaczej – Janis była bluesem. A on kochał bluesa nad wszystko inne… Kiedy dwa lata później zadzwoniła do niego, by zaprojektował okładkę ich drugiego albumu nie wahał się ani sekundy. Im by odmówił. Jej nie.

Janis Joplin (San Francisco 1967)

Crumb nie był jednak pierwszy, któremu powierzono to zadanie. Pomysł zespołu z okładką ze zdjęciem leżących nago muzyków na łóżku został od razu odrzucony przez Columbię. Tak jak i tytuł albumu, który pierwotnie nazywać się miał „Sex, Dope And Cheap Thrills” (przynajmniej uczciwie przedstawili swe credo). Takie numery to nie u nich. Pierwsza sesja zdjęciowa też nie wypaliła. Ktoś jaja sobie robił próbując hipisów wcisnąć w eleganckie garnitury! Termin wydania płyty zbliżał się, a oni dalej byli w czarnej dupie. Bob Cato, dyrektor artystyczny Columbii pilnie skontaktował się z Richardem Avedonem, w tym czasie najbardziej znanym fotografem mody na świecie. Perkusista Dave Getz wspominał po latach: „Avedon zrobił nas na swoją modłę; dmuchający wentylator w nasze długie włosy, migające światła stroboskopowe, białe tło, tona makijażu na twarzach… Zdjęcia owszem, były dobre, artystyczne, tyle że bardziej mówiły o samym Avedonie niż o nas.” Kosztowna i całkowicie chybiona próba znów okazała się fiaskiem i mogła opóźnić wydanie płyty.

Sesja zdjęciowa do płyty „Cheap Thrills” pod kierunkiem R. Avedona (1968)

Siedząc w biurze Columbii i czekając na dalsze wytyczne muzycy z nudów przeglądali luźne numery kultowego wśród miejscowych hipisów komiksowego magazynu „Zap”. Jego twórcą był nie kto inny jak sam Robert Crumb.

Tuż po przybyciu do San Francisco w 1966 roku Crumb rozpoczął publikowanie swoich prac w undergroundowych wydawnictwach. Wtedy też zaczął rysować i sprzedawać komiksowe zeszyty. Narysowane antyestetyczną, charakterystyczną kreską postaci takie jak mistyczny guru Mr. Natural, oszalały na punkcie seksu Mr. Snoid i jego ulubiony towarzysz Angelfood McSpade, oraz ciągle nienasycona, pochodząca z Afryki czarna nimfomanka opowiadały różne swawolne, często na pograniczu pornografii, historyjki. Autor w sposób niezwykle bezpośredni przedstawiał w nich Amerykę brudną, zakłamaną, skołtunioną, zdegenerowaną. Dostawało się w nich wszystkim: politykom, gwiazdom show biznesu, nawet zwykłym obywatelom. Cięgi rozdzielał równo. Nie ominęły też kontestującej młodzieży, co do których miał stosunek nihilistyczny. Paradoks polegał na tym, że to właśnie długowłosi hipisi z Francisco pokochali go  najbardziej uważając go swojego człowieka. Za brata.

Pierwszy numer komiksowego magazynu „Zap” (Luty 1968)

Janis Joplin widząc zaczytanych w „Zap” kolegów doznała olśnienia. Sięgnęła po telefon. „Rob, zrobisz dla nas okładkę płyty?” – spytała bez wstępu. „Na kiedy?” – odpowiedział pytaniem rysownik. „Na wczoraj.”

Nad projektem pracował całą noc. W południe posłaniec z Columbii odebrał papierową teczkę z dwoma rysunkami, którą szybko dostarczył do rąk Boby’ego Coto. Pierwszy, mający iść na front okładki, przedstawiał dowcipnie narysowane karykatury zespołu; drugi, przewidziany na tył był komiksowym „spisem treści” albumu. Każde z siedemnastu  okienek przedstawiało tytuł utworu, lub członka grupy. Wyjątek stanowił osiemnasty element – logo motocyklowego gangu Hell’s Angels Frisco umieszczone w prawym dolnym rogu.

Do drukarni dotarł tylko ten drugi. W całym tym rozgardiaszu rysunek z podobizną zespołu zaginął i Crumb nigdy go nie odzyskał (wcale się tym nie przejął). Tak więc to, co miało być z tyłu stało się frontem kultowej dziś okładki. Nawiasem mówiąc zaginiony rysunek „cudem” odnalazł się w latach 80-tych; wystawiony na aukcji został sprzedany za 185 tys. dolarów! Columbia za projekt wystawiła artyście czek na 600 dolarów, którego nigdy nie odebrał. „Brzydzę się szmalem wielkich korporacji” – ucinał temat, gdy go o to pytano. Na rynku album „Cheap Thrills” ukazał się dokładnie 12 sierpnia 1968 roku.

Najlepsza amerykańska okładka lat 60-tych wg. magazynu „Rolling Stone”.

Jedną z charakterystycznych cech stylu artysty były kształtne kobiety z obfitym biustem i mocno zaokrągloną pupą. Ich seksualność była zapewne spowodowana traumatycznymi wspomnieniami z okresu szkolnego. Crumb edukowany w katolickiej szkole prowadzonej przez kościste i surowe zakonnice w wieku dojrzewania budziły w nim wstręt i pobudzały wyobraźnię do kobiet o  ponętnych kształtach. Takie, które chciał dotykać, szczypać i robić inne, całkiem przyjemne rzeczy. Blues rockowy numer „I Need A Man To Love” zilustrował dobrze wyposażoną w kobiece atrybuty damę (Janis) rozciągniętą na łóżku i czekającą na swego kochanka.

W ilustracji do „Ball And Chains” pojawia się nazwisko autorki utworu. Big Mama Thornton, czarnoskóra amerykańska wokalistka bluesowa  skomponowała go na początku lat 60-tych. Janis po raz pierwszy usłyszała go w autorskim wykonaniu w jednym z barów w Los Angeles i poczuła zimny dreszcz emocji. Chłopcy z Big Brother przekształcili go w powolny blues w tonacji molowej. Numer stał się kulminacyjnym punktem ich koncertów. Nie przypadkowo nagranie to, z jednym z najbrudniejszych brzmień gitarowych tamtych czasów i dramatycznym wokalem nieziemskiej Janis z hukiem zamyka album, a 10-sekundowa pauza na początku piosenki pozostaje najbardziej mrożącym krew w żyłach momentem tej epoki.

Album zaczyna się od porywającego „Combination Of The Two”, który gotuje się piekącą gitarą Jamesa Gurly’ego. Drugi gitarzysta, Sam Andrew dzieli się z wokalem z Janis, ale to ona kradnie światło reflektorów. Cover utworu Ermy Franklin (siostry Arlethy) „Piece Of My Heart” stał się ich pierwszym, wielkim przebojem, a uduchowiona interpretacja uczyniła z Joplin gwiazdę. „Turtle Blues” sterowany wyłącznie przez gitarę akustyczną, fortepian i wokal to czysty blues, zaś nawiedzony rocker „Oh Swet Mary” z potężną gitarą jest jednym z najbardziej psychodelicznych kawałków w katalogu Big Brother. Najwięcej emocji dostarcza nam jednak fantastyczna wersja „Summertime” Georga Gershwina pochodząca z opery „Porgy And Bess” z 1935 roku. Na przestrzeni dziesięcioleci był interpretowany w różnych stylach i wersjach: operowych, jazzowych, popowych… W wykonaniu Big Brother zyskał kosmiczny wymiar.  Dramatycznemu do bólu wokalu kruchej i delikatnej Janis Joplin wtórują wirujące, solidne gitary, a przesiąknięte smutkiem solówki Gurleya i Andrew w środku nagrania to poezja elektrycznych gitar.

W listopadzie 1968 roku album „Cheap Thrills” osiągnął szczyt amerykańskich list najlepiej sprzedających się płyt utrzymując się na nich osiem tygodni. W pierwszej dziesiątce tuż za jego plecami plasowały się takie  albumy jak „Electric Ladyland” i „Are You Experienced?” The Jimi Hendrix Experience, „The Time Has Come” The Chambers Brothers, „Crown Of Creation” Jefferson Airplane, „The Crazy World Of Arthur Brown” Arthura Browna, „Wheels Of Fire” Cream. I niech ktoś mi teraz powie, że to nie był złoty wiek psychodelicznej muzyki…

Robert Crumb dwa lata później opuścił San Francisco i przeniósł się do Nowego Jorku. Odrzucił propozycję zespołu The Rolling Stones by projektować dla nich okładki skupiając się głównie na tworzeniu komiksów. W latach 80-tych zilustrował kilka opowiadań Charlsa Bukowkiego. Dekadę później, wraz z żoną Aline Kaminsky osiadł na stałe we Francji znacznie ograniczając działalność. I choć od czasu do czasu do dziś ukazują się jego nowe prace, większość wolnego czasu spędza z przyjaciółmi grając na banjo w amatorskim zespole Le Promitifs du Futur.

Robert Crumb przeszedł do historii muzyki rockowej jako autor jednej z najbardziej rozpoznawalnych okładek płyt lat 60-tych. Paradoks polegał na tym, że zrobił ją dla zespołu, na którym mu nie zależało, grającego muzykę, której nie słuchał, przeznaczoną dla hipisowskiej publiczności, z którą nic go nie łączyło…

Szkiełkiem i okiem. SANTANA „Abraxas” (1970)

„Chciałem, by ludzie patrząc na okładkę słyszeli muzykę.” (Alex Steinweiss, pierwszy Dyrektor Artystyczny Columbia Records).

W 1939 roku Alex Steinweiss przedstawiając szefom z wytwórni Columbia pomysł na nowy rodzaj opakowania płyt gramofonowych usłyszał: „Ładne opakowania na płyty? Po co – to dodatkowe koszty, a nie podniosą sprzedaży. Ludzie kupują muzykę, nie pudełka”. Jednak postanowili dać mu szansę. Tym samym syn warszawskich emigrantów zrewolucjonizował przemysł muzyczny na skalę, której rozmachu nikt wówczas nie mógł przewidzieć… Okładka, oprócz funkcji reklamowych pełni też funkcję informacyjną – najtrudniejszą w odczytaniu i wymagającą u odbiorcy kompetencji, czasem sporej wiedzy. W sposób graficzny przedstawia treści muzyczne zawarte na płycie, co nie jest wcale takie łatwe. Zazwyczaj jeden bystry rzut okiem potrafi powiedzieć nam wiele. Jednak czasem warto posłużyć się przysłowiowym szkiełkiem, by dostrzec coś czego na pozór nie widać, a jest. Bo przecież diabeł czasem tkwi w szczegółach…

Carlos Santana pierwszą rzeczą jaką dostrzegł na obrazie „Annunciation” („Zwiastowanie”) niemieckiego malarza Mati Klarweina były afrykańskie bębny konga i kolorystyka, która idealnie oddawała charakter jego muzyki. Z miejsca podjął decyzję, że malowidło ozdobi okładkę drugiej płyty zespołu SANTANA pt. „Abraxas”.

Mati Klarwein „Annunciation” (1961)

Mati Klarwein urodził się w Hamburgu w 1932 roku. Kiedy miał dwa lata jego rodzina wyjechała z Niemiec do Izraela (wówczas Palestyny). W ten sposób jego żydowski ojciec Yusef Ben Menachem z zawodu architekt mógł uniknąć nazistowskich prześladowań. Matka Matiego, Elsa, rodowita Niemka z domu Kühne, była znaną śpiewaczką operową. Gdy niedługo po tym rodzice rozwiedli się Klarwein zamieszkał z matką we wsi Nahariya w pobliżu granicy z Libanem. To tutaj spędził większą część II wojny światowej. W 1948 roku 16-latek był świadkiem wycofania brytyjskich żołnierzy i przekształcenia Palestyny ​​w Izrael. Jego matka postanowiła uciec od konfliktów izraelsko-palestyńskich i rok później wraz z synem wyemigrowała do Francji. W  Paryżu 17-latek studiował malarstwo m.in. u Fernanda Légera i Ernsta Fuchsa. Tego ostatniego uważał za „najbardziej psychodelicznego ze współczesnych malarzy” obok rzecz jasna Salvadora Dali, z którym nawiasem mówiąc przyjaźnił się przez długie lata. Klarwein był też bliskim przyjacielem jednej z  najbarwniejszych postaci powojennego Paryża jakim był poeta, muzyk i aktor Boris Vian, To on poznał go z późniejszą muzą artysty, kochanką, bogatą i ekscentryczną Kitty Lillaz, z którą podróżował po świecie. Po swojej pierwszej wizycie w Nowym Jorku w 1961 roku namalował obraz „Zwiastowanie”. Kiedy dziewięć lat później Santana wybrał obraz na okładkę albumu uczynił malowidło jednym z najbardziej rozpoznawalnych dzieł Klarweina. Warto dodać, że logo zdobiące front płyty zaprojektował jego uczeń, Robert Venosa.

Santana „Abraxas” (1970)

Słowo Abraxas (początkowa pisownia Abrasax) w różnych kulturach miało wiele znaczeń. W mitologii perskiej oznaczało najwyższe bóstwo (Mitra), a egipski gnostyk Basilides określał nim Wielkiego Archonta, księcia 365 Sfer. Słowo pojawiało się też w pismach magicznych i ezoterycznych stąd skojarzenia z Abrakadabrą, zaś rzadkie kamienie szlachetne z wygrawerowanym napisem Abraxas spełniały rolę amuletów chroniących przed Siłami Zła. Z kolei w  hellenistycznych transkrypcjach siedem liter reprezentowały każdą z siedmiu planet znanych w Starożytności, oznaczały też siedem najwyższych poziomów umysłu człowieka…

Obraz „Annunciation” przedstawia moment objawienia się Maryi archanioła Gabriela i jego zapowiedź narodzenia Jezusa Chrystusa, Syna Bożego. W kościele katolickim nazywamy to „Zwiastowaniem Pańskim”, lub „Zwiastowanie Bogurodzicy”.  W swej prowokacyjnej interpretacji Mati Klarwein wykorzystał motywy pochodzące z różnych kultur i religii. Obok Maryi  na obrazie uwieczniony jest Budda pod postacią słonia. Zauważmy, że skrzydlaty i wytatuowany  Archanioł siedzi okrakiem na afrykańskim bębnie konga wskazując ręką w kierunku nieba na Aleph – hebrajski symbol Początku. Bębny od wieków były wykorzystywane w Afryce do komunikowania i ogłaszania ważnych wiadomości. Pełniły też ważną rolę w tańcach i plemiennych obrzędach. Czarna, naga i zmysłowa Maryja Dziewica tak bardzo różniąca się od stereotypowego wizerunku utrwalonego przez średniowiecznych malarzy, które do dziś widzimy w kościołach otoczona symbolami płodności miała twarz Sofi, żony artysty.

Trzech szamanów i Klarwien jako Św. Jóżef

Po lewej stronie widzimy trzy postacie w afrykańskich strojach mogące symbolizować Trzech Króli i samego Klarweina w okularach przeciwsłonecznych i słomkowym kapeluszu, a więc w atrybutach kojarzących się z luzackim i beztroskim stylem życia współczesnego świata. Trzej osobnicy to pasterze z plemienia Wodaabe, jednego z ludów Afryki wędrujących wzdłuż południowej granicy Sahary. Pod koniec pory deszczowej (w okolicach września) odbywa się u nich konkurs piękności, w którym udział biorą… młodzi mężczyźni.  Ustrojeni w barwne stroje, mosiężne bransolety, z kolorowo pomalowanymi twarzami tańczą non stop przez siedem dni i nocy rytualne tańce oceniane wyłącznie przez kobiety…  Jest jeszcze jeden „prywatny” szczegół na tym obrazie, który można przeoczyć. To fragment widoku malutkiej nadmorskiej wioski Deià na Majorce, gdzie mieszkała matka artysty namalowany z okna jej sypialni. Warto wiedzieć, że Deià położona nad zatoką Cala otoczona górami Serra de Tramuntana to prawdziwy raj łączący piękno natury z ziemskimi przyjemnościami (przytulne kawiarenki, restauracyjki) od wielu lat przyciągający wszelkiej maści artystów, muzyków, pisarzy. Miniaturę umieszczoną po lewej stronie stóp Maryi lepiej widać  pod lupą, lub dużym szkłem powiększającym.

Widok z okna sypialni.  Deia (Majorka)

Obraz można postrzegać jako wizualną celebrację życia na ziemi w całym jego bogactwie i różnorodności. Poprzez bodźce wzrokowe słychać w nim muzykę, czuć zapach i smak. Jest seks, jest pożądanie. Faktura kolorów, zmysłowość kamieni, erotyzm kwiatów, naturalne piękno krajobrazów i owoce natury są tu uwiecznione na całe wieki. Odkrywanie odniesień tudzież różnych, na pozór drobnych i luźnych szczegółów  to już prawdziwa przyjemność dla każdego odbiorcy.

Mati Klarweit był także twórcą okładki płyty „Bitches Brew” Milesa Davisa. Swoją drogą, jak silna musiała być pozycja Milesa Davisa na muzycznym rynku świadczy m.in. tytuł krążka. Komu innemu żadna wytwórnia nie zezwoliłaby wówczas na użycie takiego tytułu… Mati dostał wolną rękę przy tworzeniu grafiki i wykreował niezwykle surrealistyczną scenę idealnie pasującą do muzyki albumu, ukazując przy tym fuzję białej i czarnej muzyki.

Według definicji Carlosa Santany muzyka jest „(…) połączeniem dwojga kochanków: melodii (kobieta) i rytmu (mężczyzna). Najlepsza powstaje wtedy,  kiedy wychodzisz poza jej grawitację, czas i myślenie. Kiedy grasz nie myśl za dużo, pozwól jej płynąć…”

O ile płytowy debiut „Santana” (1969) cenię sobie nieco wyżej od „Abraxas”, to drugi krążek zespołu ma jeszcze jeden wielki (oprócz rzecz jasna okładki) atut. To  niezapomniana „Samba Pa Ti” –  jedna z najcudowniejszych najpiękniejszych instrumentalnych perełek w historii rocka…

 

Znani i lubiani: Jimi Hendrix, Hawkwind, Greg Lake.

Wracam kolejny raz do pomysłu, by w jednym poście zamieścić opis kilku płyt bardziej znanych i lubianych wykonawców, które być może w czasie gdy się ukazały, co niektórym umknęły uwadze. Nie są to co prawda muzyczne rarytasy na miarę archeologicznych skarbów, ale trzymają wysoki poziom i mają nieocenioną wartość. Co ważne – opisane tu pozycje wciąż dostępne są w sprzedaży, warto więc przyjrzeć się im także pod kątem ewentualnego zakupu.

Żaden artysta rockowy nie ma tylu pośmiertnych albumów co Jimi Hendrix. Liczone już nie w dziesiątkach, ale w setkach tytułach. Czy warto więc rzucić się na to kolejne..?

THE JIMI HENDRIX EXPERIENCE „Purple Box” (2000)

To czteropłytowe wydawnictwo w formie książki z uwagi na swą aksamitno-fioletową oprawę nieoficjalnie nosi nazwę „Purple Box”. Tuż po wydaniu magazyn Rolling Stone na swych łamach ogłosił, że to (cytuję): „Rolls Royce wśród pośmiertnych zestawów Hendrixa…” Faktycznie – pudełko zawierające 56 nagrań w większości publikowanych po raz pierwszy robi wielkie wrażenie! To pozycja wręcz obowiązkowa dla każdego fana starego rocka (przyjmuję, że wielbiciele Mistrza mają ją na bank!). Po pierwsze – zachowano chronologię poczynając od pierwszych nagrań The Jimi Hendrix Experience z października 1966 roku, poprzez jego przełomowe albumy studyjne (w tym różne transcendentalne występy), kończąc na ostatniej sesji artysty w nowojorskim Electric Lady Studios w sierpniu 1970 roku. Można więc dokładnie prześledzić rozwój gitarzysty, który w swej krótkiej, bo zaledwie czteroletniej karierze łączył pop i blues, psychodelię, jazz i soul. I po trzecie – „Purple Box” zawiera także 80-stronicową broszurę wypełnioną rzadkimi, nigdy wcześniej niepublikowanymi  zdjęciami, esejami, ręcznie pisanymi notatkami i tekstami Jimiego. Jest więc na co popatrzeć, poczytać, a przede wszystkim posłuchać..

Do najwspanialszych perełek muzycznych należą zachwycające interpretacje „Killing Floor” Howlina Wolfa i „Catfish Blues” Roberta Petwaya z paryskiej Olimpii (obie z października: pierwsza z 1966, druga z 1967 roku), świetna instrumentalna kompozycja „Title No.3” z kwietnia’67, uroczy żart „Taking Care Of Business”, wczesna wersja „Angel”. Jest też do tej pory niedostępne, pełne czadu wykonanie „Glorii” Vana Morrisona, za którą biegałem całymi latami i straciłem nadzieję, że kiedykolwiek będę ją miał. Koniecznie muszę tu też wymienić imponującą wersję „Like A Rolling Stone” Boba Dylana z koncertu w Winterland w San Francisco z października 1968 roku, przejmujący blues „It’s Too Bad”, oraz nagrany z cudownym luzem „Country Blues” ze stycznia 1969 roku… Tak szczerze, to trzeba by  wymienić całą zawartość boksu – wszystko jest tu kapitalne! Na zakończenie dodam, że wydana została także wersja skrócona boksu (dwie płyty CD), ale szczęście musi być pełne.

Spośród wszystkich wykonawców na świecie grupa Hawkwind może poszczycić się największą dyskografią w historii rocka. Anegdota krążąca wokół zespołu głosi, że sami muzycy pogubili się w tej masie płyt i na dobrą sprawę nie wiedzą ile ich w końcu wydali… Gdyby ten materiał ukazał się w tym samym roku, w którym został nagrany, byłoby to ich drugie w karierze koncertowe wydawnictwo. Mowa o:
HAWKWIND „The '1999′ Party” (1997)

Ta podwójna płyta kompaktowa to zapis występu z 21 marca 1974 roku z Chicago Auditorium. Podczas gdy pierwszy koncertowy album „Space Ritual” (1973) opierał się głównie na utworach z płyt studyjnych („Doremi Faso Latido” i „In Search of Space”), ten koncentruje się na przygotowywanej właśnie płycie „Hall of the Mountain Grill”, która jak dla mnie jest NAJWIĘKSZYM albumem studyjnym Hawkwind za czasów Lemmy’ego! Materiał „Hall Of The Mountain Grill” był tak potężnie emocjonalny, że wykonywany na żywo nadawał muzyce inny wymiar. Spośród dziewięciu nagrań, które znalazły się na studyjnym albumie, w Chicago grupa wykonała  cztery: „Paradox”,D-Rider”, „You’d Better Believe It” i „Psychodelic Warlords”. Do koncertowego repertuaru włączono rzadkie utwory singlowe: „Brainbox Pallution” i „It So Easy”, co już w dużym stopniu podnosi wartość tego wydawnictwa, oraz melorecytacje: „Standing On The Edge” (znalazła się potem na płycie „Warrior On The Edge Of Time”) i „Veterans Of A Thousand Psychic Wars”. Reasumując, mamy tu ponad półtorej godziny oszałamiającej, kosmicznej i odurzającej muzyki spod znaku Jastrzębich Skrzydeł. Zespól Hawkwind w najlepszej formie i w najlepszym wydaniu. Innymi słowy  – obowiązkowa pozycja w zbiorach każdego rock fana. Żal serce ściska, że aż tyle lat czekaliśmy na jego premierę…

Greg Lake jako współzałożyciel King Crimson i lider Emerson Lake And Palmer był bez wątpienia jednym z architektów progresywnego rocka. Jego jedwabiście czysty głos na zawsze kojarzyć się będzie z niezapomnianym utworem jakim jest „In The Court Of The Crimson King” i równie doskonałą, prześliczną i liryczną perełką „C’est La Vie”. Jeszcze za życia artysty ukazał się album podsumowujący jego ówczesny dorobek artystyczny zatytułowany:                                          THE GREG LAKE RETROSPECTIVE „From The Beggining” (1997).

Podwójny kompakt zawiera dwie i pół godziny muzyki z różnych okresów działalności artysty, choć lwia część przypadła nagraniom z okresu ELP. Jak łatwo się domyślić zestaw ten otwiera „In The Court Of The Crimson King”, a zamyka „Heart On Ice” z wydanego w 1994 roku albumu „In The Hot Seat” reaktywowanego tria ELP.

Po dwóch piosenkach King Crimson, ten retrospektywny zestaw zabiera nas w okres ELP. Piosenki takie jak „Lucky Man” i „From the Beginning” przywołują wiele wspomnień… „C’est La Vie” to piękna piosenka Grega wykonana z orkiestrą, która pojawiła się na „Works Vol I”. Z tomu „Works Vol II” mamy „I Believe In Father Christmas” i „Watching Over You”.  Pierwsza z nich nie jest tą wersją z dodanymi dzwoneczkami na końcu. Dla tych, którzy nie wiedzą „I Believe…” nie jest standardową kolędą. Piosenka uderza obuchem między oczy i jest idealnym uzupełnieniem hitu „Silent Night/7 O’Clock News” duetu Simon And Garfunkel…  Oprócz nagrań King Crimson i ELP (w tym bardzo rzadkich, jak koncertowa wersja „Take A Pebble” ELP z festiwalu w Mar Y Sol w Puerto Rico z 1972 r.) znalazło się miejsce na wiele solowych dokonań Lake’a. Mam tu na myśli płyty „Greg Lake” i „Manoeuvres” z początku lat 80-tych. Są tu też jego nowe, do tej pory  niepublikowane rzeczy jak  „Love Under Fire” i „Money Talks”. Jest wreszcie niesamowita, koncertowa  wersja „21st Century Schizoid Man” nagrana w 1981 roku w Hammersmith Odeon z własnym zespołem z wyborną solówką Gary Moore’a dotychczas dostępna tylko na rzadkiej, niskonakładowej płycie „Greg Lake In Concert”. Ta retrospekcja pokazuje też jak na przestrzeni lat zmieniał się głos artyście. Jego „niebiański”, aczkolwiek mocny i rockowy z początku kariery staje się później bardziej dojrzały i głębszy, stworzony do śpiewania bluesa i jazzu. Mimo to „ziemski” Greg  Lake wciąż skutecznie wykorzystuje swój głos, co dobitnie potwierdzają „Black Moon” i „Paper Blood”. Zwracam też uwagę na utwór „Daddy”. To smutna piosenka o ojcu, który traci dziecko. Głęboki, jazzowy głos Grega robi cuda w tej melodii. Czuć w nim ból i cierpienie rodzica, który stracił dziecko z rąk szalonego zabójcy…

Greg Lake, który zmarł 7 grudnia 2016 roku w wieku 69 lat, był (jest!) jednym z najważniejszych i najbardziej znanych wokalistów w świecie progresywnego rocka. Ta świetna kompilacja tezę tę tylko potwierdza.

Świeża śmietanka (nie całkiem) dobrych manier. CREAM „Fresh Cream” (1966).

Życie pisze najwspanialsze scenariusze, a historie zespołów  i muzyków czasem są bardziej zajmujące niż niejedna hollywoodzka superprodukcja. Serialowe perypetie bohaterów „Dynastii”, czy „Mody na sukces” to mały pikuś w stosunku do tego, co przeżywali w realu Jim Morrison, Janis Joplin, Hendrix, Zeppelini, Black Sabbath, Grateful Death, The Allman Brothers Band, czy panowie z CREAM

W momencie powstania zespołu, cała trójka była uznawana za największych wirtuozów swoich instrumentów. Nic przeto dziwnego, że media ogłosiły ich mianem supergrupy, co zresztą potwierdzili swoimi płytami i koncertami. Bezsprzecznie wywarli ogromny wpływ na rozwój muzyki rockowej dając solidne podwaliny pod powstanie hard rocka i wyznaczyli standardy, które miały obowiązywać w muzyce rockowej jeszcze przez wiele lat po jej rozpadzie. Siłą napędową zespołu, której twórczość opierała się na perfekcyjnej współpracy całej trójki, był przede wszystkim basista i główny wokalista Jack Bruce. Także główny kompozytor  – twórca, lub współtwórca wszystkich przebojów CREAM.

Jack Bruce (bg, voc.)
Jack Bruce (bg, voc.) od zawsze darł koty z Gingerem Bakerem.

Bruce wspólnie z perkusistą Gingerem Bakerem grali u Alexisa Kornera w jego słynnym Blues Incorporated. Po odejściu od Kornera w lutym 1963 roku wspólnie z saksofonistą i organistą Grahamem Bondem założyli The Graham Bond Organisation. Bruce i Baker uwielbiali ze sobą grać, ale nienawidzili się jako ludzie. Dochodziło między nimi do bijatyk, które zazwyczaj prowokował Ginger Baker. Ten fenomenalny perkusista miał wyjątkowo trudny i gwałtowny charakter. Bruce niewiele mu jednak w tym ustępował. Któregoś dnia zniszczył własnoręcznie zrobioną przez Bakera perkusję, za co ten w odwecie rozwalił mu głowę czynelem.  Skończyło się licznymi siniakami i kilkoma szwami na głowie. Z byle powodu obaj skakali sobie do oczu, robili złośliwości, manipulowali przy instrumentach, kablach i nagłośnieniu, by ten drugi wypadł jak najgorzej. Mimo to tworzyli na scenie perfekcyjny i znakomicie rozumiejący się tandem. Dostrzegł to Marvin Gaye, który zaproponował obu muzykom odbycie wspólnej trasy koncertowej po USA. Komuś takiemu jak Marvin Gaye nikt nigdy nie odmawiał. A jednak Jack Bruce zrobił to i odmówił! Basista zasłonił się brakiem czasu w związku z przygotowaniami do ślubu z Janet Gofrey. Perkusista wściekł się nie na żarty. Długo nie mógł przeboleć tego afrontu, a żal ściskał go tak mocno, że podczas koncertu najpierw posłał w jego kierunku swe pałeczki, a następnie – przewracając cały zestaw perkusyjny – rzucił się z pięściami na basistę. Zdumiona publiczność przecierała oczy nie wierząc w to co widzi choć byli i tacy, którzy twierdzili, że wszystko było z góry zaplanowane. Krewkich muzyków (nie bez problemu) rozdzielili  ochroniarze, a koncert przerwano… Czarę goryczy przelał incydent, który miał miejsce kilka tygodni później. Bruce usunięty z zespołu Bonda nie przyjmował tego faktu do wiadomości i za każdym razem pojawiał się na scenie jak gdyby nigdy nic prowokując przy okazji swoim zachowaniem Bakera. W końcu ten nie wytrzymał podbiegł do niego, przystawił mu nóż do gardła(!) i kazał się natychmiast wynosić! Tym razem poskutkowało…

Ginger Baker
Ginger Baker – geniusz perkusji. W życiu prywatnym despota i choleryk.

Wkrótce basista znalazł miejsce w bardziej komercyjnym zespole Manfreda Manna , zahaczył krótki pobyt u Mayalla w Bluesbreakers i w okazjonalnym combo Powerhouse. To w tej ostatniej naprędce zmontowanej grupie utworzonej w marcu 1966 r. Jack spotkał Erica Claptona. Oprócz nich zespół tworzyli : wokalista Paul Jones (Manfred Mann), oraz Steve Winwood (klawisze, wokal) i Pete York (perkusja) – obaj z The Spencer Davis Group. Warto wiedzieć, że efektem tej pracy były trzy nagrania („I Want To Know”„Crossroads”„Steppin' Out”), które trafiły na świetną, bardzo poszukiwaną kompilację „What’s Shakin'” (Elektra, 1966). Dwa ostatnie stały się wkrótce integralną częścią koncertów CREAM.

To był ten czas, gdy Eric Clapton porzucił The Yardbirds w niezbyt dla siebie dobrym momencie, bo tuż przed ogromnym sukcesem singla „For You Love” i to po obu stronach Atlantyku. W zespole Mayalla wyrobił sobie markę najlepszego gitarzysty bluesowego na Wyspach, ale granie w Bluesbreakers mu nie wystarczyło. Marzył o założeniu własnego zespołu.

Eric Clapton (1966)
Eric Clapton (g) tworząc CREAM  nie wiedział z kim się zadał…(1966)

Po jednym z koncertów Eric załapał się na powrót do Londynu samochodem, który prowadził… Ginger Baker. Perkusista, jak się okazało, był jego wiernym fanem. W czasie jazdy młody gitarzysta zwierzył się, że myśli o założeniu zespołu. O tym samym myślał też perkusista bowiem  Graham Bond z pomocą heroiny zaczął iść w stronę wyjątkowo pokręconej działalności artystycznej i współpraca z nim stawała się coraz trudniejsza. Skoro obaj myśleli o tym samym, klamka zapadła! „Musimy tylko znaleźć kogoś dobrego  na basie” – rzucił przez zęby Baker trzymając w ustach papierosa z którym nie rozstawał się przez całą drogę. Clapton nieświadom gorących relacji między muzykami szybko odpowiedział: „Znam jednego. Jest bardzo dobry. Właśnie niedawno nagrałem z nim kilka piosenek. Nazywa się Jack Bruce…” Tylko cud sprawił, że samochód nie uderzył czołowo w mijane właśnie drzewo, choć i tak podróż zakończyła się dachowaniem w przydrożnym rowie… Nie mniej obaj panowie na jakiś czas zakopali topór wojenny i basista grupy Manfreda Manna uzupełnił skład nowego zespołu. Na jednej z pierwszych prób któryś z nich zażartował, że skoro są śmietanką brytyjskiego blues-rocka, to nazwa może być tylko jedna – CREAM.

CREAM. Baker, Clapton i Bruce (1966)
CREAM. Baker, Clapton i Bruce na ulicach Londynu (wrzesień 1966).

Będąc jeszcze w fazie prób muzycy rozważali pomysł o kwartecie. Padło kilka propozycji, w tym mi.in. zatrudnienie znakomitego wokalisty Steve’a Winwooda. Jednak jego wprowadzenie oznaczałoby konflikt interesów, gdyż głównym wokalistą miał być Jack Bruce.  W końcu  Clapton, który był pod wrażeniem występu tria Buddy Guy’a  w 1965 roku podczas American Folk Blues Festival zdecydował o pozostaniu triem. Na przykładzie Guy’a zobaczył, że trio dawało większe improwizatorskie możliwości muzykom. A każdy z nich miał ku temu wielkie zdolności jak i chęci.

Pierwszym występem  zespołu miał być koncert na przełomie lipca i sierpnia 1966 roku na National Jazz And Blues Festival, ale przedtem muzycy pragnęli się sprawdzić w innym miejscu. 29 lipca wystąpili w manchesterskim klubie związanym z Johnem Mayallem Twisted Wheel. Zagrali wtedy głównie bluesowe standardy, które spotkały się z gorącym przyjęciem… barmana, kilku kelnerek, technicznych rozstawiających sprzęt i paru zupełnie przypadkowych klientów. Okazało się, że występ był niezapowiadany i klub świecił pustką… Trzy dni później, na wspomnianym festiwalu zalali publiczność lawiną dźwięków jakich jeszcze nikt nigdy nie słyszał! Nie chcąc tracić dobrego ducha niemal natychmiast rozpoczęto prace nad debiutanckim albumem, który pod tytułem  „Fresh Cream” ukazał się 9 grudnia 1966 r.

LP "Fresh Cream" (1966)
LP „Fresh Cream” (1966)

„Fresh Cream” – jeden z pierwszych i najbardziej inspirujących albumów blues rockowych – aż w połowie składa się z cudzych kompozycji. Są to „Spoonfull” Howlin' Wolfa, „Cat’s Squirrel” nieznanego autorstwa, „Four Until Late” Roberta Johnsona, „Rollin' And Tumblin' „ Hambone’a Williego Newberna, oraz „I’m So Glad” Skipa Jamesa. Longplay rozpoczyna rockowe i zadziorne „N.S.U.” wyśmienicie zaśpiewane przez Bruce’a ozdobione perfekcyjną, choć trwającą tylko 23 sekundy solówką Claptona – z pewnością jedną z najlepszych jakie kiedykolwiek zagrał! Na ciężkim, powolnym blues rockowym „Sleepy Time Time” wychował się pewnie nie jeden hard rockowy zespół lat 60 i 70-tych, po którym pojawił się melodyjny, wzbogacony udanymi harmoniami wokalnymi „Dreaming”. Po tych dwóch, dość konwencjonalnych nagraniach dostajemy lekką zapowiedź tego, na co naprawdę stać trio. Bardzo udany kawałek  „Sweet Wine” z niezłą gitarową solówką jest pierwszą próbą zespołowego, improwizowanego grania z jakim kojarzy się CREAM. Pierwszą stronę płyty zamyka doskonała siedmiominutowa wersja bluesowego „Spoonful”. Luźne, nieskrępowane granie z idealną współpracą instrumentalistów, z mocniejszym brzmieniem zwiastującym nadejście hard rocka. Bruce śpiewa niczym młody bóg ozdabiając całość świetną partią harmonijki, a Clapton gra swoje zakręcone, rozimprowizowane partie gitarowe, które były niewątpliwie punktem wyjścia dla „odlotowców” spod znaku rocka psychodelicznego. Trzeba jednak pamiętać, że nie jest to jeszcze najlepsza wersja tej kompozycji jaką zaprezentowało trio. Ta została wydana półtora roku później na koncertowej części albumu „Wheels Of Fire”.

Label brytyjskiego LP.
Label brytyjskiego LP.

Drugą stronę płyty otwierał bluesujący, niemal instrumentalny (jeśli nie liczyć wokalizy Bruce’a„Cat’s Squirrel”. To najcięższy utwór na płycie, utrzymany w dość szybki tempie oparty na współbrzmieniu grających w harmonii gitary i harmonijki. Dwa lata później niemal identyczną wersję zaproponowała na swoim debiucie grupa Jethro Tull… „Four Untill Late” zaśpiewany (wyjątkowo) przez Claptona to niemal popowy i całkiem sympatyczny kawałek, będący totalnie przearanżowaną kompozycją legendarnego bluesmana – Roberta Johnsona. Nastrój spokoju burzyła kapitalna, bardzo hałaśliwa, oparta na gęstym, łomoczącym rytmie perkusji wersja klasycznego „Rollin' And Tumblin' ” z rozgrzaną do czerwoności harmonijką ustną. Pełen wdzięku, bardzo chwytliwy „I’m So Glad” utrzymany w bluesowej stylistyce oparty był na mocnej grzej sekcji rytmicznej ozdobiony ostrą gitarową solówką. Całość kończy „Toad”. Chyba najbardziej nowatorski utwór, z czterominutową kapitalną solówką na bębnach Bakera wciśniętą między futurystycznymi zagrywkami Claptona. Pierwowzór „Mobby Dicka” Led Zeppelin, „Rat Salad” Black Sabbath i wielu innych kawałków, tyle że… o wiele bardziej porywający!

„Fresh Cream” to płyta mocno osadzona w stylistyce lat 60-tych, doskonała i pełna życia. Płyta, która zwiastowała nowe czasy w muzyce rockowej, doceniona przez fanów (6 miejsce na Wyspach) szybko znalazła też swoje miejsce w historii rocka. Z perspektywy ponad pół wieku wciąż jawi się jako bardzo udany, efektowny debiut trójki genialnych muzyków, którzy łamali kanony i ograniczenia jak nikt wcześniej i niewielu później.

NAZARETH – sześć płyt, których czas się nie ima.

Kiedy szkocka grupa NAZARETH po raz pierwszy odwiedziła nasz kraj (oj, było to wiele lat temu, jeszcze przed laptopami, komórkami i internetem), zespół przyszedł do radiowej „Trójki”, by podzielić się wrażeniami z Polski i opowiedzieć o swej nowej płycie. Gospodarzem spotkania był Piotr Kaczkowski, który po krótkiej prezentacji spytał wokalistę Dana McCafferty’ego czy podoba mu się Warszawa i jak się tu czuje. McCafferty zaczął swoją opowieść. Mówił i mówił –  jeden wielki potok słów. Siedzę przy głośniku radiowym i denerwuję się, bowiem pan Piotr niczego nie tłumaczył. A ten jak nakręcony nie przerywał. Trwało to dobre kilka minut(!), po czym nastąpiła… cisza. A cisza w eterze to rzecz absolutnie niedopuszczalna. Zaniepokojony pomyślałem, że radio mi wysiadło. W końcu, lekko spanikowanym  głosem Piotr Kaczkowski zwrócił się do zespołu: „Ok. A teraz proszę was, przetłumaczcie mi, co on mi tu naopowiadał, bo ja nic z tego nie zrozumiałem!”. Reszta zespołu wybuchnęła gromkim śmiechem, po czym gitarzysta Manny Charlton powiedział: „My też go nie rozumieliśmy, bo mówił szkockim dialektem, którego nikt z nas nie zna. A ty byłeś w niego tak wpatrzony i tak zasłuchany, że myśleliśmy, że go rozumiesz. I że to ty powiesz nam, co on ci tu nagadał”.

Zespół powstał w 1968r. w szkockim Dunfermline (nota bene także rodzinne miasto Iana Andersona z Jethro Tull) jako Shadettes, ale zaraz zmienił nazwę na NAZARETH. Ponoć stało się to pod wpływem grupy The Band i utworu „The Weight”, który został wykorzystany w kultowym filmie Dennisa Hoppera „Easy Rider”. Debiutancka płyta zatytułowana po prostu „Nazareth” ukazała się w listopadzie 1971 roku. I choć furory na rynku nie zrobiła, to moim zdaniem jest to debiut bardzo udany, momentami wręcz rewelacyjny.

NAZARETH "Nazareth" (1971)
NAZARETH „Nazareth” (1971)

Już sam początek płyty wydaje się być jednoznaczną deklaracją gatunku. w którym zmierzał zespół: ostre brzmienie gitar, kąśliwe zagrywki i ekspresyjny śpiew wokalisty przywodzą na myśl skojarzenia z muzyką mistrzów ciężkiego grania – Led Zeppelin i Deep Purple. „Witchdoctor Woman” o którym mowa jest naprawdę świetny, aż dziw, że nie stał się klasyką zespołu. Z kolei „Empty Arms, Empty Hand” za sprawą dudniącego basu  i partii gitarowych kojarzy się ze starym, dobrym Black Sabbath. Za opus magnum płyty można uznać cover utworu Bonnie Dobsona „Morning Dew”, który brali na warsztat wcześniej Tim Rose, Episode Six, czy Jeff Beck. Wersja NAZARETH jest po prostu wyśmienita. Utwór ten to połączenie galopującego rytmu z psychodelią. Zwracam uwagę na kapitalną pracę gitar, które doskonale ozdabiają szaleńczą sekcję rytmiczną i na tajemniczy, spokojny śpiew McCafferty’ego, który pod koniec daje próbkę charakterystycznej dla siebie ekspresji…

Wydany rok później dość nietypowy i nieco folkujący album „Exerciser” wymaga co prawda kilku przesłuchań, choć trudno mu cokolwiek zarzucić.

LP "Exercises" (1972)
LP „Exercises” (1972)

Ten album wcale nie jest zły, a poprzez swoją odmienność stanowi ciekawą pozycję w dyskografii zespołu. Ciężkiego rocka jest tu co prawda jak na lekarstwo, ale jeśli ktoś lubi fuzję rocka z folkiem, to po tę płytę musi sięgnąć. Największe wrażenie robi na mnie nagranie oparte na marszowym rytmie werbla i akompaniamencie granym na kobzie „1692 (Glencoe Massacre)” opowiadające o rzezi angielskiego wojska na szkockich patriotach w Glencoe. Dla wielbicieli celtyckich brzmień to prawdziwa perełka! Ciekawie wypada „I Will Not Be Led”, gdzie muzyka orkiestrowa łączy się z folkowym brzmieniem, by całość zakończyć mocną porcją brudnego gitarowego czadu. Kolejny mój ulubiony numer to blues rockowy „Woke Up This Morning” , którego ostrzejsza wersja znajdzie się na kolejnej płycie, oraz żwawe folkujące „In My Time”„Called Her Name”. Dla wielbicieli ballad rockowych, za którymi osobiście nie przepadam  (poza pewnymi wyjątkami) zespół przygotował trzy spokojne nagrania: wciągającą i klimatyczną ” Madelaine”, króciutkie „Sad Song” ozdobione smyczkowymi aranżacjami,  oraz „Love Now You’re Gone” z leniwym syntezatorowym motywem.

Po nagraniu dwóch pierwszych płyt wszyscy przenieśli się do Londynu, gdzie zauważyli ich członkowie grupy Deep Purple. Wkrótce Szkoci otwierali występy Głębokiej Purpury. Mało tego – kolejne trzy albumy : „Razamanaz” (1973), „Loud’N’Proud” (1973) i „Rampant” (1974) wyprodukował basista Deep Purple, Roger Glover.

„Razamanaz” był pierwszym albumem NAZARETH, który sobie kupiłem, więc nic dziwnego, że darzę go wielkim sentymentem.

LP. "Razamanaz" (1973)
LP. „Razamanaz” (1973)

Otwierający płytę utwór tytułowy wręcz miażdży swoją mocą i energią i wydaje się być żywcem wyjęty z którejś z płyt purpurowego kwintetu. Manny Charlton daje czadu na gitarze, Pete Agnew (bg) i Darrell Sweet (dr) napędzają całą machinę, zaś Dan McCafferty wykrzykuje z furią kolejne wersy. To tu mamy tak dobre kawałki jak przebojowy „Broken Down Angel”, zawadiacki „Bad Bad Boy” i kolejny mocarny „Alcatraz”. Bez wątpienia trzeci album okazał się być najpopularniejszym  krążkiem na Wyspach w całej karierze hardrockowych Szkotów. Ale najlepsze miało dopiero nadejść…

O ile „Razamanaz” była pierwszą płytą NAZARETH w mojej kolekcji, to tak naprawdę po raz pierwszy zetknąłem się z ich muzyką za sprawą utworu „This Flight Tonight”, który pochodził z wydanego pół roku później (co za tempo!) krążka „Loud’N’Proud”. Utwór usłyszałem w radiowej „Trójce” w połowie lat 70-tych i zakochałem się w nim na zabój. Puszczany w wysokich rejestrach głośności „uszczęśliwiałem” nim (raczej nieświadomie) moich zacnych sąsiadów. Zresztą nie tylko ich i nie tylko nim…

LP "Loud'N'Proud" (1973)
LP „Loud’N’Proud” (1973)

Genialny „This Flight Tonight” to niewątpliwie numer jeden tej płyty. Kolejny cover, tym razem Joni Mitchell, który w wykonaniu grupy nabiera niesamowitej mocy. Jedna z tych kompozycji, którą słuchać mogę bez końca! Zresztą NAZARETH niejednokrotnie udowadniali, że wyjątkowo trafnie potrafili wykonać cudze hity na swój sposób. Kończący płytę rozbudowany, powolny „The Ballad Of Hollies Brown” to też cover, tym razem z repertuaru Boba Dylana. Ta wersja jest ciężka, przytłaczająca, przetworzone brzmienie basu buduje odpowiedni klimat, głos wokalisty brzmi złowrogo, a gitara potęguje ten złowieszczy nastrój. Jest tu także ognisty i całkiem interesujący „Turn On Your Receiver”, dynamiczny „No Fakin' It”, przebojowy „Go Down Fighting” i trzymający poziom „Teenage Nervous Breakdown”.

Kolejny, piąty w dyskografii zespołu album „Rampant” kończył współpracę z Rogerem Gloverem jako producentem, którego w studiu za konsoletą wspierał Manny Charlton. Okładkę płyty zaprojektował słynny amerykański grafik Joe Petangno, twórca m.in. maskotki zespołu Motorhead zwanej Snaggletooth. Petangno jest też autorem logo wytwórni płytowej Swan Song, którą założyli muzycy Led Zeppelin; ponadto w dorobku ma ok. 130 okładek płyt dla przedstawicieli najróżniejszych stylów muzycznych od glam rocka po najbardziej ekstremalne odmiany death metalu w tym naszego Vadera („Tibi et Igui” z 2014 roku). Ciekawostka, którą można się pochwalić nie tylko w towarzystwie death metalowców.

LP "Rampant" (1974)
LP „Rampant” (1974)

Był to pierwszy krążek nagrany przez zespół poza granicami Wysp Brytyjskich, bo w Szwajcarii. I ponownie odczuwam do tej płyty wielki sentyment z powodu przebojowego nagrania, które „piłowaliśmy” niemiłosiernie na szkolnych potańcówkach. I wcale nie była to ballada. Mam tu na myśli „Shanghai’d In Shanghai”, w którym na pianinie zagrał Jon Lord (!), gitarowe zagrywki Manny  Chartona wykonane zostały techniką slide, a w drugiej minucie słychać krótki cytat z „(I Can’t Get No) Satisfaction” The Rolling Stones… Album „Rampant” jest jedną z lepszych i ciekawszych propozycji zespołu w całej jej twórczości. Po pierwsze charakteryzuje się brzmieniem hard rockowym nawiązującym do bluesowych korzeni. Po drugie nie zawiera błahych piosenek. Po trzecie partie gitary zrealizowane są jakby z lekko przesterowanym dźwiękiem dodającym rockowego smaku. I ten gościnny udział klawiszowca Deep Purple!

Fantastyczny label płyty winylowej "Rampant" (1974)
Fantastyczny label winylowej płyty „Rampant” (1974) wydanej przez „spiralę” Vertigo.

Całość rozpoczyna dziki i nieokiełznany „Silver Dollar Forger” podzielony na dwie części (druga instrumentalna), kończy zaś sześciominutowa doskonała przeróbka „Shape Of Things” The Yardbirds, płynnie przechodząca w autorski kawałek „Space Safari” z elementami space rocka. To są bardzo mocne atuty tej płyty, a przecież mamy tu jeszcze inne perełki, ot choćby „Jet Lag”, który buja w rytmie bluesa; nastrojowy „Love And Lost”  z klimatycznymi solówkami gitar i stonowanym wokalem, czy wyśmienity, niemal psychodeliczny „Light My Way” sunący w wolnym tempie, z ostrym gitarowym podkładem i progresywnymi frazami Charltona w solówkach. Nie sposób pominąć prawdziwie nastrojowej rockowej ballady „Sunshine” o pięknej melodii z wysmakowanymi partiami gitary i z blues rockową solówką na zakończenie.

Jednak opus magnum zespołu, a więc najwspanialsze dzieło jakie ukazało się pod szyldem NAZARETH, które wyprodukował już sam zespół, a w zasadzie gitarzysta Manny Charlton ukazało się w kwietniu 1975 roku. Najmocniejszy, najinteligentniejszy, najbardziej porywający i przepojony rockową energią w najczystszej postaci. Album „Hair Of The Dog”.

LP "Hair Of The Dog" (1975)
LP „Hair Of The Dog” (1975)

Brzmienie płyty jest fantastyczne, na wskroś rockowe, mocne, przy tym czyste i wyraźne. Na pierwszy ogień idzie utwór tytułowy – kapitalny, energiczny kawałek, ze świetnym riffem, z krzykliwie skrzeczącym wokalem McCafferty’ego i chórkiem wyjącym w refrenie „… son of the bitch!” Zresztą wokalista ze swoim zawadiackim śpiewem jest mistrzem ceremonii i tak samo charakterystycznym jak Ozzy Osbourne, czy Ian Gillan. Axle Rose przyznał w jednym z wywiadów, że to właśnie McCafferty był jego ulubionym wokalistą, a płyta „Hair Of The Dog” przez bardzo długi czas nie opuszczała jego talerza gramofonu. Ponoć został z niej potem tylko wiór… W „Miss Misery” wydziera się jeszcze bardziej, ale to masywny rocker świdrujący mózg, z subtelnymi zmianami tempa i gitarowym solo, które całkiem udanie go urozmaicają. Trzeci utwór to ascetyczna ballada„Guilty”, choć wersja amerykańska w tym miejscu zawierała inną balladę – „Love Hurts” (cover duetu The Everly Brothers), którą pewnie każdy słyszał i każdy ją zna. Wszak to jedna z pomnikowych, klasycznych i nieśmiertelnych ballad rockowych. Wydana na singlu zrobiła oszałamiającą karierę m.in. w Kanadzie, RPA, Nowej Zelandii, Belgii i Holandii (nr 1 na listach przebojów), w Stanach (ósma pozycja), a w Norwegii uznano ją nawet za singiel wszech czasów!… Drapieżny „Changin' Time” z kapitalnie brzmiącą sekcją rytmiczną kończy stronę „A” płyty analogowej. I zawsze w tym miejscu od lat zadaję sobie to samo pytanie: czy ten człowiek ma gardło ze stali, czy też z jakiegoś szlachetniejszego kruszcu? Po tym numerze każdy inny wokalista powinien stracić głos! Zresztą wszyscy dokładają do pieca ile się zmieści. No i ten fantastycznie rozkręcający się finał!

Tył okładki. Reedycja CD wytwórni A&M (1990)
Tył okładki. Reedycja CD wytwórni A&M (1990)

Drugą stronę otwiera wiązanka „Beggar’s Day/Rose In The Heather”, czyli mocny, energiczny utwór z dudniącym basem (oj jak to pięknie brzmi na moich kolumnach) w połączeniu z nastrojowym brzmieniem gitary z wykorzystaniem efektów syntezatorowych. Łagodny i kołyszący, z połamanym bluesowym rytmem „Whiskey Drinkin' Women” ma bardzo fajną i udaną solówkę gitarową. Na koniec dostajemy obłędny, blisko 10-cio minutowy utwór „Please Don’t Judas Me”, który przybiera postać swoistej suity o egzotycznej aurze i takiej dusznej atmosferze z gitarą, która momentami przypomina sitar. Nagranie znakomite i do trzewi przejmujące. Z Danem McCafferty’m który daje z siebie wszystko. Na wpół wyśpiewując, na wpół wykrzykując pełen złości tekst. Z gitarzystą Charltonem krzeszącym iskry ze swego Gibsona. I z tym przytłaczającym, niedającym się tak łatwo zapomnieć nastrojem.

Na zakończenie pora by wyjaśnić znaczenie tytułu płyty, który u nas od pokoleń funkcjonuje jako „Sierść psa”.  Otóż w języku angielskim idiom „hair of the dog” oznacza „postalkoholowy klin” ( z sierścią psa jak widać nie ma to nic, ale to nic wspólnego). Początkowo płyta miała się nazywać „Son Of The Bitch”, na co absolutnie nie wyraziła zgody wytwórnia płytowa pomimo, że w refrenie tytułowego nagrania kilkakrotnie słychać tę frazę. Zespół zaproponował więc inny, acz w tym samym znaczeniu, tytuł – „Heir Of The Dog”. Było ciut lepiej, ale wydawca wciąż kręcił nosem. W końcu stanęło na tym, że w wyrazie heir zmieniono jedną literkę i tak już zostało na zawsze. „Hair Of The Dog” to kwintesencja stylu NAZARETH. I jednocześnie jego najmocniejsze, hard rockowe oblicze. Ze wspaniałą okładką, tym razem autorstwa Davida Fairbrothera-Roe. Okładką jakby nie z tego świata…

Zdaję sobie sprawę, że takich i tym podobnych albumów jest cała masa. Setki, jeśli nie tysiące. Ktoś kiedyś powiedział, że szkoda czasu na znakomite płyty, bo jest ich za dużo. Lepiej słuchać tylko genialnych, a i tak życia na nie nie starczy. Jeśli jednak chcemy już słuchać czegoś mniej genialnego, a wciąż doskonałego to TYCH płyt najzwyczajniej w świecie słucha się znakomicie. One są po prostu świetne i czas się ich nie ima.

Tolkienowski świat baśni. PAR LINDH & BJORN JOHANSSON „Bilbo” (1996)

Dzieła J.R.R. Tolkiena były i są potężnym źródłem inspiracji i natchnienia dla artystów wszelkiej maści, w tym i dla muzyków. Najbardziej znaną i jednocześnie najbardziej inspirującą powieścią tego brytyjskiego pisarza fantasy jest oczywiście „Władca Pierścieni”, ale wcześniejsza książka Hobbit, czyli tam i z powrotem” nie pozostaje w tyle. Odpowiednie tło muzyczne czasami potrafi uczynić cuda i sprawić, że znana na pamięć powieść nabiera innego, nowego wymiaru. A lista wykonawców zafascynowanych tolkienowskimi opowieściami jest bardzo długa. Nie ukrywam, że w ścisłej czołówce gotów jestem umieścić Par Lindha, szwedzkiego muzyka grającego na instrumentach klawiszowych, lidera progresywnego  zespołu Par Lindh Project, którego w rodzinnym kraju porównuje się do Keitha Emersona, lub Ricka Wakemana.

Karierę muzyczną zaczynał jako… organista kościelny. Potem przyszła fascynacja jazzem. Wyjechał do Francji, gdzie grywał jako pianista jazzowy. Udzielał się także w formacjach Antenna Baroque (1977), Vincentus Eruptum(1979), a po powrocie do kraju dostał etat w Royal Swedish Chamber Orchestra. Ciągnęło go jednak do rocka.  „W 1993 roku wystąpiłem z legendarną grupą Anglagard (jako gość) na prestiżowym Progfest Festival w Los Angeles. Koncert był owacyjnie przyjęty przez tamtejszą publiczność. Wówczas pomyślałem, że czas na utworzenie własnego zespołu.”  Rok później ukazała się debiutancka płyta Par Lindh Project zatytułowana „Gothic Impressions”. W jej nagraniu udział wzięło w sumie jedenaście osób, w tym troje wokalistów, ale trzon zespołu opierał się  na liderze, oraz gitarzyście Bjornie Johanssonie.

Par Lindh (instr. klawiszowe), Bjorn Johansson (gitary)
Par Lindh kbd), Bjorn Johansson (g)

Bjorn Johansson to znakomity gitarzysta, do tego pasjonat starych instrumentów. Ci dwaj nierozłączni przyjaciele od lat młodzieńczych zakochani byli nie tylko w muzyce, ale także rozkochani w Tolkienie. Na „Gothic Impressions” ujawniła się jeszcze jedna perła – wokalistka o cudownym, anielskim głosie – Magdalena Hagberg. Kiedy więc panowie dwa lata później wpadli na pomysł stworzenia muzyki zainspirowanej baśniową trylogią zaproponowali pannie Hagberg  udział w tym (jak sami go nazwali)”projekcie ubocznym”. Do składu zaprosili także grającą na flecie i oboju  Annę Schmidtz po czym rozpoczęli pisanie materiału. Efektem tej współpracy była płyta „Bilbo” wydana w 1996 roku.

Par Lindh & Bjorn Johansson "Bilbo" (1996)
Par Lindh & Bjorn Johansson „Bilbo” (1996)

Płyta zawiera aż 15 utworów i przynosi 65 minut muzyki. Muzyki, która zabiera nas w baśniową krainę Hobbitów, gdzie żyją trolle, gobliny, elfy, a także olbrzymi, złocistoczerwony smok pochodzący ze Zwiędłych Wrzosowisk o imieniu Smoug. Przedstawiciel siły zła, który wypędził krasnoludów z Samotnej Góry i zagarnął ich bogactwa. To muzyka z nurtu rocka progresywnego, ale nie tylko. Cudownie wpleciono tu elementy neoklasyczne, klimaty muzyki renesansu, baroku i folku. Partie instrumentalne grane są z wykorzystaniem fletu, oboju, fagotu, harfy, cytry i mandoliny. Mamy tu klasyczny fortepian, ale też i klawesyn. Także organy: Hammonda i te „zwykłe” – kościelne. Do tego bębny, konga i gong. Imponujący zestaw. Spajają to wszystko obaj panowie w iście mistrzowski sposób. Klawisze przypominają mi najlepsze fragmenty z bogatej twórczości Keitha Emersona (jednak bez zbytniego epatowania nimi, co było grzechem głównym klawiszowca ELP) i Ricka Wakemana. Gitara, szczególnie w „Rivendell” i „Running Towards The Light”  brzmi jak stary dobry Mike Oldfield. Dominują tu głównie utwory instrumentalne, ale gdy pojawia się wokal Magdaleny Hagberg – skóra cierpnie. We wspomnianym już „Rivendall” z niebywałą lekkością przepięknie wyśpiewuje piosenkę elfów. Żal, że trwa to ledwie dwie minuty. Lirycznie jest w marszowym „Song Of The Dwarfs”.  Niesamowite wręcz połączenie bardzo wczesnego Clannad z głosem Jacqui McShee z grupy Pentagle. Podniośle robi się w końcówce 11-minutowej „Mirkwood Suite” – na tle kościelnych organów jej śpiew brzmi jak natchniona pieśń religijna. Przepiękny, niesamowity głos.„Mirkwood Suite” przypomina mi trochę brytyjski Mostly Autum, choć za sprawą klawiszy zaczyna się jak stary dobry krautrock. Kiedy jednak wchodzi gitara, a potem bas robi się typowo progresywnie. Groźnie i mroczno jest w „Dark Cave” z gitarową wstawką a la Steve Hackett, zaś najbardziej dramatycznie jest w utworze „Smoug”. Nie ma się zresztą czemu dziwić. Wszak to rzecz o okrutnym smoku. I mógłbym tak wymienić inne tytuły, robić analizy i porównania, ale żadne słowa nie są w stanie oddać piękna tej muzyki. Jest w niej bowiem tyle smaczków i ukrytych niuansów, że odkrywanie jej to wielka radość i przyjemność.

Płyta „Bilbo” od razu zajęła wysokie miejsce w sercach fanów. Była też jedną z tych, która dawała nadzieję na odrodzenie się rocka progresywnego (pamiętajmy, że był to rok 1996). Jej baśniowy klimat sprawia, że idealnie nadaje się do słuchania o zmroku, koniecznie przy blasku świec. Nasza wyobraźnia wyczaruje nam wówczas takie obrazy jakich nigdy nie zobaczymy na filmach w 3D! To jedna z tych płyt, która zawładnie duszą i pewnie uzależni na długi czas. Polecam wszystkim!

Par Lindh i Bjorn Johansson kontynuowali współpracę jeszcze przez kilka lat. W 2004 roku duet wydał kolejny album „Dreamsongs From The Middle Earth” nawiązujący do tolkienowskich opowieści. Jednocześnie prowadzona przez klawiszowca grupa Par Lindh Project wydawała wciąż nowe płyty, choć skład ciągle się zmieniał. W 2007 roku zespół odwiedził Polskę dając 19 listopada koncert w Teatrze Śląskim im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach. Entuzjastycznie przyjęty przez polskich fanów występ ten ukazał się wkrótce (10 marca 2008) na DVD i CD nakładem Metal Mind pod tytułem „In Concert – Live In Poland”.

Magdalena Hagberg  nagrywała płyty, koncertowała i udzielała się w różnych projektach muzycznych. Wyszła za mąż za Niklasa Berga (zbieżność imienia i nazwiska z gitarzystą Anekdoten przypadkowa). Szczęśliwa mama pewnie co wieczór śpiewała swemu 3-letniemu synkowi piosenki do snu o elfach, trolach i krasnoludach. Ich radość i szczęście została brutalnie przerwana w grudniu 2007 roku, gdy niespodziewanie dla wszystkich wokalistka umiera na zapalenie opon mózgowych. Miała 34 lata.

RIVAL SONS. Stare wino w nowych butelkach.

Od kilku lat bacznie przyglądam się nurtowi muzycznemu tworzonemu przez liczne kapele, któremu nadano nazwę vintage rock. Nurtowi hołdującemu klasycznej szkole rockowego grania spod znaku Black Sabbath, Leaf Hound, Free, Led Zeppelin… Kalifornijski kwartet RIVAL SONS doskonale wpisuje się w cały ten nurt z takimi zespołami jak choćby brytyjskim The Answer, norweskimi Graveyard i Lonely Kamel, niemieckim Kadavar, nieco bardziej niszowym Gentlemans Pistols i bardzo znanym Wolfmather na czele. Kiedy usłyszałem po raz pierwszy czwórkę muzyków z Long Beach odnalazłem w dźwiękach ich muzyki wszystko to, co najlepsze w rock’n’rollu: wzorcowe songi, mocno nasycone bluesowym posmakiem drapieżne kawałki, genialny głos wokalisty, rockowe balladki, a wszystko to brzmiące czysto i naturalnie. Jednym słowem istne perełki, które równie dobrze mogłyby powstać kilka dekad temu. Zakochany od wieków w Zeppelinach po raz pierwszy od lat pomyślałem sobie: Cholera! Jesteśmy świadkami narodzin Zeppów na miarę XXI wieku! Oto nadchodzi przyszłość hard rocka! Nalejmy stare wino do nowych butelek! I jeśli jest to z mojej strony lekko przesadzone stwierdzenie, ta myśl powraca do mnie jak górskie echo. Powraca ilekroć słucham ich płyt. A słucham często. I wcale nie mam dosyć!

Rival Sons (2014)
Rival Sons (2014)

Historia grupy RIVAL SONS jest bardzo prosta i krótka, bo i też działa na rynku muzycznym od kilku zaledwie lat. Konkretnie od 2009 roku, kiedy to po odejściu wokalisty zespołu Black Summer Crush pozostali muzycy: gitarzysta Scott Holiday, basista Robin Everhart i perkusista Mike Miley postanowili grać dalej. Wkrótce dołączył do nich Jay Buchanan, nowy wokalny nabytek grający także na harmonijce ustnej. Skromny, nieśmiały. Jeszcze niepewny swych wielkich umiejętności i z niewielkim bagażem scenicznym. Talent, który wkrótce, niczym diament  zabłyśnie na rockowej scenie. Pod nowym szyldem, jako RIVAL SONS wydali  9 czerwca tego samego roku swój debiutancki album „Before The Fire”. Album wydany za własne pieniądze przeszedł co prawda bez echa, ale drzemiący w muzykach potencjał zauważyli ludzie z wytwórni płytowej…  Earache. Zaiste nieznane są wyroki boskie, bowiem ta legendarna wytwórnia specjalizowała się w wydawaniu płyt ortodoksyjnej jak dla niektórych fanów muzyki w stylu grindcoredeath metal. To w stajni Earache nagrywały i wydawały swe krążki takie zespoły jak Napalm Death, Bruthal Truth, Morbid Angel, Cathedral, Entombed, czy Carcass, by wymienić te najbardziej znane. Dwa lata później (28 czerwca 2011) na rynek trafia ich druga płyta „Pressure & Time”, którą na dobrą sprawę można uznać za właściwy debiut. Album z miejsca staje się sensacją dochodząc do 19 miejsca na listach najlepiej sprzedających się krążków w USA!

Rival Sons "Pressure & Time" (2011)
Rival Sons „Pressure & Time” (2011)

Podobno napisanie materiału na ten album, jego rejestracja i miks zajęło zespołowi tylko dwadzieścia dni! Brytyjscy recenzenci skłonni byli dopatrywać się w RIVAL SONS amerykańskiej odpowiedź na wyspiarski The Answer. Ale podobieństwa muzyki obu zespołów są bardzo wyraźne. Kalifornijski kwartet gra rasowy, krwisty i rozkosznie klasyczny, lekko bluesujący rock, który garściami czerpie z wiecznie żywej spuścizny po Led Zeppelin. Czerpie garściami, ale nie znaczy, że bezmyślnie kopiuje.  Dziesięć kompozycji, które znalazły się na płycie są swoistymi perełkami w stylu starego dobrego hard rocka. Jeśli miałbym wyróżnić jakieś utwory (choć tego nie lubię) to przede wszystkim na otwierający całość baaardzo zeppelinowy „All Over The Road” także na „Get Mine” , świetny tytułowy „Preasure & Time”, mocno nasycony bluesowym posmakiem „Only One”. Jest też chwila wytchnienia w postaci ballady „Face Of Light”. W głosie wokalisty można zakochać się od pierwszego dźwięku. Śpiewa na granicy bólu i rozsądku. Przypomina momentami młodego Roberta Planta. Serio! Słuchając płyty zwróćcie też koniecznie uwagę na grę perkusisty. Niebo w gębie!

Wydany 17 września 2012 roku trzeci album „Head Down” potwierdził miłość do muzyki spod znaku takich kapel jak Small Faces, Free, Bad Company, Led Zeppelin, aczkolwiek brzmi to już bardziej nowocześnie niż na „Preasure & Time”. Mocne gitarowe granie Scotta Holidaya jest świetnym tłem dla rasowego głosu Jaya Buchanana.

Rival Sons "Head Down" (2012)
Rival Sons „Head Down” (2012)

Jest to jeden z tych albumów, który zaliczam do tzw. kategorii świadomego słuchania. Pozycja obowiązkowa dla koneserów hard rocka. Sporo tu brytyjskiego bluesa, mnóstwo amerykańskiego rocka, pojawia się gospel i soul. Szczególnej uwadze polecam cztery kompozycje. Otwierający „Keep On Swinging”, który jest kluczem do całego albumu. Kwintesencja stylu zespołu w czterominutowej odsłonie z pochodem basu, kapitalnej perkusji, doskonałej gitarze i świetnym wokalu. „Jordan” utrzymany w klimacie southern music z domieszką gospel ma przejmującą melodię i bardzo zgrabny akompaniament. Taka chwila ukojenia z rozmarzoną, leniwie płynącą gitarą Scotta Holidaya. Oj są ciarki i gęsia skóra na ciele! Zaraz po nim prawdziwy wymiatacz albumu – „All The Word”. Coś dla fanów oldschoolowego grania, prostego basu i rozbudowanej formy lirycznej. Brzmi może zawile, ale w głośnikach wypada wspaniale. Ja najbardziej odpływam przy „Manifest Destiny Pt.1” – odjazdowym, psychodelicznym numerze w klimacie „Dazed And Confused”. I choćby dla takiej kompozycji trzeba mieć ten album. Ale najlepsze miało dopiero nadejść. Dwa lata później, 6 czerwca światło dzienne ujrzał album „Great Western Valkyrie”.

Rival Sons "Great Western Valkyrie"
Rival Sons „Great Western Valkyrie” (2014)

Kiedy kupowałem ten album w sklepie byłem zszokowany jego okładką. Cienka, papierowa, czarno-matowa z niemal nieczytelnym tytułem albumu. Jedna z najgorszych jakie w życiu widziałem. Spytałem nawet, czy to wersja dla ubogich klientów? A może jest inne, pudełkowe, wydanie tego krążka?  Poprzednia płyta miała rozkładaną na trzy okładkę, fajną grafikę, teksty i booklet ze zdjęciami w środku. Ta nowa – „ekologiczna” – popsuła mi humor. Zniesmaczony wróciłem do domu i włożyłem płytę do odtwarzacza. I to co popłynęło z głośników od pierwszej sekundy powaliło mnie na kolana. Totalnie! „Electric Man (Take You To The Sugar Shack)” wcisnął mnie w fotel tak mocno i głęboko, jakbym siedział w fotelu myśliwca F16! Puls basu naparł na moją klatkę piersiową mocą  jakiej w życiu się nie spodziewałem. Elektryczny ładunek gitarowych riffów wzmocniony potężną baterią perkusji spowodował, że brakło mi tchu! Co za petarda! Ależ bomba! „Good Luck (It’s Going To Hurt Right Now)” również porywa znakomitymi partiami instrumentalnymi i wokalnymi, a moją uwagę skupia świetna sekcja rytmiczna. Gitara wciąż jest instrumentem wiodącym na tym albumie, ale po raz pierwszy zespół zdecydował się na dodanie partii organów. I to było genialne z ich strony posunięcie. Instrumenty klawiszowe dodają świetny klimat w takich numerach jak „Secret”, czy „Where I’ve Been”. Ten drugi brzmi niczym kontynuacja kompozycji „Jordan” z poprzedniej płyty. Jest to też potężny bluesowy numer, który byłby idealnym zakończeniem płyty. Ale nie jest, bo na samym końcu „Great Western Valkyrie” jest jeszcze jedno arcydzieło –  „Destination On Course”. Siedmiominutowy kolos z niezwykle dramatyczną partią wokalu, powalającym solo gitarowym, oraz częścią instrumentalną, która brzmi niczym hard rockowa odpowiedź na Pink Floydowe „Echoes”. Muszę też jeszcze wspomnieć o wiodącym motywie perkusyjnym w „Open My Eyes, który jest bezpośrednim odniesieniem do Zeppelinowego „When The Leeve Breaks”. Ale czy komuś to przeszkadza skoro kawałek ten po prostu nie chce wyjść z głowy? Warto też zaznaczyć, że wraz z wydaniem tej płyty w zespole nastąpiła jedna zmiana w składzie grupy – basista Dave Beste zastąpił Robina Everharta, który nie najlepiej znosił długie trasy i ciągłą nieobecność w domu.

Po takim muzycznym arcydziele jakim był „Great Western Valkyrie” z pewnym niepokojem i ogromnym  zainteresowaniem czekałem na kolejny album RIVAL SONS. Czy dorówna on wielkiemu poprzednikowi? Może go przebije? A może okaże się największym rozczarowaniem? Odpowiedź przyszła 10 czerwca 2016 roku w postaci piątej już płyty „Hollow Bones”.

Rival Sons "Hollow Bones" (2016)
Rival Sons „Hollow Bones” (2016)

Nauczony doświadczeniem nie oceniam płyty po okładce, choć grafika przedstawiająca białego wilka w otoczeniu dziwnych pięknych roślin urzekła mnie i sprawiła, że szybko wczułem się w klimat wydawnictwa. A ten, jak się okazuje jest… fenomenalny. Być może nie tak ostry, mocny i ciężki jak w przypadku poprzednika, ale może to i lepiej. Widać, że muzycy nie stoją w miejscu, ale szukają i eksplorują kolejne muzyczne lądy. „Hollow Bones” to według mnie idealnie zbalansowana płyta. Wypełniają je krótkie, 3 – 4 minutowe kompozycje, a sama płyta trwa jedynie trzydzieści siedem. Krótka, ale wystarczy by zarazić klimatem, zachwycić brzmieniem. Na pierwszy plan wychodzą oczywiście cudownie przesterowane gitary Scotta Holidaya, doprawiane ciepłym tłem organowym. Brzmienie na tej płycie jest duże, elektryzujące, sprawiające, że chce się do niej wracać. No i ta chemia między gitarzystą i wokalistą, która przywodzi na myśl największe „związki” tego typu w historii rocka. Moją uwagę po pierwszym przesłuchaniu przykuło kilka kompozycji w tym „Fade Out” – kto wie, czy nie jeden z najlepszych kawałków w całym dorobku grupy. Czuć ciężar i moc gitary Holidaya i kapitalny wokal Jaya Buchanana. Intensywnością i gęstym klimatem powala „Hollow Bones Pt.2”. Mocna rzecz, prawdziwy wybuch emocji! Wokalista wchodzi tu w jeden z tych swoich transów i sprawia jakby użyczał ciała duchom wyśpiewującym tekst za niego. A bezpośrednio po niej bardzo subtelna, szczera do bólu ballada „All That I Want”. Niewielu jest obecnie wokalistów, którzy są w stanie tak czarować samym głosem, trafiać idealnie w emocje. Nie wypada też nie wspomnieć o kapitalnej wersji „Black Coffe”. Cover małżeństwa Turnerów, najbardziej znany z wykonania Humble Pie, zaserwowany przez RIVAL SONS smakuje wyśmenicie. Pierwsza jego część znakomicie buja, ale nic dziwnego – w końcu to czarna muzyka lat 70-tych. Z kolei część druga to już fuzz-rockowe szaleństwo z ciężkimi riffami i potężnym wokalem Jaya.

Reasumując – „Hollow Bones” to kolejny, piękny rozdział w historii zespołu. Co prawda (i tu nie oszukujmy się) nie dorównuje swemu poprzednikowi, ale bez wątpienia to wciąż światowa czołówka i jedna z najlepszych płyt ostatnich lat.

Gdy pomyślę jak wielki postęp poczyniła ta grupa przez ostatnie siedem lat, ogarnia mnie euforia.Jestem pełen uznania, że tak szybko przeobrazili się z ciekawostki bazującej na nostalgicznej tęsknocie fanów za starym rockiem we wspaniałych rockowych artystów z własnym brzmieniem. RIVAL SONS to bez wątpienia jeden z najważniejszych obecnie zespołów rockowych i duchowy spadkobierca klasycznego hard rocka. I tak jak przed laty z niecierpliwością wypatrywałem nowych płyt Black Sabbath, Deep Purple i Led Zeppelin, tak dziś czekam na kolejne wydawnictwa amerykańskiego kwartetu ze słonecznej Kalifornii.