Archiwum kategorii: Bez kategorii

Świeża śmietanka (nie całkiem) dobrych manier. CREAM „Fresh Cream” (1966).

Życie pisze najwspanialsze scenariusze, a historie zespołów  i muzyków czasem są bardziej zajmujące niż niejedna hollywoodzka superprodukcja. Serialowe perypetie bohaterów „Dynastii”, czy „Mody na sukces” to mały pikuś w stosunku do tego, co przeżywali w realu Jim Morrison, Janis Joplin, Hendrix, Zeppelini, Black Sabbath, Grateful Death, The Allman Brothers Band, czy panowie z CREAM

W momencie powstania zespołu, cała trójka była uznawana za największych wirtuozów swoich instrumentów. Nic przeto dziwnego, że media ogłosiły ich mianem supergrupy, co zresztą potwierdzili swoimi płytami i koncertami. Bezsprzecznie wywarli ogromny wpływ na rozwój muzyki rockowej dając solidne podwaliny pod powstanie hard rocka i wyznaczyli standardy, które miały obowiązywać w muzyce rockowej jeszcze przez wiele lat po jej rozpadzie. Siłą napędową zespołu, której twórczość opierała się na perfekcyjnej współpracy całej trójki, był przede wszystkim basista i główny wokalista Jack Bruce. Także główny kompozytor  – twórca, lub współtwórca wszystkich przebojów CREAM.

Jack Bruce (bg, voc.)
Jack Bruce (bg, voc.) od zawsze darł koty z Gingerem Bakerem.

Bruce wspólnie z perkusistą Gingerem Bakerem grali u Alexisa Kornera w jego słynnym Blues Incorporated. Po odejściu od Kornera w lutym 1963 roku wspólnie z saksofonistą i organistą Grahamem Bondem założyli The Graham Bond Organisation. Bruce i Baker uwielbiali ze sobą grać, ale nienawidzili się jako ludzie. Dochodziło między nimi do bijatyk, które zazwyczaj prowokował Ginger Baker. Ten fenomenalny perkusista miał wyjątkowo trudny i gwałtowny charakter. Bruce niewiele mu jednak w tym ustępował. Któregoś dnia zniszczył własnoręcznie zrobioną przez Bakera perkusję, za co ten w odwecie rozwalił mu głowę czynelem.  Skończyło się licznymi siniakami i kilkoma szwami na głowie. Z byle powodu obaj skakali sobie do oczu, robili złośliwości, manipulowali przy instrumentach, kablach i nagłośnieniu, by ten drugi wypadł jak najgorzej. Mimo to tworzyli na scenie perfekcyjny i znakomicie rozumiejący się tandem. Dostrzegł to Marvin Gaye, który zaproponował obu muzykom odbycie wspólnej trasy koncertowej po USA. Komuś takiemu jak Marvin Gaye nikt nigdy nie odmawiał. A jednak Jack Bruce zrobił to i odmówił! Basista zasłonił się brakiem czasu w związku z przygotowaniami do ślubu z Janet Gofrey. Perkusista wściekł się nie na żarty. Długo nie mógł przeboleć tego afrontu, a żal ściskał go tak mocno, że podczas koncertu najpierw posłał w jego kierunku swe pałeczki, a następnie – przewracając cały zestaw perkusyjny – rzucił się z pięściami na basistę. Zdumiona publiczność przecierała oczy nie wierząc w to co widzi choć byli i tacy, którzy twierdzili, że wszystko było z góry zaplanowane. Krewkich muzyków (nie bez problemu) rozdzielili  ochroniarze, a koncert przerwano… Czarę goryczy przelał incydent, który miał miejsce kilka tygodni później. Bruce usunięty z zespołu Bonda nie przyjmował tego faktu do wiadomości i za każdym razem pojawiał się na scenie jak gdyby nigdy nic prowokując przy okazji swoim zachowaniem Bakera. W końcu ten nie wytrzymał podbiegł do niego, przystawił mu nóż do gardła(!) i kazał się natychmiast wynosić! Tym razem poskutkowało…

Ginger Baker
Ginger Baker – geniusz perkusji. W życiu prywatnym despota i choleryk.

Wkrótce basista znalazł miejsce w bardziej komercyjnym zespole Manfreda Manna , zahaczył krótki pobyt u Mayalla w Bluesbreakers i w okazjonalnym combo Powerhouse. To w tej ostatniej naprędce zmontowanej grupie utworzonej w marcu 1966 r. Jack spotkał Erica Claptona. Oprócz nich zespół tworzyli : wokalista Paul Jones (Manfred Mann), oraz Steve Winwood (klawisze, wokal) i Pete York (perkusja) – obaj z The Spencer Davis Group. Warto wiedzieć, że efektem tej pracy były trzy nagrania („I Want To Know”„Crossroads”„Steppin’ Out”), które trafiły na świetną, bardzo poszukiwaną kompilację „What’s Shakin'” (Elektra, 1966). Dwa ostatnie stały się wkrótce integralną częścią koncertów CREAM.

To był ten czas, gdy Eric Clapton porzucił The Yardbirds w niezbyt dla siebie dobrym momencie, bo tuż przed ogromnym sukcesem singla „For You Love” i to po obu stronach Atlantyku. W zespole Mayalla wyrobił sobie markę najlepszego gitarzysty bluesowego na Wyspach, ale granie w Bluesbreakers mu nie wystarczyło. Marzył o założeniu własnego zespołu.

Eric Clapton (1966)
Eric Clapton (g) tworząc CREAM  nie wiedział z kim się zadał…(1966)

Po jednym z koncertów Eric załapał się na powrót do Londynu samochodem, który prowadził… Ginger Baker. Perkusista, jak się okazało, był jego wiernym fanem. W czasie jazdy młody gitarzysta zwierzył się, że myśli o założeniu zespołu. O tym samym myślał też perkusista bowiem  Graham Bond z pomocą heroiny zaczął iść w stronę wyjątkowo pokręconej działalności artystycznej i współpraca z nim stawała się coraz trudniejsza. Skoro obaj myśleli o tym samym, klamka zapadła! „Musimy tylko znaleźć kogoś dobrego  na basie” – rzucił przez zęby Baker trzymając w ustach papierosa z którym nie rozstawał się przez całą drogę. Clapton nieświadom gorących relacji między muzykami szybko odpowiedział: „Znam jednego. Jest bardzo dobry. Właśnie niedawno nagrałem z nim kilka piosenek. Nazywa się Jack Bruce…” Tylko cud sprawił, że samochód nie uderzył czołowo w mijane właśnie drzewo, choć i tak podróż zakończyła się dachowaniem w przydrożnym rowie… Nie mniej obaj panowie na jakiś czas zakopali topór wojenny i basista grupy Manfreda Manna uzupełnił skład nowego zespołu. Na jednej z pierwszych prób któryś z nich zażartował, że skoro są śmietanką brytyjskiego blues-rocka, to nazwa może być tylko jedna – CREAM.

CREAM. Baker, Clapton i Bruce (1966)
CREAM. Baker, Clapton i Bruce na ulicach Londynu (wrzesień 1966).

Będąc jeszcze w fazie prób muzycy rozważali pomysł o kwartecie. Padło kilka propozycji, w tym mi.in. zatrudnienie znakomitego wokalisty Steve’a Winwooda. Jednak jego wprowadzenie oznaczałoby konflikt interesów, gdyż głównym wokalistą miał być Jack Bruce.  W końcu  Clapton, który był pod wrażeniem występu tria Buddy Guy’a  w 1965 roku podczas American Folk Blues Festival zdecydował o pozostaniu triem. Na przykładzie Guy’a zobaczył, że trio dawało większe improwizatorskie możliwości muzykom. A każdy z nich miał ku temu wielkie zdolności jak i chęci.

Pierwszym występem  zespołu miał być koncert na przełomie lipca i sierpnia 1966 roku na National Jazz And Blues Festival, ale przedtem muzycy pragnęli się sprawdzić w innym miejscu. 29 lipca wystąpili w manchesterskim klubie związanym z Johnem Mayallem Twisted Wheel. Zagrali wtedy głównie bluesowe standardy, które spotkały się z gorącym przyjęciem… barmana, kilku kelnerek, technicznych rozstawiających sprzęt i paru zupełnie przypadkowych klientów. Okazało się, że występ był niezapowiadany i klub świecił pustką… Trzy dni później, na wspomnianym festiwalu zalali publiczność lawiną dźwięków jakich jeszcze nikt nigdy nie słyszał! Nie chcąc tracić dobrego ducha niemal natychmiast rozpoczęto prace nad debiutanckim albumem, który pod tytułem  „Fresh Cream” ukazał się 9 grudnia 1966 r.

LP "Fresh Cream" (1966)
LP „Fresh Cream” (1966)

„Fresh Cream” – jeden z pierwszych i najbardziej inspirujących albumów blues rockowych – aż w połowie składa się z cudzych kompozycji. Są to „Spoonfull” Howlin’ Wolfa, „Cat’s Squirrel” nieznanego autorstwa, „Four Until Late” Roberta Johnsona, „Rollin’ And Tumblin’ „ Hambone’a Williego Newberna, oraz „I’m So Glad” Skipa Jamesa. Longplay rozpoczyna rockowe i zadziorne „N.S.U.” wyśmienicie zaśpiewane przez Bruce’a ozdobione perfekcyjną, choć trwającą tylko 23 sekundy solówką Claptona – z pewnością jedną z najlepszych jakie kiedykolwiek zagrał! Na ciężkim, powolnym blues rockowym „Sleepy Time Time” wychował się pewnie nie jeden hard rockowy zespół lat 60 i 70-tych, po którym pojawił się melodyjny, wzbogacony udanymi harmoniami wokalnymi „Dreaming”. Po tych dwóch, dość konwencjonalnych nagraniach dostajemy lekką zapowiedź tego, na co naprawdę stać trio. Bardzo udany kawałek  „Sweet Wine” z niezłą gitarową solówką jest pierwszą próbą zespołowego, improwizowanego grania z jakim kojarzy się CREAM. Pierwszą stronę płyty zamyka doskonała siedmiominutowa wersja bluesowego „Spoonful”. Luźne, nieskrępowane granie z idealną współpracą instrumentalistów, z mocniejszym brzmieniem zwiastującym nadejście hard rocka. Bruce śpiewa niczym młody bóg ozdabiając całość świetną partią harmonijki, a Clapton gra swoje zakręcone, rozimprowizowane partie gitarowe, które były niewątpliwie punktem wyjścia dla „odlotowców” spod znaku rocka psychodelicznego. Trzeba jednak pamiętać, że nie jest to jeszcze najlepsza wersja tej kompozycji jaką zaprezentowało trio. Ta została wydana półtora roku później na koncertowej części albumu „Wheels Of Fire”.

Label brytyjskiego LP.
Label brytyjskiego LP.

Drugą stronę płyty otwierał bluesujący, niemal instrumentalny (jeśli nie liczyć wokalizy Bruce’a„Cat’s Squirrel”. To najcięższy utwór na płycie, utrzymany w dość szybki tempie oparty na współbrzmieniu grających w harmonii gitary i harmonijki. Dwa lata później niemal identyczną wersję zaproponowała na swoim debiucie grupa Jethro Tull… „Four Untill Late” zaśpiewany (wyjątkowo) przez Claptona to niemal popowy i całkiem sympatyczny kawałek, będący totalnie przearanżowaną kompozycją legendarnego bluesmana – Roberta Johnsona. Nastrój spokoju burzyła kapitalna, bardzo hałaśliwa, oparta na gęstym, łomoczącym rytmie perkusji wersja klasycznego „Rollin’ And Tumblin’ ” z rozgrzaną do czerwoności harmonijką ustną. Pełen wdzięku, bardzo chwytliwy „I’m So Glad” utrzymany w bluesowej stylistyce oparty był na mocnej grzej sekcji rytmicznej ozdobiony ostrą gitarową solówką. Całość kończy „Toad”. Chyba najbardziej nowatorski utwór, z czterominutową kapitalną solówką na bębnach Bakera wciśniętą między futurystycznymi zagrywkami Claptona. Pierwowzór „Mobby Dicka” Led Zeppelin, „Rat Salad” Black Sabbath i wielu innych kawałków, tyle że… o wiele bardziej porywający!

„Fresh Cream” to płyta mocno osadzona w stylistyce lat 60-tych, doskonała i pełna życia. Płyta, która zwiastowała nowe czasy w muzyce rockowej, doceniona przez fanów (6 miejsce na Wyspach) szybko znalazła też swoje miejsce w historii rocka. Z perspektywy ponad pół wieku wciąż jawi się jako bardzo udany, efektowny debiut trójki genialnych muzyków, którzy łamali kanony i ograniczenia jak nikt wcześniej i niewielu później.

NAZARETH – sześć płyt, których czas się nie ima.

Kiedy szkocka grupa NAZARETH po raz pierwszy odwiedziła nasz kraj (oj, było to wiele lat temu, jeszcze przed laptopami, komórkami i internetem), zespół przyszedł do radiowej „Trójki”, by podzielić się wrażeniami z Polski i opowiedzieć o swej nowej płycie. Gospodarzem spotkania był Piotr Kaczkowski, który po krótkiej prezentacji spytał wokalistę Dana McCafferty’ego czy podoba mu się Warszawa i jak się tu czuje. McCafferty zaczął swoją opowieść. Mówił i mówił –  jeden wielki potok słów. Siedzę przy głośniku radiowym i denerwuję się, bowiem pan Piotr niczego nie tłumaczył. A ten jak nakręcony nie przerywał. Trwało to dobre kilka minut(!), po czym nastąpiła… cisza. A cisza w eterze to rzecz absolutnie niedopuszczalna. Zaniepokojony pomyślałem, że radio mi wysiadło. W końcu, lekko spanikowanym  głosem Piotr Kaczkowski zwrócił się do zespołu: „Ok. A teraz proszę was, przetłumaczcie mi, co on mi tu naopowiadał, bo ja nic z tego nie zrozumiałem!”. Reszta zespołu wybuchnęła gromkim śmiechem, po czym gitarzysta Manny Charlton powiedział: „My też go nie rozumieliśmy, bo mówił szkockim dialektem, którego nikt z nas nie zna. A ty byłeś w niego tak wpatrzony i tak zasłuchany, że myśleliśmy, że go rozumiesz. I że to ty powiesz nam, co on ci tu nagadał”.

Zespół powstał w 1968r. w szkockim Dunfermline (nota bene także rodzinne miasto Iana Andersona z Jethro Tull) jako Shadettes, ale zaraz zmienił nazwę na NAZARETH. Ponoć stało się to pod wpływem grupy The Band i utworu „The Weight”, który został wykorzystany w kultowym filmie Dennisa Hoppera „Easy Rider”. Debiutancka płyta zatytułowana po prostu „Nazareth” ukazała się w listopadzie 1971 roku. I choć furory na rynku nie zrobiła, to moim zdaniem jest to debiut bardzo udany, momentami wręcz rewelacyjny.

NAZARETH "Nazareth" (1971)
NAZARETH „Nazareth” (1971)

Już sam początek płyty wydaje się być jednoznaczną deklaracją gatunku. w którym zmierzał zespół: ostre brzmienie gitar, kąśliwe zagrywki i ekspresyjny śpiew wokalisty przywodzą na myśl skojarzenia z muzyką mistrzów ciężkiego grania – Led Zeppelin i Deep Purple. „Witchdoctor Woman” o którym mowa jest naprawdę świetny, aż dziw, że nie stał się klasyką zespołu. Z kolei „Empty Arms, Empty Hand” za sprawą dudniącego basu  i partii gitarowych kojarzy się ze starym, dobrym Black Sabbath. Za opus magnum płyty można uznać cover utworu Bonnie Dobsona „Morning Dew”, który brali na warsztat wcześniej Tim Rose, Episode Six, czy Jeff Beck. Wersja NAZARETH jest po prostu wyśmienita. Utwór ten to połączenie galopującego rytmu z psychodelią. Zwracam uwagę na kapitalną pracę gitar, które doskonale ozdabiają szaleńczą sekcję rytmiczną i na tajemniczy, spokojny śpiew McCafferty’ego, który pod koniec daje próbkę charakterystycznej dla siebie ekspresji…

Wydany rok później dość nietypowy i nieco folkujący album „Exerciser” wymaga co prawda kilku przesłuchań, choć trudno mu cokolwiek zarzucić.

LP "Exercises" (1972)
LP „Exercises” (1972)

Ten album wcale nie jest zły, a poprzez swoją odmienność stanowi ciekawą pozycję w dyskografii zespołu. Ciężkiego rocka jest tu co prawda jak na lekarstwo, ale jeśli ktoś lubi fuzję rocka z folkiem, to po tę płytę musi sięgnąć. Największe wrażenie robi na mnie nagranie oparte na marszowym rytmie werbla i akompaniamencie granym na kobzie „1692 (Glencoe Massacre)” opowiadające o rzezi angielskiego wojska na szkockich patriotach w Glencoe. Dla wielbicieli celtyckich brzmień to prawdziwa perełka! Ciekawie wypada „I Will Not Be Led”, gdzie muzyka orkiestrowa łączy się z folkowym brzmieniem, by całość zakończyć mocną porcją brudnego gitarowego czadu. Kolejny mój ulubiony numer to blues rockowy „Woke Up This Morning” , którego ostrzejsza wersja znajdzie się na kolejnej płycie, oraz żwawe folkujące „In My Time”„Called Her Name”. Dla wielbicieli ballad rockowych, za którymi osobiście nie przepadam  (poza pewnymi wyjątkami) zespół przygotował trzy spokojne nagrania: wciągającą i klimatyczną ” Madelaine”, króciutkie „Sad Song” ozdobione smyczkowymi aranżacjami,  oraz „Love Now You’re Gone” z leniwym syntezatorowym motywem.

Po nagraniu dwóch pierwszych płyt wszyscy przenieśli się do Londynu, gdzie zauważyli ich członkowie grupy Deep Purple. Wkrótce Szkoci otwierali występy Głębokiej Purpury. Mało tego – kolejne trzy albumy : „Razamanaz” (1973), „Loud’N’Proud” (1973) i „Rampant” (1974) wyprodukował basista Deep Purple, Roger Glover.

„Razamanaz” był pierwszym albumem NAZARETH, który sobie kupiłem, więc nic dziwnego, że darzę go wielkim sentymentem.

LP. "Razamanaz" (1973)
LP. „Razamanaz” (1973)

Otwierający płytę utwór tytułowy wręcz miażdży swoją mocą i energią i wydaje się być żywcem wyjęty z którejś z płyt purpurowego kwintetu. Manny Charlton daje czadu na gitarze, Pete Agnew (bg) i Darrell Sweet (dr) napędzają całą machinę, zaś Dan McCafferty wykrzykuje z furią kolejne wersy. To tu mamy tak dobre kawałki jak przebojowy „Broken Down Angel”, zawadiacki „Bad Bad Boy” i kolejny mocarny „Alcatraz”. Bez wątpienia trzeci album okazał się być najpopularniejszym  krążkiem na Wyspach w całej karierze hardrockowych Szkotów. Ale najlepsze miało dopiero nadejść…

O ile „Razamanaz” była pierwszą płytą NAZARETH w mojej kolekcji, to tak naprawdę po raz pierwszy zetknąłem się z ich muzyką za sprawą utworu „This Flight Tonight”, który pochodził z wydanego pół roku później (co za tempo!) krążka „Loud’N’Proud”. Utwór usłyszałem w radiowej „Trójce” w połowie lat 70-tych i zakochałem się w nim na zabój. Puszczany w wysokich rejestrach głośności „uszczęśliwiałem” nim (raczej nieświadomie) moich zacnych sąsiadów. Zresztą nie tylko ich i nie tylko nim…

LP "Loud'N'Proud" (1973)
LP „Loud’N’Proud” (1973)

Genialny „This Flight Tonight” to niewątpliwie numer jeden tej płyty. Kolejny cover, tym razem Joni Mitchell, który w wykonaniu grupy nabiera niesamowitej mocy. Jedna z tych kompozycji, którą słuchać mogę bez końca! Zresztą NAZARETH niejednokrotnie udowadniali, że wyjątkowo trafnie potrafili wykonać cudze hity na swój sposób. Kończący płytę rozbudowany, powolny „The Ballad Of Hollies Brown” to też cover, tym razem z repertuaru Boba Dylana. Ta wersja jest ciężka, przytłaczająca, przetworzone brzmienie basu buduje odpowiedni klimat, głos wokalisty brzmi złowrogo, a gitara potęguje ten złowieszczy nastrój. Jest tu także ognisty i całkiem interesujący „Turn On Your Receiver”, dynamiczny „No Fakin’ It”, przebojowy „Go Down Fighting” i trzymający poziom „Teenage Nervous Breakdown”.

Kolejny, piąty w dyskografii zespołu album „Rampant” kończył współpracę z Rogerem Gloverem jako producentem, którego w studiu za konsoletą wspierał Manny Charlton. Okładkę płyty zaprojektował słynny amerykański grafik Joe Petangno, twórca m.in. maskotki zespołu Motorhead zwanej Snaggletooth. Petangno jest też autorem logo wytwórni płytowej Swan Song, którą założyli muzycy Led Zeppelin; ponadto w dorobku ma ok. 130 okładek płyt dla przedstawicieli najróżniejszych stylów muzycznych od glam rocka po najbardziej ekstremalne odmiany death metalu w tym naszego Vadera („Tibi et Igui” z 2014 roku). Ciekawostka, którą można się pochwalić nie tylko w towarzystwie death metalowców.

LP "Rampant" (1974)
LP „Rampant” (1974)

Był to pierwszy krążek nagrany przez zespół poza granicami Wysp Brytyjskich, bo w Szwajcarii. I ponownie odczuwam do tej płyty wielki sentyment z powodu przebojowego nagrania, które „piłowaliśmy” niemiłosiernie na szkolnych potańcówkach. I wcale nie była to ballada. Mam tu na myśli „Shanghai’d In Shanghai”, w którym na pianinie zagrał Jon Lord (!), gitarowe zagrywki Manny  Chartona wykonane zostały techniką slide, a w drugiej minucie słychać krótki cytat z „(I Can’t Get No) Satisfaction” The Rolling Stones… Album „Rampant” jest jedną z lepszych i ciekawszych propozycji zespołu w całej jej twórczości. Po pierwsze charakteryzuje się brzmieniem hard rockowym nawiązującym do bluesowych korzeni. Po drugie nie zawiera błahych piosenek. Po trzecie partie gitary zrealizowane są jakby z lekko przesterowanym dźwiękiem dodającym rockowego smaku. I ten gościnny udział klawiszowca Deep Purple!

Fantastyczny label płyty winylowej "Rampant" (1974)
Fantastyczny label winylowej płyty „Rampant” (1974) wydanej przez „spiralę” Vertigo.

Całość rozpoczyna dziki i nieokiełznany „Silver Dollar Forger” podzielony na dwie części (druga instrumentalna), kończy zaś sześciominutowa doskonała przeróbka „Shape Of Things” The Yardbirds, płynnie przechodząca w autorski kawałek „Space Safari” z elementami space rocka. To są bardzo mocne atuty tej płyty, a przecież mamy tu jeszcze inne perełki, ot choćby „Jet Lag”, który buja w rytmie bluesa; nastrojowy „Love And Lost”  z klimatycznymi solówkami gitar i stonowanym wokalem, czy wyśmienity, niemal psychodeliczny „Light My Way” sunący w wolnym tempie, z ostrym gitarowym podkładem i progresywnymi frazami Charltona w solówkach. Nie sposób pominąć prawdziwie nastrojowej rockowej ballady „Sunshine” o pięknej melodii z wysmakowanymi partiami gitary i z blues rockową solówką na zakończenie.

Jednak opus magnum zespołu, a więc najwspanialsze dzieło jakie ukazało się pod szyldem NAZARETH, które wyprodukował już sam zespół, a w zasadzie gitarzysta Manny Charlton ukazało się w kwietniu 1975 roku. Najmocniejszy, najinteligentniejszy, najbardziej porywający i przepojony rockową energią w najczystszej postaci. Album „Hair Of The Dog”.

LP "Hair Of The Dog" (1975)
LP „Hair Of The Dog” (1975)

Brzmienie płyty jest fantastyczne, na wskroś rockowe, mocne, przy tym czyste i wyraźne. Na pierwszy ogień idzie utwór tytułowy – kapitalny, energiczny kawałek, ze świetnym riffem, z krzykliwie skrzeczącym wokalem McCafferty’ego i chórkiem wyjącym w refrenie „… son of the bitch!” Zresztą wokalista ze swoim zawadiackim śpiewem jest mistrzem ceremonii i tak samo charakterystycznym jak Ozzy Osbourne, czy Ian Gillan. Axle Rose przyznał w jednym z wywiadów, że to właśnie McCafferty był jego ulubionym wokalistą, a płyta „Hair Of The Dog” przez bardzo długi czas nie opuszczała jego talerza gramofonu. Ponoć został z niej potem tylko wiór… W „Miss Misery” wydziera się jeszcze bardziej, ale to masywny rocker świdrujący mózg, z subtelnymi zmianami tempa i gitarowym solo, które całkiem udanie go urozmaicają. Trzeci utwór to ascetyczna ballada„Guilty”, choć wersja amerykańska w tym miejscu zawierała inną balladę – „Love Hurts” (cover duetu The Everly Brothers), którą pewnie każdy słyszał i każdy ją zna. Wszak to jedna z pomnikowych, klasycznych i nieśmiertelnych ballad rockowych. Wydana na singlu zrobiła oszałamiającą karierę m.in. w Kanadzie, RPA, Nowej Zelandii, Belgii i Holandii (nr 1 na listach przebojów), w Stanach (ósma pozycja), a w Norwegii uznano ją nawet za singiel wszech czasów!… Drapieżny „Changin’ Time” z kapitalnie brzmiącą sekcją rytmiczną kończy stronę „A” płyty analogowej. I zawsze w tym miejscu od lat zadaję sobie to samo pytanie: czy ten człowiek ma gardło ze stali, czy też z jakiegoś szlachetniejszego kruszcu? Po tym numerze każdy inny wokalista powinien stracić głos! Zresztą wszyscy dokładają do pieca ile się zmieści. No i ten fantastycznie rozkręcający się finał!

Tył okładki. Reedycja CD wytwórni A&M (1990)
Tył okładki. Reedycja CD wytwórni A&M (1990)

Drugą stronę otwiera wiązanka „Beggar’s Day/Rose In The Heather”, czyli mocny, energiczny utwór z dudniącym basem (oj jak to pięknie brzmi na moich kolumnach) w połączeniu z nastrojowym brzmieniem gitary z wykorzystaniem efektów syntezatorowych. Łagodny i kołyszący, z połamanym bluesowym rytmem „Whiskey Drinkin’ Women” ma bardzo fajną i udaną solówkę gitarową. Na koniec dostajemy obłędny, blisko 10-cio minutowy utwór „Please Don’t Judas Me”, który przybiera postać swoistej suity o egzotycznej aurze i takiej dusznej atmosferze z gitarą, która momentami przypomina sitar. Nagranie znakomite i do trzewi przejmujące. Z Danem McCafferty’m który daje z siebie wszystko. Na wpół wyśpiewując, na wpół wykrzykując pełen złości tekst. Z gitarzystą Charltonem krzeszącym iskry ze swego Gibsona. I z tym przytłaczającym, niedającym się tak łatwo zapomnieć nastrojem.

Na zakończenie pora by wyjaśnić znaczenie tytułu płyty, który u nas od pokoleń funkcjonuje jako „Sierść psa”.  Otóż w języku angielskim idiom „hair of the dog” oznacza „postalkoholowy klin” ( z sierścią psa jak widać nie ma to nic, ale to nic wspólnego). Początkowo płyta miała się nazywać „Son Of The Bitch”, na co absolutnie nie wyraziła zgody wytwórnia płytowa pomimo, że w refrenie tytułowego nagrania kilkakrotnie słychać tę frazę. Zespół zaproponował więc inny, acz w tym samym znaczeniu, tytuł – „Heir Of The Dog”. Było ciut lepiej, ale wydawca wciąż kręcił nosem. W końcu stanęło na tym, że w wyrazie heir zmieniono jedną literkę i tak już zostało na zawsze. „Hair Of The Dog” to kwintesencja stylu NAZARETH. I jednocześnie jego najmocniejsze, hard rockowe oblicze. Ze wspaniałą okładką, tym razem autorstwa Davida Fairbrothera-Roe. Okładką jakby nie z tego świata…

Zdaję sobie sprawę, że takich i tym podobnych albumów jest cała masa. Setki, jeśli nie tysiące. Ktoś kiedyś powiedział, że szkoda czasu na znakomite płyty, bo jest ich za dużo. Lepiej słuchać tylko genialnych, a i tak życia na nie nie starczy. Jeśli jednak chcemy już słuchać czegoś mniej genialnego, a wciąż doskonałego to TYCH płyt najzwyczajniej w świecie słucha się znakomicie. One są po prostu świetne i czas się ich nie ima.

Tolkienowski świat baśni. PAR LINDH & BJORN JOHANSSON „Bilbo” (1996)

Dzieła J.R.R. Tolkiena były i są potężnym źródłem inspiracji i natchnienia dla artystów wszelkiej maści, w tym i dla muzyków. Najbardziej znaną i jednocześnie najbardziej inspirującą powieścią tego brytyjskiego pisarza fantasy jest oczywiście „Władca Pierścieni”, ale wcześniejsza książka Hobbit, czyli tam i z powrotem” nie pozostaje w tyle. Odpowiednie tło muzyczne czasami potrafi uczynić cuda i sprawić, że znana na pamięć powieść nabiera innego, nowego wymiaru. A lista wykonawców zafascynowanych tolkienowskimi opowieściami jest bardzo długa. Nie ukrywam, że w ścisłej czołówce gotów jestem umieścić Par Lindha, szwedzkiego muzyka grającego na instrumentach klawiszowych, lidera progresywnego  zespołu Par Lindh Project, którego w rodzinnym kraju porównuje się do Keitha Emersona, lub Ricka Wakemana.

Karierę muzyczną zaczynał jako… organista kościelny. Potem przyszła fascynacja jazzem. Wyjechał do Francji, gdzie grywał jako pianista jazzowy. Udzielał się także w formacjach Antenna Baroque (1977), Vincentus Eruptum(1979), a po powrocie do kraju dostał etat w Royal Swedish Chamber Orchestra. Ciągnęło go jednak do rocka.  „W 1993 roku wystąpiłem z legendarną grupą Anglagard (jako gość) na prestiżowym Progfest Festival w Los Angeles. Koncert był owacyjnie przyjęty przez tamtejszą publiczność. Wówczas pomyślałem, że czas na utworzenie własnego zespołu.”  Rok później ukazała się debiutancka płyta Par Lindh Project zatytułowana „Gothic Impressions”. W jej nagraniu udział wzięło w sumie jedenaście osób, w tym troje wokalistów, ale trzon zespołu opierał się  na liderze, oraz gitarzyście Bjornie Johanssonie.

Par Lindh (instr. klawiszowe), Bjorn Johansson (gitary)
Par Lindh kbd), Bjorn Johansson (g)

Bjorn Johansson to znakomity gitarzysta, do tego pasjonat starych instrumentów. Ci dwaj nierozłączni przyjaciele od lat młodzieńczych zakochani byli nie tylko w muzyce, ale także rozkochani w Tolkienie. Na „Gothic Impressions” ujawniła się jeszcze jedna perła – wokalistka o cudownym, anielskim głosie – Magdalena Hagberg. Kiedy więc panowie dwa lata później wpadli na pomysł stworzenia muzyki zainspirowanej baśniową trylogią zaproponowali pannie Hagberg  udział w tym (jak sami go nazwali)”projekcie ubocznym”. Do składu zaprosili także grającą na flecie i oboju  Annę Schmidtz po czym rozpoczęli pisanie materiału. Efektem tej współpracy była płyta „Bilbo” wydana w 1996 roku.

Par Lindh & Bjorn Johansson "Bilbo" (1996)
Par Lindh & Bjorn Johansson „Bilbo” (1996)

Płyta zawiera aż 15 utworów i przynosi 65 minut muzyki. Muzyki, która zabiera nas w baśniową krainę Hobbitów, gdzie żyją trolle, gobliny, elfy, a także olbrzymi, złocistoczerwony smok pochodzący ze Zwiędłych Wrzosowisk o imieniu Smoug. Przedstawiciel siły zła, który wypędził krasnoludów z Samotnej Góry i zagarnął ich bogactwa. To muzyka z nurtu rocka progresywnego, ale nie tylko. Cudownie wpleciono tu elementy neoklasyczne, klimaty muzyki renesansu, baroku i folku. Partie instrumentalne grane są z wykorzystaniem fletu, oboju, fagotu, harfy, cytry i mandoliny. Mamy tu klasyczny fortepian, ale też i klawesyn. Także organy: Hammonda i te „zwykłe” – kościelne. Do tego bębny, konga i gong. Imponujący zestaw. Spajają to wszystko obaj panowie w iście mistrzowski sposób. Klawisze przypominają mi najlepsze fragmenty z bogatej twórczości Keitha Emersona (jednak bez zbytniego epatowania nimi, co było grzechem głównym klawiszowca ELP) i Ricka Wakemana. Gitara, szczególnie w „Rivendell” i „Running Towards The Light”  brzmi jak stary dobry Mike Oldfield. Dominują tu głównie utwory instrumentalne, ale gdy pojawia się wokal Magdaleny Hagberg – skóra cierpnie. We wspomnianym już „Rivendall” z niebywałą lekkością przepięknie wyśpiewuje piosenkę elfów. Żal, że trwa to ledwie dwie minuty. Lirycznie jest w marszowym „Song Of The Dwarfs”.  Niesamowite wręcz połączenie bardzo wczesnego Clannad z głosem Jacqui McShee z grupy Pentagle. Podniośle robi się w końcówce 11-minutowej „Mirkwood Suite” – na tle kościelnych organów jej śpiew brzmi jak natchniona pieśń religijna. Przepiękny, niesamowity głos.„Mirkwood Suite” przypomina mi trochę brytyjski Mostly Autum, choć za sprawą klawiszy zaczyna się jak stary dobry krautrock. Kiedy jednak wchodzi gitara, a potem bas robi się typowo progresywnie. Groźnie i mroczno jest w „Dark Cave” z gitarową wstawką a la Steve Hackett, zaś najbardziej dramatycznie jest w utworze „Smoug”. Nie ma się zresztą czemu dziwić. Wszak to rzecz o okrutnym smoku. I mógłbym tak wymienić inne tytuły, robić analizy i porównania, ale żadne słowa nie są w stanie oddać piękna tej muzyki. Jest w niej bowiem tyle smaczków i ukrytych niuansów, że odkrywanie jej to wielka radość i przyjemność.

Płyta „Bilbo” od razu zajęła wysokie miejsce w sercach fanów. Była też jedną z tych, która dawała nadzieję na odrodzenie się rocka progresywnego (pamiętajmy, że był to rok 1996). Jej baśniowy klimat sprawia, że idealnie nadaje się do słuchania o zmroku, koniecznie przy blasku świec. Nasza wyobraźnia wyczaruje nam wówczas takie obrazy jakich nigdy nie zobaczymy na filmach w 3D! To jedna z tych płyt, która zawładnie duszą i pewnie uzależni na długi czas. Polecam wszystkim!

Par Lindh i Bjorn Johansson kontynuowali współpracę jeszcze przez kilka lat. W 2004 roku duet wydał kolejny album „Dreamsongs From The Middle Earth” nawiązujący do tolkienowskich opowieści. Jednocześnie prowadzona przez klawiszowca grupa Par Lindh Project wydawała wciąż nowe płyty, choć skład ciągle się zmieniał. W 2007 roku zespół odwiedził Polskę dając 19 listopada koncert w Teatrze Śląskim im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach. Entuzjastycznie przyjęty przez polskich fanów występ ten ukazał się wkrótce (10 marca 2008) na DVD i CD nakładem Metal Mind pod tytułem „In Concert – Live In Poland”.

Magdalena Hagberg  nagrywała płyty, koncertowała i udzielała się w różnych projektach muzycznych. Wyszła za mąż za Niklasa Berga (zbieżność imienia i nazwiska z gitarzystą Anekdoten przypadkowa). Szczęśliwa mama pewnie co wieczór śpiewała swemu 3-letniemu synkowi piosenki do snu o elfach, trolach i krasnoludach. Ich radość i szczęście została brutalnie przerwana w grudniu 2007 roku, gdy niespodziewanie dla wszystkich wokalistka umiera na zapalenie opon mózgowych. Miała 34 lata.

RIVAL SONS. Stare wino w nowych butelkach.

Od kilku lat bacznie przyglądam się nurtowi muzycznemu tworzonemu przez liczne kapele, któremu nadano nazwę vintage rock. Nurtowi hołdującemu klasycznej szkole rockowego grania spod znaku Black Sabbath, Leaf Hound, Free, Led Zeppelin… Kalifornijski kwartet RIVAL SONS doskonale wpisuje się w cały ten nurt z takimi zespołami jak choćby brytyjskim The Answer, norweskimi Graveyard i Lonely Kamel, niemieckim Kadavar, nieco bardziej niszowym Gentlemans Pistols i bardzo znanym Wolfmather na czele. Kiedy usłyszałem po raz pierwszy czwórkę muzyków z Long Beach odnalazłem w dźwiękach ich muzyki wszystko to, co najlepsze w rock’n’rollu: wzorcowe songi, mocno nasycone bluesowym posmakiem drapieżne kawałki, genialny głos wokalisty, rockowe balladki, a wszystko to brzmiące czysto i naturalnie. Jednym słowem istne perełki, które równie dobrze mogłyby powstać kilka dekad temu. Zakochany od wieków w Zeppelinach po raz pierwszy od lat pomyślałem sobie: Cholera! Jesteśmy świadkami narodzin Zeppów na miarę XXI wieku! Oto nadchodzi przyszłość hard rocka! Nalejmy stare wino do nowych butelek! I jeśli jest to z mojej strony lekko przesadzone stwierdzenie, ta myśl powraca do mnie jak górskie echo. Powraca ilekroć słucham ich płyt. A słucham często. I wcale nie mam dosyć!

Rival Sons (2014)
Rival Sons (2014)

Historia grupy RIVAL SONS jest bardzo prosta i krótka, bo i też działa na rynku muzycznym od kilku zaledwie lat. Konkretnie od 2009 roku, kiedy to po odejściu wokalisty zespołu Black Summer Crush pozostali muzycy: gitarzysta Scott Holiday, basista Robin Everhart i perkusista Mike Miley postanowili grać dalej. Wkrótce dołączył do nich Jay Buchanan, nowy wokalny nabytek grający także na harmonijce ustnej. Skromny, nieśmiały. Jeszcze niepewny swych wielkich umiejętności i z niewielkim bagażem scenicznym. Talent, który wkrótce, niczym diament  zabłyśnie na rockowej scenie. Pod nowym szyldem, jako RIVAL SONS wydali  9 czerwca tego samego roku swój debiutancki album „Before The Fire”. Album wydany za własne pieniądze przeszedł co prawda bez echa, ale drzemiący w muzykach potencjał zauważyli ludzie z wytwórni płytowej…  Earache. Zaiste nieznane są wyroki boskie, bowiem ta legendarna wytwórnia specjalizowała się w wydawaniu płyt ortodoksyjnej jak dla niektórych fanów muzyki w stylu grindcoredeath metal. To w stajni Earache nagrywały i wydawały swe krążki takie zespoły jak Napalm Death, Bruthal Truth, Morbid Angel, Cathedral, Entombed, czy Carcass, by wymienić te najbardziej znane. Dwa lata później (28 czerwca 2011) na rynek trafia ich druga płyta „Pressure & Time”, którą na dobrą sprawę można uznać za właściwy debiut. Album z miejsca staje się sensacją dochodząc do 19 miejsca na listach najlepiej sprzedających się krążków w USA!

Rival Sons "Pressure & Time" (2011)
Rival Sons „Pressure & Time” (2011)

Podobno napisanie materiału na ten album, jego rejestracja i miks zajęło zespołowi tylko dwadzieścia dni! Brytyjscy recenzenci skłonni byli dopatrywać się w RIVAL SONS amerykańskiej odpowiedź na wyspiarski The Answer. Ale podobieństwa muzyki obu zespołów są bardzo wyraźne. Kalifornijski kwartet gra rasowy, krwisty i rozkosznie klasyczny, lekko bluesujący rock, który garściami czerpie z wiecznie żywej spuścizny po Led Zeppelin. Czerpie garściami, ale nie znaczy, że bezmyślnie kopiuje.  Dziesięć kompozycji, które znalazły się na płycie są swoistymi perełkami w stylu starego dobrego hard rocka. Jeśli miałbym wyróżnić jakieś utwory (choć tego nie lubię) to przede wszystkim na otwierający całość baaardzo zeppelinowy „All Over The Road” także na „Get Mine” , świetny tytułowy „Preasure & Time”, mocno nasycony bluesowym posmakiem „Only One”. Jest też chwila wytchnienia w postaci ballady „Face Of Light”. W głosie wokalisty można zakochać się od pierwszego dźwięku. Śpiewa na granicy bólu i rozsądku. Przypomina momentami młodego Roberta Planta. Serio! Słuchając płyty zwróćcie też koniecznie uwagę na grę perkusisty. Niebo w gębie!

Wydany 17 września 2012 roku trzeci album „Head Down” potwierdził miłość do muzyki spod znaku takich kapel jak Small Faces, Free, Bad Company, Led Zeppelin, aczkolwiek brzmi to już bardziej nowocześnie niż na „Preasure & Time”. Mocne gitarowe granie Scotta Holidaya jest świetnym tłem dla rasowego głosu Jaya Buchanana.

Rival Sons "Head Down" (2012)
Rival Sons „Head Down” (2012)

Jest to jeden z tych albumów, który zaliczam do tzw. kategorii świadomego słuchania. Pozycja obowiązkowa dla koneserów hard rocka. Sporo tu brytyjskiego bluesa, mnóstwo amerykańskiego rocka, pojawia się gospel i soul. Szczególnej uwadze polecam cztery kompozycje. Otwierający „Keep On Swinging”, który jest kluczem do całego albumu. Kwintesencja stylu zespołu w czterominutowej odsłonie z pochodem basu, kapitalnej perkusji, doskonałej gitarze i świetnym wokalu. „Jordan” utrzymany w klimacie southern music z domieszką gospel ma przejmującą melodię i bardzo zgrabny akompaniament. Taka chwila ukojenia z rozmarzoną, leniwie płynącą gitarą Scotta Holidaya. Oj są ciarki i gęsia skóra na ciele! Zaraz po nim prawdziwy wymiatacz albumu – „All The Word”. Coś dla fanów oldschoolowego grania, prostego basu i rozbudowanej formy lirycznej. Brzmi może zawile, ale w głośnikach wypada wspaniale. Ja najbardziej odpływam przy „Manifest Destiny Pt.1” – odjazdowym, psychodelicznym numerze w klimacie „Dazed And Confused”. I choćby dla takiej kompozycji trzeba mieć ten album. Ale najlepsze miało dopiero nadejść. Dwa lata później, 6 czerwca światło dzienne ujrzał album „Great Western Valkyrie”.

Rival Sons "Great Western Valkyrie"
Rival Sons „Great Western Valkyrie” (2014)

Kiedy kupowałem ten album w sklepie byłem zszokowany jego okładką. Cienka, papierowa, czarno-matowa z niemal nieczytelnym tytułem albumu. Jedna z najgorszych jakie w życiu widziałem. Spytałem nawet, czy to wersja dla ubogich klientów? A może jest inne, pudełkowe, wydanie tego krążka?  Poprzednia płyta miała rozkładaną na trzy okładkę, fajną grafikę, teksty i booklet ze zdjęciami w środku. Ta nowa – „ekologiczna” – popsuła mi humor. Zniesmaczony wróciłem do domu i włożyłem płytę do odtwarzacza. I to co popłynęło z głośników od pierwszej sekundy powaliło mnie na kolana. Totalnie! „Electric Man (Take You To The Sugar Shack)” wcisnął mnie w fotel tak mocno i głęboko, jakbym siedział w fotelu myśliwca F16! Puls basu naparł na moją klatkę piersiową mocą  jakiej w życiu się nie spodziewałem. Elektryczny ładunek gitarowych riffów wzmocniony potężną baterią perkusji spowodował, że brakło mi tchu! Co za petarda! Ależ bomba! „Good Luck (It’s Going To Hurt Right Now)” również porywa znakomitymi partiami instrumentalnymi i wokalnymi, a moją uwagę skupia świetna sekcja rytmiczna. Gitara wciąż jest instrumentem wiodącym na tym albumie, ale po raz pierwszy zespół zdecydował się na dodanie partii organów. I to było genialne z ich strony posunięcie. Instrumenty klawiszowe dodają świetny klimat w takich numerach jak „Secret”, czy „Where I’ve Been”. Ten drugi brzmi niczym kontynuacja kompozycji „Jordan” z poprzedniej płyty. Jest to też potężny bluesowy numer, który byłby idealnym zakończeniem płyty. Ale nie jest, bo na samym końcu „Great Western Valkyrie” jest jeszcze jedno arcydzieło –  „Destination On Course”. Siedmiominutowy kolos z niezwykle dramatyczną partią wokalu, powalającym solo gitarowym, oraz częścią instrumentalną, która brzmi niczym hard rockowa odpowiedź na Pink Floydowe „Echoes”. Muszę też jeszcze wspomnieć o wiodącym motywie perkusyjnym w „Open My Eyes, który jest bezpośrednim odniesieniem do Zeppelinowego „When The Leeve Breaks”. Ale czy komuś to przeszkadza skoro kawałek ten po prostu nie chce wyjść z głowy? Warto też zaznaczyć, że wraz z wydaniem tej płyty w zespole nastąpiła jedna zmiana w składzie grupy – basista Dave Beste zastąpił Robina Everharta, który nie najlepiej znosił długie trasy i ciągłą nieobecność w domu.

Po takim muzycznym arcydziele jakim był „Great Western Valkyrie” z pewnym niepokojem i ogromnym  zainteresowaniem czekałem na kolejny album RIVAL SONS. Czy dorówna on wielkiemu poprzednikowi? Może go przebije? A może okaże się największym rozczarowaniem? Odpowiedź przyszła 10 czerwca 2016 roku w postaci piątej już płyty „Hollow Bones”.

Rival Sons "Hollow Bones" (2016)
Rival Sons „Hollow Bones” (2016)

Nauczony doświadczeniem nie oceniam płyty po okładce, choć grafika przedstawiająca białego wilka w otoczeniu dziwnych pięknych roślin urzekła mnie i sprawiła, że szybko wczułem się w klimat wydawnictwa. A ten, jak się okazuje jest… fenomenalny. Być może nie tak ostry, mocny i ciężki jak w przypadku poprzednika, ale może to i lepiej. Widać, że muzycy nie stoją w miejscu, ale szukają i eksplorują kolejne muzyczne lądy. „Hollow Bones” to według mnie idealnie zbalansowana płyta. Wypełniają je krótkie, 3 – 4 minutowe kompozycje, a sama płyta trwa jedynie trzydzieści siedem. Krótka, ale wystarczy by zarazić klimatem, zachwycić brzmieniem. Na pierwszy plan wychodzą oczywiście cudownie przesterowane gitary Scotta Holidaya, doprawiane ciepłym tłem organowym. Brzmienie na tej płycie jest duże, elektryzujące, sprawiające, że chce się do niej wracać. No i ta chemia między gitarzystą i wokalistą, która przywodzi na myśl największe „związki” tego typu w historii rocka. Moją uwagę po pierwszym przesłuchaniu przykuło kilka kompozycji w tym „Fade Out” – kto wie, czy nie jeden z najlepszych kawałków w całym dorobku grupy. Czuć ciężar i moc gitary Holidaya i kapitalny wokal Jaya Buchanana. Intensywnością i gęstym klimatem powala „Hollow Bones Pt.2”. Mocna rzecz, prawdziwy wybuch emocji! Wokalista wchodzi tu w jeden z tych swoich transów i sprawia jakby użyczał ciała duchom wyśpiewującym tekst za niego. A bezpośrednio po niej bardzo subtelna, szczera do bólu ballada „All That I Want”. Niewielu jest obecnie wokalistów, którzy są w stanie tak czarować samym głosem, trafiać idealnie w emocje. Nie wypada też nie wspomnieć o kapitalnej wersji „Black Coffe”. Cover małżeństwa Turnerów, najbardziej znany z wykonania Humble Pie, zaserwowany przez RIVAL SONS smakuje wyśmenicie. Pierwsza jego część znakomicie buja, ale nic dziwnego – w końcu to czarna muzyka lat 70-tych. Z kolei część druga to już fuzz-rockowe szaleństwo z ciężkimi riffami i potężnym wokalem Jaya.

Reasumując – „Hollow Bones” to kolejny, piękny rozdział w historii zespołu. Co prawda (i tu nie oszukujmy się) nie dorównuje swemu poprzednikowi, ale bez wątpienia to wciąż światowa czołówka i jedna z najlepszych płyt ostatnich lat.

Gdy pomyślę jak wielki postęp poczyniła ta grupa przez ostatnie siedem lat, ogarnia mnie euforia.Jestem pełen uznania, że tak szybko przeobrazili się z ciekawostki bazującej na nostalgicznej tęsknocie fanów za starym rockiem we wspaniałych rockowych artystów z własnym brzmieniem. RIVAL SONS to bez wątpienia jeden z najważniejszych obecnie zespołów rockowych i duchowy spadkobierca klasycznego hard rocka. I tak jak przed laty z niecierpliwością wypatrywałem nowych płyt Black Sabbath, Deep Purple i Led Zeppelin, tak dziś czekam na kolejne wydawnictwa amerykańskiego kwartetu ze słonecznej Kalifornii.