MORRICONE, GABRIEL i MOZART na Święta Wielkanocne

Są płyty w moim zbiorze, które odtwarzam (na przestrzeni roku kalendarzowego) tylko przy wyjątkowych okazjach, lub w określonych dniach, by wymienić tu np. Dzień Św. Walentego, pierwszy dzień wiosny, Święto Zmarłych, czy właśnie okres wielkanocny. Każdy z tych dni, czy też okres czasu,  jest na swój sposób wyjątkowy i każdy ma swą oprawę muzyczną, który celebruję odpowiednią muzyką. Takie moje prywatne „widzi mi się”, a może raczej osobiste muzyczne katharsis. O każdym z tych szczególnych dni mógłbym napisać dużo, a nawet bardzo dużo, ale skoro Wielkanoc za pasem , więc ograniczę się do tego właśnie okresu. Bo jak wiadomo, Wielkanoc to najważniejsze święto kościoła katolickiego.

Historia muzyki rockowej już dawno uhonorowała to Święto (np. rock opera „Jesus Christ Superstar”) a wyższość  Ducha na Śmiercią wciąż jest inspiracją dla wszystkich muzyków.

Tak się dziwnie składa, że z wielu przesłuchanych płyt, które idealnie pasują do nastroju Wielkiego Tygodnia, mnie osobiście „rozkładają krzyżem” i powalają na ziemię trzy, z czego dwie to ścieżki dźwiękowe z filmów.

Ennio Morricone, to włoski kompozytor, który tworzył urokliwą muzykę filmową z czego największy rozgłos przyniosła mu ta z filmu Sergio Leone „Dawno temu na Dzikim Zachodzie” będącą parodią westernu.

Film „The Mission” („Misja”) w reżyserii Rolanda Joffe’a parodią gatunku na szczęście nie jest. Na ten film do kina chodziłem trzy dni pod rząd, zafascynowany pięknymi zdjęciami plenerowymi, fabułą i przede wszystkim niesamowitą, cudowną muzyką! Sam obraz, tragiczny w swej wymowie, jest opowieścią mimo wszystko optymistyczną, bo dotyka tak ważnych problemów życia człowieka jak przyjaźń, miłość, przebaczenie, wiara, nadzieja. Taka jest też i muzyka tutaj zawarta. Z jednej strony optymistyczna, żyjąca w zgodzie i harmonii z przyrodą, z człowiekiem („On Earth As It In Heaven„, „Falls„, „Gabrliel’s Oboe„), z drugiej zaś katastroficzna, nieziemska, jednocześnie niesamowicie uduchowiona, wzniosła, dająca Nadzieję, Wiarę, odwołująca się do pieśni kościelnych („Ave Maria Guarami„, „The Mission, „Te Deum Guarami„, „Miserere„). Gwarantuję, że po wysłuchaniu „Ave Maria Guarami” ( w filmie tę pieśń śpiewają nawróceni przez księży półnadzy Indianie idący w obronie tytułowej misji jezuickiej dosłownie na rzeź) każdy wrażliwy słuchacz padnie ze skruchą na kolana. Temat ten przewija się zresztą dość często w Wielki Piątek przez niemal  wszystkie rozgłośnie radiowe. Podobnie jak i większość zawartych na płycie „The Mission” kompozycji.

Ennio Morricone - "The Mission"
Ennio Morricone – „The Mission”

Temat następnego filmu już sam w sobie był tak niebezpieczny, że np.  takiej katolickiej Hiszpanii groziły groźne zamieszki na tle religijnym w czasie jego premiery, zaś we Włoszech, na znak protestu podpalano kina, w których miała odbywać się projekcja filmu. Obraz znakomitego reżysera Martina Scorsese „The Last Temptation Of Christ” („Ostatnie kuszenie Chrystusa”) zrealizowany na podstawie książki  Mikisa Kazantzakisa  choć wywołał u bigotów burzę emocji (w Polsce film osiągalny tylko w wersji kasetowej na DVD) przynosi niezwykłą muzykę autorstwa Petera Gabriela, byłego lidera grupy Genesis, wydaną następnie na płycie pt. „Passion„.

Peter Gabriel - "Passion"
Peter Gabriel – „Passion”

Kiedy usłyszałem „Passion” po raz pierwszy – a było to latem 1988r. – doznałem niezwykłego olśnienia, jakby nawiedzenia. Poczułem, że oto jestem świadkiem narodzin pomostu muzycznego rzuconego przez Petera Gabriela w wiek XXI. Artysta dokonał czegoś, czego nie udało się przed nim nikomu, który wskazał i otworzył nową drogę do muzycznych inspiracji innym wykonawcom („Suns Of Arqa„, „Dead Can Dance„). Powiązał europejską muzyczną dyscyplinę („Of These Hope – Reprise„, „Bread And Wine„) z klimatami i brzmieniowymi rozwiązaniami arabskimi. Wyszedł fascynujący świat muzyczny z pulsującym gorącym rytmem pustyni („The Feeling Begins„, „Of These Hope„, „A Different Dump”) połączony z mrokami historii („In Doubt„, „Passion„). Pierwiastek ludzki łączy się z pierwiastkiem boskim („Stigmata„, „With The Love – Choir„).

Praca nad tym albumem zajęła Peterowi Gabrielowi bardzo dużo czasu. Przesłuchał wiele płyt z muzyką ludową, zaprosił do współpracy jej wielu twórców. Nawet gdy film wszedł już na ekrany, wciąż jeszcze doskonalił nagrania. Album stał się dla niego, jak stwierdził w jednym z wywiadów, „poszukiwaniem Prawdziwej Muzyki”. Poszukiwaniem zwycięskim!

Wolfgang Amadeusz Mozart, jako artysta, jako muzyk, wydaje się istotą nie z tego świata, zaś cała jego twórczość zdaje się przedstawiać jako czysta formalnie skończona „boska” doskonałość! Ten „…subtelny geniusz światła i miłości muzyki” – jak nazwał go Ryszard Wagner – wydawać by się nam mógł jako postać mityczna, wyidealizowana, szczególnie patrząc poprzez pryzmat XIX-wiecznego romantyzmu. Na szczęście posiadamy o nim dokładne (niekiedy wręcz intymne) wiadomości, z których wyłania się obraz człowieka z krwi i kości, skory do żartów, figlów, psot, będący jednocześnie przenikliwym, bezlitosnym obserwatorem i sędzią ludzkiej natury.

A jednak ten pierwiastek boski jest w Mozarcie tak czysty – zarówno w największym, duchowym znaczeniu, jak i w zwykłym ludzkim sensie – że jest coś z prawdy w tym, że był on tylko gościem na tej ziemi.

Requiem” to ostatnie dzieło Mozarta, którego ukończeniu przeszkodziła śmierć (w 1791 r.) i było pracą na zamówienie. Nawiasem mówiąc artysta nawet nie znał osoby zamawiającego. W lipcu przybył posłaniec z listem zlecającym kompozytorowi napisanie mszy żałobnej. Mistrz w tym czasie pracował nad „Czarodziejskim fletem” i choć propozycja była interesująca, nie od razu przystąpił do jej komponowania. Zmagał się już ze swą chorobą. Podejmowanie prób w celu ustalenia nazwiska zamawiającego posłaniec określił jako „niemożliwe i bezcelowe”. Mozart otrzymał z góry honorarium, w takiej wysokości, jakiej zażądał. Dziś już wiemy, że zamawiającym był hrabia Franciszek Walsegg zu Stuppach, kiepski muzyk-amator, który kupował u innych kompozycje i wystawiał je jako swoje. Człowiek ten przed laty stracił żonę, pamięć jej zaś w owym czasie chciał uczcić podniosłym „Requiem„.

W. A. Mozart - "Requiem"
W. A. Mozart – „Requiem”

Ostatnie dzieło zazwyczaj rozpatrywane jest jako swego rodzaju testament artystyczny, wokół którego krystalizują się wszelkiego rodzaju skojarzenia. W przypadku „Requiem” rzecz nie jest tak klarowna i oczywista. Mozart naszkicował 40 stron partytury. Ukończył w całości „Requiem aeternam” i „Kyrie„, zaś osiem części – od „Dies irae” aż do „Hostias” – rozpisał na głosy wokalne, bas i sugestie dotyczące instrumentacji. Prowadził swoisty wyścig z czasem uważając, że pisze ten utwór na własną śmierć. Z takim przekonaniem zmarł. Powstałe luki „pozalepiali” i dzieło dokończyli Joseph Eybler, oraz uczeń i przyjaciel rodziny  Franz  Xaver Sussmayr, których wynajęła wdowa po Wolfgangu – Konstancja, w obawie, że osoba zamawiająca „Requiem” gotowa zażądać zwrotu zapłaconego już honorarium. Oszustwo to Konstancja podtrzymywała bardzo długo, a kiedy strapiony wyrzutami sumienia Sussmayr przyznał się do niego w 1800 r. nikt (przez cały XIX wiek) nie przyjmował tego do wiadomości.

Zajmijmy się w końcu dziełem w którym „…już od pierwszego taktu „Requiem aeternam” znamy dokładne intencje Mozarta i jego postawę wobec śmierci. Nie jest to już postawa bez reszty zgodna z duchem Kościoła. Czy to nie uderzające, że dominują tu dwie pary drewnianych instrumentów dętych – rożków basetowych i fagotów – a instrumentom smyczkowym przypada niemal tylko rola towarzysząca? Przy słowach „Exaudi orationem meam” poszarpana figura w akompaniamencie orkiestrowym zdaje się symbolizować raczej bunt niż prośbę” (A. Einstein „Mozart” PWM 1975).

Po wzniosłym chóralnym „Dies irae” – wspaniałym, bo jednocześnie dramatycznym i sakralnym – następuje „Tuba mirum„, gdzie tekst rozdzielony jest między solistów, a niebiański solowy puzon obwieszcza przerażający moment Sądu Ostatecznego. Następne części : „Rex fremendae„, „Rocordare„, „Confutatis„, „Lacrimosa” – należą do najkunsztowniejszych, najczystszych, najbardziej porywających rzeczy jakie Mozart kiedykolwiek napisał. Szczególnie posępne i straszne crescendo „Lacrimosa” podcina nogi i powoduje, że po plecach przebiegają miliony mrówek. Schizofreników i paranoików przestrzegam przed słuchaniem tego w całkowitej samotności i ciemności!

Płytę polecam wszystkim lubiącym mroczne i tajemnicze klimaty (doskonale odbiera się ją słuchając w wyższych rejestrach głośności). Nazwisko Mozarta fanom rocka proponuję zaś śmiało wpisać do swojego muzycznego kanonu. Wszak muzyka jest jedna. Dzieli się jedynie na dobrą i złą.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *