MORRICONE, GABRIEL i MOZART na Święta Wielkanocne

Są płyty, które na przestrzeni roku kalendarzowego słucham zazwyczaj w określonych dniach: Dzień Św. Walentego, pierwszy dzień wiosny, Święto Zmarłych, czy przy takich okazjach jak okres wielkanocny. Każde z tych dni są na swój sposób wyjątkowe i każde mają swą oprawę muzyczną więc celebruję je odpowiednią muzyką. Takie moje prywatne „widzimisie”, a może raczej muzyczne katharsis. O każdym z tych szczególnych dni mógłbym napisać dużo, ale skoro Wielkanoc za pasem, więc muzycznie ograniczę się do tego okresu.

Historia muzyki rockowej już dawno uhonorowała to Święto, by wspomnieć tu choćby rock operę „Jesus Christ Superstar”, a wyższość  Ducha na Śmiercią była, jest i będzie inspiracją dla kompozytorów i muzyków. Z wielu płyt, które idealnie pasują do nastroju Wielkiego Tygodnia wybrałem trzy, z czego dwie to dźwiękowe ścieżki filmowe.

Ennio Morricone to włoski kompozytor, który tworzył urokliwą muzykę filmową z czego największy rozgłos przyniosła mu ta z filmu „Once Upon A Time In The West” (Pewnego razu na Dzikim Zachodzie) Sergio Leone z 1968 roku. Ten spaghetti western uznany został przez niektórych krytyków za parodię klasycznych amerykańskich westernów. Inni za szczytowe osiągnięcie gatunku…

Film „The Mission” („Misja”) w reżyserii Rolanda Joffe’a parodią gatunku na szczęście nie jest. Na ten film do kina chodziłem kilka dni pod rząd, zafascynowany pięknymi zdjęciami, fabułą, a przede wszystkim ze względu na niesamowitą, fenomenalną muzyką! Sam obraz, tragiczny w swej wymowie, jest mimo wszystko opowieścią optymistyczną, bo dotyka tak ważnych problemów życia człowieka jak przyjaźń, miłość, przebaczenie, wiara, nadzieja. Taka jest też i muzyka Morricone. Z jednej strony optymistyczna, żyjąca w zgodzie i w harmonii z naturą, z człowiekiem („On Earth As It In Heaven”, „Falls”, „Gabrliel’s Oboe”), z drugiej zaś katastroficzna, nieziemska, a jednocześnie uduchowiona, wzniosła, dająca Nadzieję, Wiarę, odwołująca się do pieśni kościelnych („Ave Maria Guarami”, „The Mission”, „Te Deum Guarami”, „Miserere”). Gwarantuję, że po wysłuchaniu „Ave Maria Guarami” (pieśń śpiewają nawróceni przez księży półnadzy Indianie idący w obronie tytułowej misji jezuickiej na pewną rzeź) wrażliwy słuchacz padnie na kolana całkowicie skruszony. Ten muzyczny fragment (jak i wiele innych z tej płyty) często przewija się w Wielkim Tygodniu prawie we wszystkich stacjach radiowych świata…

Ennio Morricone - "The Mission"
Ennio Morricone – „The Mission”

Temat następnego filmu już sam w sobie był tak niebezpieczny, że podczas światowej premiery w katolickiej Hiszpanii wybuchły zamieszki na tle religijnym, zaś we Włoszech podpalano kina, w których odbywały się jego projekcje. Obraz znakomitego reżysera Martina Scorsese „The Last Temptation Of Christ” („Ostatnie kuszenie Chrystusa”) zrealizowany na podstawie książki  Mikisa Kazantzakisa, który u bigotów wywołał taką burzę emocji (w Polsce film osiągalny tylko w wersji kasetowej na DVD) przyniósł niezwykłą muzykę autorstwa Petera Gabriela wydaną na płycie „Passion„.

Peter Gabriel - "Passion"
Peter Gabriel – „Passion”

Płytę po raz pierwszy usłyszałem latem 1988 roku i z miejsca poczułem, że Peter Gabriel rzucił muzyczny pomost pomiędzy XX a  XXI wiekiem, tak bardzo wtedy dla mnie odległym. Artysta dokonał czegoś, czego nie udało się przed nim nikomu. Wskazał i otworzył nową drogę do muzycznych inspiracji innym wykonawcom („Suns Of Arqa”, „Dead Can Dance”). Powiązał europejską muzyczną dyscyplinę („Of These Hope – Reprise”, „Bread And Wine”) z egzotycznymi dla nas arabskimi klimatami i brzmieniowymi rozwiązaniami. Wyszedł z tego fascynujący świat muzyczny z pulsującym gorącym rytmem pustyni („The Feeling Begins”, „Of These Hope”, „A Different Dump”) połączony z mrokami historii („In Doubt”, „Passion”). Pierwiastek ludzki łączy się z pierwiastkiem boskim („Stigmata”, „With The Love – Choir”).

Praca nad tym albumem zajęła Gabrielowi bardzo dużo czasu. Przesłuchał setki płyt z muzyką ludową Bliskiego Wschodu, zaprosił do współpracy jej wielu twórców. Nawet gdy film wszedł już na ekrany, wciąż doskonalił nagrania. Jak stwierdził w jednym z późniejszych wywiadów ten album stał się dla niego poszukiwaniem Prawdziwej Muzyki. Jak się okazało- poszukiwaniem zwycięskim!

Wolfgang Amadeusz Mozart, jako artysta, jako muzyk, wydaje się istotą nie z tego świata, zaś cała jego twórczość zdaje się być jak czysta formalnie skończona boska doskonałość! Ten „…subtelny geniusz światła i miłości muzyki” – jak nazwał go Ryszard Wagner, wydawać by się nam mógł jako postać mityczna, wyidealizowana, szczególnie patrząc poprzez pryzmat XIX-wiecznego romantyzmu. Na szczęście posiadamy o nim dokładne (niekiedy wręcz intymne) wiadomości, z których wyłania się obraz człowieka z krwi i kości, skory do żartów, figlów, psot, będący jednocześnie przenikliwym, bezlitosnym obserwatorem i sędzią ludzkiej natury.

A jednak ten pierwiastek boski jest w Mozarcie tak czysty – zarówno w największym, duchowym znaczeniu, jak i w zwykłym ludzkim sensie – że jest coś z prawdy w stwierdzeniu, że był on tylko gościem na tej Ziemi.

Requiem” to ostatnie dzieło Mozarta, którego ukończeniu przeszkodziła śmierć (w 1791 r.) i było pracą na zamówienie. Nawiasem mówiąc artysta nawet nie znał osoby zamawiającego. W lipcu przybył posłaniec z listem zlecającym kompozytorowi napisanie mszy żałobnej. Mistrz pracował w tym czasie nad „Czarodziejskim fletem” i choć propozycja była interesująca, nie od razu przystąpił do jej komponowania. Zmagał się już ze swą chorobą. Podejmowanie prób w celu ustalenia nazwiska zamawiającego posłaniec określił jako „niemożliwe i bezcelowe”. Mozart otrzymał z góry honorarium, w takiej wysokości, jakiej zażądał. Dziś już wiemy, że zamawiającym był hrabia Franciszek Walsegg zu Stuppach, kiepski muzyk-amator, który kupował u innych kompozycje i wystawiał je jako… swoje. Hrabia kilka lat wcześniej stracił żonę, a pamięć o niej chciał uczcić podniosłym „Requiem„.

W. A. Mozart - "Requiem"
W. A. Mozart – „Requiem”

Ostatnie dzieło zazwyczaj rozpatrywane jest jako swego rodzaju testament artystyczny, wokół którego krystalizują się wszelkiego rodzaju skojarzenia. W przypadku „Requiem” rzecz nie jest tak klarowna i oczywista. Mozart naszkicował 40 stron partytury. Ukończył w całości „Requiem aeternam” i „Kyrie”, zaś osiem części – od „Dies irae” aż do „Hostias” – rozpisał na głosy wokalne, bas i sugestie dotyczące instrumentacji. Prowadził swoisty wyścig z czasem podświadomie czując, że pisze ten utwór na własną śmierć. I z takim przekonaniem zmarł… Powstałe luki „pozalepiali” i dzieło dokończyli Joseph Eybler, oraz uczeń i przyjaciel rodziny  Franz  Xaver Sussmayr, których wynajęła wdowa po Wolfgangu – piękna Konstancja – w obawie, że osoba zamawiająca „Requiem” gotowa zażądać zwrotu zapłaconego już honorarium. Oszustwo to Konstancja podtrzymywała bardzo długo, a kiedy strapiony wyrzutami sumienia Sussmayr przyznał się do niego w 1800 roku nikt przez cały XIX wiek nie przyjmował tego do wiadomości.

Zajmijmy się w końcu dziełem w którym „…już od pierwszego taktu „Requiem aeternam” znamy dokładne intencje Mozarta i jego postawę wobec śmierci. Nie jest to już postawa bez reszty zgodna z duchem Kościoła. Czy to nie uderzające, że dominują tu dwie pary drewnianych instrumentów dętych – rożków basetowych i fagotów – a instrumentom smyczkowym przypada niemal tylko rola towarzysząca? Przy słowach „Exaudi orationem meam” poszarpana figura w akompaniamencie orkiestrowym zdaje się symbolizować raczej bunt niż prośbę” (cytat z książki A. Einstein „Mozart” PWM 1975).

Po wzniosłym chóralnym „Dies irae” – wspaniałym, bo jednocześnie dramatycznym i sakralnym – następuje „Tuba mirum”, gdzie tekst rozdzielony jest między solistów, a niebiański solowy puzon obwieszcza przerażający moment Sądu Ostatecznego. Następne części : „Rex fremendae”, „Rocordare”, „Confutatis”, „Lacrimosa” – należą do najkunsztowniejszych, najczystszych, najbardziej porywających rzeczy jakie Mozart kiedykolwiek napisał. Szczególnie posępne i straszne crescendo „Lacrimosy” podcina nogi, a po plecach przebiegają mrówki. Schizofreników i paranoików przestrzegam przed jej słuchaniem w całkowitej ciemności i w samotności!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.