Podmuch przeszłości. CLEAR BLUE SKY (1970)

Trójka szkolnych przyjaciół:  John Simms (gitara), Mark Sheather (bas) i Ken White (perkusja) dorastała w londyńskiej dzielnicy Acton. Swój pierwszy, blues rockowy zespół Jug Blues (później Matuse, a następnie X) założyli w liceum będąc pod wrażeniem koncertu bluesowej legendy Howlin' Wolfa w słynnym Ealing Club. Zaczynali od grania coverów zyskując dużą popularność szybko wychodzącą poza Acton. Z powodzeniem koncertowali w Niemczech wplatając na nich autorskie kompozycje. Momentem przełomowym okazało się wygranie konkursów młodych talentów w klubie Marquee; nagrodą było nagranie demo w klubowym studio. Kiedy zeszli ze sceny, podszedł do nich  Ashley Kozak, menadżer Donavana i zaoferował im pomoc. On także zasugerował zmianę nazwy zespołu na CLEAR BLUE SKY.

Młode rockowe „wilczki' z londyńskiego Acton –  Clear Blue Sky (1970)

Nowe kompozycje oparte na ciężkiej, mocno eksperymentalnej, jakby przeczące młodemu wiekowi muzyce, w pełni wyłoniły ich wyjątkowy styl obecnie znany jako heavy metal. Witalność i oryginalność tej muzyki razem z muzycznym talentem szybko przyciągnęły uwagę nie tylko ogromnej rzeszy fanów, ale i wytwórni płytowych. Jeden z czołowych producentów tamtej epoki, Patrick Campbell-Lyons, niegdyś członek zespołu Nirvana odnoszący sukcesy w latach 60-tych, przyszedł zobaczyć kto tworzy na scenie tyle hałasu. Oczarowany zdecydował, że zespół z tak ogromnym potencjałem nie może zostać bez kontraktu płytowego. Wiosną 1970 roku podpisał z nimi umowę z Vertigo – matką wielu nowych, oryginalnych wykonawców, którzy pojawili się w tamtym czasie. Kilka miesięcy później Campbell-Lyons zaprosił ich do studia Island gdzie jako producent, nagrał z nimi debiutancki album. Piętro wyżej Led Zeppelin nagrywało właśnie swój trzeci krążek; tutaj poznali też Chrisa Wooda z Traffic, z którym się zaprzyjaźnili… Sesje trwały trzy dni – w sumie około dwudziestu godzin. Okładkę zaprojektował Roger Dean i była to jedna z jego pierwszych prac. Fenomenalna grafika przedstawia jednego z gigantycznych nietoperzy-robotów i jego jeźdźca. Świetna sprawa. Longplay, pod tytułem „Clear Blue Sky”, ukazał się w grudniu tego samego roku. Niesamowite jest to, że cała trójka w chwili jego wydania miała po 18 lat!

Front okładki debiutanckiego albumu Clear Blue Sky (1970)

Na tej płycie wszystko działa idealnie. Od ciągłych zmian tempa po subtelne wykorzystanie klawiszy i fletu choć to gitara kradnie tutaj show. Szczególnie, gdy pojawiają się fenomenalne solówki i mocne riffy z kreatywnym wykorzystaniem gitarowych efektów. Muzyka osiąga szczyt, gdy sekcja rytmiczna wychodzi ze strefy komfortu kierując się w stronę „dzikiej ciężkości”. I choć ciężkie brzmienie zdominowało płytę, znalazło się tu miejsce na elementy prog rocka i późnej psychodelii, a nieco „matowy” wokal przypominający Burke’a Shelleya z Budgie, dodaje płycie całkiem fajnego kolorytu.

Całość zaczyna się 18-minutową suitą „Journey To The Inside Of The Sun” podzieloną na trzy odrębne (mogące funkcjonować niezależnie od siebie) części z kilkoma zabójczymi solówkami. Niezwykła, acid rockowa podróż porywa od pierwszych taktów i przez cały czas nie ma w niej ani sekundy nudy. Część pierwsza, instrumentalny „Sweet Leaf” przypomina mi wczesne, psychodeliczno-bluesowe albumy Groundhogs. Zapnijmy pasy, bo ten ośmiominutowy set rozpoczyna się z wielkim przytupem. Brudny, surowy ton świetnie odcina się na tle pompatycznych tematów gdzie 12-taktowe pochody basu i mocnej perkusji przeplatają się z gitarowym jazgotem Johna Simmsa używającego wielu przystawek i efektów. Znakomity początek, po którym „Rocket Ride” dostarcza nam masę świetnych riffów, krótkie, soczyste solówki i bardzo pomysłowe bębnienie. Ponoć tytuł utworu pochodzi od ich lokalnego pubu choć w tekście przewija się temat umysłowej udręki głównego bohatera (cokolwiek to znaczy). Zwracam też uwagę na bas grający unisono z gitarą, co wyraźnie podbiło i wzmocniło brzmienie. Kres podróży zwiastuje nam „I’m Coming Home” z dużą ilością gitar na tle znakomitej sekcji rytmicznej i świetnymi efektami na zakończenie.

Tył rozkładanej okładki.

Zmiany tempa w „You Mystify” są spójne i dobrze wplecione. To kolejne już długie, blisko ośmiominutowe nagranie, otwierające drugą stronę oryginalnego longplaya ślizga się między leniwym spacerkiem, a bluesowym kroczeniem gitary solowej w oparach psychodelii. Są tu bardzo fajne riffy, są akustyczne przerywniki, jest overdubbing. Całość ciągnie się jak niespieszna jazda tunelem pod szwajcarskimi górami z przerwami na wypalenie skręta. I tylko pilot wycieczki pyta, czy niczego więcej nam nie trzeba… W balladzie „Tool Of My Trade” można podelektować się dźwiękami progresywnego rocka z subtelnymi i smakowitymi organami Hammonda. Moim zdaniem to punkt kulminacyjny płyty z prostymi, acz chwytliwymi riffami. Kupili mnie tym numerem od pierwszego przesłuchania… „My Heaven”,  najbardziej psychodeliczny ze wszystkich utworów, ma niezłą instrumentację pokazując przy tym zaskakująco efektowne progresje akordów  skontrastowane z surową barwą  zawiłych pasaży. Podążający za gitarą prowadzącą wokalista śpiewa o życiu i przyjaciołach – tekst zmysłowy i nieco mistyczny. Zresztą jak wszystkie na tym albumie… Pokryty acidowymi akordami gitary dynamiczny „Birdcatcher” eksploduje potężnym basem i perkusją w środku zanurzający się w senne interludium niesione przez uroczą partię fletu w stylu Jethro Tull. Cóż za kapitalne zakończenie albumu i (niestety) początek końca zespołu.

Paradoksem było to, że płyta mająca fantastyczną okładkę, wydana przez znakomitą wytwórnię płytową, oferująca wszechogarniające poczucie wolności i poszukiwanie czegoś, czemu nie można się oprzeć została niedoceniona przez krytyków i niezauważona przez publiczność. Po latach historyk Vertigo,  Barry Winton, posunął się być może daleko, ale uznał „Clear Blue Sky” za „najlepsze dzieło wytwórni” i nazwał go „muzycznym kilerem z podmuchem przeszłości”. I ja się pod tym podpisuję!

3 myśli w temacie “Podmuch przeszłości. CLEAR BLUE SKY (1970)”

  1. Znakomity album. W historii muzyki rockowej jest wiele takich niedocenionych zespołów, których jednopłytowe „dyskografie” to prawdziwe perełki. Mój faworyt to Indian Summer.
    Pozdrawiam autora tego wspaniałego bloga.

    1. O Indian Summer pisałem już jakiś czas temu. To także moja (i jedna z wielu) ulubiona grupa „jednej płyty”, która nie odniosła w epoce sukcesu. A powinna.
      Dziękuję Ci za komentarz.
      Pozdrawiam!

      1. Bardzo udana płyta, mój numer #16 w 1970. Może miejscami za dużo tego fletu, ale poza tym chłopcy postawili na urzekającą miejscami psychodeliczno-bluesową atmosferę. Fajnie, że trafili na strony tego bloga. Pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *