W przeszłości istniało wiele projektów muzycznych, którymi sterowała „ukryta ręka”; Malcom McLaren z Sex Pistols, Damon Albarn z Gorillaz, nieznana tożsamość Sleep Tokena, niezapomniany dramat kryjący się za Milli Vanilli, a do pewnego stopnia nawet charakteryzacja ukrywająca prawdziwe twarze Kiss. W historii przemysłu muzycznego istniały legiony zewnętrznych producentów i muzyków sesyjnych, którzy tworzyli płyty, o których słuchacze byli święcie przekonani, że zostały napisane i nagrane przez jego ukochany zespół. Po demaskacji taka pigułka zazwyczaj była dla fana trudna do przełknięcia, ale patrząc z perspektywy czasu czuje się ulgę, bo tworzyli ją konkretni ludzie. Teraz, w XXI wieku, mamy do czynienia z nowym narzędziem zwanym sztuczną inteligencją.
Mniej więcej rok temu głośno zrobiło się o Hail Darkness, okultystycznym trio z gorącej Arizony, które wydało płytę „Death Divine”. Krążek z miejsca otrzymał entuzjastyczne recenzje, a członków kapeli posądzano, że są wnuczkami i wnukami osób siejących ferment w latach sześćdziesiątych, których to rodzice zostali spłodzeni w czasie rewolucji Dzieci Kwiatów. Trio łączyło w sobie ciężar Black Sabbath z klimatem okultyzmu z debiutanckiej płyty Coven podkreślony totalnym odlotem Jefferson Airplain. Szczerze powiem, że i mnie podobał się klimat tego albumu z gęstym fuzzem przywodzącym na myśl odgłos grzebienia jeżdżącego po diablej sierści słyszany po zażyciu LSD podczas czarnej mszy w San Francisco w epoce hipisów. Podobał mi się też image zespołu żywcem wyjęty z tamtych czasów, no i panna Jez Carter o urodzie aniołka Charliego ze świetnym głosem. Jak widać Hail Darkness miało wiele plusów.

„Death Divine” został wydany własnym sumptem przez ich własną wytwórnię Vatican Records 15 sierpnia 2024 roku i zawiera dziesięć utworów ukazujących ich muzyczne wpływy w tym psychodelię, doom i folk rock tworząc retro magiczną/kosmiczną podróż.
Utwór otwierający, „Luciferan Dawn”, przenosi prosto w serce klimatu – mieszankę wczesnego Black Sabbath i Blood Ceremony otulone, a raczej zanurzone w lekko błotnistym miksie z lat 70-tych. „Cult Of The Serpent Risen” ze względu na niesamowicie podobne wokale jeszcze bardziej przypomina „The Old Ways Remain” Blood Ceremony. Jest tu jeszcze parę innych proto metalowych utworów wyskakujących prosto z kart historii rocka nawiązujących na przykład do Iron Butterfly. Dla urozmaicenia wpleciono kilka łagodniejszych, gotycko folkowych ballad takich jak półakustyczny numer „Eyes White Black Soul” o eterycznym klimacie w stylu „Changes” Black Sabbath. Podsumowując, brzmi to autentycznie i mogłoby równie dobrze pochodzić z mojej starej kolekcji winyli. No właśnie – „mogłoby” gdyby nie pewne „ale”…
Trzy tygodnie po jego wydaniu i po otrzymaniu generalnie bardzo pochlebnych recenzji zespół przyznał na Linktree, że Hail Darkness to projekt wygenerowany przez… AI (sztuczną inteligencję)! W środowisku muzycznym zawrzało. Sami zainteresowani twierdzili, że był to „tylko” eksperyment, ale wielu nazywało to oszustwem, inni przestępstwem. Zakres eksperymentu/projektu/oszustwa był dość rozległy. Zatrudnili firmę PR do promowania swojego produktu bez ujawniania prawdy o przedsięwzięciu i o wytwórni Vatican Records, która de facto nie istniała. Jednym z efektów promocji było to, że album można było posłuchać i kupić na Bandcampie. Gdy oszustwo wyszło na jaw wspomniana firma czując się oszukana natychmiast wycofała się z tego pomysłu słusznie uważając, że generowana przez sztuczną inteligencję muzyka zalewająca wszelkie platformy szkodzi ciężko pracującym muzykom i artystom. Ktokolwiek stoi za Hail Darkness, to albo diaboliczni żartownisie, albo geniusze. A może jedno i drugie. W swoim oświadczeniu zwierającym ponad dwa i pół tysiąca słów dziewiętnaście razy użyli słowo „eksperyment”, dwanaście „projekt”, ale ani razu „żart” w jakiejkolwiek odmianie. Nie jestem pewien, czy list został napisany przez sztuczną inteligencję, czy przez prawdziwą osobę, ale użyto tu standardowego języka angielskiego, więc obstawiam drugą opcję – przynajmniej tak chce nam wmówić Matrix… Reszta listu rozwodzi się nad ich metodologią, porusza kwestie etyki i moralności, oraz, co dziwne, wyjaśnia, dlaczego wybrali doom metal. Poza oczywistym powodem, że cieszy się on ogromną popularnością jest w tym drugie dno – łatwiej go naśladować.

Podzieliłem się tą historią w gronie znajomych i przyjaciół, która wywołała różne emocje i zdania. Z jednej strony niektórzy byli pod wrażeniem jakości produkcji, na którą bardzo łatwo się nabrać. Z pewnością brzmi ona lepiej niż „niektóre ludzkie g…” (jak mówi zaprawiony w takich dyskusyjnych bojach jeden z rozmówców), które codziennie słyszymy czy to w radiu, czy telewizji. Skoro proces sztucznej inteligencji stworzył album, który wszyscy kochają, to dlaczego nie mielibyśmy go słuchać.? Ktokolwiek stworzył program AI powinien zostać okrzyknięty muzycznym geniuszem – on/ona odkrył(a) zupełnie nową i nowatorską metodę łączenia nut w przyjemny sposób. Inni byli bardziej sceptyczni, choć potwierdzali, że sztuczna inteligencja niewątpliwie jest użytecznym narzędziem w procesie twórczym, ale nie służy do całkowitego pozbycia się prawdziwych muzyków. Na przykład Gorillaz nie byli „prawdziwym” zespołem jako takim, lecz wirtualnym „tworem” stworzonym w 1998 roku przez Damona Albarna z Blur i artystę Jamiego Hewletta, składającym się z czterech fikcyjnych członków zespołu, których muzyczny świat opierał się wyłącznie na kreskówkach, teledyskach, wywiadach i komiksach. Ich muzyka powstała przy współpracy z szeroką gamą znanych artystów, a Albarn był jej jedynym stałym członkiem. Idźmy dalej. W stosunkowo prostej kwestii okładek albumów generowanych przez AI pojawiło się wiele głosów niezadowolenia. Przykład – najnowsza okładka Deicide, która została sztucznie wygenerowana.
„Kupię waszą płytę jeśli zmienicie okładkę!” – grzmieli niezadowoleni fani i domagali się, by do współpracy ponownie zaprosić polskiego grafika, Zbigniewa Białka, który zaprojektował im poprzedni krążek, „Overtures Of Blasphemy”.
Jednym z interesujących pytań w naszej dyskusji było: „Gdzie to się zaczęło?” Czy to był pierwszy raz dekady temu, kiedy ktoś stworzył cały album na syntezatorze? Hm, zasadniczo może i tak, z tym, że zasiadł przy nim człowiek z krwi i kości, który musiał grać i/lub go programować. Ileż to razy widzieliśmy klawiszowca na scenie z laptopem wyzwalającym sample i tym podobne dźwięki. Drugim kluczowym pytaniem było: „ Gdzie to się kończy?” Od czasu wynalezienia gramofonu przez Thomasa Edisona w 1877 roku technologia rozwija się w nieprzerwanym procesie. Kiedy sztuczna inteligencja nabrała rozpędu, w wielu branżach zapanował płacz i zgrzytanie zębów. Większość ludzi martwiła się, że w krótkim czasie zostaną wyrzuceni z pracy, stracą dach nad głową. Ci bardziej przedsiębiorczy zamiast narzekać poświęcili czas na jej opanowanie i ostatecznie całkiem nieźle sobie radzą. Co więcej, debata o AI dostarczyła świetnego materiału na podcasty, konferencje i, ośmielę się to powiedzieć, eksperymenty. Chodzi mi o to, że zawsze będą zmiany, do których trzeba się dostosować. Świat się dla nas nie zatrzyma, nie zrobi pauzy. Kluczowa różnica polega na tym, że choć automatyzacja zastąpiła wielu ludzi, nigdy nie zastąpiła procesu twórczego. Aż do teraz. Sięgając czasów perskich, greckich tudzież rzymskich pisarzy i artystów, a nawet malowideł jaskiniowych (!), sztuka była tworzona przez ludzkie ręce. Przejście z winylowych płyt na kasety, płyty CD, streaming, nawet przejście z muzyków zgromadzonych w dużym studiu nagraniowym na nagrywanie zdalne rzeczy te wydawały się dziwne i być może niekomfortowe, ale w aspekcie twórczym wszystkie one wciąż zawierały pierwiastek ludzki. Co prawda zawsze możemy znaleźć przytulną niszę i żyć przeszłością, ale czy to aby naprawdę o to chodzi..?
Uważam, że w przyszłości sztuczna inteligencja MUSI zostać jasno określona w jakim stopniu została wykorzystana. Jest to dokładnie tak samo jak potrzeba znajomości zawartości tłuszczów nasyconych, soli, numerów E (pamiętacie je jeszcze?) w produktach spożywczych, czy procentowa zawartość alkoholu w napojach. Jakaś globalna skala, która nie tyle powinna, co MUSI być „podana na boku puszki”, aby ostatecznie to konsument dokonał wyboru! Każde „pożyczenie” ludzkiego głosu przez AI MUSI uzyskać zgodę osób, których to dotyczy, a „jasność nadzoru” tego procesu będzie tu jak zwykle kluczowa.
Czy w tej sprawie istnieje granica, którą należy wyraźnie wyznaczyć i której należy się trzymać..? Czekam na odpowiedzi. I proszę udzielać je pocztą elektroniczną oświadczając, że nie jest się robotem.
A wracając do Hail Darknes – skoro kurtyna opadła nie ma mowy, aby obiektywnie zrecenzować ten album. Moim zdaniem ich muzyka brzmi jak połączenie kiczowatych zespołów grających okultystyczny metal z tekstami mającymi z nim tyle wspólnego, co poezja magnesu wieszanego na lodówce. Podsumowując króciutko – dla mnie płyta jest do bani! I tak jak w przypadku afery z firmami PR-owymi, wstydem jest oszukiwać ludzi promujących undergroundowe, często niedoceniane zespoły rockowe, którym trudno przebić się przez tamę z wodą zanieczyszczoną fekaliami. Czy w takim razie metal generowany przez sztuczną inteligencję powinien być odrzucany i piętnowany? Nie. Czy powinien zostać wyniesiony do rangi osobnego podgatunku? Raczej nie. Powinniśmy po prostu pozwolić mu działać i poczekać jak poradzi się z nim rynek. Metal Archives już zajęło stanowisko – żadna muzyka generowana przez AI nie będzie dostępna na ich platformie. Czy większość fanów rocka i metalu zajmie podobne stanowisko? To już pokaże czas.






























































