Wszystkie wpisy, których autorem jest zibi

Życie w Matrixie, czyli największy szwindel w branży muzycznej.

W przeszłości istniało wiele projektów muzycznych, którymi sterowała „ukryta ręka”; Malcom McLaren z Sex Pistols, Damon Albarn z Gorillaz, nieznana tożsamość Sleep Tokena, niezapomniany dramat kryjący się za Milli Vanilli, a do pewnego stopnia nawet charakteryzacja ukrywająca prawdziwe twarze Kiss.  W historii przemysłu muzycznego istniały legiony zewnętrznych producentów i muzyków sesyjnych, którzy tworzyli płyty, o których słuchacze byli święcie przekonani, że zostały napisane i nagrane przez jego ukochany zespół. Po demaskacji taka pigułka zazwyczaj była dla fana trudna do przełknięcia, ale patrząc z perspektywy czasu czuje się ulgę, bo tworzyli ją konkretni ludzie. Teraz, w XXI wieku, mamy do czynienia z nowym narzędziem zwanym sztuczną inteligencją.

Mniej więcej rok temu głośno zrobiło się o  Hail Darkness, okultystycznym trio z gorącej Arizony, które wydało płytę „Death Divine”. Krążek z miejsca otrzymał entuzjastyczne recenzje, a członków kapeli posądzano, że są wnuczkami i wnukami osób siejących ferment w latach sześćdziesiątych, których to rodzice zostali spłodzeni w czasie rewolucji Dzieci Kwiatów. Trio łączyło w sobie ciężar Black Sabbath z klimatem okultyzmu z debiutanckiej płyty Coven podkreślony totalnym odlotem Jefferson Airplain. Szczerze powiem, że i mnie podobał się klimat tego albumu z gęstym fuzzem przywodzącym na myśl odgłos grzebienia jeżdżącego po diablej sierści słyszany po zażyciu LSD podczas czarnej mszy w San Francisco w epoce hipisów. Podobał mi się też image zespołu żywcem wyjęty z tamtych czasów, no i panna Jez Carter o urodzie aniołka Charliego ze świetnym głosem. Jak widać Hail Darkness miało wiele plusów.

Wokalistka tria  Hail Darkness, Jez Carter.

„Death Divine” został wydany własnym sumptem przez ich własną wytwórnię Vatican Records 15 sierpnia 2024 roku i zawiera dziesięć utworów ukazujących ich muzyczne wpływy w tym psychodelię, doom i folk rock tworząc retro magiczną/kosmiczną podróż.

Utwór otwierający, „Luciferan Dawn”, przenosi prosto w serce klimatu – mieszankę wczesnego Black Sabbath i Blood Ceremony otulone, a raczej zanurzone w lekko błotnistym miksie z lat 70-tych.  „Cult Of The Serpent Risen” ze względu na niesamowicie podobne wokale jeszcze bardziej przypomina „The Old Ways Remain” Blood Ceremony. Jest tu jeszcze parę innych proto metalowych utworów wyskakujących prosto z kart historii rocka nawiązujących na przykład do Iron Butterfly. Dla urozmaicenia wpleciono kilka łagodniejszych, gotycko folkowych ballad takich jak półakustyczny numer „Eyes White Black Soul” o eterycznym klimacie w stylu „Changes” Black Sabbath. Podsumowując,  brzmi to autentycznie i mogłoby równie dobrze pochodzić z mojej starej kolekcji winyli. No właśnie – „mogłoby” gdyby nie pewne „ale”…

Trzy tygodnie po jego wydaniu i po otrzymaniu generalnie bardzo pochlebnych recenzji zespół przyznał na Linktree, że Hail Darkness to projekt wygenerowany przez… AI (sztuczną inteligencję)! W środowisku muzycznym zawrzało. Sami zainteresowani twierdzili, że był to „tylko” eksperyment, ale wielu nazywało to oszustwem, inni przestępstwem. Zakres eksperymentu/projektu/oszustwa był dość rozległy. Zatrudnili firmę PR do promowania swojego produktu bez ujawniania prawdy o przedsięwzięciu i o wytwórni  Vatican Records, która de facto nie istniała. Jednym z efektów promocji było to, że album można było posłuchać i kupić na Bandcampie. Gdy oszustwo wyszło na jaw wspomniana firma czując się oszukana natychmiast wycofała się z tego pomysłu słusznie uważając, że generowana przez sztuczną inteligencję muzyka zalewająca wszelkie platformy szkodzi ciężko pracującym muzykom i artystom.  Ktokolwiek stoi za Hail Darkness, to albo diaboliczni żartownisie, albo geniusze. A może jedno i drugie. W swoim oświadczeniu zwierającym ponad dwa i pół tysiąca słów dziewiętnaście razy użyli słowo „eksperyment”, dwanaście „projekt”, ale ani razu „żart” w jakiejkolwiek odmianie. Nie jestem pewien, czy list został napisany przez sztuczną inteligencję, czy przez prawdziwą osobę, ale użyto tu standardowego języka angielskiego, więc obstawiam drugą opcję – przynajmniej tak chce nam wmówić Matrix… Reszta listu rozwodzi się nad ich metodologią, porusza kwestie etyki i moralności, oraz, co dziwne, wyjaśnia, dlaczego wybrali doom metal. Poza oczywistym powodem, że cieszy się on ogromną popularnością  jest w tym drugie dno – łatwiej go naśladować.

Witaj Ciemności’ Joss, Jez, Emmet

Podzieliłem się tą historią w gronie znajomych i przyjaciół, która wywołała różne emocje i zdania. Z jednej strony niektórzy byli pod wrażeniem jakości produkcji, na którą bardzo łatwo się nabrać. Z pewnością brzmi ona lepiej niż „niektóre ludzkie g…” (jak mówi zaprawiony w takich dyskusyjnych bojach jeden z rozmówców), które codziennie słyszymy czy to w radiu, czy telewizji. Skoro proces sztucznej inteligencji stworzył album, który wszyscy kochają, to dlaczego nie mielibyśmy go słuchać.? Ktokolwiek stworzył program AI powinien zostać okrzyknięty muzycznym geniuszem – on/ona odkrył(a) zupełnie nową i nowatorską metodę łączenia nut w przyjemny sposób. Inni byli bardziej sceptyczni, choć potwierdzali, że sztuczna inteligencja niewątpliwie jest użytecznym narzędziem w procesie twórczym, ale nie służy do całkowitego pozbycia się prawdziwych muzyków. Na przykład Gorillaz nie byli „prawdziwym” zespołem jako takim, lecz wirtualnym „tworem” stworzonym w 1998 roku przez Damona Albarna z Blur i artystę Jamiego Hewletta, składającym się z czterech fikcyjnych członków zespołu, których muzyczny świat opierał się wyłącznie na kreskówkach, teledyskach, wywiadach i komiksach. Ich muzyka powstała przy współpracy z szeroką gamą znanych artystów, a Albarn był jej jedynym stałym członkiem. Idźmy dalej. W stosunkowo prostej kwestii okładek albumów generowanych przez AI pojawiło się wiele głosów niezadowolenia. Przykład – najnowsza okładka Deicide, która została sztucznie wygenerowana. 

„Kupię waszą płytę jeśli zmienicie okładkę!” – grzmieli niezadowoleni fani i domagali się, by do współpracy ponownie zaprosić polskiego grafika, Zbigniewa Białka, który zaprojektował im poprzedni krążek, „Overtures Of Blasphemy”.

Jednym z interesujących pytań w naszej dyskusji było: „Gdzie to się zaczęło?” Czy to był pierwszy raz dekady temu, kiedy ktoś stworzył cały album na syntezatorze? Hm, zasadniczo może i tak, z tym, że zasiadł przy nim człowiek z krwi i kości, który musiał grać i/lub go programować. Ileż to razy widzieliśmy klawiszowca na scenie z laptopem wyzwalającym sample i tym podobne dźwięki. Drugim kluczowym pytaniem było: „ Gdzie to się kończy?” Od czasu wynalezienia gramofonu przez Thomasa Edisona w 1877 roku technologia rozwija się w nieprzerwanym procesie. Kiedy sztuczna inteligencja nabrała rozpędu, w wielu branżach zapanował płacz i zgrzytanie zębów. Większość ludzi martwiła się, że w krótkim czasie zostaną wyrzuceni z pracy, stracą dach nad głową. Ci bardziej przedsiębiorczy zamiast narzekać poświęcili czas na jej opanowanie i ostatecznie całkiem nieźle sobie radzą. Co więcej, debata o AI dostarczyła świetnego materiału na podcasty, konferencje i, ośmielę się to powiedzieć, eksperymenty. Chodzi mi o to, że zawsze będą zmiany, do których trzeba się dostosować. Świat się dla nas nie zatrzyma, nie zrobi pauzy. Kluczowa różnica polega na tym, że choć automatyzacja zastąpiła wielu ludzi, nigdy nie zastąpiła procesu twórczego. Aż do teraz. Sięgając czasów perskich, greckich tudzież rzymskich pisarzy i artystów, a nawet malowideł jaskiniowych (!), sztuka była tworzona przez ludzkie ręce. Przejście z winylowych płyt na kasety, płyty CD, streaming, nawet przejście z muzyków zgromadzonych w dużym studiu nagraniowym na nagrywanie zdalne rzeczy te wydawały się dziwne i być może niekomfortowe, ale w aspekcie twórczym wszystkie one wciąż zawierały pierwiastek ludzki. Co prawda zawsze możemy znaleźć przytulną niszę i żyć przeszłością, ale czy to aby naprawdę o to chodzi..?

Uważam, że w przyszłości sztuczna inteligencja MUSI zostać jasno określona w jakim stopniu została wykorzystana. Jest to dokładnie tak samo jak potrzeba znajomości zawartości tłuszczów nasyconych, soli, numerów E (pamiętacie je jeszcze?) w produktach spożywczych, czy procentowa zawartość alkoholu w napojach. Jakaś globalna skala, która nie tyle powinna, co MUSI być „podana na boku puszki”, aby ostatecznie to konsument dokonał wyboru! Każde „pożyczenie” ludzkiego głosu przez AI MUSI uzyskać zgodę osób, których to dotyczy, a „jasność nadzoru” tego procesu będzie tu jak zwykle kluczowa.

Czy w tej sprawie istnieje granica, którą należy wyraźnie wyznaczyć i której należy się trzymać..? Czekam na odpowiedzi. I proszę udzielać je pocztą elektroniczną oświadczając, że nie jest się robotem.

A wracając do Hail Darknes – skoro kurtyna opadła nie ma mowy, aby obiektywnie zrecenzować ten album. Moim zdaniem ich muzyka brzmi jak połączenie kiczowatych zespołów grających okultystyczny metal z  tekstami mającymi z nim tyle wspólnego, co poezja magnesu wieszanego na lodówce. Podsumowując króciutko – dla mnie płyta jest do bani!  I tak jak w przypadku afery z firmami PR-owymi, wstydem jest oszukiwać ludzi promujących undergroundowe, często niedoceniane zespoły rockowe, którym trudno przebić się przez tamę z wodą zanieczyszczoną fekaliami. Czy w takim razie metal generowany przez sztuczną inteligencję powinien być odrzucany i piętnowany? Nie. Czy powinien zostać wyniesiony do rangi osobnego podgatunku? Raczej nie. Powinniśmy po prostu pozwolić mu działać i poczekać jak poradzi się z nim rynek. Metal Archives już zajęło stanowisko – żadna muzyka generowana przez AI nie będzie dostępna na ich platformie. Czy większość fanów rocka i metalu zajmie podobne stanowisko? To już pokaże czas.

Poeci progresywnego rocka. PHIDEAUX „Snowtorch” (2011)

Niektórzy sądzą, że współczesny rock progresywny to Dream Theater, Opeth, Porcupine Tree, czy Transatlantic, podczas gdy w rzeczywistości istnieje cały podziemny świat prog rockowych zespołów. Niektóre z nich, porównywalne poziomem do wielkich klasyków, dają naprawdę wiele satysfakcji. Phideaux jest dla mnie jednym z tych wyróżniających się zespołów. Dla tych, którzy jeszcze się z nim nie spotkali podpowiem, że jego symfoniczny rock opiera się na niezwykle pięknych utworach przesiąkniętych muzyką klasyczną ze sporą dawką folku. Takich, które trzymają w napięciu przez tygodnie.

Phideaux.

Mózgiem zespołu jest Xavier Phideaux, na co dzień reżyser i producent filmowy, w wolnym czasie z pasją poświęcający się tworzeniem albumów z muzyką progresywną nazywany też „poetą prog rocka”. Pierwsze daje mu pieniądze, drugie artystyczną realizację, za którą należą mu się wielkie podziękowania. Skład grupy bywa dość obszerny,  momentami liczył siedemnaście osób, ale z drugiej strony nie ma się czemu dziwić. Choć lider jest multiinstrumentalistą ktoś musi obsługiwać barokowe sekcje orkiestrowe złożone ze skrzypiec, altówek, fletów, trąbek, obojów, klarnetów, wiolonczel i każdego innego instrumentu, który w zależności od potrzeb wydaje się niezbędny. Gitary akustyczne, sekcje dęte i organy obracają wokół genialnych, chwytliwych i emocjonalnych melodyjnych partiach wokalnych. Trzeba przyznać, że Xavier ma niezwykle ciepły głos pomagający utrzymać wysoki poziom wspierany przez gościnne wokalistki: Molly Ruttan,  Ariel Farber,  Lindy Ruttan Moldawsky, a przede wszystkim Valerie Gracius, bez której trudno wyobrazić sobie Phideaux.

Phideaux na scenie z wokalistką Valerii Gracius.

Filozofia zespołu jest prosta: tworzyć tajemniczą i melodyjną muzykę z czystej miłości do… muzyki. W latach 2003-2020 zespół wydał dziesięć albumów. Wszystkie świetne i gorąco polecane tym, którzy kochają łagodniejszą stronę psychodelicznego prog rocka z naciskiem na folkowe melodie. Ta muzyka ma nieskończoną magię, która dziś nie pojawia się zbyt często.

Kilka lat temu będąc w londyńskim sklepie z płytami (wtedy jednym z największych w Europie) szukałem na półkach coś, czego jeszcze nie znałem. Moją uwagę zwróciła minimalistyczna okładka albumu „Snowtorch” przypominająca wczesne grafiki Tangerine Dream. Jak się potem okazało, była to ósma w dyskografii płyta Phideaux. To był fuks jaki trafia się szczęśliwcowi, który przypadkiem wkładając rękę do wody wyławia ostrygę z perłą w środku. Już po pierwszym przesłuchaniu wiedziałem, że kupiłem dokładnie to, czego szukałem. Perłę.

Phideaux „Snowtorch” (2011)

Gdyby ktoś przeniósł klasyczną muzykę progresywną do współczesności i połączył na przykład „Thick As A Brick” Jethro Tull z włoską muzyką progresywną powstałby album taki jak ten. I tak sobie myślę, że jeśli w chwili jego tworzenia czuwała nad nim jakaś Muza z pewnością była natchniona – tak wysoka jest jego jakość i magia. Intelektualny w swej istocie koncept liryczny z silnym duchowym, niemal religijnym akcentem (bez żadnych oczywistych punktów odniesienia) powinien zadowolić najbardziej wybrednych miłośników gatunku. Ci zaś, którzy oczekują smoków, czarodziejów, jednorożców, elfów tudzież latających peleryn mogą poczuć się zawiedzeni – tych elementów próżno szukać na tej płycie. Teksty na „Snowtorch”, złożone, ale nie banalne łączą opowieść o Ziemi z niezwykle poruszającą historią  o życiu i śmierci. To także opowieść o parze, która ze wszystkich sił stara się rozstać, ale tak naprawdę nie może bez siebie żyć. 

Znawcy twórczości Phideaux Xaviera i jego współpracowników od razu zauważą, że pomysły kompozycyjne są tu śmielsze i co więcej, brzmienie jest bardziej agresywne nie tracąc przy tym muzykalności. Podstawą albumu jest tytułowa suita podzielona na dwie części trwająca w sumie trzydzieści sześć minut. Pierwsza, składająca się z czterech motywów z autonomicznymi tytułami, charakteryzuje się wspaniałą sekwencją muzyczną płynącą jak rześki strumyk na przedwiośniu. Utwór, będący ucztą dla uszu i wyobraźni oferuje tyle różnorodności i dynamiki ile tylko można sobie wymarzyć. Mnóstwo tu harmonii i kontrapunktów budzących niepohamowany zachwyt wyczarowanych przez znakomitych muzyków. Ich indywidualne umiejętności w połączeniu z zaangażowaniem robią wrażenie, a jednym z bardzo ważnych czynników scalających to wszystko jest wokal samego Xaviera. Co prawda nie dysponuje on największą skalą głosu, ale ma wyjątkowo ciepły, serdeczny ton tak rzadko spotykany w rocku progresywnym. Ja się w nim zakochałem! Zresztą trzeba obiektywnie przyznać, że każda wokalna sekwencja na płycie jest absolutnie hipnotyzująca i za każdym razem sprawia przyjemność.

Lider zespołu – Phideau Xavier.

O ile pierwszą część „Snowtorch” zdominowały klawisze i dęte drewniane, to w drugiej gitary są bardziej wyeksponowane i brzmią znacznie ostrzej. Solówka w finale to już absolutny majstersztyk! Akustyczna gitara, ciężki riff towarzyszący keyboardowi, oraz wszechobecna perkusja zapobiegają nudzie (słowo klucz tego utworu). Poza tym uwielbiam liryczne tematy, więc za każdym razem, gdy słyszę „These words, these beautiful vovels…” wpadam w nastrój jaki może we mnie wprowadzić tylko wyjątkowa muzyka.

Obie części przedziela nieco mniej awanturniczy „Helix”. Nie tak imponujący jak potężna epopeja, ale przyjemny, kojący, radosny i wyciszający umysł, który doskonale sprawdza się w kontekście całego albumu. Zaczyna się zachwycającym Hammondem, smutnymi skrzypcami i wznoszącymi się akordami gitary. Piękno pejzażu dźwiękowego potęguje śpiew Ariel Farber, do której dołącza się absolutnie czarująca Valerie Gracious. Jej krystalicznie czysta intonacja mrozi mi serce, gdy melodyjnym tonem błaga: „powiedz mi jak pozbyć się żalu, szklanka jest już w połowie pusta, zbawienie w ostatnim papierosie, może w końcu zechcę zapomnieć, lub zatracić się w przypływie beznadziei…” Mimo wszystko utwór kończy się radosną sekcją klawiszy, które spinają dźwięki fortepianu finalizując główny motyw. Miałem obawy, czy nie będzie to tak zwany „wypełniacz” wciśnięty między epickie utwory, ale szybko się one rozwiały. „Helix” daje nie tylko trochę wytchnienia, ale idealnie wpasowuje się w album, który wydaje się jeszcze bardziej spójny.

Zespół zdecydował się zakończyć album najkrótszą, ledwie dwuminutową kompozycją bez tytułu stanowiącą epilog tej fantastycznej podróży.  Melodia to w zasadzie odświeżony motyw z „Helix” z naciskiem na irlandzkie brzmienia skrzypiec. Jego lekki charakter z radosną nutą stanowi ostry kontrast z typowymi utworami zespołu zmywający mrok namiętnych uczuć, które się z nich wylewają. 

Phideaux to zespół zbudowany na przyjaźniach trwających wiele lat i jeden z najlepszych (jeśli nie najlepszy) amerykańskich zespołów współczesnego rocka progresywnego. Jestem wdzięczny za pracę jaką wykonali i nadal wykonują i jako słuchacz, chcę podziękować mu za udowodnienie, że melodyjne podejście do prog rocka nie umarło i nie umrze. „Snowtorch” jest jednym z tych albumów, który nigdy mi się nie znudzi i spowodował, że sięgnąłem po jego wcześniejsze płyty na czele z  „Chupacabras”, „Doomsday Afternoon” i „Number Seven”. Sam w sobie album mroczny. Ale „mroczna muzyka” to coś więcej niż prezentowanie takich klimatów. To rodzaj sztuki, która pomaga ludziom lepiej docenić życie i jego radość. I Xavier w genialny sposób to pokazał.

Muzyczni akrobaci. UKANDANZ „Awo” (2016)

W ciągu ostatnich dwóch dekad Francja ugruntowała swoją pozycję jednego z epicentrów światowej awangardy muzycznej. Broniąc własnej kultury sprzyjała rozwojowi znakomitych muzyków nie bojących się eksperymentować, co uczyniły z niej żyzną przestrzeń dla nowych trendów. I tak, od szeroko rozpowszechnionej muzyki elektronicznej duetu Daft Punk, przez elegancję i delikatność dream popu M83, po radosnego ducha Justice, trip-hopu Chinese Man, czy fuzję reggae Mano Negry (później na własną rękę jako Manu Chao), udało się Francji stworzyć własną scenę zdominowaną do tej pory głównie przez anglosaski przemysł. Wysoki odsetek ludności afrykańskiej zamieszkującej kraj (spuścizna po tamtejszych byłych koloniach) w kontekście muzycznym jest nie do przecenienia. Wpływy afrykańskie są ewidentne, choć akurat w tym przypadku nie mówię o byłej kolonii francuskiej, lecz o Etiopii – kraju w Rogu Afryki, który poza 17-letnią okupacją Włoch pod koniec XIX wieku jako jedyny uniknął kolonizacji i który bez przystawienia pistoletu do głowy przyjął chrześcijaństwo. Etiopia to także kraj, który stworzył unikalną formę jazzu zmieszanym z rdzennymi etnicznymi wpływami, z gwiazdami takimi jak Mahmoud Ahmed i Mulatu Astatke, do których dopisałbym kwintet uKanDanZ

Ten muzyczny projekt (czasem pisany jako UkanDanz, lub Ukandanz) powstał w Lyonie w 2006 roku utworzony przez czterech muzyków z wykształceniem jazzowym: gitarzystę, basistę, perkusistę i saksofonistę wywodzących się z miejscowych metalowych grup bliskich rockowi progresywnemu: ni (pisany z małej litery) i PoiL. W założeniu projekt miał być mieszanką  rockowej awangardy, punku i noise’u. Podróż do Etiopii sprawił, że postanowili nadać jej afrykańskie brzmienie. W Addis Adebe spotkali charyzmatycznego wokalistę Asnake Guèbrèyèsa, którego zwerbowali do składu. Guèbrèyès okazał się nie tylko znakomitym frontmanem, ale szybko stał się także liderem zespołu.

Francusko-etiopski kwintet uKanDanZ (2016)

Debiutancki album „Yetchalat” (2012)zwrócił uwagę nie tylko krytyków i undergroundową publiczność, ale też organizatorów różnych festiwali, w tym festiwalu Rock In Opposition. Fantastyczny występ w Le Garric w 2015 roku odbił się we Francji szerokim echem i otworzył drzwi dużych scen. Zagmatwane linie melodyczne gitary i saksofonu tenorowego podsycane przez potężną sekcję rytmiczną wciągają muzykę w strefę wysokiej intensywności od której trudno się powstrzymać siedząc jedynie  w fotelu. Pozbawiona radości etykieta avant rocka jaką przykleili im krytycy tak często spotykana w zespołach RIO (Rock In Opossition) jakżeż sprzeczna jest z ich muzyką. Prawdziwą tajną bronią uKanDanZ okazał się wokalista. W agresywną, porywającą muzykę Guèbrèyès wplata niewiarygodnie złożone linie melodyczne czerpiąc inspiracje z tradycyjnych utworów etiopskich. Z gardłowym głosem, szalonymi trelami i imponującą swobodą poruszania się w obrębie wybranej skali (lub skal) w kontekście progresywnego rocka jego wokal brzmi naprawdę wyjątkowo. Potwierdził to ich drugi album „Awo” z 2016 roku. Album pełen energii, album rytmiczny i dziki. Z etiopskimi melodiami i zawsze z saksofonem i jeden z najlepszych przykładów jak różne gatunki muzyczne można genialnie połączyć, by ze starych rzeczy stworzyć coś nowego. 

Okładka płyty „Awo” (2016)

Tutaj każdy utwór wyróżnia się na swój sposób i tak naprawdę trudno mi wskazać ten ulubiony. Pierwsze co mnie zachwyca, to mocna instrumentacja i fenomenalny, pełen pasji wokal, a wibrujące riffy i saksofon z pokładami nieokiełznanej energii powodują zawrót głowy. W swoich ciasnych trzydziestu dziewięciu minutach zawartych na „Awo” uKanDanZ przebija się przez wysokooktanowe i ulotne fragmenty takie jak w brzmiącym bardzo awangardowo „Tchuhetén Bestsèmu” z fantastyczną solówką gitarową, lub w osadzonym w hard rockowej stylistyce „Endé Yerusalèm”. Ten hard rockowy styl z przesterowaną gitarą i basem do granic możliwości został idealnie dopracowany w „Sêwotch Men Yelalu” wspaniale akompaniując silnemu, charakterystycznemu wokalowi Guèbrèyèsa. Brzmi to tak jakby Alice In Chains i Jane’s Addiction przeniesieni w samo serce Rogu Afryki dodali w ostatnich dwóch genialnych minutach pełną pasji solówkę saksofonową. Dla mnie cudo! Owa intensywność narasta osiągając stan euforii w mrocznym „Lantchi Biyé”. To być może najbardziej „brudny” i „lepki” utwór nawiązujący do klasycznego ciężkiego rocka lat dziewięćdziesiątych. Jeśli melodyjny model pierwszego utworu wydawał się nawiązywać do klasycznego hard rocka, tym razem czuć tu bardziej ducha lat dziewięćdziesiątych, w którym z pozoru słodki saksofon podskórnie naładowany jest furią.

Zainteresowanie tradycyjnymi afrykańskimi pieśniami przypominające arabskie pieśni wykonywane w meczetach, w którym Guèbrèyès zdaje się błagać bóstwo kumuluje się „Gela Gela”. Gdyby nie banalny początek, to za sprawą wyeksponowanego basu kawałek ten klasyfikowałby się jako post punk, lub indie rock. Najbardziej zaskakujące jest jednak to, jak uKanDanZ decydują się zakończyć „Awo”. Zamiast kontynuować fragmenty narastającego napięcia i energetycznych burz, prezentują „Ambassel To Brussel” – dwunastominutowy utwór progresywnego rocka brzmiący jak jeden z cięższych i bardziej jazzowych epików King Crimson, w którym na końcu triumfuje i tak Matka Afryka. Tak mogą grać jedynie cyrkowi akrobaci!

Tym, co wyróżnia uKanDanZ na tle innych zespołów jazz rockowych, to dynamika naturalnie wpisana w ich styl, a także pełne pasji etiopskie wokale Guèbrèyèsa. Szkoda, że nie udało mi się zrozumieć i zgłębić żadnego tekstu napisanego po amharsku. W ostatecznym rozrachunku liczy się jednak wspaniała, poruszająca umysł i serce muzyka porywająca również do tańca, o czym pośrednio sugeruje nazwa formacji jako żywo kojarząca mi się z rozrywkowym programem telewizyjnym „You Can Dance”…

Dla uzupełnienia dodam, że oprócz Asnaqé Gèbrèyèsa projekt ten tworzyli: basista Benoît Lecomte, gitarzysta Damien Cluzel z ni, saksofonista Lionel Martin i perkusista z PoiL, Guilhem Meier.

Patrząc na rok 2016, w który swoje płyty wydali tak uznani artyści jak Disturbed, Radiohead, Metallica, Cage The Elephant, Red Hot Chilli Peppers, Ghost i wielu innych produkt uKanDanZ okazał się jednym z najciekawszych. Pozycja do odkrycia, którą gorąco polecam!

THE CHRONICLES OF FATHER ROBIN: „The Songs And Tales Of Airoea – Book I, II, III” (2023)

Gdy muzycy z ważnych zespołów jednoczą się zwykliśmy nazywać ich „supergrupą”. A taką zapewne jest The Chronicles Of Father Robin. Jeśli ktoś do tej pory nie zetknął się z tą intrygującą nazwą, nie ma czego się wstydzić. Sam natknąłem się na nią całkiem niedawno za sprawą trzypłytowego wydawnictwa „The Songs And Tales Of Airoea” z 2023 roku.

The Chronicles Of Father Of Airoea to owoc współpracy artystów z różnych norweskich zespołów eksperymentalnych i progresywnych, takich jak Wobbler, White Willow, Tusmørke, Jordsjø, In Lingua Mortua, Samuel Jackson Five. Czasem jest tak, że artysta potrzebuje sporo czasu na stworzenie albumu, ale nie spotkałem się nigdy z przypadkiem, aby ktoś spędził nad nim ponad trzydzieści lat! Tak! Trzydzieści lat na stworzeniu epickiej trylogii – wyimaginowanej historii Ojca Robina, poświęcając temu swój czas i prywatne życie.

Supergrupa The Chronicles Of Father Robin.

Projekt albumu koncepcyjnego zawsze niesie jakieś ryzyko, a w przypadku potrójnego wydawnictwa kompletnie nieznanego zespołu ryzyko jest zwielokrotnione. Jego początki sięgają pomysłów zebranych w 1993 roku przez ówczesnych licealistów: Andreasa Wettergreena, Jona André Nilsena i Henrika Harmera. Połączyła ich fascynacja baśniami ludowymi, nordycka mitologia, literatura fantasy i zbiór rockowych płyt rodziców z lat 70-tych. Z biegiem czasu do pomysłu dołączali inni muzycy. Dzieląc się swoimi odkryciami przyjaciele stopniowo snuli własne wątki, nakładając na siebie nowe kolory niczym patchwork. Dzięki długim jam session, a następnie precyzyjnym aranżacjom wypracowali system, w którym każdy utwór wiązał się z pozostałymi. Holistyczna impulsywność i idee, altruistyczna przyjaźń, muzyka, fantazje i spójna koncepcja – wszystko to stopiło się w jednym garnku. Andreas Wettergreen: „Wiele rzeczy, które przydarzyły nam się w życiu, przełożyło się na losy głównego bohatera, Ojca Robina. Z biegiem lat zaowocowało to historią, w którą jako kolektyw wnieśliśmy w nią ogromny wkład. Częściowo wyjaśnia to, dlaczego zajęło nam to tyle czasu.”  The Chronicals… niczym młode wino, na początku cierpkie i kwaśne po latach dojrzewania w dębowych beczkach ukrytych w mrocznych głębinach lasu Eleision w końcu osiągnęło swój pełny smak. Całość, w formie boxu zatytułowanym „The Songs And Tales Of Airoea” został wydany przez Old Oak Records.

Limitowana, pudełkowa edycja to trzy płyty winylowe w kolorach zielonym, niebieskim i pomarańczowym, które w mgnieniu oka szybko zniknęła z półek. Ale spokojnie – wytwórnia zadbała o wersje kompaktowe, które ukazały się pojedynczo trochę później. Każda z płyt, zwana „Księgą”, ma swoją okładkę, swój tytuł i podtytuł. Wszystkie mają po sześć utworów tworząc w sumie dzieło złożone z osiemnastu nagrań i opowiadają o Ojcu Robinie z Rady Starszych Ciemnozielonych i historię jego podróży po krainie Airoea. Nie wiedząc o sobie prawie nic bohater musi odkryć zarówno siebie jaki i świat. Ta podróż, pełna niebezpieczeństw, wyzwań, tajemnic i cudów prowadzi przez różne rejony świata – w głąb lasów i jałowych pól lądowego kontynentu, w głębinę Morza Ayrouhr i w góry, do Krain Chmur. Księga Pierwsza jest folkowa, organiczna i przyziemna; druga, bardziej marzycielska i płynie jak woda; trzecia, zwiewna, lekka i radosna. 

Book I: „The Tale Of Father Robin (State Of Nature)”.

Po włączeniu płyty spodziewałem się długich utworów, tymczasem dwa pierwsze: „Prologue” i „The Tale Of Father Robin”, trwają łącznie zaledwie dwie minuty z sekundami i trochę mnie zdezorientowały. Pierwszy to odgłosy wiatru, deszczu, szumu fal, kroków, otwierania drzwi… Nieco bardziej treściwy drugi okazuje się skoczną folkową piosenką ze średniowiecznym akcentem. Obawy zostają rozwiane w ciągu pięciu sekund od rozpoczęcia „Eleison Forest”. Ten utwór to niesamowita i intensywna jazda bez trzymanki pełna świetnych analogowych klawiszy, w tym melotronu i organów Hammonda. Mocny początek stabilizuje flet i muszę przyznać, że stanowi on ważną część brzmienia albumu… „The Death Of The Fair Maiden”, jedno z dwóch 8-minutowych nagrań,  ma bardzo tradycyjną angielską melodię pokroju Steeleye Span czy Fairport Convention. Zachwycający akustyczny motyw utrzymany głównie w średnim tempie, kończy się szybkim, energicznym fragmentem, który z pewnością przywoła na myśl „Lady Fantasy” Camel. Bardzo mi się podoba! Centralnym punktem albumu, przynajmniej sądząc po jego długości (piętnaście i pół minuty) jest „Twilight Fields” przywołujący obrazy legend i starych ludowych baśni z ciemnym lasem, otwartą polaną rozświetloną blaskiem ogniska i pogańskim czarodziejem rzucającym zaklęcia nad dymiącym kotłem. Całość zamyka „Unicorn” z melancholijnym początkiem, który po trzech minutach nabiera blasku, by zakończyć to wszystko mocnym przytupem.

Księga Pierwsza to prawdziwa kapsuła czasu klasycznego progresywnego brzmienia. Z folkowymi fragmentami nawiązującymi do Genesis lat 70-tych, ze znakomitymi, progresywno rockowymi klawiszami (z akcentem na „rock”) w stylu klasycznego Yes. A wszystko to w połączeniu z rozbudowanymi improwizacjami współczesnych zespołów takich jak King Gizzard & The Lizard Wizzard i Wobbler.

Po wysłuchaniu pierwszej części trylogii, którą uważam za najlepsze, co w progresywnym rocku usłyszałem od 1978 roku, nie czekając by emocje i podekscytowanie opadły do odtwarzacza szybko włożyłem drugą płytę.

Book II: „Ocean Traveller (Metamorphosis)”.

Podczas gdy księga pierwsza opisywała krainę Airoei – wzgórza, doliny, lasy, itd. –druga koncentruje się na szlakach wodnych tego królestwa. Wyraźną różnicę tonalną i barwową między tymi dwoma płytami słychać choćby w „Over Westwinds”  z eterycznym kyrie eleison śpiewanym do delikatnej gitary akustycznej i „Orias And The Underwater City” z bujnymi klawiszami opisującymi podwodne miasto. I ja doceniam ten wysiłek. Ta urokliwa, choć nieco senna atmosfera zmienia się wraz z nadejściem radosnego i energicznego „Ocean Traveller” z riffami i z pojawiającym się dość niespodziewanie rytmem walca nadając mu zwiewną lekkość. Druga połowa płyty jest znacznie cięższa choć zaczyna się od pozornie spokojnej „Lady Of Waves”. W miarę rozwoju sytuacji nabiera on mocy i tempa, a hard rockowa sekcja w finale jest najbardziej ekscytującym momentem na tym dość spokojnym do tej pory albumie. Ciężkie tony kontynuowane są w „Green Refreshments”; swobodne wykorzystanie melotronu i fletu w kontraście do partii gitarowych przywodzi na myśl Anekdoten. Księga kończy się energicznym i optymistycznym „The Grand Reef” z dużą ilością organów, fletu i gitary z folkowym akcentem. W środku pojawia się radosne, tak bardzo przeze mnie uwielbiane wakemanowskie syntezatorowe solo. Mocny sposób na zakończenie albumu.

Podsumowując: druga księga jest bardziej wyciszona, skupiona, potrzebuje trochę czasu na rozkręcenie się, ale potem jest już bosko. Czułem, że prowadzi ona do drzwi, za którymi będą się dziać rzeczy wielkie.

Book III: „Magical Chronicle (Ascension)”.

Zaczyna się z wysokiej półki, gdyż „Magical Chronicle” z cudownymi harmoniami wokalnymi to prawdziwy hit na tej płycie. Iście osobliwa mieszanka klasycznego Gentle Giant i Yes z symfonicznymi elementami współczesnego prog rocka. W moim odczuciu jest to najbardziej energetyczny i najbardziej progresywny utwór tej trylogii i jednocześnie hołd złożony przeszłości. Zdecydowanie spokojniejszy jest „Skyslumber”; kojące gitary akustyczne i stonowany wokal Andreasa Wettergreena wciągają w senną dolinę, którą prawdopodobnie każdy z nas chciałby odwiedzić… To samo dotyczy ballady „Cloudship”, która zabiera nas w podróż, chociaż to statek z chmur.  To dość spokojny utwór, który ma oniryczny klimat „And You And I” Yes z podobną grą na gitarze akustycznej w stylu Steve’a Howe’a i „Olias Of Sunhillow” Jona Andersona. Jest tu magia opowieści leśnej wróżki, w których można zasłuchać się na amen… Prawdziwie fantastyczną psychodeliczną jazdę progresywną odnajdziemy za to w „Empress Of The Sun”, gdzie potężne pasaże z burzliwym gitarowym groov’em przeplatają się z lirycznymi sekwencjami w towarzystwie keyboardu i fantastycznej sekcji rytmicznej, która fenomenalnie podkreśla każdą jej część. Szkoda, że trwa to tylko pięć minut… Delikatny motyw na akustycznej gitarze rozpoczyna  „Lost In The Palace Gardens” będący ostatnim nagraniem tego albumu i całej trylogii. Zespół powraca do folkowego brzmienia i robi to znakomicie. I właśnie takiego zakończenia oczekiwałem. Nie bombastycznego, dramatycznego, ale delikatnego, optymistycznego i zapadającego w pamięć na długo po wybrzmieniu ostatniego dźwięku.

Trzecia księga, lekka, zwiewna i radosna nie zawiodła moich oczekiwań. Szkoda tylko, że  taka krótka. No bo kto dzisiaj nagrywa półgodzinne płyty? Chociaż z drugiej strony, mniej znaczy więcej…

Jak widać „The Songs And Tailes” to bardzo zróżnicowana trylogia. Lśni wszystkimi barwami muzycznej tęczy: od subtelnego folku, naznaczonego dźwiękami fletu po ciężki progres. Od szybkiej tanecznej sekcji rytmicznej po powolne i majestatyczne organy Hammonda tudzież inne instrumenty klawiszowe. Wielowarstwowe kompozycje ze względu na tendencję do muzycznych wędrówek przez nierealne pejzaże dźwiękowe, a także nieco jazzowe wpływy mają w sobie coś onirycznego. Pomimo tego, że mamy tu sporo muzyki do słuchania jej przystępność jest zadziwiająco duża. A nad wszystkim góruje niepohamowana, komunikatywna ekspresja wokalisty, którego głos prowadzi całą historię i niezaprzeczalnie stanowi jeden z jego najmocniejszych znaków rozpoznawczych. No i najważniejsze: tu NIE MA NUDY!

THE DEVIL’S BLOOD „THE THOUSENDFOLD EPICENTRE” (2012)

Kilka lat temu jeden z moich znajomych podrzucił mi płytę holenderskiego zespołu The Devil’s Blood z błyskiem w oku dodając, że występowali przed Behemothem i Watain. Że co?! Noż kuźwa, nie wierzę! Chyba pomylił adres! „Chłopie, spójrz na mnie, na mój Pesel. Te klocki już nie dla mnie. Wyrosłem z nich wieki temu!” Nie dawał za wygrane. „Co ci zależy. Posłuchaj. Nie są tacy jak myślisz.” Nie od razu się do niej zabrałem. Leżała przy odtwarzaczu parę dni i wcale mnie nie kusiło, aby ją tam włożyć. Mając jednak otwarty umysł na każdy rodzaj muzyki (oprócz disco polo – tu sam diabeł mnie nie wkręci) od pierwszej nuty „The Thousendfold Epicentre” oszołomił mnie!  Ci okultystyczni rockerzy mieli brzmienie, które było świetną mieszanką klasycznych zespołów jak Blue Öyster Cult i Hawkwind, a główna wokalistka o urzekająco pięknym głosie pasowała bardziej do folkowej trupy niż do „diabolicznej” kapeli.

Lata przed założeniem The Devil’s Blood jego lider, Selim Lemouchi spędził wiele czasu na trasach koncertowych i koncertach głównie z zespołami metalowymi i rockowymi. W przeciwieństwie do wielu młodych muzyków, nie był to dla niego czas szczęśliwy. Wrażliwy i wycofany tłumił w sobie osobiste problemy. Zmagał się z narkotykami i alkoholem, leczył ciężką depresję. Zbawienie nie przyszło z terapii, chrześcijaństwa, ani innych maksym samopomocy. Przeżywał duchowe rozterki, które, jak sam przyznał, nie dało się wytłumaczyć inaczej niż muzyką. To wtedy razem ze swoją siostrą i wokalistką Faridą założył The Devil’s Blood. Rozpacz ustąpiła miejsca inspiracji, a obrazy i marzenia zostały przekute w gitarowe riffy i niebanalne teksty.

Selim Lemouchi

Pierwsze mocne wrażenie zrobili EP-ką „Come Reap”, a następnie debiutanckim albumem „The Time Of No Time Evermore”. Uwodzili publiczność przesiąkniętymi krwią występami i uzależniali słuchaczy makabrycznymi, a zarazem pięknymi melodiami. Ich muzyka to raczej kosa niż młot – tnie precyzyjnie jak ręka chirurga. Lekceważąc acid rockowe eksperymenty z debiutu Lemouchi usprawnił muzykę w szybujący hard rock. Zamiast kopiować Black Sabbath, Deep Purple, czy Led Zeppelin jak robi to obecnie wiele dzisiejszych retro-zespołów (nie żeby było w tym coś złego), The Devil’s Blood czerpie inspiracje z końca lat 60-tych i początku 70-tych. Od Hawkwind i Black Widow, po Jefferson Airplane i Fleetwood Mac. Nawiasem mówiąc kto by pomyślał, że okultystyczna płyta „Sacrifice” Black Widow z 1970 roku stanie się dla współczesnych metalowców świętą księgą! Niesłabnący wzrost „chałupniczego okultyzmu” jaki miał miejsce w pierwszej milenijnej dekadzie sprawił, że coraz trudniej było oddzielić to co natchnione, od tego co mdłe. To, że The Devil’s Blood są rodziną, ma też swój sens; „The Thousandfold Epicentre” jest ciepłe i znajome. Przywołując dość zróżnicowany wachlarz wpływów zespół działa warstwowo. Mam tu na myśli warstwy wszelkiego rodzaju dziwnych dźwięków i faktur: gitary akustyczne, fortepian, shakery, drżący pogłos, stłumiony nawał gitar, subtelne syntezatory, skoczny bas, tamburyn, orkiestrowe aranżacje i tak dalej i tak dalej…

Farida Lemouchi

To bogactwo instrumentów nigdy nie wydaje się uciążliwe, ponieważ utwory są zawsze niesione przez stale rosnącą falę mocnych ścieżek rytmicznych i naprzemiennie czystych/brudnych, brzęczących i zawodzących partii gitarowych głównego autora piosenek Selima Lemouchiego. No i oczywiście  mamy nieskazitelny wokal Faridy, która na scenie występuję jako F. The Mouth Of Satan. W niższych rejestrach jej głos momentami przypomina byłą wokalistkę Swans, Jarboe, choć w jej szerokim vibrato jest coś, co z kolei przywodzi na myśl na wpół ujarzmioną Diamandę Galás. Co prawda nie jest ani tak ziemisty i drżący jak Jarboe, ani zmysłowy jak Galás – jest bardziej okrągły, niemal słodki jak miód i sam w sobie wystarczająco poruszający. Warto zauważyć, że na albumie akompaniuje sobie szeregiem podwójnych (i potrójnych) ścieżek i wielogłosowych harmonii, które brzmią niemal jak fuga.

Front okładki.

Trwający ponad godzinę album mądrze ogranicza swoją solidną dawkę długich, acidowych improwizacji. Atmosfera rytuału jaką tworzy (niemal czuć zapach mgły z suchego lodu wydobywającej się z głośników) w pełni rekompensuje i usprawiedliwia tę długość… „Die The Death” to fajny, krótki utwór do wspólnego śpiewania, podczas gdy „On The Wings Of Gloria” i „Within The Charnel House Of Love” oferują bardziej rozbudowane fragmenty muzyczne, które współgrają z wznoszącym się wokalem. Nie do końca metalowy, nie do końca progresywny, ale z pewnością psychodeliczny z nutą hard rockowej mocy. Galopujący „Cruel Lover” zawiera jedne z najcięższych gitarowych riffów na albumie, a także jedne z najbardziej zróżnicowanych faktur muzycznych z porywającym wokalem. Rozkosz! Ale prawdziwą gwiazdą spektaklu jest „She” z nieprawdopodobnie chwytliwym i satysfakcjonującym refrenem, który doskonale prezentuje uroczy efekt, gdy liczne ścieżki wokalne Faridy są nakładane i harmonizowane. Płynne przejście między „She”, a utworem tytułowym, w którym główną rolę grają smyczki i gitara, to tylko jeden z wielu genialnych ozdobników. Z kolei osobliwy charakter „Fire Burning” przywodzi mi na myśl Blue Öyster Cult, chociaż niezbyt pospieszne bliźniacze gitary w środkowej części są mrugnięciem oka w stronę Thin Lizzy.

Kręgosłupem „Everlasting Saturnalia” jest… cisza. Zanim miną pełne dwie minuty, dźwięk przemysłowych syren zanika, a to, co brzmi jak klawisze wskakuje na miejsce za odległym wokalnym echem Faridy. Jest to jeden z najbardziej hipnotycznych momentów na tej płycie i trzeba przyznać zespołowi, że trzyma się tego, aż do przejścia do bardziej porywającego „The Madness Of Serpents” wspieranego przez armię głosów i staccato fortepianu. Ostatnie pięć minut utworu jest płynne i przytłumione, a ponowne wprowadzenie motywu przewodniego unosi go na coraz bardziej wyższy poziom rozpraszając się tuż przed zakończeniem… Piętnastominutowy „Feverdance” jest znacznie bliższy japońskiemu psych rockowemu Ghost, niż jego szwedzkiemu odpowiednikowi. Po sielankowym początku instrumentalna część trwająca ostatnie dziewięć minut prowadzi zespół do potężnego zakończenia zwieńczona gitarowymi solówkami i dramatycznym brzmieniem syntezatora wtapiając się w bogatą i mroczną kodę smyczkową.

„The Thousendfold Epicentre” to zaskakująco bogaty album pełen ogromnej głębi i melodii, który zaprzecza jego satanistyczną zawartość. Być może zło lepiej przedstawiać poprzez piękno, niż brzydotę. Orkiestrowe aranżacje gitarowe, nie wspominając o prawdziwych smyczkach, nadają mefistofelesowskim hymnom zaskakującego ciepła. Mimo, że płyta jest długa łatwo jest się odprężyć i rozkoszować jej urokiem.

Po rozpadzie zespołu w 2013 roku Selim kontynuował karierę solową. W lipcu tego roku wydał EP-kę „Mens Animus Corpus” z trzema utworami, a w grudniu album „Earth Air Spirit Water Fire” pokazując, że pozostał wierny psychodelicznemu stylowi, ale niewiele ma wspólnego z wcześniejszą formacją. I kiedy fani czekali na kolejne jego płyty w marcu 2014 roku nadeszła niespodziewana wiadomość o tragicznej śmierci muzyka. Odszedł mając 34 lata…

Selim Lemouchi (1980-2014)

BLACK WIDOW: „Sabbat Days – The Complete Anthology 1969-1972”

W dobie streamingu i cyfrowego pobierania muzyki można się zastanawiać skąd bierze się niesłabnąca popularność pudełkowych zestawów (tzw. boxów) na nośnikach fizycznych, stale rosnących pod względem rozmiaru i zakresu. Pewnie nikt nie wie, ale śmiało można powiedzieć, że wciąż są tacy, którzy uważają, że proces uzyskania zestawu jedynek i zer na urządzeniu elektronicznym nie może się równać podekscytowaniu jakie towarzyszy w trakcie otwierania pudełka ulubionego artysty i radosnego odkrywania bogactw, jakie w nim się kryją. Fani Gentle Giant, Jethro Tull, Pink Floyd, Genesis i innych z pewnością to potwierdzą. Skoro takie kolekcje przez lata nieuchronnie określano mianem „świętych Graali”, to box  Black Widow musi być „Arką Przymierza”.

Decydując, co  umieścić na okładce tego zestawu, Grapefruit nie unikał podkreślania tego, z czego Black Widow są najlepiej pamiętani: ich niesławnego show. Niecodziennie zdarza się, aby zespół w kulminacyjnym momencie swoich koncertów dokonał satanistycznego poświęcenia nagiej dziewicy na scenie. Takie zachowanie prawdopodobnie i dziś wywołałoby poruszenie, ale w pruderyjnej Wielkiej Brytanii w 1970 roku wywołało wystarczająco dużą burzę, by trafić na czołówki gazet i to nie tylko brukowej. Owa „sława” przyćmiła muzykę zespołu, więc ta cudownie kompletna antologia może to zrekompensować. Chociaż muzyka w tym zestawie ujrzała już światło dzienne, to po raz pierwszy została zebrana w całość pozwalając nam prześledzić wzlot i upadek zespołu. Oprócz trzech oficjalnych albumów studyjnych ten sześciopłytowy zestaw zawiera debiutancki album pod nazwą Pesky Gee!, pierwszą wersję debiutanckiego albumu, materiał na czwartą płytę (wydaną po latach jako „Return To The Sabbat” i „Black Widow IV”), zapis występu w niemieckiej telewizji, oraz koncert w Mediolanie. Przyjrzyjmy się zatem bliżej i sprawdźmy, czy Black Widow skrywało w sobie coś więcej niż nagie dziewice…

Pierwszy skład z wokalistką Key Garrett jeszcze pod nazwą Pesky Gee!

Historia Black Widow rozpoczęła się w 1966 roku, kiedy wokaliści Kay Garrett i Basil Francis połączyli siły z grupą lokalnych muzyków z Leicester, tworząc zespół soulowy, któremu nadali nazwę Pesky Gee! Uwaga: wykrzyknik (!) jest częścią nazwy, a nie ekscytacją z mojej strony. Ta raczej mało znana nazwa była tytułem instrumentalnego utworu obecnie zapomnianej grupy Broodley Hoo. W połowie 1967 roku Basila Francisa zastąpił wokalista i gitarzysta Kip Trevor, a Pesky Gee! wraz z rodakami z Leicester, The Farinas (przekształcili się wkrótce w Family) zaczęli flirtować z blues rockiem i psychodelią. Na początku 1969 roku wydali debiutancki singiel „Where In My Mind”. Nie odniósł sukcesu, ale przynajmniej Pesky Gee! mieli obrany kierunek. Co więcej, porażka singla doprowadziła do kilku zmian w składzie, które utorowały drogę w późniejszej ewolucji Black Widow.

Gitarzystę Chrisa Dredge’a zastąpił Jim Gannon, a Jess „Zoot” Taylor został zatrudniony jako klawiszowiec akurat na czas jedynego albumu Pesky Gee!. W typowym stylu lat 60-tych został on nagrany w ciągu czterech godzin w środku nocy. Clive Jones wspominał, że byli tak podekscytowani i nie pamięta, czy zapłacili za czas spędzony w studiu jego właścicielowi. Album ukazał się w czerwcu 1969 roku.  Miał być albumem o tym samym tytule, ale wytwórnia, Pye Records, była zdezorientowana werbalnym przekazem nazwy zespołu i po wydrukowaniu okładek zespół był zaskoczony, gdy odkrył, że ich album otrzymał tytuł „Exclamation Mark” (z ang. wykrzyknik). Hmm… niesamowite. Ten album jest pierwszą pozycją tego boxu. Przyjemnym, choć nietypowym, dziełem. Niezwykłym, ponieważ składa się wyłącznie z coverów, które były stałym elementem repertuaru wielu obiecujących zespołów tamtej epoki utrzymany w psychodelicznym stylu.

Korzenie soulu i R&B Pesky Gee! są wyraźnie widoczne w ich wersjach „Pig Foots” (utworu, który w tamtym czasie był podstawą setlisty Georgie Fame’a w klubach „The Marquee” i „Flamingo”), oraz „A Piece Of Heartbreak” napisany specjalnie dla zespołu przez Malcolma Rabbitta, ich mentora. Ośmiominutowa wersja „Season Of The Witch” Donovana z cudownie marzycielskim wokalem Kay Garrett i grą na organach Gerry’ego Taylora jest bluesowa i zmysłowa, zaś „Peace Of Mind” Family (z albumu „Music In A Doll’s House z 1968 roku ) w ich wykonaniu jest zadziwiająco wierna oryginałowi. Gdzie indziej interpretacja utworu „Born To Be Wild” Steppenwolf jest pomysłowa i zyskuje nieco oryginalności dzięki riffowi granemu zarówno przez gitarę jak i saksofon, a wersja „Where Is My Mind” Vanilla Fudge, która stała się pierwszym singlem Pesky Gee! to orzeźwiający kawałek ponurej psychodelii. Najlepsza jest jednak oszałamiająca wersja „Piece Of My Heart” Ermy Franklin. Znacznie bardziej powściągliwa niż ta ogólnie znana z wykonania Janis Joplin i Big Brother And The Holding Company, której już nikt nie przebije. Utwór najbardziej wskazujący co do przyszłego kierunku Black Widow to „Another Country” Rona Polte’a, który w centralnej części posiada ładne organowe solo w stylu The Doors.

Pomimo interesującej instrumentacji i zgrabnego podwójnego wokalu, płyta była dość przeciętnym dziełem, a słaba sprzedaż sprawiła, że zostali przez Pye bezceremonialnie porzuceni. Nadszedł czas, aby Pesky Gee! się odrodzili. Pomysł wyszedł od perkusisty Clive’a Boxa, który zaraził ich wszelkimi kwestiami związanymi z okultyzmem, horrorami wytwórni Hammer, powieściami grozy Denisa Wheatleya, czy postacią Alexa Sandersa – arcykapłana neopogańskiej religii wicca. Oczywiście w świecie muzyki Black Sabbath rzucił już na ring swój kapelusz okultystycznymi tekstami na debiutanckim albumie. Pytanie było, kto następny? Pesky Gee! nie było nazwą pasującą do opisu, więc zdecydowali się na zmianę nazwy i kierunku. Tak narodziła się Czarna Wdowa. Pod tą nazwą po raz pierwszy wystąpili w listopadzie 1969 roku Zabrali się do pisania nowego materiału z tekstami gitarzysty, Jima Gannona. Niestety, album, którego koncept skupiał się wokół satanistycznych rytuałów nie wyszedł poza fazę demo. Pewien wpływ na to miało odejście wokalistki i założycielki, Kay Garrett, która wyszła za mąż. Jej strata była dotkliwa; z pewnością wiele z kulminacyjnych momentów albumu Pesky Gee! skupiało się wokół jej wokalu. Jednak biorąc pod uwagę cięższą zawartość nowego materiału, być może słuszne było, aby Kip Trevor przejął rolę głównego wokalisty i frontmana. Taśmy demo leżały nietknięte do 1998 roku, kiedy to zostały odkurzone i wydane jako „Return To The Sabbat” przez brytyjską wytwórnię Mystic Records. I to on stanowi drugą płytę tego zestawu.

Demo zostało przerobione przez zreformowany zespół, a jego rezultatem był album „Sacrifice”, pierwszy pod nową nazwą i pierwszy dla wytwórni CBS wydany w 1970 roku. Szereg wydarzeń (o których za chwilę) sprawiło, że stał się on najlepiej sprzedającą się płytą w kanonie Black Widow osiągając 34 miejsce na brytyjskiej liście albumów. Podczas gdy okultystyczne tematy mogły sprawić, że niewtajemniczeni spodziewali się ciężkiego proto-metalu w stylu Black Sabbath zwłaszcza, że oba zespoły przez krótki czas miały tę samą ekipę zarządzającą, „Sacrifice” okazało się czymś w rodzaju zaskoczenia. Mimo, że został napisany przez gitarzystę, jest prawie pozbawiony gitarowych riffów i długich solówek. Zamiast tego saksofon i klawisze mają tendencję do przejmowania inicjatywy. Złożoność i długość kompozycji nadają im progresywny charakter, ale jest też silny jazz rockowy podtekst przypominający Colosseum. Pomimo mrocznych tekstów, muzyka pozostała ciekawa, jasna i pogodna.

Leitmotivem prawie wszystkich albumów Black Widow było to, że otwierało i zamykało je dwa najdłuższe utwory. Tak też jest  i w przypadku. Otwieracz, „In Ancient Days”, ma atmosferyczne organowe intro, po którym rytmiczna sekcja wokalna została wzmocniona zmysłowym saksofonem. To duży krok naprzód w porównaniu z Pesky Gee! Jedenastominutowy utwór tytułowy otwiera i zamyka się zaraźliwym boogie, który dla moich uszu brzmi jak prototyp „Easy Livin’ ” Uriah Heep. Długa środkowa część daje przestrzeń Taylorowi (flet) i Jonesowi (organy) na ich solówki. Bardzo imponujący i dla wielu chyba najlepszy utwór zespołu. Pomiędzy tymi dwoma klamrami znajduje się pięć utworów. „Attack Of The Demon” z bolesnym wokalem Trevora, który deklaruje „wszystkie moje grzechy pozostawiły mnie w piekle” jest najmocniejszym z nich. A potem jest „Come To The Sabbat”, prawdopodobnie najbardziej znana piosenka, którą wykonało całkiem sporo zespołów. Otwierający flet nad plemiennymi bębnami jest z pewnością uderzający i dziś można by go określić jako nordycką muzykę folkową. Skandowany refren również zapada w pamięć, chociaż optymistyczne zwrotki brzmią bardziej jak taniec wokół słupa Majów z albumu Steeleye Span niż z Szatanem! Naprawdę nie ma tu złego utworu i nie jest zaskakujące, że osiągnął tak wysoką pozycję na listach przebojów.

Jednym z fascynujących aspektów tego zestawu jest to, że można porównać wydaną wersję „Sacrifice” z oryginalną wersją demo. Widoczną różnicą jest oczywiście obecność głosu Kay Garrett, nawet jeśli był użyty oszczędniej niż się można było spodziewać. Jedynym utworem, w którym śpiewa główną partię wokalną, jest „Seduction”, która zdecydowanie pasuje do kobiecego głosu. Drugim jest „Come To The Sabbat”, gdzie wokalna wymiana między nią, a wokalistą ma sens ponieważ w tej historii występuje i kobieta i mężczyzna. Utworem lepszym na demo wydał mi się „In Ancient Days”; początkowy nastrój organowy był nieco cichszy, bardziej tajemniczy, a sam utwór dłuższy z imponującym, rozbudowanym solo saksofonu.

Być może sukces albumu nie byłby tak spektakularny, gdyby nie popularność ich występów na undergroundowej scenie. Chociaż muzycy nie wierzyli w okultyzm i używali satanistycznych tekstów jako przynęty, nie powstrzymało ich przed pójściem na całość. Choreografię przygotowali członkowie Leicester Phoenix Theatre Company. Przedstawienie osiągało punkt kulminacyjny, gdy młoda naga dziewczyna reprezentująca żeńskiego demona Lady Astorath (często grana przez Maxine Sanders, żonę Alexa Sandersa) po symulowanym seksie z frontmanem zespołu, Kipem Trevorem, jako krwawa ofiara zostaje złożona na ołtarzu.  W 1970 roku takie widowisko przyciągało tłumy. Jak przyznaje pouczający i zabawny esej dołączony do boxu był to: „przeróżny wybór nastoletnich headbangerów, brygad moralności, religijnych fanatyków i dziennikarzy, którzy mieli nadzieję natknąć się na kolejne nagie i/lub neopogańskie skandale”. Nie mniej sprawy dla Black Widow układały się w tym okresie naprawdę dobrze. Reputację zespołu wzmocniły triumfalne występy na dwóch festiwalach w 1970 roku – niewielkim Whitsun Festival w Plumpton i ogromnym na Isle Of Wight. W obu przypadkach punktem kulminacyjnym koncertu był „Come To The Sabbat” szybko stając się znakiem rozpoznawczym zespołu. Ten niezwykle optymistyczny numer, który został opisany jako „…muzyczne połączenie Jethro Tull i „The Weaver’s Answer” Family” (i ja bym się z tym zgodził), zyskał popularność dzięki umieszczeniu go na bestsellerowym albumie kompilacyjnym CBS, „Filter Your Head With Rock”. Tak więc, chociaż jego  singlowa wersja nigdy nie została wyemitowana w Radio BBC, była na tyle przystępna, że stała się nieodłącznym elementem studenckich klubów młodzieżowych, gdzie (jak można się było spodziewać) wikariusze nie zaglądali.

Black Widow z Arcykapłanem Sandersem i jego żoną Maxine

Konsekwencje zabójstw Charlesa Mansona określanych jako „morderstwa Czarnej Magii” oznaczało koniec flirtu zespołu z satanizmem. Rozgłos, który odegrał tak kluczową rolę w jego popularyzacji zaczął działać na ich niekorzyść. Odmówiono im wjazdu do Stanów Zjednoczonych, mieli trudności z rekrutacją młodych dziewcząt do udziału w koncertach. Odejście od okultystycznej symboliki nie obyło się bez problemów. Perkusista Clive Box i basista Bob Bond sprzeciwiali się tej zmianie. W efekcie zostali zastąpieni odpowiednio przez Romeo Challengera (później w Showaddywaddy) i Geoffa Griffitha.

Czas było iść naprzód. Następca „Sacrifice” nazywał się po prostu Black Widow” i ukazał się w grudniu 1970 roku.

Otwiera się obiecująco nagraniem „Tears And Wine”, czymś w rodzaju wolnego, bluesowego utworu, który zawiera długie gitarowe solo. Ten podniesiony profil gitary Gannona tutaj i gdzie indziej odbywa się kosztem saksofonu/fletu i pracy organów, a końcowy wynik jest taki, że oprócz utraty lirycznego wpływu okultyzmu, oryginalność ich muzyki również została zmniejszona. „Black Widow” nie dość, że ma (delikatnie mówiąc) fatalną okładkę brzmi jak przeciętny blues rock z początku lat 70-tych. Już po kilku minutach słuchania uświadomiłem sobie, że chyba słucham innego zespołu, a muzyka trąci banałem. Zgoda, jest kilka przyzwoitych momentów jak mistyczny „Mary Clark” (pozostałość po sesji „Sacrifice”), zaskakująco punkowy „Wait Until Tomorrow”, czy utwór zamykający płytę, „Legend Of Creation”. Ale jak na możliwości zespołu to zbyt mało.

Coś jednak było na rzeczy skoro główny autor piosenek, Jim Gannon, opuścił zespół w 1972 roku zastąpiony przez Johna Culleya. To właśnie w tym zmienionym składzie nagrali kolejny album o jakże mało oryginalnym tytule Black Widow III”(piąta płyta boxu).

W pewnym sensie był to zaskakujący powrót do formy i pomimo tego, że część krótszego materiału nawiązuje do stylu końca lat 60-tych, saksofon, flet i organy znów są widoczne, a dłuższe utwory mają silny progresywny charakter. Najważniejszy moment to otwierający, trzyczęściowy utwór „The Battle”, który ma mocne melodie, dobry kontrast między głośniejszymi i cichszymi sekcjami, oraz niezwykły finał z falami akordów Hammonda prowadzącymi do potężnej solówki gitarowej, gdzie Sulley pokazuje, że jest o klasę lepszy od Gannona. Otwierające go harmonijne wokale mogłyby pochodzić z ust Andersona, Howe’a i Squire’a, a nie Trevora, Griffitha i Culleya (żart). Również imponujący jest ekscentryczny „King Of Hearts” i przesiąknięty organami „Old Man” brzmiący jak wczesny Barclay James Harvest. Ogólnie rzecz biorąc, „Black Widow III” nie może równać się z „Sacrifice”, ale jest tu wiele dobrego materiału, który warto poznać.

Jakoś nie mogę oprzeć się wrażeniu, że w innym dniu, z wiatrem wiejącym w żagle płyta mogła być tą JEDYNĄ. Ale nie była. Po słabej  sprzedaży w połowie 1972 roku CBS rozwiązało kontrakt. I to w zasadzie był koniec. Co prawda zespół dzielnie brnął dalej i nagrał materiał na potencjalny czwarty album, ale materiał nie wzbudził zainteresowania żadnej firmy i na początku 1973 roku rozpadł się.

To jednak nie był koniec Black Widow. W 1998 roku Mystic Records przejęło te taśmy na potrzeby planowanego albumu i wydało je jako „Black Widow IV”, który wraz ze stosem dem i nagraniami dwóch występów na żywo stanowi szóstą płytę zestawu.

Zaczyna się od „Sleighride”, przeróbki tematu przewodniego „Trojki” Prokofiewa tyle, że  ten radosny temat w wykonaniu Czarnej Wdowy brzmi tandetnie i nudno. W pozostałych utworach większy nacisk położono na melodyjność i instrumentalną stronę. Sielankowy „More Than A Day” to dobry utwór, ale równie dobrze mógłby zostać napisany przez Fairport Convention. Jedynym miłym zaskoczeniem pośród przeciętności jest „The Waves”; ma świetną melodię i porywający refren podparty potężnymi akordami Hammonda. Jest to jeden z najlepszych utworów napisanych przez Black Widow. Niestety, ta jedna wybitna piosenka nie wystarczyła, by album się obronił. Ale to co najlepsze na tej ostatniej szóstej w zestawie płycie jest na samym końcu. Koncertowa wersja „Sacrifice” dla niemieckiej telewizji daje interesujący wgląd w grę zespołu na żywo. Najbardziej godne uwagi to piętnastominutowa wersja „In Ancient Days” zawierająca fantastyczne, długie solo saksofonowe, oraz porywająca wersja utworu tytułowego. Czuć energię zespołu i entuzjazm publiczności. Szkoda, że koncertowe nagrania z maja 1971 roku z Teatro Lirico w Mediolanie są już dużo słabszej jakości przeznaczone bardziej dla zagorzałych fanów niż dla osób, które interesują się zespołem pobieżnie.

Black Widow to zespół, po którym wiele sobie obiecywano, a który ostatecznie osiągnął mniej, niż na to zasługiwał. Prawdopodobnie wynika to z pecha i przepełnienia rynku rockowego lat 70-tych. Szkoda, bo stworzyli wiele świetnej, wciąż aktualnej muzyki, która czeka na ponowne odkrycie. Dzięki  firmie Grapefruit/Cherry Red wszystko to jest doskonale udokumentowane w obszernej, 40-stronicowej książeczce dołączonej do sześciu płyt. Ta antologia to nie tylko fascynujący wgląd w krótką karierę Black Widow, ale i czasy, w których żyli. Polecam!

Muzyka z krainy fiordów: ARABS IN ASPIC; WOBBLER; JORDSJØ.

Współczesne zespoły progresywne wywodzą się z pierwotnego pnia, ale w zależności od kraju pochodzenia muzyka będzie się znacznie różnić nie tylko ze względu na język, czy odniesienia kulturowe specyficzne dla danego miejsca, ale także ze względu na stosunek do tego gatunku. Tak jest w przypadku Norwegii. Kraju, który z jakiegoś powodu produkuje zespoły o poziomie znacznie powyżej średniej. Zgoda, to samo można powiedzieć o sąsiednich krajach nordyckich, ale osobiście uważam, że ogromna liczba współczesnych tam zespołów zawsze otrzymuje bardzo wysokie oceny od miłośników progresywnej muzyki i, prawdę mówiąc, mają rację. Mam ochotę, by co jakiś czas uwzględniać ich w tym temacie. Aby zaostrzyć apetyt proponuję prezentację trzech współczesnych progresywnych grup z krainy fiordów i lasów. Na początek zespół o intrygującej nazwie Arabs In Aspic i ich płyta „Madness And Magic” z 2020 roku.

Zespół gra z przerwami od 1997 roku, a to jest ich siódma w dorobku płyta, ale szósta studyjna. Nazwa z pewnością jest ciekawa i można by słusznie założyć, że wskazuje na jeden z najsilniejszych muzycznych wpływów. Mam tu na myśli album King Crimson „Larks’ Tongues in Aspic”. Ale, co dość dziwne, jest to również nazwa klubu krykieta założonego w 1935 roku, który nie miał stałej siedziby i podróżował po świecie, aby grać i promować krykieta. Kiedy w 1993 roku klub został zamknięty jego wyczyny zostały uwiecznione przez E.W. Swantona w książce, nomen omen zatytułowanej „Arabs In Aspic”. Nie wiem, czy to czysty przypadek, że zespół wybrał tę samą nazwę, czy też w jakiś sposób wiedział o niej i o bardzo mało znanej drużynie krykietowej…

Arab In Aspic „Madness And Magic” (2020)

Album otwiera „I Vow To Thee, My Screen”. Tak, dziwny tytuł i do tego nawiązujący do brytyjskiego hymnu patriotycznego „I Vow To Thee, My Country” (Ślubuję ci Ojczyzno) najczęściej wykonywany podczas obchodów Dnia Pamięci, a skomponowany w 1921 roku przez Gustawa Holsta do słów poematu Sir Cecilla Springa Rice’a. W tym przypadku śluby złożone są nie Ojczyźnie, a ekranowi komputera, ponieważ tematem albumu jest refleksja o wpływie cyfrowej ery XXI wieku na dzieci i dorosłych. To utwór z najsilniejszym wpływem King Crimson. Opiera się na gitarze akustycznej i organach, rozwija się w powolny i elegancki sposób, konstrukcyjnie bardzo podobny do „Epitaph”… Dwuczęściowy „Lullaby For Modern Kids” wprowadza różne elementy. Jest funkowa linia basu i dziwaczna sekcja wokalna brzmiąca jak Zappa, a także genialne gitarowe solo w pierwszej części. W tym utworze są również cięższe elementy i chociaż na początku kariery zespół był pod silnym  wpływem Black Sabbath (zaczynał od grania ich coverów) dla mnie gitara jest używana bardziej w późnym, psychodelicznym, lub proto-ciężkim rockowym stylu. Dzięki częstemu użyciu melotronu i dużej dbałości o instrumenty perkusyjne (w składzie dwóch perkusistów!) w muzyce wyraźnie wyczuwa się klimat przełomu lat 60/70-tych. Druga, krótsza część „Lullaby…” powraca do bardziej sielskiego brzmienia, ale zdaje się odzwierciedlać beztroskę z jaką dzieci bawią się w gry wojenne. Wers „Zastrzelę cię, prosto w głowę” jest śpiewany z taką samą obojętnością, jakby tekst brzmiał „Lubię fasolę na obiad”. Te sprytne liryczne akcenty stanowią część magii tego albumu. Jego kulminacyjny punkt to długi, 16-minutowy „Heaven In Your Eye”, który zawiera kilka równie błyskotliwych fragmentów: długie solo Mooga, cięższą partię wokalną w stylu Van der Graaf Generator, oraz zachwycające momenty z wpływami Wschodu, w której Jostein Smeby na gitarach i Stig Jørgensen na Hammondzie dają czadu. Wspaniały sposób na zamknięcie płyty.

Wspomniałem o anglosaskim wpływie w ich muzyce, ale nacisk na harmonię i melodię przywodzi na myśl wiele włoskich grup progresywnych. Podsumowując, zespół wplótł tu świetne pomysły i różne wpływy, przepuścił je przez pryzmat muzyki końca lat 60-tych i stworzył piekielnie dobry album. Album na tyle intrygujący, że słucha się go z ogromną przyjemnością nie tylko za pierwszym, ale za każdym kolejnym razem.

Również intrygująca jest płyta „Dwellers Of The Deep” wydana w tym samym roku przez grupę Wobbler.

Wielobrody kwintet wyłonił się ze swojej kryjówki z głębi norweskiego lasu w okolicach miasteczka Hønefoss. Ujęli mnie swoim debiutanckim krążkiem „Hinterland” (2005) tak bardzo, że z miejsca zakochałem się w ich muzyce i z utęsknieniem czekałem na kolejną płytę, potem następną i jeszcze jedną… Każdy świeży pęd wychodzący na świat jest połączeniem poprzedniego albumu. Ich elementy płynnie mieszają się ze sobą, a kiełki nowych pomysłów przebijają się przez glebę w poszukiwaniu własnego światła słonecznego. Poprzedniczą „Dwellers Of Deep” było „From Silence To Somewhere” (2017), którą wielu uważało za największe osiągnięcie zespołu. Kiedy trzy lata później pojawiło się nowe dzieło przypuszczano, że będzie to „From Silence…” część druga. Nic z tych rzeczy!

Wobbler. Płyta „Dwellers Of The Deep” (2020)

Podczas gdy mniej znaczące zespoły krytykowane są za nadmierne kopiowanie brzmień stworzonych przez prog rockowy herosów z przeszłości, Wobbler górują nad tą przeciętną grupą „kopistów” dzięki bogatym kompozycjom, błyskotliwej grze i głęboko odrębnej prezencji. Czy ich muzyka wyważa otwarte drzwi? Z pewnością nie. Ale niech mnie diabli, jeśli nie tworzą konsekwentnie spektakularnej muzyki, która od razu jest rozpoznawalna cecha, której brakuje tym, którzy naśladują, a nie tworzą i… ponoszą klęskę.

„Dwellers Of The Deep” otwiera się bombastycznym „By The Banks”. Tak jakby zespół nie chciał tracić czasu. Ten ekscentryczny utwór odurza zmysły wciągając nas w jakąś szaloną, fantastyczną ucztę, na którą się natknęliśmy. Oszałamiające klawisze i płynne gitary szybko prowadzą do bezsłownych harmonii wokalnych, by rozkwitnąć w dynamiczny i dekadencki epos ze zmieniającymi się nastrojami i tempami. W pewnym momencie przypomina mi to Gentle Giant. Arsenał vintage’owych brzmień klawiszy Larsa Fredrika Frøislie’a pewnie prowadzi szarżę – miłośnicy mooga i melotronu mogą delektować się nim do woli. Zapadające w pamięć folkowe tematy i żałobny flet też odgrywają tu swoje role, a cały utwór moim zdaniem jest ich najlepszym otwieraczem… „Five Rooms” ma podobny charakter, choć jest nieco bardziej zwarty. Uświęconemu brzmieniu organowego intro ponownie towarzyszy bezsłowny, podwójny wokal, który wkrótce eksploduje w szaleńczą, klaustrofobiczną zwrotkę. W całej złożonej kompozycji następują liczne zmiany prezentując wiele charakterystycznych cech dla Wobblera, w tym ognistą grę i gęsty bas, który śmiało wznosi się ponad standardowy poziom. Nie dziwi mnie, że Kristian Hultgren często kradnie show swoim smakowitym i pociągającym brzmieniem Rickenbackerem, ale nie ma się co oszukiwać – Wobbler jest sumą pięciu doskonałych muzyków… Naiad Dreams” to wytchnienie od bombastyczności. Cztery minuty letniej łagodności, która przywodzi na myśl spokojniejsze momenty Anthony’ego Phillipsa, PFM, a nawet Led Zeppelin III. W pewnym momencie wydaje się, że spokój utworu mógłby nagle zmienić się w coś bardziej mocnego, energetycznego, ale pozostaje spójny i nie rozwija się w coś, w co nie powinien. Na wcześniejszym albumie mogłoby to być użyty jako  część większego eposu. Tutaj zna swoje miejsce.

Zamykający album, epicki „Merry Macabre” jest bez wątpienia jego centralnym punktem – porywająca, nieziemska podróż przez ich liczne oblicza. Do niesamowitego fortepianowego intro zanim zabrzmią organy Hammonda i wkroczy cały zespół dołączają dudniące talerze. To potężne dzieło podąża wieloma ścieżkami: od jazzu przez melancholijny klimat po rock… Kłania się Goblin, Van Der Graaf Generator, ELP, King Crimson, Yes, Gentle Giant i (jakże by inaczej) skandynawscy bracia. Mroczne uroki zawsze stanowią potężne składniki. Kulminacyjnym momentem jest hiper napędowy rock progresywny z potężnymi, olśniewającymi klawiszami na tle zmieniających się akordów z finałem łączącym w sobie elementy „Yours Is No Disgrace” i „A Day In The Life”. Cichnące, usypiające wokale wprowadzają słuchacza w chwilę spokojnej refleksji. Jakby został uwolniony od starożytnego rytuału.

„Dwellers Of The Deep” to sugestywny album, ale uczucia i obrazy zdają się rozwiewać jak dym. Ulotne i nieosiągalne niczym próba przypomnienia sobie snu: nocny śnieg w świetle latarni, ostatni jesienny liść zwisający na gałęzi, ruiny kamiennych omszałych świątyń… Wszelkie krytyczne uwagi, które można by naturalnie wysunąć, zdają się natychmiast ustępować czystej radości zanurzania się w tej muzyce. I za to ich podziwiam.

Progresywny Jordsjø jest kimś niezwykłym nie tylko w Norwegii, czy Skandynawii, o czym świadczy całkowicie unikalne brzmienie i ich żywiołowe kompozycje. Nie mogę sobie przypomnieć żadnego innego zespołu, który choć trochę by mi go przypominał.

Duet Jordsjø założony w Oslo w 2014 roku przez Håkona Oftunga (wokal, flet, gitara i klawisze) i Kristiana Frølanda (perkusja) może pochwalić się ośmioma płytami. Inspirują się klasyką progresywnego rocka lat 70-tych, starymi horrorami, powieściami fantasy, norweską przyrodą. Ich muzyka odzwierciedla tęsknotę za prostszym życiem blisko natury i wyimaginowaną przeszłością, gdzie życie koncentruje się wokół muzyki. Okazjonalne nawiązania do Landberk, Camel, Bo Hanssona, niemieckiego rocka progresywnego lat 70-tych są u nich miłym akcentem. W ulubionym przeze mnie albumie „Pastoralia” z 2021 roku słowa i frazy są szczere i oryginalne. Od początku do końca dopracowane i nieskończenie urzekające.

Jordsjø „Pastoralia” (2021)

Album,  który nawiasem mówiąc został nagrany w piwnicy farmy Bjørnerud w Våler z udziałem gościnnych muzyków podąża tą samą ścieżką co poprzednicy, ale jest bardziej rockowy i jazzowy. Jego tematyka opiera się na marzeniach, tęsknocie za wolnością i fikcyjnym miejscu zwanym Pastoralia, gdzie w ciepłe noce w północnej Norwegii ludy żyjące w lesie tańczą wokół ognisk. Płyta skrzy się bogactwem różnorodności, zmianami nastroju, przejściami między światłem a cieniem jak w nagraniu „Prolog”, w którym radosny klimat Canterbury ustępuje miejsca upiornemu fortepianowi i dramatycznej gitarze, albo złowieszczy ton jaki pojawia się pod koniec skądinąd lekkiego utworu tytułowego. Instrumentalny Fuglehviskerenprowadzony hipnotycznym motywem akustycznym zaskakuje cudownie bulgoczącym kontrabasem i klarnetem basowym hałasującymi w tle. Brzmi to naprawdę przyjemnie i pokazuje jak bardzo Norwegowie zwracają uwagę na instrumenty organiczne. Klasyczny progresywny rock można spotkać w formie wibracji Jethro Tull, które pojawia się w „Skumring I Karesuando”. Delikatny flet niesiony przez lekko przesterowaną gitarę brzmi jak u Iana Andersona w jego najlepszym okresie. W środku utwór nabiera folkowych i barokowych wpływów, które z kolei bardziej kojarzą mi się z Gryphon, a żywiołowy „Vettedans” także z Gentle Giants. Jak więc widać nawiązania nie ograniczają się tylko do Jethro Tull. Dla kontrastu chyba jeden z najważniejszych tu utworów, „Mellom Mjodurt, Marisko Og Sostermarihånd” stanowi przykład bardziej rockowego kawałka. Na początku wprowadza go flet, ale pod koniec to gitara podejmuje główny motyw i umieszcza go w odważnie dynamicznym kontekście. Miłośnicy klasycznych instrumentów klawiszowych zostaną poczęstowani atrakcyjną gamą brzmień w olśniewająco epickim „Beitemark”. Przypuszczam jednak, że to równie długi „Jord III” zamykający płytę dla wielu będzie centralnym punktem z jego deszczowym, fortepianowym intro i przechodzącym przez liczne, porywające i nastrojowe fragmenty muzyki. Jeśli można uchwycić esencję Jordsjø w jednym utworze, to byłby to właśnie ten. Kropka.

„Pastoralia” to dzieło stworzone z imponujących i poruszających dźwięków, które przyciągają uwagę. Olśniewająca gitara akustyczna miesza się z elastycznym kontrabasem i różnymi instrumentami dętymi drewnianymi. Żałobne dźwięki fortepianu równoważą radosne flety towarzysząc bogatym melodiom, a harmonijne wokale wzbogacają oniryczne i tajemnicze opowieści zapierające dech w piersiach. Solidny przekaz i krystalicznie czysta produkcja nie przytłacza słuchacza, a wręcz zaprasza do zatrzymania się w tym fascynującym świecie marzeń.

„Punk. Ideologia i muzyka” – rewizyta.

Nie roszczę sobie prawa do bycia ekspertem w kwestii punk rocka. Zresztą zawsze bliżej mi do hipisów z hasłem „Peace And Love”, niż do punków z „No future!” Nie znaczy to, że neguję ten muzyczny gatunek. Wręcz przeciwnie! Miałem taki okres, że kompletnie zafiksowałem się na jego punkcie czego dowodem niech będzie fakt, że w 1989 roku napisałem razem z Piotrem Kosińskim książkę „PUNK – IDEOLOGIA I MUZYKA” wydaną przez „Rock Serwis”.

„Punk. Ideologia i muzyka” (1989)

Można więc powiedzieć, że była to pierwsza polska „encyklopedia punk rocka” i choć pod względem edytorskim bardzo uboga cieszyła się ogromną popularnością. Zresztą jak wszystko, co „Rock Serwis” wtedy wydawał. Przypomnę, że w tamtych latach wiedzę o punku czerpało się głównie z fanzinów, z których zaledwie kilka można uznać za profesjonalne, a oficjalna prasa muzyczna, niestety rzadko wtedy fachowa, omijała punk szerokim łukiem. Książka, licząca sobie 160 stron zawierała trzy główne rozdziały: „Punkowe kapele z Wysp Brytyjskich”, „Amerykańskie punka początki” i „Panczurstwo między Odrą a Bugiem”.

Fragment rozdziału o amerykańskim punku.

Część zagraniczna opierała się na oryginalnych źródłach – głównie artykułach w prasie zachodniej i tamtejszych książkach, do których jakimś cudem (głównie dzięki Piotrowi) udało się dotrzeć. Część polska zawierała rys historyczny początków polskiego punka, oraz notki o dwunastu zespołach wśród których były m.in. Kryzys, Dezerter, Moskwa, Masturbacja. Niektóre z kapel odpowiadając na nasz apel przysyłały swoje biogramy, kasety z nagraniami, zdjęcia, dzięki czemu zaistniały potem na kartach książki.

Zespół WC z Miastka w polskim rozdziale książki.
Tuż obok siebie Kryzys i Dezerter.

W życiu nie przypuszczałem, że ćwierć wieku później natknę się w Internecie na kilka recenzji, o których kompletnie nie miałem pojęcia. I to napisane wcale nie tak dawno! Oto fragment jednej z nich sprzed sześciu lat. „Na przestrzeni ostatnich kilku dekad w temacie punk rocka wyszło w Polsce sporo książek i fachowej prasy, jest też wszechobecny Internet. Dziś dzieło Piotra Kosińskiego i Zbigniewa Szałankiewicza traktować trzeba li tylko jako dokument. Ale jak na tamte czasy i słaby wówczas dostęp do informacji, docenić trzeba jej treść, bo było to wówczas naprawdę cenne wydawnictwo dla szukających informacji na temat historii punk rocka.”

Pierwsza strona książki „Punk. Ideologia i muzyka”.

Mało tego – książkę dostrzeżono też poza granicami naszego kraju. W styczniu 2024 roku berlińska księgarnia z białymi krukami „Penka Rare Books And Archives” specjalizująca się w wydawnictwach poświęconych sztuce, designowi, awangardzie i kulturze wizualnej na swojej stronie internetowej zamieściła krótkie jej streszczenie. Ale nie tylko. „W 1983 roku Kosiński założył w Krakowie „Rock Serwis”, źródło informacji o zagranicznych zespołach, trudno dostępnych wówczas w powojennej Polsce. Razem ze Zbigniewem Szałankiewiczem współtworzył przewodniki i książki o Pink Floyd, Joy Division, Marillion i wielu innych zespołach, a także wydawał zbiory tekstów i dyskografii. W 1994 roku firma zaczęła sprzedawać płyty winylowe i sprowadzać do Polski wiele zespołów.” Skoro mowa o Pink Floyd, tak wyglądała okładka książki „Pink Floyd. Psychodeliczny Fenomen” mojego autorstwa wydana w 1983 roku. Ciekawe, kto ją pamięta? Może ktoś ją jeszcze ma..?

Jedyny egzemplarz „Punk. Ideologia i muzyka” z lekko pożółkłą obwolutą, ale w bardzo dobrym stanie wyceniono go na… 350 euro! „Rock Serwis” sprzedawał ją za 12 złotych… Z ciekawości jakiś czas temu zadzwoniłem do tej księgarni pytając, czy jest dostępny. Już nie. Został sprzedany niedługo po ukazaniu się informacji w sieci.

O tym jak w czasach PRL-u trudny były dostęp do zagranicznych płyt i kaset wiedzą wszyscy, którzy to przeżyli. Jeśli chodzi o punk rocka miałem to szczęście, że w szkole średniej zaprzyjaźniłem się z Markiem, który miał rodzinę za granicą. Kuzyn tego Marka, niewiele od nas starszy, dość mocno utożsamiał się z punkami, grał nawet w jakiejś punkowej kapeli. I to właśnie on co jakiś czas wysyłał mu kasety z punk rockiem. Czasem były to oryginalne kasety wydawane przez małe, niezależne firmy, jednak większość to składanki nagrane z jego prywatnych zbiorów. Fajną sprawą było, że do każdej kasety dołączał tytuły nagrań i nazwę kapeli, które rzecz jasna kompletnie były nam nieznane  (no bo i skąd?), a sama muzyka, często ostra i dzika czasem nie do przełknięcia. Drogą eliminacji zostawialiśmy sobie to, co nam się spodobało i rajcowało. Tak tworzyliśmy własne składanki.

Fascynacja punk rockiem przeszła mi szybciej niż się spodziewałem. Marek z rodzicami wyjechał do Niemiec, a potem do Kanady. Nigdy już się nie odezwał mimo, że obiecał. Kasety powędrowały do kartonu i wieki całe do niego nie zaglądałem. Pomysł, by do tematu powrócić podsunął mi jakiś czas temu jeden z moich wiernych Czytelników, Sławek D pisząc: „(…) A może zrobisz taki wakacyjny artykuł o punkowej rewolucji jak ten z zeszłego roku o neo progu..?” Hm… nie do końca byłem do tego przekonany. Pomysł przetrawiałem kilka dni, w końcu pomyślałem „Czemu nie!” Będzie to jakaś odmiana, rewizyta do tamtych czasów a i przy okazji odkurzenie starych kaset ze strychu. Wiadomo, że oprócz The Clash i Sex Pistols punk wydał na świat mnóstwo całkiem fajnych zespołów, które zanim popadły w zapomnienie zdążyły nagrać kasetę, lub singla w stworzonych przez siebie wytwórniach. Oto kilka z nich, które wtedy zwróciły moją uwagę, a z wiadomych powodów nie zostały ujęte w książce.

Szkocki The Scrotum Poles z Dundee i ich porywający utwór „Pick The Cat’s Eyes Out” był pierwszym zespołem jaki usłyszałem z tych kaset i który z miejsca przykuł moją uwagę.

Wygląda na to, że wydali tylko jedną 7-calową płytę w wytwórni One Tone. Zważywszy, że jest to jedyna płyta tej wytwórni, można śmiało założyć, że była ich własnością. EP-ka zawierająca pięć utworów nosiła tytuł „Revelation”. Na stronie „A”, która miała wytłoczone słowo „SAD” (Smutny) znalazły się dwa utwory: „Why Don’t You Come Out Tonight?” i „Night Train”, a na „B” z napisem „HAPPY” (Szczęśliwy) umieszczono wspomniany „Pick The Cat’s Eyes Out”, „Helicopter Honeymoon” i „Radio Tay”. Piosenki zostały zmiksowane przez legendarnego George’a Peckhama, w punkowym środowisku znanym jako Porky The Prime Cute; w chórkach udzielali się muzycy znakomitego skądinąd zespołu Scrotettes. Po jej wydaniu zespół ruszył w trasę supportując występy The Exploited i Thompson Twins, ale tak naprawdę prawdziwą gwiazdą był w pubach, klubach i barach. Ciekawostką jest, że pierwsze utwory jakie napisali oparte na trzech gitarowych chwytach, E-dur, A-mol i G-dur (trochę trudne), a więc „This Is Love”, „Pillars” i „Victims Of Vietnam” wydali na kasecie „Auchmithie  Calling” w1979 roku w ilości stu egzemplarzy. Pierwszy i ostatni utwór można usłyszeć na płycie kompilacyjnej „Auchmithie Forever” z 2009 roku, na której zebrano prawie wszystko, co Poles stworzyli.  A jest tego dosyć sporo. Tu posłużę się fragmentem recenzji jaką na jej temat znalazłem jakiś czas temu. „Desperate Bicycles, Television Personalities, wczesny XTC, Rich Kids, Pavement i The Fall podążali tą samą trajektorią co Scrotum Poles, ale Poles z solidną dawką punk rocka ’77 są bardziej punkowi. Pierwsza strona brzmi jak taśma demo, gdzie dzieciaki uczą się dopiero grać na instrumentach, ale druga jest po prostu rewelacyjna. I gdyby którykolwiek z utworów na tym albumie doczekał się profesjonalnego nagrania i zostałby okrzyknięty najlepszym, co Szkocja miała do zaoferowania od czasów Beards.” 

The Cortinas byli jednym z najmłodszych zespołów działających w Bristolu ze średnią wieku 16 lat, który wybrał tę nazwę bo „(…) była wulgarna i tandetna.” Ha, ha, znam dużo bardziej wulgarne i tandetne.

Początkowo grali rhythm and bluesa, ale postawili na punkowe brzmienie podkręcając na maksa gitary i wokal. Wspierani przez The Stranglers, Blondie i Chelsea przyszłość rysowała się różowo. Piosenki takie jak „Gloria”, „Tokyo Joe”, „Play It In The Subway” miały szansę zostać klasykami. Podpisanie kontraktu z CBS mogło stać się drogą do kariery, a stało się gwoździem do trumny. Entuzjazm fanów, którzy uważali, że kontraktem z dużą wytwórnią sprzedali się ideałom punkowego ruchu przerodził się w nienawiść dodatkowo podsycaną przez niektóre fanziny niesłusznie skupiające się na ich wyglądzie, a nie na muzyce. Dwa kluczowe single: „Fascist Dictator” (1977) i „Defiant Pose” (1978) pochodzące z albumu „Step Forward” pokazały, że był to świetny zespół.

Satan’s Rats z Evesham byli dla mnie kolejnym olśnieniem.

Z nazwą, która brzmi jak połączenie gangu motocyklowego i horroru klasy B nigdy nie mieli szans na zostanie gwiazdami. W epoce wydali trzy znakomite, klasyczne punkowe single, po czym roszady personalne (do składu doszła m.in. charyzmatyczna wokalistka Wendy Wu) doprowadziły do zmiany nie tylko nazwy na The Photos, ale też do zmiany stylu. Swoim pierwszym albumem The Photos osiągnęli spory sukces komercyjny, ale to już inna, nie moja  bajka. Dla mnie Szczury Szatana pozostaną grupą podsumowującą ducha i brzmienie typowego brytyjskiego zespołu punkowego z lat 1977-78, co szczególnie słychać na kompilacyjnym krążku „What A Bunch Of Rodents” z 2005 roku zawierającym nagrania trzech singli, oraz trzynaście niepublikowanych wcześniej utworów, które co jakiś czas goszczą w moim odtwarzaczu.

Jak można wywnioskować z nazwy, londyński Cockney Rejects pochodził z jego biedniejszej części, z dzielnicy Canning Town, gdzie mieszkańców nazywano „cockneyami”.

Zespół powstał w 1978 roku jako odpowiedź na punk artystyczny, który dominował na scenie, a jego trzon stanowili dwaj gitarzyści, bracia Geggus – Stinky (wł. Jeff) i Mickey, oraz ich szwagier Chris Murrell na basie i Paul Harvey na perkusji. Zaciekle robotniczy w postawie i nastawieniu unikali politycznych dywagacji pierwszej fali punka. W zasadzie śpiewali o okolicznościach, które otaczały miliony dzieciaków z ulic w centrach brytyjskich miast – nękania przez policję, walki uliczne, wojny między kibolami drużyn piłkarskich… Po zagraniu czterech lokalnych koncertów podpisali kontrakt z EMI – szybciej niż zrobił to Sex Pistols! Ich pierwszy album z „prowokującym” tytułem „Greatest Hits Vol.1”  (1980) podparty trasą koncertową po Wielkiej Brytanii stał się sensacją i podbił punkowe listy przebojów. To tu znalazły się moje ulubione „I’m Not Fool”, „Police Car”, „Are You Ready To Ruck” i „East End”, które w swoich radiowych audycjach promował  nie byle kto, bo sam John Peel.

W tym samym roku nagrali żywiołową wersję coveru „I’m Forever Blowing Bubbles” aby uczcić ukochany West Ham United, który dotarł do finału Pucharu Anglii. To oddanie bordowo-niebieskim barwom okazało się niemal zgubne; koncerty stały się polem bitew między kibicami rywali West Hamu osiągając punkt kulminacyjny w brutalnej „Bitwie o Birmingham”, która doprowadziła do poważnych zarzutów karnych z groźbą rozwiązania zespołu. Los okazał się na szczęście łaskawy, a Cokney Rejects uwielbiany przez późniejsze post punkowe grupy  takie jak Green Day i Rancid, działa do dziś.

Znakomity  kwartet The Sods z Harlow (hrabstwo Essex) zasługiwał na więcej, niż historia mu przyznała.

Jak w przypadku wielu zespołów, przynajmniej jeden z członków doznał olśnienia po zobaczeniu Sex Pistols. Nigdy nie udało im się opuścić Harlow, ruszyć w trasę koncertową, podpisać kontrakt. Zamiast tego zaangażował się w założenie własnej wytwórni Stortbeat, nazwanej tak od maleńkiej rzeczki Stort przepływającej przez Harlow, aby wydawać płyty. Podobnie jak w przypadku wielu podobnych zespołów, spadek dynamiki i kłótnie doprowadziły do jego rozpadu. Na szczęście wcześniej zdążyli wydać dwa, teraz już niezwykle rzadkie, single. Pierwszy, „No Pictures /Playthings” (1979) to punkowa perełka w stylu The Stranglers w klimacie garage rocka lat 60-tych z chwytliwym refrenem, który w kilka minut wwierca się w głowę zadomowiając się na dłuższy czas. Drugim był „Moby Grope / Negative Positive”. Oba rarytasy, jak i inne nigdy wcześniej nie ujawnione nagrania można znaleźć na kompilacji „Makes Me Sick” (2006). Wbrew tytułowi, po jej wysłuchaniu wcale nie zrobiło mi się niedobrze. Przeciwnie! Łykam ją z apetytem, szczególnie przed drugim śniadaniem.

Najbardziej tajemniczy zespół punkowy tamtych lat jak dla mnie to A.D. 1984, o którym do dziś niewiele wiem.

Jedyne, co mi się udało ustalić, to nazwiska sześciu jego członków (kompletnie nic nie mówiące), z których dwoje grało na basie, oraz to, że zespół powstał pod koniec 1978 roku. Pół roku później nagrali singla „The Russian Are Coming/New Moon Faling” podobno pochodzący z gotowej już płyty „Paradox”, która jednak nigdy nie ujrzała światła dziennego. Cholernie zaraźliwa tytułowa piosenka napędzana kontrabasem pełna dzikiej, niekontrolowanej energii to prawdziwa perełka i klasyk gatunku. Uwielbiam ją zresztą do dziś!

Po jego wydaniu grupa na moment wycofała się, a następnie wznowiła działalność, choć w dyskretnym stylu. Przez następne cztery lata udało im się nagrać cztery kolejne single w tym samym dystopijnym stylu, z wydrukowanymi tekstami, ale wciąż bez zdjęć zespołu. „It Came To Pass And… Time” wydany w Anno Domino 1983 roku, był ich ostatnim singlem, po czym na dobre zniknęli ze świata muzyki.

Rudi And The Russians to najgorętszy zespół jaki pojawił się w Cardiff od czasów Budgie!

Powstali 23 września 1977 roku za kulisami koncertu Sex Pistols, gdy żar pierwszej punkowej kapeli z południowej Walii,  Silent Types, wciąż się tlił. Wprowadzając do składu saksofon i instrumenty klawiszowe stworzyli ostry, drapieżny, melodyjny styl, zabarwiony teatralnym zacięciem. Byli jedną z nielicznych grup punkowych w kraju o zróżnicowanym kulturowo składzie. Nigdy nie mówili o rasizmie, chyba że walczyli z nim na koncertach Rock Against Racism. Muzyczne wpływy tak eklektycznych artystów jak Coltrane, Strawiński, Steve Hillage, Nico, The Stooges, czy Bolan sprawiły, że zyskali lojalną rzeszę fanów stając się szybko najpopularniejszym zespołem punkowym południowej Walii. Utwory, które najbardziej porywały publikę to „Western Girl” z japońskimi wpływami (wszystkiego 59 sekund!), „Walk Thru Hell” (nawiązanie do „Heroin” Velvet Underground), „In The Heat Of The Night” (odważne reggae) i czysto punkowe „9 Till Five”, „Reasons” i „Holding On”. Wszystkie znalazły się na kasecie magnetofonowej, a jej kopie rozprowadzali na koncertach. Dlaczego nie wydali tego na singlach..? Dlaczego nie nagrali płyty..? Cóż, w przeciwieństwie do innych miast w Wielkiej Brytanii w Cardiff brakowało przyjaznego studia i odpowiedniej osoby, która mogłaby zaprosić punkowe zespoły do nagrywania. A ja do dziś zachodzę w głowę w jaki sposób kuzyn Marka dotarł do tej unikalnej kasety?!

Jeśli zapytać przypadkowego przechodnia w Anglii, z kim kojarzy im się Watford dziewięciu na dziesięciu odpowie, że z Eltonem Johnem. Bardziej obeznani z muzyką wymienią Wire, może ktoś wspomni The Gap… Ja z chęcią dopisałbym The Bears.

Niedźwiedzie byli jednym z pierwszych zwariowanych zespołów na rodzącej się scenie punkowej w Watford. Powstali w okresie Bożego Narodzenia 1976 roku jako Smarter & The Average Bears, który śpiewał o samochodzikach elektrycznych, zrzucaniu worków  z mąką na głowy przechodniów i innych zwariowanych rzeczach. Podobnie jak Wire postawili na minimalistyczne riffy, ale w przeciwieństwie do swych kolegów mieli wyraźne poczucie humoru graniczącym z absurdem. Podczas budowania swojej popularności, we wrześniu 1977 roku doszło do tragedii. Wokalista Mick North i jego przyjaciel Pete Dollimore vel Pete Perspex zginęli w wypadku motocyklowym. Jakby tego było mało, w styczniu 1978 gitarzysta George Gill i jego dziewczyna zostali dotkliwie pobici przez chuliganów tylko za to, że byli punkami… Debiutancki singiel „On Me” wydany w połowie tego samego roku tygodnik „Sounds” okrzyknął go płytą tygodnia. Wcześniej pojawili się w filmie dokumentalnym „Punk” Janet Porter grając na scenie londyńskiego The Roxy Club. W listopadzie 1978 roku wytwórnia Good Vibrations wydała „Insane”, najlepszy ich singiel, którego autorem był wokalista Mick North. Ten inteligentny, klasyczny chwytliwy punk rockowy singiel jest absolutnie genialny. Inteligentny, klasyczny, chwytliwy punk. Brzmi jak acid beatowe zespoły z końca lat 60-tych, takie jak 13th Floor Elevators, a to komplement.

I to w zasadzie koniec historii The Bears, którzy zmagali się z nieregularnymi nagraniami, zmianami w składzie i osobistymi wpadkami, o których nie wspominałem. Trochę to przykre, bo byli dość wyjątkowi i powinni odnieść większy sukces. Pokazując swą prawdziwą indywidualność udowodnili jednocześnie, że punk nie opierał się tylko na gniewie i krzyku.

Zespół The Boys nagrał prawdopodobnie jedną z najlepszych płyt punkowych w 1977 roku zanim Buzzckocks wyszli na prostą.

Z niewytłumaczalnego powodu zajmują zaniedbaną pozycję w odniesieniu do wczesnej londyńskiej sceny punkowej. Może dlatego, że nie byli ubrani przez sklep „Sex”, ani nie zarządzał nimi Malcolm McLaren. Przydomek „punkowych Beatlesów” również nie pomógł… Muzycy The Boys wywodzili się z takich grup jak London SS i Hollywood Brats. Na scenie zadebiutowali 16 października 1976 roku w Hop And Anchor w Islington w Londynie, jednym z pierwszych pubów, które z entuzjazmem przyjmowały punkowe kapele. Pierwszy singiel „I Don’t Care” wydany w kwietniu 1977 roku promowali koncertując z Johnem Cale’em. Pięć miesięcy później ukazał się debiutancki album „The Boys” z ładną jak na punkową kapelę okładką zawierający szesnaście porywających kawałków. Wyjęty z niego singiel „First Time” opowiadający o utracie dziewictwa piął się w górę między innymi dzięki temu, że John Peel okrzyknął go „singlem tygodnia” promując go w swojej audycji. W następnych latach (1978-1981) wydali trzy albumy i pięć singli. Nękani przez wpadki i zwykły pech zdołali zachować uśmiech i stworzyć porywające, hiper szybkie klasyki takie jak „Brickfield Nights” i „Rue Morgue”. Krótko mówiąc, The Boys byli perełką i inspiracją dla każdego zespołu punkowego, który ceni melodie bardziej niż hałas. Kiedy w 2013 roku ukazała się kompaktowa reedycja debiutu z dołączoną drugą, bonusową płytą, ani przez moment nie zawahałem się by ją kupić.

To jedynie mała cząstka nagrań, które jakimś cudem zachowały się u mnie do dziś. Nagrań, pokazujące różne odcienia i oblicza punk rocka, którzy ówcześni pseudo recenzenci nazywali „muzycznymi popłuczynami i rzygowinami.” Wielu z tych piszących nie ma już między nami, w przeciwieństwie do punk rocka, który nie umarł i ma się całkiem dobrze.

PS. W powyższym tekście skupiłem się na brytyjskich wykonawcach gatunku. Zrobiłem to świadomie zostawiając sobie małą furtkę na wypadek, gdyby było „zapotrzebowanie” na amerykański (mniej oczywisty) punk. Ale to nie prędzej, niż w kolejne wakacje.

PROUD PEASANT „Communion” (2023)

Muzycznie Stany Zjednoczone zawsze będą kojarzyć mi się przede wszystkim z bluesem, afroamerykańskim jazzem, muzyką country i sporą ilością wspaniałych kompozytorów współczesnej muzyki klasycznej takich jak Aaron Copland, George Gershwin, Samuel Barber, George Antheil, Paul Creston, Leonard Bernstein, Walter Piston, Howard Hanson, Duke Ellington…  uff, wystarczy. A to tylko część jaka przyszła mi w tej chwili na myśl. Kraj „wolności i wielkich możliwości”, oraz „śpiewania w deszczu” nie przeżywa obecnie swojego najlepszego momentu. Podobnie jak Europejczycy. O reszcie świata lepiej nie mówić. Obecna kondycja świata jest w katastrofalnej sytuacji historyczno-politycznej i na razie nie jesteśmy w stanie zbudować łodzi ratunkowej, która pozwoliłaby nam wydostać się z tego bałaganu. Ale ja nie o tym.

Jeśli chodzi o amerykańskie zespoły progresywne lat 70-tych przyznaję, były mi one (poza nielicznymi przypadkami) obojętne. Frank Zappa był wyjątkiem, stylem samym w sobie i rzadkim ptakiem w świecie muzyki, który bardzo pomógł mi usłyszeć inteligentną i złożoną muzykę, ale on raczej nie kwalifikuje się do rocka progresywnego. Owa obojętność prawdopodobnie wynika ze stereotypowego obrazu i uprzedzeń do szalonego tempa stylu ich życia tak odległego od mojego. Jako przeciętny, cichy Europejczyk, który rzadko opuszcza swoją strefę komfortu wolę pozostawać na uboczu, czuć się bezpiecznie. Może to, co teraz powiem to banał, ale gdy myślę „Ameryka” pierwsze co sobie wyobrażam to konwoje ogromnych ciężarówek sunące długimi autostradami, twardziele na Harleyach, rasizm, narkotyki, a przede wszystkim Amerykanów myślących tylko o pracy i zarabianiu pieniędzy czyniących z tego materialistyczny sposób na życie. Coś jak wyścig szczurów, lub białe myszki biegające w kole – nic co pociąga emeryta, którego jedynym prawdziwym zmartwieniem jest to, aby ból mięśni i stawów nie dokuczał mu dzień w dzień. Tak było kiedyś.

Dziś na tamtejsze zespoły progresywne patrzę dużo łaskawszym okiem i uczciwie przyznam, że całkiem sporo z nich mnie urzekło. Czuję na przykład zazdrość (tę zdrową zazdrość), gdy na przykład słucham i oglądam młodych studentów z American Berkeley School Of Music na YouTube, którzy zadziwiają mnie swoimi progresywnymi coverami grając je z niewiarygodną czułością, umiejętnością i delikatnością. Aby znaleźć takie zespoły trzeba czasem dużo szperać, szukać, grzebać, a i tak na większość trafia się przypadkiem. Tak było z Proud Peasant.

Proud Peasant (2023)

Wszyscy mamy swoje mało znane ulubione rzeczy w życiu: mało znany film pomijany przez krytyków, restaurację ukrytą w kącie miasta, niezależną kawiarnię ignorowaną przez zombie Starbucksa i utalentowany zespół, który nie otrzymuje należnego mu uznania bez powodu. Sekstet (początkowo kwartet) Proud Peasant z Austin w Teksasie, który tworzy progresywny rock daleki od stereotypów północnoamerykańskiej muzyki jest dla mnie takim zespołem. Po raz pierwszy zetknąłem się z nim kilka lat temu za sprawą albumu „Flight” z 2014 roku. Ten czarujący debiut składający się z trzech wieloczęściowych suit uzależniających melodii i zachwycających nastrojów tak mnie wciągnął, że przez ponad miesiąc nie mogłem odłożyć go na półkę. Zresztą do tej pory jest stałym elementem mojego zestawu Hi-Fi.

Okładka płyty „Flight” (2014)

Muzyka zespołu prowadzona przez gitarzystę i głównego kompozytora Xandera Rapstine’a to wirująca mieszanka różnych wpływów. Niektóre znane, inne mniej oczywiste. Z radością wychwyciłem w niej smaki Gryphon, King Crimson, Gentle Giant, The Enid, Mike Oldfielda, czy bardziej współczesnego Lyrian.  Ale to tylko jeden koniec spektrum. Muzyka emanuje również rodzajem dramatycznej ścieżki filmowej z odcieniami Ennio Morricone (i nie tylko) z podtekstami klasycznych inspiracji. Instrumenty dęte drewniane, dęte blaszane i smyczki są wszędzie, a okazjonalnie pojawiająca się mandolina i dzwonki tylko ją ubarwiają. Większość napędzana jest przez rockowy groove nadając utworom pewną awanturniczość. W zamyśle ten album miał być/jest pierwszą części trylogii „It Does Not Cease”. Na drugą przyszło nam czekać aż do 2023 roku. Długo…

Ale zanim to nastąpiło, w tak zwanym międzyczasie, dokładnie siedem lat po „Flight”, Rapstine i spółka wydali mini-album „Peasantsongs”, na którym zebrano utwory z różnych źródeł prezentując je w ujednoliconej kolejności. Niektóre z nich nie były wcześniej publikowane, inne zostały wydane na singlu, lub wybrane z różnych kompilacji, następnie zmiksowane i zremasterowane. Miałem spore wątpliwości, czy warto inwestować w tak krótką, ledwie półgodzinną płytkę..? Z drugiej strony pomyślałem: „Dlaczego nie!” Płyty Beatlesów, Animalsów, Stonesów, nawet Van Halen też tyle trwały. Poza tym nie darowałbym sobie, gdybym odpuścił tak piękną okładkę o tematyce fantasy, na której znajdują się moje ulubione corgi!

Okładka mini-albumu „Peasntsongs” (2021)

Dwuminutowy, złowieszczy „A Prelude” otwierający ten skromny krążek z rzadka używanym wibrafonem i posępną melodią zagraną na flecie przywodzi na myśl skandynawskie zespoły progresywne z lat 70-tych. Ach, chciałbym, żeby trwał on przynajmniej dwa razy dłużej. Jestem zafiksowany na punkcie takiego mistycznego tonu tym bardziej, że dodano tu chiński yangain, instrument, którego próżno szukać w większości notatek w opisach płyt. Inne, równie pozytywne zaskoczenie to porywające, koncertowe wykonanie utworu „Red” King Crimson, fantastyczna wersja singla „Daybreak” z 1973 roku legendarnego niemieckiego zespołu Eloy wzmocniona smakowitym bębnieniem, któremu towarzyszą skrzypce (jako fan Eloy uważam, że to wyborny wybór), czy cover ekscentrycznego hybrydowego utworu Manfreda Manna „Saturn, Lord Of The Ring/Mercury The Winged Messenger” z albumu „Solar Fire” Earth Band. Delikatny kameralny „Cencibel” z piękną melodią i najbardziej odległy od rockowej wrażliwości to jeden z moich ulubionych fragmentów na „Peasantsongs”, który jako całość brzmi jak spójny album. To pokazało, że po zaledwie jednym (i pół) albumie grupa miała już własne brzmienie. Jasne, czasami brzmi jak inne zespoły, ale żaden inny zespół nie brzmi jak oni.

Gdy w końcu doczekaliśmy się wydania płyty „Communion” pora odkryć karty i dowiedzieć się, co grupa tym razem wymyśliła.

Okładka płyty „Communion” (2023)

Pierwsza rzecz jaka nasuwa się podczas jej słuchania to kojące poczucie ciągłości. Ta nowa płyta nie tylko zaczyna się dokładnie tam, gdzie skończyła się poprzednia, ale jej nagłe zakończenie prowadzi mnie do przekonania, że ​​ostatnia część będzie formalną kontynuacją całej trylogii. Obym się nie mylił. W każdym bądź razie zespół dostarczył nam kolejną porcję wysokiej jakości intrygujących kompozycji łącząc różne style i wykraczając poza granice gatunków.

„An Embarrassment Of Riches”, którego instrumentalne intro otwiera płytę, zwinnie przechodzi od ponurej tajemnicy do porywającego dramatu i galopującego triumfu. ​​Godna uwagi ewolucja zespołu wiąże się z wokalem; podczas gdy we „Flight” używano go bez słów tak tutaj wprowadzono wokale z tekstem podkreślone jazzowymi akordami gitary, perkusją, organami i klarnetem. Dla mnie ten utwór to zwycięzca, pokaz własnego ducha i ucieleśnienie tego, co w ich muzyce podziwiam prawie przez dekadę. W miarę jak album się rozwija zespół raczy nas jeszcze bardziej zróżnicowanym wachlarzem dźwięków, nastrojów i stylów. Radosny, instrumentalny „A Thousand Cuts” z dynamiczną linią basu, perkusją, przyprawiony ostrym gitarowym riffem i klawiszami tworzy napiętą atmosferę będącą zapowiedzią progresywnego jamowania. Gorączkowa, funkowa i zachwycająco intensywna muzyka niesie nas do przodu na wysokiej fali. Jest też saksofon. Wspaniały, urzekający, fascynujący. Całość kończy imponująca sekcja perkusyjna z hipnotyzującym rytmem w stylu afro beat. Kolejny kamyczek do tego i tak już doskonałego utworu.

Romski styl z zachwycająco skomplikowaną gitarą zaczynającą „A Web Of Shadow” może brzmieć jak powieść fantasy. W rzeczywistości jest to  bardzo perfekcyjnie wykonana inteligentna kompozycja w trzech aktach zawierająca lekkie zwrotki i hałaśliwe refreny zamknięte w dwóch odrębnych stylach nie pozbawiona pewnych dziwactw, które mi akurat nie przeszkadzają. Obaj gitarzyści, Rapstine (mający obsesję na punkcie King Crimson) i David Houghton pozwalają sobie na zagrywki w stylu Roberta Frippa w towarzystwie znakomitego perkusisty Davida Hobizala. Sądzę, że fani Crimson ery „Red” nie przejdą obojętnie obok tego nagrania. Dla mnie to kolejny ekscytujący kawałek. Uwielbiam!

Tył okładki.

„Shibboleth” bierze tę wysoką energię z poprzedniego utworu i podnosi ją o kilka stopni dostarczając gigantycznych rozmiarów post-punk/prog crossover. Nie tracimy jednak poczucia czasu, choć nie mamy pojęcia, co będzie dalej. Struktury i wpływy przeróżnych utworów mogą pojawić się tutaj w dowolnym miejscu i czasie. Dziwna, a zarazem jakże cudowna jest ta muzyczna podróż. I taka, z której nie chce się  wysiąść. A skora tak,  jedźmy dalej…

Długim, epickim pièce de résistance  tego wspaniałego albumu jest olśniewający „The Fall”, dziewiętnastominutowa oszałamiająca podróż po gatunkach, nastrojach i (nie)oczywistych dźwiękach. Zapnijmy pasy na kolejną muzyczną przejażdżkę, która nie zna granic i po prostu cieszmy się tym, co jest przed nami. Muzycy u szczytu swoich możliwości łaskawie zaprosili nas do swojego świata, abyśmy doświadczyli czegoś dynamicznego, pierwotnego i po prostu tak cholernie dobrego. Ten na pozór monotonny finał przywołujący „Echoes” Pink Floyd z „Live At Pompeii” nie jest wymagającym utworem w słuchaniu, ale też z oszałamiającymi przesunięciami czasowymi, epickim rozmachem i błyskawicznymi tempami nie jest też prostym. Ów cudowny potwór, to czyste, prawdziwe piękno będące nie tylko centralnym punktem płyty, ale jednym z najlepszych jaki znajduje się w aktualnym katalogu Peasant. Nic dziwnego, że jest utworem zamykającym ponieważ wszystko, co byłoby po nim  zepsułoby cały ten klimat ciągłości, o którym wspomniałem na początku.

Proud Peasant ze swym fenomenalnym „Communion” nie bierze jeńców. Każda minuta to radosne, wciągające i satysfakcjonujące doświadczenie, które na długo pozostaje w pamięci. Poza tym lubię każdy album, który pozostawia mnie w niepewności co będzie dalej. Czy będzie to folkowa mandolina, szalona gitara, kaprys rocka progresywnego, a może radosne świąteczne klimaty jak na otwarciu „Shibboleth”..? Kto wie…  Nie wiadomo też ile czasu minie, zanim „Dreeing The Wiered” (bo tak ma nazywać się trzecia część trylogii)  ujrzy światło dzienne, ale w międzyczasie proponuję, abyśmy wszyscy wzięli udział w Komunii, a potem ustawili się w kolejce i zrobili to ponownie.

ERNA SCHMIDT „Live 1969-1971”; GURU GURU „The 1971 Bremen Concert”.

Oto dwie płyty, dwóch niemieckich zespołów z koncertowymi nagraniami mniej więcej z tego samego okresu. Okresu, w którym każda szanująca się grupa nie poprawiała potem swoich występów w studiu jak dzieje się to od ponad trzydziestu lat, a wszelkie pomyłki i potknięcia na scenie były akceptowane tak przez samych zainteresowanych jak i przez ich fanów. O ile Guru Guru znany jest chyba wszystkim wielbicielom krautrocka, o tyle Erna Schmidt już niekoniecznie.

Korzeni tego tajemniczego zespołu należy doszukiwać się w beatowej grupie R&B Corporation powstałej w Stuttgarcie na początku lat 60-tych z perkusistą Wolfgangiem Mathiasem. Ze względu na to, że grali do tańca modną, głównie big bitową muzykę dość szybko stali się lokalną gwiazdą. Sytuacja zmieniła się kiedy w zespole pojawił się  zafascynowany bluesem gitarzysta Hubert Stütz. To on skierował R&B Corporation na tory blues rocka w stylu Cream, Hendrixa, Ten Years After. Chociaż publiczność domagała się kawałków Beatlesów i Bee Gees, przy których znakomicie się bawiła oni postanowili penetrować inne kierunki szukając ich w długich improwizacjach. Pod koniec 1967 roku gdy dołączył do nich basista Walter Laible byli już popularni na południu Niemiec supportując takim wykonawcom jak Alexis Korner, Rory Gallagher, Brian Auger i Procol Harum. Chcąc wzbogacić brzmienie zatrudnili grającego na flecie Hartmuta Mau blisko związanego z Hellmutem Hattlerem późniejszym liderem Kraan. Ten skład skupił się na pisaniu własnych kawałków. Skoro muzyka nie miała już nic wspólnego ani z beatowymi hitami, ani z R&B wybrali nową, zabawną nazwę, Erna Schmidt.  W 1971 roku przypadek sprawił, że nawiązali kontakt z hrabią Matternich, który udostępnił im wiejski dworek w Wintrup, idealne miejsce do twórczej pracy i wypoczynku. To tam powstało wiele wspaniałych autorskich kompozycji granych później na koncertach. Koncertach będących w zasadzie długimi porywającymi improwizowanym jam sessions. Jeden z nich  zwrócił uwagę Rolfa-Urlicha Kaisera z wytwórni Ohr, który zaproponował im kontrakt płytowy, ale jak pokazał czas nigdy nie został zrealizowany. Zanim zespół rozpadł się w 1972 roku pozostawił sporo nagranego materiału. Spośród ponad dwudziestu godzin jakie się zachowały muzycy zdecydowali się na publikacje kilku fragmentów, które firma Garden Of The Light opublikowała w 2000 roku na kompaktowej płycie „Live 1969-1971”.

Pomimo, że utwory pochodzą z różnych lat pokazują zespół jako dobrze naoliwioną maszynę, która ani na moment nie zgrzyta. Na swoich koncertach z niekończącymi się improwizacjami często podpierali się sekcją dęta, Hammondem, a także fortepianem i wibrafonem, Tu mamy bardziej zwarty materiał (najdłuższy Ein Tag Aus Dem Leben Des Menschen P.” trwa „zaledwie” niecałe dziesięć minut) z typowo konwencjonalnym składem: bas, perkusja, gitara (zabójcza!), flet (cudowny!) i okazjonalnie saksofon. Stütz, zafascynowany Hendrixem płynnie zmieniający styl i brzmienie, okazał się znakomitym gitarzystą, zaś grający na basie Laible przypomina mi młodego John Wettona. Ale w miejscach gdzie pojawia się flet to Mau, obsługujący także saksofon, okarynę i obój, kupuje mnie za każdym razem. Żaden z dziesięciu zamieszczonych tu instrumentalnych numerów nie nudzi. Przeciwnie – każdy porywa, w każdym, nawet tak krótkim jak „See Ya”, czy w „Weiß Gott” (jednym z najstarszych utworów otwierający się pięknie brzmiącą gitarą) dzieje się wiele, oj dzieje. I niemal każdy zaskakuje odmiennym stylem. Już sam początek płyty z utworem tytułowym, w którym flet i gitara pokazując paletę zapadających w pamięć melodii rozpala umysł. Kojący „La Folie D’Espagne” z wysuwającym się do przodu fletem, licznymi zmianami tempa ostatecznie kopiąc tyłki ciężką gitarą zakończoną soczystym solem jest wzorcowym przykładem progresywnego rocka w stylu Focus. W „Rulaman” krautrock miesza się z jazzem, zaś potężny i przejmujący „Pass – Weites Luftmeer” przesiąknięty fletem i lekko podszyty jazzem można uznać za folk rockowe arcydzieło. I tak można z zachwytem wymieniać kolejne nagrania. A gdy płyta się kończy pozostaje żal, bo chciałoby się tej muzyki więcej i jeszcze więcej…

Za każdym razem gdy odtwarzam sobie jakikolwiek album Guru Guru wydaje mi się, że jest lepszy niż poprzedni jaki słuchałem. Ale tam, gdzie są trzy najwcześniejsze, czyli „UFO”, „Hinten”, i „Kanguru” nagrane w latach 1971-72 nic nie może się z nimi równać. Nawet stado świętych krów. No, chyba, że mówimy o koncertowym albumie „The 1971 Bremen Concert”, który niemiecka wytwórnia MiG-Music jako pierwsza OFICJALNIE wydała go 28 lutego 2025 roku.

Perkusista Maní Neumeier ze swoim nieziemskim zestawem bębnów i odurzonym wokalem, oraz basista Uli Trepte znali się bardzo dobrze grając wcześniej improwizowany free jazz w Irene Schweitzer Trio, przemianowane później na Guru Guru Groove Band. Przybycie gitarzysty Axa Genricha z Agitation Free w kwietniu 1970 roku sprawiło, że wszystko poszło z dymem, a z jego popiołów powstało prawdzie Guru Guru. Powiedzieć, że byli jednym z najbardziej niszczycielskich trzyosobowych zespołów na świecie to jak nic nie powiedzieć. Gdyby nie konkurencja ze strony Hendrixa, ta trójka z łatwością mogłaby zdobyć koronę Experience. Nawet, jeśli trwałoby to tylko kilka minut.

Był wtorek, 21 września 1971 roku. Tego wieczoru wystąpili w Bremen, w auli szkoły średniej mieszczącej się na Leibnizplatz. To cud, że lokalne Radio wysłało tam swoich dźwiękowców, którzy ten zabójczy występ zdolny przestraszyć niejednego „zwykłego” odbiorcę nawet dzisiaj nagrali na taśmę. Program wieczoru składał się z trzech długich utworów. Pierwszy pochodził z debiutanckiego albumu „UFO”; dwa następne z „Hiten”, który wydany kilka dni wcześniej zdążył już wywołać spore poruszenie w prasie. „Inżynier dźwięku, Conny Plank stworzył arcydzieło” – napisał niemiecki magazyn muzyczny Sounds. „Guru muzycznie bardzo się zmienili na lepsze, ich muzyka nie jest już tak nerwowa i rozproszona.” 

Koncert otwiera „LSD Marsch” wprowadzając nas w kosmiczny nastrój bez syntezatorów i (wierzcie, lub nie) bez LSD. W oryginale utwór trwał osiem minut,  tutaj jest ich dwadzieścia cztery. Potrójna bestia! Synchronizacja między muzykami jest wręcz mistyczna – czysty psychotropowy mentalizm. W apokryficznym tekście są momenty terezjańskich halucynacji, huśtawka nastrojów, demony z Hadesu, orbitowanie w chorym umyśle perwersyjnego Hannibala Lectera… Uff! Zostawiają Cream na poziomie przedszkola, a Hendrix bez wahania dołączyłby do tej zabawy. Dołujący mroczny głos Neumeiera wnosi do tej muzyki własny, indywidualny element – co do tego nie ma żadnych wątpliwości – a jego niesamowite bębny to hiper napędowy silnik z duszą pana Spocka i kapitana Kirka ze Star Treka mówiące odrębnym perkusyjnym językiem. Językiem plemiennym i bluźnierczym. Pogańskim i dzikim. Amazońskimi z zapachem kanibalizmu. Nigdy tego nie mówiłem, ale Guru Guru w tamtych czasach mógłby zjeść Pink Floyd na śniadanie z kiełbasą chorizo i chipsami na dokładkę.

Tył okładki.

„Bo Diddley”, w rytmie rhythm’n’bluesa  i ciężkiego blues rocka umiejscawia się obok Savoy Brown, Chicken Shack, Steamhammer, Groundhogs i pokazuje ogromną pomysłowość trzech szalonych guru. Wypuszczają nawet bąki w formie ciężkich riffów, które później staną się biblią szabatu dla całego zwariowanego świata. Co by nie powiedzieć, dali tu z siebie wszystko, a nawet więcej… W „Space Ship” mamy do czynienia z psycho-ektoplazmatyczną halucynacją. Trzy wulkany gęstej radioaktywnej magmy, które nie dają wytchnienia żadnemu zdrowemu neuronowi. Ta strategia jest tu oczywista, ale wkrótce zignorują ją odchodząc od utartego scenariusza przekształcając Guru Guru w akademię architektury dźwiękowej na najwyższym poziomie.

Ten niepowtarzalny, doskonały i absolutnie niezapomniany występ stworzony przez trzech Gaudich, którzy do perfekcji doprowadzili progresywny acid-space rock zdumiewa mnie za każdym kolejnym przesłuchaniem. I choćby tylko za to kłaniam im się w pas.