To, że „Wish You Were Here” Pink Floyd był albumem, który dał inspirację wielu artystom i zespołom jest faktem nie podlegającym dyskusji. Szczególnie było to zauważalne w Niemczech, gdzie pod koniec lat 70-tych wraz z falą soft-progowych zespołów pojawiły się wytwórnie takie jak Sky Records specjalizujące się w wydawaniu tego typu wydawnictw. Jego wpływ był odczuwalny także w Japonii. Etniczne ciepło, elementy psychodelii, eteryczny progres… wszystko to idealnie pasowało do stylu, który zapowiadał nadchodzącą (ostatecznie nieudaną) nową erę. To wtedy pojawia się Far East Family Band, sekto-komuna długowłosych fanatyków z trzema klawiszowcami na pokładzie: Masanori Takahashi (później znany jako Kitaro), „przywódca” sekty Fumio Miyashta i mój dzisiejszy gość, Akira Ito.
W ciągu dwóch pierwszych lat solowej działalności wydał cztery znakomite albumy, które podtrzymywały poziom i legendę poprzedniego zespołu. Właściwie wszystkie mogłyby być dziełem Far East Family Band. Jego debiutancka płyta, „Inner Light Of Lie”, (1978) wzbudziła zachwyt krytyków i entuzjazm japońskich fanów zakochanych w progresywnym rocku. „Bosatu & Mugen” był trzecim albumem, na którym oprócz Ito pojawili się: Kei Ishikawa (bas), kolega z Far East, Shizuo Takahashi (perkusja), oraz Chitose Shibata (gitara). Sam maestro oprócz gry na klawiszach był producentem i autorem wszystkich kompozycji.
Zatrudnienie pełnego składu i nie opieranie się wyłącznie na syntezatorach było mądrą decyzją. Album został podzielony na dwie długie suity tworzące medytacyjny świat nawiązujący do buddyzmu z naturalnymi odgłosami przyrody. Zaczyna się leniwie od „Bosatu” z ćwierkającymi ptakami w kwitnącym migdałowym gaju. Floydowskie wpływy z gitarą w stylu Gilmoura, podobnie jak teutoński kraut rock (Klaus Schulze trzy lata wcześniej wyprodukował dla Far East Family Band płytę „Parallel World”) przebijają się tu w całej swej okazałości. Przestrzenna powaga majestatycznych klawiszy, unoszące się rytmy i gitary przywodzą na myśl „Shine On You Crazy Diamond”. Pięknie wykonany, efektowny kosmiczny walc to idealny moment, aby od początku przyciągnąć uwagę każdego, nie tylko wybrednego i wymagającego słuchacza. To jest jeden z tych momentów kiedy wydaje się, że przy tak delikatnych dźwiękach muskających ucho czas spowalnia, a w brzuchu pojawiają się motyle. Właśnie takie wrażenia miałem, gdy pierwszy raz słuchałem tego zachwycającego fragmentu. I tak mam do tej pory… Kosmiczny rock wkrada się w „Me-Za-Me”, drugim nagraniu, aczkolwiek w rytmicznej gitarze słychać funkowy beat. Ptaszki kontynuują swój śpiew dając poetycki obraz zagubionego w dżungli świątyni (wersja romantyczna), lub blondynki w żółtym dresie z opaską na oczach chcąca podciąć ci gardło kataną (wersja alternatywna). Żartuję. A już całkiem serio, zwróćcie uwagę na perfekcyjnie dobrany balans instrumentów – kosmos! „Kokoro & Karada” podtrzymuje pełne podziwu oddanie dla „Wish You Were Here” oczywiście w japońskim stylu. Akira Ito sprawia, że gęsty, dominujący krajobraz syntezatorów daje pozostałym członkom zespołu czas na oddech. Ostatnią część pierwszej suity zamyka prawie sześciominutowy „Mitu”. Ptaszki kontynuują swoje trele pośród etnicznych wpływów z Kraju Kwitnącej Wiśni i wznoszącego się space rocka. Mówiąc krótko, czysty, niepokojący mistycyzm, który relaksuje i, co ważne, nie wywołuje senności. Instrumentalny azyl i ucieczka od wielu idiotyzmów z Tik-Toka, Instagrama i telewizyjnych programów typu „Love Island”!
Druga strona jest nieco inna. Po pierwsze, tytuły utworów są w języku japońskim, a nie znam nikogo, kto by te „krzaczki” mógłby mi przetłumaczyć. Po drugie (dużo ważniejsze niż „krzaczki”) Ito tym razem położył większy nacisk nie na tradycyjną melodię i rytm, ale na delikatny nastrój i atmosferę inteligentnie łącząc go z kraut rockiem. Pomysł sam w sobie dość ryzykowny, ale ten genialny muzyk wiedział co robi. To odważne połączenie pozwala poczuć się otoczonym zupełnie innymi i – co ważne – bardzo pozytywnymi emocjami! Krótkie, nieco ponad dwuminutowe wprowadzenie będące zaproszeniem do oderwania się od rzeczywistości płynnie przechodzi do blisko ośmiominutowego utworu z mantrą i (cóż za niespodzianka) śpiewającymi ptaszkami. Ambientowy pejzaż dźwiękowy przywołuje motywy nawiązujące do Ash Ra Tempel, Tangerine Dream i Klausa Schulze osadzonych u podnóża góry Fuji. Obrazy jakie mi się przesuwają pod zamkniętymi powiekami to barwny świat złożony z intensywnych kolorów tęczy rodem z rajskich wysp na Pacyfiku. Ciągnie się to przez kolejne nagrania trwające cztery i pięć minut. Tracę kontrolę i już nie wiem, czy śnię, czy faktycznie jestem na tych wyspach… Największą zaletą tej medytacyjnej i transcendentalnej muzyki łączącej elementy progresywne, elektroniczne i etniczne z wykorzystaniem japońskich instrumentów takich jak bębny taiko i shakuhachi jest to, że słucha się jej wybornie.
„Bosatu & Mugen” to rodzaj progresywnej muzyki świata i prawdziwy klejnot. Nie lubię używać określenia „muzyka umysłu”, ale słuchając tego, co Ito stworzył na tym albumie uczciwie trzeba przyznać, że jego wizja była trafna. Mimo, że nie odniósł tak oszałamiającego sukcesu jak Kitaro, zachował stylistyczną ciągłość z oryginalnym zespołem, co uczyniło go o wiele ciekawszym. Płyta na każdą porę roku. Polecam słuchać wpatrując się w zachód słońca, lub nocą przy blasku świec. Koniecznie na słuchawkach!


To chyba jakieś siły tajemne zadziałały. Przedwczoraj słuchałem tej płyty i się nią zachwycałem!!! Od wielu lat jestem wielkim fanem Far East Family B. Mam ich wszystkie albumy. O solowym albumie Ito praktycznie nie wiedziałem nic. Chciałem się z nim poznać bliżej i stwierdziłem z nieukrywaną satysfakcją, że w niczym nie odbiega od muzyki FEFB. I tu taka niespodzianka, bo album ten nieoczekiwanie pojawił się w RZG. Powiem to z ręką na sercu … kompletnie mnie to zaskoczyło. Chciałbym więcej takich przyjemnych zaskoczeń.
Ta płyta miała pojawić się dużo wcześniej, ale czekała cierpliwie w kolejce 😊 Cieszy mnie, że sprawiłem Ci miłą niespodziankę.
Jedna szkoda, że album ten dostępny jest wyłącznie na winylu. Gdyby była dostępna wersja CD to z pewnością bym ją włączył do mojej kolekcji.
Mam koreański CD. Trudno stwierdzić czy legalny. Podejrzewam, że nie. Dopóki nie dostanę oryginalnego wznowienia zatrzymam go.
Tak się podekscytowałam tym opisem, że nie mogę doczekać się zachodu słońca, by posłuchać sobie tej płyty. A miałam na dziś wieczór inne plany 😊
Jestem z pokolenia, które w Trójce słuchało audycji red. Kordowicza poświęconej muzyce elektronicznej. W liceum mieliśmy nawet klub fanów el-muzyki, gdzie w piątki spotkaliśmy się, by posłuchać, głównie z kaset, bo o płytach można było jedynie pomarzyć, Vangelisa, Isao Tomity, Tangerine Dream, Kitaro… Po latach poszedłem w jazz, ale sentyment do tamtych czasów i do tego gatunku wciąż gdzieś tam jest.
Ten blog to swego rodzaju unikalna rockowa encyklopedia, która doprowadza do niesamowitych odkryć. Dowodem choćby ta płyta, o istnieniu której nie miałam zielonego pojęcia. Pierwsza część wzruszyła mnie tak, że miałam łzy w oczach. W drugiej totalnie odpłynęłam. Kosmos!