Artefakty minionej epoki, czyli jęki tamy, damska toaleta, lokomotywa i krwawa mery.

Przez całe lata zbierania płyt cenię sobie te, które po upływie czasu wciąż do mnie przemawiają, wywołują wspomnienia, obrazy, dają ukojenie, lub pobudzają energię. Mam nadzieję, że część tego znajdziecie w muzyce zespołów, które być może nie do końca mają poważne nazwy, ale traktują siebie i odbiorcę całkiem serio.

LEVEE CAMP MOAN „Levee Camp Moan” (1969)

Brytyjski zespół blues rockowy z końca lat 60-tych, Levee Camp Moan, powstał w Windsor w hrabstwie Berkshire. W jego skład wchodzili Frank Woodward (harmonijka, wokal), Sally Bristow (wokal, fortepian), Ian Campbell (gitara), Dave Stubbs ( bas) i Malcom Ashmore (perkusja). Swą nazwę wziął od numeru amerykańskiego bluesmana, Edwarda Jamesa „Son” House’a opowiadającego historię budowy tamy na rzece Missisipi w latach 30-tych XX wieku. Muzycy zamieszkali w domu zwanym Peacock Farm, w którym ćwiczyli zarówno standardy bluesowe Otisa Rusha, Buddy Guya, Juniora Wellsa, Muddy Watersa, Skipa Jamesa, jak i własne kompozycje. Źródłem inspiracji byli również  wykonawcy pokroju Canned Heat, Savoy Brown i Paula Butterfielda. Trzeba przyznać, że występami w Marquee, Crawdaddy, Klooks Kleek i Rikki Tik szybko zbudowali popularność wśród entuzjastów białego bluesa. Były one na tyle ciekawe, że wzbudziły zainteresowanie jednej z czołowych wytwórni płytowych, która w ostatniej chwili niestety wycofała się z podpisania kontraktu. Nie załamując się zespół wziął sprawę w swoje ręce, wynajął studio i na początku 1969 roku zarejestrował osiem utworów. Tym samym, bez jakiejkolwiek ingerencji z zewnątrz udało im się uchwycić spontaniczność, radość i ekscytację z grania bluesa. Założyli wytwórnię County Recording Services, wytłoczyli niewielki nakład płyt, które zostały sprzedane na lokalnych koncertach i rozdane znajomym. Nie muszę mówić, że dziś „Levee Camp Moan” stał się jednym z najbardziej poszukiwanych prywatnych albumów z kręgu brytyjskiego bluesa tamtych czasów. Być może pod względem produkcyjnym jest on surowy i prymitywny, ale moim skromnym zdaniem w tym oryginalnym artefakcie czuć ducha tamtej epoki. Spośród wszystkich nagrań są tu dwa tradycyjne kawałki, w tym (znakomicie zagrany) „Flood In Houston”, dwa covery („Sweet Little Angel” B.B. Kinga spowodował u mnie gęsią skórkę) i cztery bardzo udane autorskie kompozycje. Z tych ostatnich wyróżniłbym akustyczny „Disgusted Of North Acton” i fantastyczny „Walking By Myself”, w których główne partie wokalne wykonała panna Sally Bristow swoim głosem idealnie wpasowując się w bluesową stylistykę, oraz pełen improwizacji „Dump”. W 2002 roku Audio Archives wydało ten materiał na płycie CD uzupełniając go o nagrania koncertowe z Peacock Farm wiernie oddające energię zespołu. Tę wersję mam na półce i szczerze ją polecam.

LADIES W.C. „Ladies W.C.” (1969).

Choć nazwa Ladies W.C. może wydawać się prowokacyjna, śmieszna, lub niestosowna (niepotrzebne skreślić) nie ma nic wspólnego z punkową kapelą. W 1969 roku słowo punk było jeszcze nieznane, w przeciwieństwie do zespołu, który w rodzimej Wenezueli ma dziś status kultowy. Nawiasem mówiąc płytę kupiłem parę lat temu w niewielkim sklepie w artystycznej części londyńskiej dzielnicy Croydon, który oferował głównie punkowe wydawnictwa. Właściciel przybytku, wyglądający jak emerytowany członek hardcorowej kapeli z lat 80-tych (trochę podobny do Rogera Mreta z Agnostic Front, ale to na pewno nie on) nie kumał pewnie, że posiada prawdziwy rarytas i to wcale nie punk rockowy. Liderem zespołu był Adiba Casta (gitara, organy, wokal), którego wspomagali: Amerykanin Stephen Scott (wokal, bas, harmonijka ustna), Jaime Seijas (gitara) i jego brat Mario (perkusja). Styl muzyczny kwartetu oscylował między bluesem i psychodelicznym hard rockiem epoki flower power. Ich jedyny album wydany przez wenezuelski Souvenir został nagrany w dziesięć dni. Adib i Stephen opracowali aranżacje i napisali angielskie teksty. Wszystkie utwory są ich własnymi kompozycjami, co było wtedy nietypowe jak na wenezuelskie standardy, gdyż repertuar tamtejszych wykonawców zazwyczaj składał się z coverów. Również okładka była przełomowa – klasyczne zdjęcie z wizerunkiem zespołu zastąpiono zaskakującą, ale jakże trafną do nazwy zespołu ilustracją. Nowinką było też zniekształcone brzmienie gitar ze świetnym wykorzystaniem efektu wah-wah, rozbudowaną grą na harmonijce i efektami dźwiękowymi, co nadało albumowi jednolity charakter. Po raz pierwszy z muzyką Ladies W.C. zetknąłem się na kompilacji „Love, Peace & Poetry: Latin American Psychedelic Music”, na której znajdował się utwór „People”. Zapadł mi on w pamięć, gdyż zaczynał się efektem… spuszczanej wody w toalecie. Zresztą charakterystycznym elementem albumu jest seria takich mini efektów jak odgłosy straży pożarnej, oklaski, płacz niemowlaka, dzwonki, które wypełniają przerwę między utworami. I co ważne – nie są irytujące. Żywiołowość tej muzyki sprawia, że album zaskakuje kilkoma nieoczekiwanymi zwrotami akcji i słucha się go z wielką przyjemnością. Szczególne wrażenia robią na mnie te momenty, w których pojawia się gitara z fuzzem najbardziej słyszalna w nagraniu „And Everywhere I See The Shadow Of That Life” i niewiele od niego odbiegającym „Heaven’s Coming Up”. Sporadyczne ballady w delikatnym, unoszącym się psychodelicznym stylu, jak „To Walk On Water” z fletem i harmonijką ustną, oraz  utrzymana w podobnym stylu „The Time Of Hope Is Gone” z eterycznym wokalem, są urocze. Tytuł kolejnego numer, „WC Blues”, wyjaśnia wszystko, zaś finałowy i żywiołowy „I’m Gonna Be” przykuwa uwagę do tego stopnia, że boję się mrugnąć, by czegoś nie przegapić. Po wydaniu płyty zespół przestał istnieć, a album stał się cennym obiektem kolekcjonerskim ze względu na ograniczoną liczbę nakładu. Był też jednym z pierwszych wytłoczony na przezroczystym  winylu.

LOCOMOTIV GT „Locomotiv GT” (1971)

Zaskoczeni?! Nie mogłem się powstrzymać, by nie napisać o nim w tym miejscu kilku zdań. Nie ukrywam, że debiutancki album tego znakomitego zespołu od wielu lat jest w ścisłej czołówce moich ulubionych pozycji z dawnego Bloku Wschodniego. Przypomnę, że grupa powstała w 1970 roku z inicjatywy  węgierskiego czasopisma „Youyh Magazine”, aby zgromadzić w jednym zespole najlepszych muzyków kraju. Ten skład, w którym znaleźli się muzycy z Omegi, Metró i Hungária nie przetrwał długo. W 1971 roku sukces utworu „Summer Silver” dał im możliwość występu w Japonii. W grudniu tego samego roku wydali debiutancki album „Locomotiv GT”. Na Węgrzech przeszedł bez echa, ale odniósł pewien sukces w części Europy Zachodniej, zwłaszcza na Wyspach, gdzie grał z nimi Jack Bruce! W 1972 roku zostali zaproszeni na festiwal „Great Western Express” odbywający się w angielskim Lincoln występując u boku Genesis, Faces i Joe Cockera. W następnym roku nagrali drugi album „Ringasd el magad” i skomponowali muzykę do musicalu. W 1973 ukazała się ich trzecia płyta „Bummm” – zakazana na Węgrzech z powodu dezercji jednego z członków, który po występach w Stanach nie wrócił do kraju. Debiut zawiera dziesięć utworów utrzymanych w progresywnym, hard rockowym stylu. Problemem dla wielu  było to, że zespół śpiewał po węgiersku, a ja uważam to za duży plus. Album otwiera kapitalna rockowa ballada „Egy Dal Azorkért, Akik Nincsenek itt” (Piosenka dla tych, których tu nie ma), po której następuje świetny „Napba Oltozott Lany” (Dziewczyna muśnięta słońcem) z fantastycznym solo na klawiszach i świetnym riffem gitarowym. Równie znakomite „A Kötéltáncos Álma” (Marzenia rockowego tancerza) to kolejna ballada, która przechodzi w hard rockowy „A Tengelykezű Félember” w stylu Led Zeppelin. Cóż, nie będę się dalej rozwodził, bo pewnie wielu zna i pamięta tę płytę choćby z „Trójkowych” audycji redaktora Dariusza Michalskiego, a ci którzy jej nie słyszeli mają okazję, by posłuchać ją tutaj. Polecam!

BLOODY MARY „Bloody Mary” (1974)

Przez lata krążyła legenda, że ​​jedyny album Bloody Mary był trzecią płytą zespołu Sir Lord Baltimore. Wszystko to pojawiło się jakiś czas temu napędzane przez Internet za pośrednictwem blogów i stron związanych z muzyką. Oczywiście była to bzdura, o czym zapewniał perkusista Sir Lorda, John Garner. Członkowie Bloody Mary, a przynajmniej niektórzy, pochodzili z bardziej mainstreamowego zespołu Alive N’ Kickin’. Prawdopodobnie Bloody Mary był ich pobocznym projektem studyjnym mającym na celu zaspokojenie swoich rockowych ciągotek. Ze względu na ciężkie gitary, organy Hammonda i wpływy proto progowego hard rocka dla mnie Krwawa Mery brzmi jak wiele ciężkich zespołów z początku lat 70-tych. Już początek płyty zaczynający się od „Dragon Lady” z brzmieniem Deep Purple i przytłaczającą perkusją à la Captain Beyond pokazują, że nie jest to amatorskie granie. „Highway” nawiązuje do wczesnego Uriah Heep. W wykwintnej balladzie „Riddle Of The Sea” spodziewałem się nawet usłyszeć Davida Byrona(!); dźwiękowa eksplozja i emocjonalne harmonie wokalne do samego końca idealnie ją otulają. Ci faceci grali z rockowym profesjonalizmem i na pewno nie przypominają zespołu-widma… Agresywny „Free And Easy” zachowuje progresywną nutę, w którym Hammond i gitara odgrywają główną rolę. Jednym zdaniem – ciężki prog rock w swojej absolutnej chwale lat 70-tych. Ale prawdziwa uczta czeka nas dalej, albowiem siedmiominutowy „You Only Got Yourself” z potężnym organowym solo, agresywną latynoską perkusją i wokalem typu samiec alfa eksploduje niczym bomba neutronowa. Jackal, Dionysos, Birthcontrol, Murphy Blend, 2066 And Then…  jeśli wiecie, o czym mówię, to właśnie Bloody Mary. I wiele więcej! To nieustanny pokaz surowej mocy płynącej w ich żyłach uzależnionych od najlepszego hard rocka… Z kolei „Can You Feel It (Fire)” jest mutacją Titanica, Demon Fuzz i wczesnego Santany, a więc perkusyjny karabin maszynowy i mocny latynoski rock pod wysokim napięciem. Jak widać gorączka nie ustępuje i pali jak cholera! W końcu przyszedł czas na chwilę wytchnienia. „I Hear The Music Playing” z klasycznym fortepianem, intymnymi organami z nawiązaniem do Rare Bird i Procol Harum demonstruje zespołową umiejętność tworzenia wykwintnych, barokowych kawałków. A żeby nie było tak cacy, w połowie utworu wywracają go do góry nogami przywodząc na myśl Murasakiego. Kolejne mistrzostwo świata! 

Wytwórnia Guerssen znów trafiła w dziesiątkę wprowadzając na rynek kolejny łatwopalny środek wybuchowy. Album „Blood Mary” absolutnie zasługuje na honorowe miejsce pośród zapomnianych płyt z lat 70-tych.

3 komentarze do “Artefakty minionej epoki, czyli jęki tamy, damska toaleta, lokomotywa i krwawa mery.”

  1. Faktycznie artefakty, ale jakie! Jako zadeklarowany fan blues rocka wysoko sobie cenię takie zjawiska jak Levee Camp Moan. To nieco inny rodzaj bluesa niż klasyczny TYA, ale równie wspaniały. Wszystkie opisywane tu albumy znam bardzo dobrze. Do jednego z nich mam szczególny sentyment. Wiele lat temu jak kolekcjonowałem winyle na mojej półce leżał sobie debiutancki album Locomotiv GT. Sklep węgierski we Wrocławiu był w latach 70-tych nieźle zaopatrzony. Później w miejsce lp pojawił się CD, ale to znak czasu. Pewnie nie wszyscy wiedzą jakie były okoliczności powstania tej grupy. W roku 1971 serce i mózg Omegi czyli klawiszowiec Gabor Presser wraz z perkusistą Józefem Lauxem postanowili odejść z zespołu. To ich odejście to była wielka awantura. Reszta Omegi „odwdzięczyła” im się utworem „Hűtlen barátok” (Niewierni przyjaciele), który zamieściła na pierwszej pozycji ich kolejnego genialnego albumu „Elo Omega”, którego wersję winylową (tą z aluminiowej kopercie!), również nabyłem w tym sklepie.

    1. Miałeś szczęście, że we Wrocławiu był taki sklep. Ja z moim kolegą w książce telefonicznej dla miasta stołecznego Warszawa dostępnej na poczcie znaleźliśmy adres Węgierskiego Instytutu Kulturalnego (chyba tak to się nazywało). W tamtych czasach (lata 80-te) w tych książkach oprócz numeru telefonu podawano adres. Napisałem do nich list, w którym zapytałem, czy jest możliwość kupna u nich płyt za zaliczeniem pocztowym. Padły tam nazwy takich zespołów jak Omega, Locomotiv, Skorpio, Fonograf… Po kilku tygodniach ku naszej radości przyszła z Warszawy przesyłka, a w niej oprócz folderów turystycznych i plakatu owego Instytutu dołączono dwie płyty: „dwójkę” Locomotiv GT i debiut Fonografu. I to ZA DARMO! Nasza radość nie trwała długo, bo okazało się, że winylowe krążki w czasie transportu uległy zniszczeniu – obie były przełamane na pół. Pisaliśmy potem do nich jeszcze kilka razy, ale odzewu nie było… 😊

  2. Pierwszy album (CD) kupiłem już dawno. Niestety dzisiaj jest on nieosiągalny. Kompletny brak wznowień. Natomiast dużo łatwiej jest kupić winyl.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *